Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Gabriel Tallent
Moja najdroższa

Przeł. Dariusz Żukowski
Wydawnictwo Agora, Warszawa

Wydawało mi się, że czytam głównie straszydełka i egzystencjalne mroki, więc jestem zaprawiona w bojach. Wiecie, typ czytelniczki: Zblazowana Królewna. To już zna, tamto było sto razy. Trauma, groza, egzystencjalny smutek. Dla osoby, która od lat działa w kobiecych organizacjach pozarządowych i zna statystyki dotyczące przemocy wobec kobiet, książka „Moja najdroższa” Gabriela Tallenta mogłaby być co najwyżej skwitowana pokręceniem głową. Znamy, znamy. Ale, tu zaskoczenie, na pozór wyeksploatowany temat opisany jest tak, że wszystko nas boli na krawędzi wytrzymałości. Ja wiem, że thriller, że agresja, że zły świat, ale ile można gnębić bohaterów?

A właściwie główną bohaterkę: Turtle Alveston, czternastolatkę wędrującą po lasach wzdłuż północnego wybrzeża Kalifornii. Żyjącą w niewoli charyzmatycznego i popieprzonego ojca Martina. Jej życie ograniczało się do chodzenia do gimnazjum, w którym i tak się nie uczyła i nie miała znajomych, oraz do czyszczenia broni. Pistolety, karabiny, arsenał rodem z mokrych snów militarysty. Codziennie rozkładała szmatki i smary, a następnie polerowała każdą śrubkę, jakby miało to zmienić jej beznadziejny los.

Kompulsywne dbanie o przedmioty w zrujnowanym domu zastępowało jej wszelkie kontakty z ludźmi. Budziła się rano, zjadała surowe jajko i patrzyła na ojca, zastanawiając się, czy tym razem uderzy ją, czy może zgwałci. Powtarzające się czynności wywołują w czytelniku uczucie znużenia oraz narastającej złości. Bezwolne godzenie się na okrucieństwo nigdy nie jest zrozumiałe dla tych, którzy stoją z boku. Ich to denerwuje, bo przecież „zawsze można uciec z domu”.

Kiedy Turtle poznaje Jacoba, oczytanego licealistę z abstrakcyjnym poczuciem humoru, zaczyna się budzić do życia. I chociaż wydaje się skrzyżowaniem Tank Girl i Ronji z książki Astrid Lindgren, to jest przecież ofiarą przemocy seksualnej i psychicznej. Moment, w którym postanawia się wyzwolić i zacząć żyć na własnych zasadach, nie jest jednak zwyczajowym „bohater przechodzi wewnętrzną przemianę”, ale ciągiem wahań. Krok do przodu, dwa kroki w dół. Przypomina to relacje ofiar przemocy domowej, które latami próbują zmienić swoją sytuację, ale tkwią w silnych relacjach z oprawcami, które dla osób z zewnątrz są wręcz niezrozumiałe. Śledzimy więc zmagania nastolatki z tym, co przygotował jej świat, i jednocześnie kibicujemy jej i złościmy się na jej niepewność. Po dwustu stronach lektury złapałam się na ściskaniu pięści, jakbym miała zaraz wpaść między litery i przywalić Martinowi. Ale Turtle musiała stoczyć tę walkę sama. Wbrew ciału i ludzkiej wytrzymałości. Wyczerpująca powieść, do tego sceny poniewierania dziewczyny były straszne. Rany, po co pisarz funduje jej taki koszmar?

Byłam na niego zła. Poleciałam więc do górskiego Salt Lake City i zrobiłam mu awanturę. Spotkaliśmy się w kawiarni, a zatem w miejscu publicznym, gdzie nie wypada krzyczeć na ludzi. Poza tym Gabriel okazał się bardzo miły i trochę zbił mnie tym z pantałyku. Jednak nie po to człowiek leciał tyle kilometrów, aby teraz być potulny. Zamówiliśmy sole trzeźwiące i przeszliśmy do rzeczy.

