Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Marzena przeniosła się do Holandii razem ze swoją partnerką Anią. Pracuje w fabryce serów. Opowiada: – Półtora roku temu, 1 sierpnia, byłyśmy z Anią w Warszawie. Ulicą przechodził akurat marsz neofaszystów. Krzyczeli, żebyśmy wypieprzały z Polski. No to wypieprzyłyśmy.

Na głowie mam tylko czepek

Żeby spotkać się z Marzeną, dojeżdżam pociągiem w miejsce, w którym znajduje się większość holenderskich fabryk sera, czyli do miasteczka Gouda. Marzena właśnie skończyła poranną zmianę. – Czyli roraty – żartuje.

W Polsce przez 11 lat prowadziła agencję kreatywną, w której wraz z Anią budowały strony, tworzyły loga, wydawały książki i gazety (na przykład miesięcznik o Kaszubach). Z przyjaciółmi stworzyła też pewną popularną aplikację.

– Jaką? – dopytuję zaciekawiony.

– Tinder dla psów.

– Co?

– No tak. Właściwie to bardziej dla posiadaczy psów. Wychodziłeś z psem na spacer i dzięki naszej apce widziałeś na telefonie innych psiarzy. Mogłeś ich zapraszać do znajomych. 10 procent dochodu z apki miało być przeznaczone na pomoc zwierzętom. Niestety, w odpowiednim czasie nie nastąpiła „monetyzacja aplikacji”. Czyli mówiąc po ludzku, nie udało się nam znaleźć odpowiedniego inwestora i nie zdążyliśmy wprowadzić funkcji, które przyniosłyby pieniądze. Byliśmy o krok – opowiada. Wyjechała, bo wkurzyła się na Polskę.

– A konkretnie na co?

– Na przykład na wysoki ZUS. I na to, że pieniądze z moich podatków idą na ojca Rydzyka i telewizję publiczną. Na sytuację polityczną. Byłam na każdym marszu i wszystkich wyborach. Zrobiłam wszystko, co mogłam. Miałam dość. Nie chcę już być częścią tego kraju. Sprzedałam mieszkanie, które miałam na Kaszubach. I mogę tylko żałować, że tak późno.

– A dlaczego Holandia?

– Bo jest niedaleko, mamy tu znajomych, a Holendrzy mówią bardzo dobrze po angielsku. Pracę znalazłam szybko. Przez pół roku banan nie schodził mi z twarzy.

– Dlaczego?

– Słuchaj, no nie mogłam uwierzyć, że ktoś płaci mi 1700 euro jedynie za to, że przez siedem godzin pakuję do pudełek po pięć paczuszek sera. Wychodziłam z pracy i jedyne, co miałam na głowie, to czepek. Rozumiesz, żeby na koniec dnia nie było już nic dodatkowego do zrobienia? Ostatni raz miałam tak chyba z 18 lat temu! Dobrze jest w końcu się nie żyłować. Moi koledzy z fabryki sera byli już w każdym zakątku ziemi. W Etiopii, Nowej Zelandii, Australii. Stać ich, szybko mogą zaoszczędzić. A jak zapomną, to i tak myśli o tym za nich państwo i zakład pracy – w Holandii 8 procent twojej wypłaty idzie na fundusz wakacyjny. Potem w maju dostajesz przelewem 1000 euro – mówi.

– A co robi twoja partnerka?

– Ania jest grafikiem. Pracowała najpierw ze mną przy serach. Potem stwierdziłyśmy, że założymy firmę i Ania spróbuje jako freelancer. Ostatnio ma już klientów z Holandii. Płacimy 90 euro ubezpieczenia, bo każdy, kto mało zarabia, ma mniejszą składkę. W ramach ubezpieczenia mamy dostęp do wszystkich lekarzy i co roku pulę na dentystę. Ja też nie chciałam całe życie pakować serów i więcej zarabiać na podróże. Gdy dostałam moje wakacyjne pieniądze, zrobiłam kurs na wózek widłowy. Jestem jedyną kobietą, i do tego Polką, na wózku widłowym w fabryce. Dostałam podwyżkę. Pewnie gdy trochę tu pomieszkamy i uzbieramy więcej pieniędzy, to znowu umoczymy w jakiś biznes – śmieje się Marzena.

Na razie uczy się niderlandzkiego. Fabryka płaci za jej lekcje z holenderską nauczycielką.