Sylwia Chutnik: Dlaczego jesteś tak bezwzględny wobec swojej bohaterki? Dlaczego nie chcesz oszczędzić jej bólu?

Gabriel Tallent: Mogłem ją jeszcze zabić, ale wbrew pozorom to wcale nie byłoby najgorsze. Literatura pełna jest trupów kobiet, bo nasza kultura lepiej toleruje martwe dziewczyny niż te, które przeżyły przemoc czy traumę. Dlatego maltretowałem Turtle z premedytacją. Zdawałem sobie sprawę, że potencjalni czytelnicy mojej powieści raczej nie zadali sobie trudu, aby dowiedzieć się, co może odczuwać bita, gwałcona kobieta. Owszem, cierpienia w literaturze jest dość, ale za to w życiu codziennym chętnie o nim zapominamy.

Dlatego kiedy zerwiesz kurtynę niedomówień, zaczynasz czuć ból. Chciałem, żeby moi czytelnicy go poczuli. Poczuli, że młoda dziewczyna, której ciało i umysł poddawane są torturom, przeżywa coś, co jest na krawędzi wytrzymałości, nie do zniesienia.

Jeśli poświęcimy moment na to, aby się zastanowić nad jej przeżyciem, zaczniemy jej współczuć. To pierwszy krok. Potem, mam nadzieję, zrobimy wszystko, aby nikt nigdy nie czuł tego co Turtle. Dlatego włożyłem palec w ranę. W naszą wspólną ranę. W tym sensie cieszę się, że cię boli. Musi boleć.

Czy to tylko ból?

Jasne, że nie. Martwe dziewczyny, ofiary zbrodni, nie mają już szansy na podmiotowość. A Turtle nie jest tylko ofiarą. Przede wszystkim jest tą, która przeżyła. Jej doświadczenia nie ogołociły jej z człowieczeństwa, chociaż jej ojciec właśnie to próbował osiągnąć. Za każdym razem, kiedy podejmowała walkę o swoją niezależność, gnoił ją, podważał każdy jej samodzielny krok.

To nie jest tylko strategia jej ojca.

Przecież w naszej kulturze – kulturze gwałtu – pierwsze pytanie, które pojawia się w dyskusji o kobietach, ofiarach przemocy, brzmi: „No dobra, tylko czy ona tego nie chciała? Czy można jej wierzyć?”.

Dotąd nawet brutalne sceny i obrazy nie były nam w stanie uświadomić bólu kryjącego się za przemocą seksualną. Również dlatego osoby doświadczające przemocy domowej – tak jak moja bohaterka – są samotne, odizolowane, nie mają komu opowiedzieć swojej historii. Sądzą, że to zdarzyło się tylko im. Obwiniają się nawet i stawiają w roli współodpowiedzialnych za to, co im zrobiono.

Przecież istnieją organizacje wspierające ofiary przemocy.

To za mało. Wszystkie ofiary gwałtu, z którymi się zetknąłem, odczuwały wstyd i bezsilność. To, czego doświadczyły, uniemożliwiało im rozwiązanie problemu, a choćby i podzielenie się swoim doświadczeniem. Tym bardziej należy opowiadać ich historie.

Ale czy epatowanie przemocą to dobra strategia, aby przeciwstawiać się przemocy?

Wcale nie jestem tego pewny, więc doskonale rozumiem twoje obawy. Nie nazwałbym tego jednak strategią. Próbuję po prostu przerwać milczenie na temat ofiar. Jak inaczej można to zrobić? Jak inaczej wstrząsnąć ludźmi?

Stephen King napisał o mojej powieści, że jest okropna, piękna i przerażająca. Ale też podnosząca na duchu. To nie jest więc sadyzm z mojej strony – to potrzeba oddania głosu tym, którzy wyszli z przemocy. Tym, którzy przeżyli.

Turtle rzeczywiście trudno zdefiniować: z jednej strony jest niczym feministyczny symbol dzielnej dziewczyny – jej eskapady do lasu, swoisty obóz przetrwania, którego doświadcza w domu, samodzielność. Z drugiej – całkowite poddanie się ojcu, zahipnotyzowanie jego osobowością.

Martin jest przede wszystkim mizoginem. Wielu jest takich w naszej kulturze. Facet, którzy nienawidzi kobiet. Chce odizolować córkę od innych, bo tylko w ten sposób może ją kontrolować. Wmawia jej, że mają tylko siebie: „my przeciwko reszcie świata”. Całkowicie uzależnia, co jest jednym z kluczowych elementów dominacji. Boi się, że kiedy dziewczyna pozna innych ludzi, straci z nim kontakt i go odrzuci. Jest przy tym samozwańczym filozofem, odludkiem i – co bardzo ważne – skrzywdzonym człowiekiem. To tragiczna postać, co oczywiście w niczym go nie usprawiedliwia. Turtle musi w końcu podjąć walkę o swoje życie, ale – paradoksalnie – to ojciec wyposażył ją w narzędzia, które pomogą jej wyzwolić się od niego.

Na przykład umiejętność strzelania. Dla mnie Turtle traktuje pistolet jak zabawkę, artefakt, który ma być jej przyjacielem.

Nie sądzę, aby to było dobre określenie. Niemal obsesyjne zajmowanie się bronią jest tak naprawdę ćwiczeniem uważności i dyscypliny. To jak przygotowanie do świadomego życia, w którym dziewczyna ma wreszcie siły sprawcze. Rozkładanie broni na pojedyncze części to jak medytacja, mozolnie powtarzane gesty, które prowadzą do tego samego.

Cierpliwości?

I poznania siebie. Ona została tak wychowana.

Rozdział po rozdziale pokazuję, jak zaczyna dojrzewać do tego, aby kwestionować absolutną władzę ojca, zadawać pytania.

Pojawienie się w domu innej dziewczyny, którą sprowadził, to kolejny test na to, czy Turtle potrafi nie być – jak mówi jej ojciec – „małą kurewką”.

Ta dziewczynka, Cayenne, nie jest po prostu alter ego Turtle? Lustrem, w którym może w końcu dostrzec, co zrobił jej ojciec?

Cayenne wyzwala w niej nowe, sprzeczne uczucia: od irytacji do matczynej opiekuńczości. Ale taka jest Turtle: potrafi w jednym zdaniu pomieścić zupełnie sprzeczne komunikaty. Kocham cię, nienawidzę, odejdź, pokaż mi, jak mam żyć i co myśleć. Ale pojawienie się Cayenne to dla niej również szansa na wzięcie odpowiedzialności za drugą osobę. A w konsekwencji również za samą siebie. Ona nie jest w stanie nauczyć się tego w inny sposób, niż testując siebie i innych.

Ciekawą postacią jest również Anna, nauczycielka, która stara się pomóc Turtle, ponieważ wierzy w nią i podejrzewa jednocześnie, co dzieje się w jej domu. Nie jest jednak w stanie zapobiec kolejnym wydarzeniom. To symbol tej części społeczeństwa, która nie jest bierna wobec przemocy, ale niewiele może zrobić?

Nie myślałem o niej jako symbolu. Raczej starałem się pokazać, że aby pomóc takiej osobie jak Turtle, nie wystarczy podać numeru telefonu i w kółko dopytywać, czy wszystko jest w porządku. Turtle jest zamknięta w sobie, nie wyraża żadnych emocji. Do tego jest wytrzymała na ból, przecież ojciec latami ją tresował, więc na próby pomocy reaguje agresją. Przy tym jest silniejsza psychicznie od tych, którzy chcą ją wspierać, dlatego nie podejdą jej żadną sztuczką. A ludzie nie lubią, kiedy jest zbyt trudno. W takich momentach łatwo rezygnują. Na szczęście „moja” Anna nie odpuszcza, chociaż i tak wyrzuca sobie, że nie działała szybciej i skuteczniej.