Marzena: – W moim zakładzie są 72 narodowości: Nowa Zelandia, Wyspy Zielonego Przylądka, Maroko, Litwa Rumunia. Jeden mój szef to Turek, a drugi Marokańczyk. Oczywiście, są też Polacy. Mamy tu renomę dobrych pracowników i bardzo trudnych mieszkańców.

– Dlaczego właśnie tak?

– Dobrych pracowników, bo w Polsce jesteśmy nauczeni zasuwania tak bardzo, że tu z łatwością wyrabiamy 200 procent normy. I Holendrzy są zachwyceni. Ale jesteśmy też uważani za trudnych mieszkańców, bo czasem zdarzają się sytuacje, jak na tym filmie, który krąży od wczoraj w internecie – opowiada (w dniu, w którym ląduję w Amsterdamie, w holenderskim internecie rekordy oglądalności bije klip, na którym trzech holenderskich policjantów próbuje obezwładnić Polaka, który okłada ich kijem od szczotki).

– Holendrzy raczej nie są przyzwyczajeni, że ktoś okłada ich policjantów kijem. Tutaj ma być milutko. Polacy tłoczą się też w mieszkaniach, w znacznie większej liczbie niż to dozwolone. A w Holandii, jak masz trzypokojowe mieszkanie, to możesz zameldować w nim tylko trzy osoby. Powstało tu nawet takie określenie „poolse huis” (polski dom).

Jedna Holenderka spytała Marzenę, o co w tym chodzi. Czy dziesięciu młodych mężczyzn w jednym mieszkaniu to komuna gejowska?

– Pytała: „Czy oni wszyscy uprawiają tam seks?”. Odpowiedziałam, że tak jest po prostu dla nich taniej. „Taniej? Mieszkać z obcymi? Naprawdę?” – zdziwiła się. Bardziej mieściło jej się w głowie, że chodzi o homoseksualne orgie, niż że imigranci z Polski w taki sposób oszczędzają – opowiada Marzena.

W Holandii, jak mówi, jest zakochana.

– Nie mogę się przestać zachwycać. Zobacz, jak fajnie Holendrzy zorganizowali sobie społeczeństwo. Jak jadę autem, wydaje mi się, jakby zmieniło się w wagonik kolejki. Na autostradzie wszyscy jadą równo, sto na godzinę, bo takie jest ograniczenie. Chyba że ktoś się bardzo spieszy, wtedy jedzie… 103. Jadą małymi samochodami, bo na większe nałożony jest spory podatek. W mojej fabryce nawet główni szefowie podjeżdżają do pracy yariskami. Obnoszenie się z pieniędzmi to jak puszczenie bąka w towarzystwie. W ogóle w pracy najważniejsza jest atmosfera. I możesz się nawet trochę obijać, bylebyś tylko atmosfery nie psuł. Możesz sobie w pracy pośpiewać do radia, tańczyć. W umowie mam zapis, że mam stawiać się pół godziny wcześniej w pracy. Chodzi o to, żeby przed pracą pogadać w kantynie z kolegami. Jak jesteś naburmuszony, długo tu nie popracujesz – mówi.

Za najważniejsze holenderskie słowo uważa „lekker”.

– Co to znaczy?

– „Miło”, ale używane jest bardzo szeroko. Dobre jedzenie jest „lekker” i nastrój też może być „lekker”. Są lekker bekken, czyli pyszne pieczone dorsze. Naszą firmę więc nazwałyśmy z Anią Lekkerspace. I tak jest – milutko. Ludzie niesamowicie dbają o siebie nawzajem, pomagają sobie, dbają – każdy – o ten kraj. Może dlatego, że sami ten kraj wydarli morzu, po kawałeczku. Dla nas ta troska o wspólne może być czasem niezrozumiała. Weźmy taki przykład: gdy masz brudne okna, to może się zawiązać komitet, który zgłosi do gminy, że masz je zasyfione i psujesz wizerunek ulicy! A wiesz, że jak w mojej gminie łabędź uwił sobie gniazdo na skwerku, to urząd obudował je barierkami, żeby łabędzie były bezpieczne. Więc gdy wracam do Polski, to mam głębokiego doła.

– A po co wracasz?

– Bo moja mama ma raka, z przerzutami. Lekarka powiedziała, że na ból pomóc może olej z marihuany. Ale w Polsce jest nielegalny – niby medyczna marihuana w Polsce jest już dopuszczona, ale na razie tylko susz. Na czarnym rynku w Polsce 3-miesięczna kuracja kosztuje 25 tysięcy złotych. W Holandii, w fundacji, która produkuje go specjalnie dla chorych, to 800 złotych. Mamy koleżanki ze szpitala cierpią z bólu, zażywają ketonale, robią zastrzyki, rozwalają sobie tym wątrobę i nerki. A po oleju mama powiedziała, że jakby nie wiedziała, że ma raka, toby myślała, że jest zdrowa, nic ją nie boli. Czekam z utęsknieniem dnia, gdy w Polsce i to będzie normalne. W ogóle marycha jest fajna. O co tyle krzyku? Wódka to dopiero zło, a oczywiście jest legalna i przerażająco w Polsce dostępna – w przeciwieństwie do Holandii. Palimy sobie z Anią raz na miesiąc i jest fajnie. Mamy swoją ulubioną odmianę. Normalnie lewitacja! Nazywa się „Liberty Haas”, czyli „Wolność”.

– A co ci się tutaj nie podoba? – pytam.

Marzena myśli dłuższą chwilę.

– Holendrzy witają się czasem pytaniem: „Alles goed?”. Czyli: „Czy wszystko dobrze?”. I raczej nie możesz nie odpowiedzieć, że nie, bo wszystko jest przecież lekker. Tylko że jak przyjechałeś z Europy Wschodniej, to miewasz czasem smutne dni, takie geny, nie ma przebacz. A w pracy nie ma przestrzeni na twój smutek. Bo ludzie dziwnie się patrzą, pytają o zdrowie...

– To co wtedy robisz?

– W pracy jestem lekker, a po pracy zakładam słuchawki i nurzam się w smutnej Nosowskiej.

Kropki na winogronach

Zza zakurzonej szyby tramwaju migają szyldy: „Polski sklep – polskie produkty” i „Malinka”. Jadę przez Hagę, gdzie umówiłem się z Martą (13 lat w Holandii) i Wojtkiem (2 lata w Holandii).

Wojciech Burek osiem lat był górnikiem w kopalni Szczygłowice. Zarabiał 6 tysięcy złotych miesięcznie. Ale potem Jastrzębską Spółkę Węglową dopadł kryzys i dostawał już tylko połowę.

– Chciałem jechać na platformę wiertniczą w Norwegii, ale akurat nie było ofert. Moja ówczesna dziewczyna powiedziała: „Holandia”. Najpierw miałem pracować, przez agencję pracy, przy rozbiórce kurczaków. Ale jak zobaczyłem pokój, bez wykładziny, z samym łóżkiem i z łysą żarówką zwisającą z sufitu, zrezygnowałem – opowiada.

Założył jednoosobową firmę budowlaną, zajmował się prostymi pracami.

Wojtek: – A potem zatrudniłem się w betoniarni i wszystko się zmieniło. Akurat potrzebowali tam czterech dodatkowych chłopaków. Zaproponowałem czterech swoich znajomych. Taki Marcin też miał czterech wolnych, wpadliśmy więc na pomysł, że będziemy to robić razem. On będzie załatwiał klientów, a ja ludzi i będziemy pobierać prowizję. Po czterech miesiącach mogłem zrezygnować z pracy fizycznej. Teraz zajmuję się tym sam, bez Marcina. Dzisiaj zatrudnionych jest przeze mnie nawet sto osób i zarabiam 6 tysięcy euro miesięcznie. Pracuję, nie wychodząc z domu.

– Czyli co właściwie robisz?

– Najpierw holenderskie firmy budowlane dzwonią do mnie i pytają, czy znam jakiegoś murarza albo elektryka. Wtedy obdzwaniam swoje kontakty albo wrzucam ogłoszenie na portale społecznościowe, na grupy dla Polaków w Holandii. Wybieram kogoś i łączę z klientem. Tylko weryfikuję, czy mają w ogóle pojęcie o robocie. Robiłem na budowie, wiem, o co pytać. Na początku mnie bajerowali. Kiedyś szukałem chłopaków do pracy na wysokości, prace montażowe na hali. Znalazło się czterech, mówili: żaden problem. Ale weszli na dach i był koniec przygody. Jeden zasłabł. Drugiemu – jak to zobaczył – też się słabo zrobiło. Dwóch pozostałych uciekło. Klienci mi takich zawsze zwracają i muszę szukać nowych. Stawki są od 13 do 35 euro za godzinę, a moja prowizja wynosi od 2 do 10 euro. Praca jest fajna i lekka, ale czasem tęsknię do kopalni. No i brzuch mi strasznie rośnie – śmieje się.