Pisałem powieść przez osiem lat, ale ani przez chwilę nie myślałem o swoich bohaterach jako o metaforach zjawisk czy problemów. Bałbym się kreowania wielkich person, które niosą na swoich barkach problemy tego świata. W pewnym sensie robi to Turtle, wystarczy.

Na ile środowisko, w którym się wychowałeś, miało wpływ na twoją twórczość?

Dorastałem w pobliżu kalifornijskiego hipisowskiego miasteczka Mendocino. Moi rodzice rozstali się, gdy miałem pięć lat. Zostałem wychowany przez moją mamę, zresztą również pisarkę, i jej żonę Glorię. Lekcje w szkole zaczynaliśmy od medytacji, podczas których trzymaliśmy się za ręce, a w moim domu wciąż dyskutowało się o literaturze. Przed snem czytaliśmy na głos Dickensa czy „Iliadę”. To było dla mnie coś naturalnego. Koty w naszym domu nosiły imiona ikon feminizmu. Wiem, że nie wszyscy lubią, jeśli mężczyzna nazywa siebie feministą, ale dla mnie było to coś naturalnego. Mówię o tym, aby jasno wyrazić swoje stanowisko.

 

Feminizm to jedno. Inną sprawą jest dotykalna wręcz zmysłowość twojej książki. Mówię nie tylko o cielesności, ale też o okrutnej naturze, która – jak woda w oceanie – próbuje zabić twoją bohaterkę. To chyba nie przypadek, że żywioły są obecne w twoim pisaniu. Ty sam wspinasz się po skałach. Wisząc, myślisz o pisaniu?

Coś ty, myślę wtedy tylko o tym, aby nie spaść! Ale rzeczywiście to dla mnie ważne tematy. W liceum zrobiłem wywiad z Julią Butterfly, która przez ponad siedemset dni mieszkała na drzewie. Sam, kiedy byłem mały, włóczyłem się po okolicznych lasach. Brodziłem w wodzie, wspinałem się na zbocza i szukałem salamander w chaszczach. Las był dla mnie miejscem zabawy, ale zbierałem w nim również myśli. Byłem w nim sam ze sobą.

Korci mnie, aby zadać pytanie: co powinniśmy robić w sytuacji, kiedy obok nas dzieje się coś niepokojącego?

Mam nadzieję, że nie zabrzmię teraz jak kaznodzieja, ale powinniśmy być uważni na to, co się z nami dzieje, i starać się nie dopuszczać do nadużyć. Natomiast jako pisarze powinniśmy po prostu opowiadać historie.

Żyję spokojnie. Obserwuję i rozmawiam z ludźmi. Zawsze mam przy sobie notes, jestem gotowy do pracy w każdych warunkach. Moje notatki, fragmenty zdań, czasami są oderwane od siebie, sprzeczne. Ale przepisując je do komputera, porządkuję je, dbając jednocześnie, aby nie nabrały naukowości. Teksty literackie nie muszą być przecież dydaktycznymi opowiastkami pełnymi wskazówek, jak żyć. Wręcz nie powinny. Dlatego w mojej powieści nie znajdziesz mapy. To raczej teren do zagubienia się, labirynt.

W takim leśnym labiryncie krąży Turtle i znajduje dwóch chłopców, którzy staną się przełomowymi postaciami w jej życiu?

Czasami musisz się zgubić, żeby się uwolnić, a w konsekwencji znaleźć odpowiedzi na dręczące pytania.

Nikt za nas nie wymyśli, jak mamy żyć i po co. Oczywiście warto szukać tropów w literaturze, ale powieści to nie poradniki, a pisarze nie są psychologami. W każdym razie ja nie jestem. Piszę po to, aby nie tyle pouczać, ile oświetlać to, co pozostawało w cieniu. Żeby historie, które nadal są rzadko słyszane, mogły wybrzmieć. To jest moja rola.

Książka "Moja najdroższa" dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.