Marta Dytko i jej córka NataliaMarta Dytko i jej córka Natalia Fot. Wojciech Burek

Z Martą poznał się też dzięki pracy.

– Na Facebooku w znajomych mam 4 tysiące osób. Większości nie znam, to taka moja sieć kontaktów, żeby więcej ludzi widziało moje ogłoszenia z ofertami pracy. Marta wyświetliła mi się w propozycjach. Spodobała mi się, to napisałem.

Marta: – Koleżanka mi powiedziała: „Głupia, załóż sobie Facebooka, to poznasz kogoś fajnego”. Przyjechałam tu 13 lat temu z mężem. Po półtora miesiąca sprowadziliśmy córkę i syna. Chcieliśmy dorobić. Ale małżeństwo mi się rozpadło. Mąż popłynął tutaj, w kraju legalnych używek, zaczął szwendać się po kofikach. Mój ojciec przyjechał z kraju, żeby zaopiekować się dziećmi. Opiekunka kosztowałaby mnie całą tygodniówkę. A dzieci, nawet trochę starsze, nie mogą być same w domu, bo do mieszkań przychodzi holenderska kontrola i potem mogą ci wejść na dziecko. To znaczy je zabrać. Najpierw robiłam nielegalnie, na sprzątaniu. Potem zatrudniłam się przez uitzendbureau, czyli holenderskie biuro pośrednictwa pracy. Ze znalezieniem pracy nigdy nie miałam problemów. Gorzej tutaj jest z mieszkaniem. Za mało mieszkań, za dużo ludzi. A jak w końcu znajdziesz coś znośnego, to musisz zapłacić trzy borgi, czyli trzy kaucje.

Potem zbierałam ogórki i pomidory, sortowałam warzywa. Wstawałam o wpół do czwartej, bo bus pracowniczy już czekał. Do sortowni 20 minut drogi, ale po drodze musiał zebrać wszystkich pracowników, dlatego tyle schodziło. Zimna hala, ja stałam w ciężkich stalkapach, czyli butach roboczych, i przebierałam winogrona. Różne były wymagania, zależy, jaka firma. Jedni życzyli sobie, że jedno winogronko może mieć góra dwie ciemne plamki, czyli odbarwienia. Jak miało trzy, to wyrzucaliśmy. Pakowałam też pomarańcze na palety, pracowałam za barem. Powoli się poukładało. Fajnie, że tutaj nie patrzą, jak się ubierasz i ile zarabiasz. Mają na to wylewne. Teraz sprzedaję w polskim sklepie.

– Mijałem po drodze, nazywał się Malinka.

– Tam też pracowałam. W Hadze jest dużo polskich sklepów, bo jest tu mnóstwo Polaków. Dookoła fabryki, duże zakłady. Ale właścicielami polskich sklepów często są Turcy albo Marokańczycy – opowiada Marta. Zerka w telewizor, włączony na polski kanał.

Wojtek: – Ja to nawet nie czuję, jakbym był za granicą. Cały czas pracuję z domu.

– A czego wam tu brakuje?

Wojtek mówi, że wolności.

– Poczekaj, w Holandii brakuje ci wolności? – dopytuję.

– Ale takiej polskiej wolności. Na przykład nie mogę jeździć na motorze zbyt szybko. Mandaty to tragedia! Ale lubię tutejszą tolerancję dla zwierząt.

Marta: – Uważam, że Holandia to jest kraj papierowy. Znaczy urzędowy. O czymś zapomnisz, to zaraz płacisz karę. Na początku płaciłam, więc się nauczyłam. Moja córka ma już 17 lat, a syn 14. Wiesz, że nastolatek nie może sobie pójść na wagary? Bo o każdej nieobecności rodzic musi rano powiadomić. Jak nie poinformujesz, to też ci wejdą na dziecko.

Poznali się pół roku temu.

Marta: – Poznałam już rodziców Wojtka, on moich. Teraz chcemy przeprowadzić się do jednego mieszkania.

Wojtek: – Większego, żeby dzieci też się pomieściły.

Marta: – Stworzymy sobie dom, od początku.

– Tutaj czy w Polsce?

Marta: – Ja nie planowałam już powrotu do Polski. Ale Wojtek trochę na nowo mi kraj przypomniał. I język, bo obydwoje jesteśmy ze Śląska.

– Między sobą rozmawiacie po śląsku?

– No! Godomy! – śmieje się Marta.

Wojtek: – Na razie tutaj, ale chętnie wrócę do Polski. Mam tam duży dom. A tu płacę za mieszkanie 1600 euro. Moi rodzice są już starsi i chorzy. Często do nich jeżdżę. Chciałbym się nimi zająć na stałe. Chociaż stąd też nie jest daleko. Ostatnio dowiedziałem się, że ojciec jest w szpitalu, było południe, złapałem samolot i o 18 byłem już w domu, w Polsce. Chętnie wrócę. Tylko sobie najpierw poukładam tak, żeby firma dalej mi tu działała. Zarabiać po holendersku, a żyć po polsku, to będzie coś.

Zawzięłam się jeszcze bardziej

Kiedy ogłaszam w internecie, że poszukuję Polaków pracujących w Holandii, godzinę później skrzynka pocztowa pęka mi w szwach. Łukasz na przykład przekonuje, że może dać taki wywiad, że normalnie oszaleję, ale takie informacje, wiadomo, kosztują. Mariusz chce opowiedzieć mi o tym, że z kraju wyjechał, bo pali zioło, a w Polsce zdarzyło mu się „kilka niefartów” (to znaczy został kilka razy aresztowany). Piszą ludzie pracujący w obsłudze klienta Netflixa, dorabiający w ubojni, informatycy, laborant, stylistka rzęs. I bezrobotni na zasiłkach. Skarżą się na pracodawców albo opowiadają, że w Holandii jest im jak w raju.

Iwona (od siedmiu lat w Holandii) odezwała się, bo chciała przekazać mi jedną myśl: jak się jest ambitnym, to można do wszystkiego dojść. – A ja ambitna jestem – zaznacza.

Spotkaliśmy się w amsterdamskiej kawiarni, niedaleko stadionu olimpijskiego. Iwona pochodzi z Sierpca, w Toruniu studiowała finanse i zarządzanie.

– To był główny kierunek, a… jak to się nazywa? Bo zapominam już niektórych słów. Specjalizacja! Specjalizacja to nieruchomości i turystyka. W Holandii znalazłam się zupełnym przypadkiem. Przyjechałam do koleżanki. To był mój pierwszy wyjazd za granicę, słabo mówiłam po angielsku. Chłopak koleżanki pochodził ze Indii. Wieczorem miał wpaść jego najlepszy przyjaciel Dinesh. Koleżanka mówiła, że jest bardzo przystojny i aktualnie nie ma dziewczyny. Przyszedł. Phi, pomyślałam. W ogóle nie jest przystojny. I to jest mój obecny narzeczony – uśmiecha się Iwona.

Ale z pracą, przyznaje, na początku był horror. W Polsce miała własne mieszkanie, ułożone życie. Studia opłacił jej tata, który pracuje jako spawacz.

– Byłam z domu taka wychuchana. W Polsce mogłam zacząć dobrą pracę. A tu zaczęłam od sprzątania. Duży hotel, 600 pokoi. Ja? Sprzątam? Wstydziłam się. Wracałam do Polski, nikomu nie mówiłam, że sprzątam. Zamykałam się w łazience i płakałam. Potem z Dineshem przeprowadziliśmy się pod Amsterdam, urodziła się Hanna. Trochę czasu spędziłam w domu, przez rok pracowałam w polskim sklepie, ale zbankrutował. Był taki moment, że płakałam i chciałam wracać do Polski. Moja córka miała wtedy dwa lata, a narzeczony został zwolniony z pracy. Też mnie namawiał, żeby wyjechać wtedy do Polski, bo bardzo ją lubi.

Iwona mówi, że wtedy się zawzięła.

– Jestem ambitna. Wzięłam się do nauki. Nauczyłam się angielskiego i holenderskiego. A jak już mówiłam całkiem dobrze, napisałam wiadomość do szefa z poprzedniej pracy, że mówię już po holendersku. Zaproponował mi pracę w hotelu, ale już na wyższym stanowisku. Miałam sprawdzać, czy pokoje są dobrze posprzątane, szklanki czyste, a łóżko dobrze zaścielone, czy nie ma włosów w łazience. Przyjęłam posadę i zawzięłam się jeszcze bardziej, pracowałam po 12 godzin. Przychodziłam pierwsza, wychodziłam ostatnia. Schudłam sześć kilo. Ale to było fajne!

– Fajne? – dopytuję.

– Naprawdę!

– Oszczędzasz na coś?

– Najpierw pracowałam, żeby urządzić dom, który kupiliśmy pod Amsterdamem. Włożyłam w niego serce. Ale ja w ogóle lubię pracować. Zawsze się cieszę w poniedziałek rano. I ciężka praca mi się opłaciła, bo w końcu zostałam w moim hotelu menedżerem. Dzień przed moimi urodzinami.

– Czyli co teraz robisz?

– Teraz sprawdzam dziewczyny, które sprawdzają, czy pokoje zostały dobrze wysprzątane przez sprzątaczki. Zajmuję się administracją i ludźmi. Umiem to robić, bo mam trochę władcze cechy. Dinesh, mój narzeczony, mówi czasem: „Nie jesteś teraz w pracy”.

– Czym zajmuje się twój narzeczony?

– Nie jest ambitny. Pracował w gazecie.

– Aha.

– Nie! Nie jak ty! W drukarni! Ale były zwolnienia i teraz drukuje etykiety – dzwoni telefon, Iwona odbiera, wymienia kilka zdań po niderlandzku. – Mój szef! Raz w życiu wyszłam na chwilę na przerwę i akurat mnie wzywa.

– Czego Holendrzy mogliby nauczyć Polaków?

– Odpoczynku. Ale mnie to niepotrzebne – odpowiada i wraca do pracy.

Zamiast szpilek wkładam śniegowce

Wjeżdżamy z Iloną Brągiel (trzy miesiące w Holandii) windą do jej mieszkania.

– Uff – wzdycha. Cieszy się, że w końcu może porozmawiać z kimś po polsku. A gdy tylko wypowiada te słowa, odzywa się młoda para, która jedzie z nami windą. „Dobrej nocy” – mówią po polsku i wychodzą.

– W tym budynku mieszkają sami imigranci. Jest przeznaczony na wynajem dla przyjezdnych. Jeżeli jesteś Holendrem, nie możesz wynająć tutaj mieszkania. Musisz też udowodnić, że zostajesz w Holandii krócej niż dwa lata. Mój kontrakt jest na siedem miesięcy – tłumaczy chwilę później.

– Masz firanki.

– Mam! Podobno polskie domy w Holandii można poznać po tym, że w oknach wiszą firanki. Holendrzy ich nie wieszają. Podobno wzięło się to z tego, że „Bóg i tak wszystko widzi, a człowiek nie powinien mieć nic do ukrycia”. I że jak mężczyźni wypływali w morze, to kobiety musiały mieć odsłonięte okna, żeby pokazać, że niczego nie ukrywają. Ale ja bym nie mogła bez firanek – tłumaczy.

W Amsterdamie pracuje jako rekruter w portalu Booking.com, czyli w internetowym agregatorze hoteli. Portal założył Holender Geert-Jan Bruinsma w 1996 roku.

Ilona: – Rekrutuję ludzi do biura obsługi klienta. Przeglądam CV, rozmawiam z nimi przez telefon. A jak ktoś ma dobrą energię i zna świetnie angielski, zapraszam na rozmowę. W Polsce też pracowałam w rekrutacji.

– Inaczej się tu pracuje niż w Polsce?

– Mam więcej czasu. W Warszawie wstawałam o 6.30, żeby zrobić śniadanie, makijaż i włosy. Wychodziłam o 8. Pod biurkiem miałam zawsze szpilki, które zakładałam po przyjściu. Tutaj wystarczy, że wstanę 30 minut wcześniej. Nie robię makijażu, bo nikt nie robi. Nie ma presji. Do pracy idę sobie w śniegowcach albo adidasach.

Podoba się jej też, że Holendrzy są bezpośredni, od razu mówią, jak im się coś nie podoba (w metrze już dwa razy zwrócono jej uwagę, że za głośno rozmawia).

– W Polsce inni decydują o tym, czy jestem dostatecznie mądra, żeby robić niektóre rzeczy. A mnie się wydaje, że jestem dostatecznie mądra, żeby decydować za siebie, czy mogę to robić. Dlatego podobają mi się holenderskie wolności. Trochę wkurzająca jest biurokracja. Chciałam obejść opłatę za ubezpieczenie, skoro w Polsce mam już prywatne. Koleżanka powiedziała: „Ilona, to jest stara biurokracja, złapią cię”. Ona sama kiedyś dostała mandat, zapłaciła, ale się odwołała, bo nie powinna go dostać. Wtedy dostała drugi mandat, bo zapłaciła, choć nie powinna – opowiada.

Ilona pochodzi z 2-tysięcznego Przecławia niedaleko Mielca. W Holandii jest tylko przelotem.

Ilona: – Zawsze chciałam podróżować. Wychowałam się w małej wiosce, ale moi rodzice byli trochę inni. Tata zawsze powtarzał, że nie jest ważne, w jakim języku kto mówi, a ważne, jakim jest człowiekiem. Dorabiali sobie we Włoszech. Tata opiekował się tam sadem, zbierali jabłka. Jeździłam z nimi. Na półce rodziców jako dziecko znalazłam książkę „Telemach w dżinsach”. Ciocia dała ją mojemu tacie. Opowiadała o chłopcu, który podróżował po świecie i szukał swojego ojca. Mój tata też nie znał swojego taty, pewnie dlatego ciocia dała mu tę książkę. Ale ja długo nie wyjeżdżałam, nie było na to pieniędzy. W końcu pomyślałam: chyba nie o pieniądze tu chodzi. Na trzecim roku studiów pojechałam autostopem do Francji, a potem zjeździłam całą Europę. Lubię się przemieszczać. Po studiach wyjechałam do Meksyku, długo na to odkładałam. W Meksyku poznałam Isaaca. Zaprosiłam go do Polski. Wiesz, że amerykańska wiza do Schengen ważna jest tylko trzy miesiące? Najlepsza była wiza studencka, ale był już wrzesień, a to za późno, żeby w Polsce składać papiery. Ale w Amsterdamie znaleźliśmy uniwersytet, gdzie studenci mogą dołączać sześć razy w roku, Isaac uczy się tam biznesu.

– A dalej?

– Polecimy gdzieś, gdzie będzie ciepło i gdzie będzie ocean. Meksyk? Floryda? A na stałe? Nie wiem, czy w moim życiu coś może być na stałe. Kiedy myślę o przyszłości, to trudno mi myśleć o miejscu. Kocham Polskę, jak jeżdżę sobie latem rowerem przez łąki, to czuję wewnętrzny spokój. Ale na stałe? Chciałabym otworzyć studio jogi i masażu. Punkt dobrej energii, w którym będzie można naprawić swoje ciało i ducha. Ale nie wiem jeszcze, gdzie się będzie znajdować.

Finansista na rowerze

Muzyka gra głośno w knajpie Razmamat, a Łukasz Wrzesień (od roku w Amsterdamie) opowiada, że w Holandii spodobało mu się to, że to kraj nastawiony na ekspatów.

– Na kogo?

– Ekspatriantów, to znaczy wysoko wykwalifikowanych emigrantów z różnych stron świata. Teraz, z powodu brexitu, jest jeszcze więcej ekspatów i wiele firm przenosi się z Wysp do Holandii. Dla ekspatów jest wiele ulg. Na przykład jak ktoś przyjeżdża do Holandii w ramach pracy umysłowej, jak ja, to przez osiem lat płaci podatek tylko od 70 procent przychodów. W tym roku obniżono to do pięciu lat, bo budżet się nie domykał. I społeczeństwo jest już trochę zdenerwowane, że ekspaci mają zbyt dużo przywilejów. Bo jak ekspat bierze hipotekę, to nie musi mieć wkładu własnego, a Holender zazwyczaj musi. Przez ekspatów wzrastają też ceny czynszów.

Łukasz ma 24 lata, zajmuje się consultingiem.

Łukasz WrzesieńŁukasz Wrzesień Fot. Denise Tomai

Pochodzi z Lublina, studiował w Warszawie na SGH. Po licencjacie – miał wtedy 21 lat – dostał się na staż w amerykańskiej firmie. Miał zajmować się consultingiem finansowym, to znaczy jeździć po świecie i pomagać lokalnym spółkom w przygotowaniu sprawozdań finansowych. Pół roku w Budapeszcie, pół w Lizbonie, pół w Nowym Jorku. Nie zastanawiał się.

– Spełniłem marzenie, pracowałem na Wall Street. Codziennie wjeżdżałem na 30. piętro wieżowca, żyłem American Dream – mówi.

Zmęczyło go to jeżdżenie, więc postanowił zostać dłużej w jednym miejscu. Od roku jest w Amsterdamie.

– Jest tutaj europejska siedziba mojej firmy. Holandia jest też bardzo międzynarodowa, jak znasz angielski, to nie ma problemu, żeby się dogadać w pracy, w urzędzie i w sklepie. Moi znajomi z pracy to Włosi, Hiszpanie, Anglicy, Amerykanie, jest tylko jeden Holender. Ekspaci trzymają się z ekspatami. Jak mówię Holendrom, skąd jestem, są trochę zdziwieni. Polaków kojarzą raczej z pracą fizyczną.

– Na czym właściwie polega twoja praca?

– Na przykład pomagam w sprzedaży spó-łek. Mój zespół przegląda wyniki finansowe, pomaga w negocjacjach z kupcem.

W Polsce zarabiał w tej samej firmie powyżej średniej krajowej. Tu trzy razy więcej.

– Czym się różni praca w finansach w Holandii i w Polsce?

– W Holandii nawet jak ktoś pracuje w finansach, to musi nauczyć się dobrze jeździć na rowerze. Na rowerach jeździ się tu szybko, Holendrzy wiedzą, jak to robić. Jak ktoś jeździł na rowerze po wsi w Polsce, to trudno mu się włączyć do ruchu. Nieważne, czy dopiero zaczynasz, czy masz 30 lat doświadczenia, do pracy jedzie się na rowerze. Jest tutaj świadomość, że planeta jest jedna.

– Ty też?

– Tak. Tylko akurat dzisiaj nie, bo spadł śnieg.

Mówi, że jeszcze trochę popracuje, a potem wróci do Polski.

– W Polsce, niestety, zarobię najwyżej 60 procent tego, co mam teraz. Ale zaoszczędziłem. Kupiłem sobie mieszkanie w Warszawie, więc mam gdzie się podziać. Chcę wrócić i być specjalistą w mojej branży. I rodzinę też chciałbym założyć w Polsce. Moi rodzice nie mówią płynnie po angielsku. Jeśli nie mogliby dogadać się z moją żoną, to nie byłoby dla mnie komfortowe.

Opowiada, że ze swoją polską dziewczyną dwa lata próbowali związku na odległość, ale nie wyszło.

– Jakie były jeszcze koszty twojego wyjazdu?

– Grono przyjaciół trochę się zawęziło. Ale z najlepszymi przyjaciółmi ciągle mam świetny kontakt. Za to polepszyły się kontakty z rodziną. Kiedy mieszkałem w Polsce, raczej się dystansowałem. Uważałem, że rodzina po prostu jest. Teraz doceniłem, jak wiele rzeczy w moim życiu jest możliwych dzięki wysiłkowi rodziców.

– Czym się zajmują?

– Mama jest wykładowcą akademickim, ojciec jest kierownikiem robót budowlanych. Jeden brat studiuje automatykę i robotykę, drugi uczy się w podstawówce. Tęsknię za nimi. Bardziej się na nich otworzyłem. W ogóle Holandia mnie bardziej otworzyła. Kiedyś wydawało mi się, że mój punkt widzenia jest najlepszy. Teraz szanuję inne. Nauczyłem się też uśmiechu. Tutaj jest takie myślenie: czymkolwiek się zajmujesz, możesz czerpać z tego radość, tak się tutaj uważa. Nawet język niderlandzki, jego intonacja, jest taki radosny. W Polsce ludzie są raczej ponurzy. Ale może chodzi o pensje. Nie wiem. Ludzie są tutaj też bardzo bezpośredni. Rozmawiasz z kimś trzeci raz, a on cię pyta: co lubisz w seksie? Jak lubisz? Po prostu jest ciekawy.

– Czegoś ci tu brakuje?

– Polaków. To znaczy rozmów i narzekania po polsku – mówi.

Żeby ich znaleźć, poszedł nawet na polską mszę do kościoła.

Łukasz: – Niestety, nie uwzględniłem demografii. Sami starsi albo rodziny z dziećmi. Zapisałem się więc na polskie grupy na Facebooku, ale tam ludzie głównie organizują transport albo coś sprzedają. Ale w końcu poznałem Grześka. Jest o 20 lat starszy ode mnie. Jeździ w sklepie na wózku widłowym. Pochodzi z Tych. Miał tam dobrą pracę, był kierownikiem zmiany w fabryce. Wyemigrował, ale nie za pieniędzmi, tylko dlatego, że nie podobało mu nastawienie, które dominuje w Polsce.

– Jakie nastawienie?

– Że koniecznie masz się dorobić. W Holandii tego nie ma. Ludzi nie interesuje, ile zarabiasz. Jak masz sukces, to ci gratulują. A jak nie masz, to państwo ci pomoże. Grzesiek mówił, że bardzo mu się to podoba. Ale najpierw przez pół roku mieszkał w hotelu pracowniczym i to był najbardziej depresyjny moment w jego życiu. Hotele robotnicze to masakra. Kilkudziesięciu mężczyzn ściśniętych na małej przestrzeni, ciężko pracują, a potem wracają z pracy, piją i ćpają, bo to najtańsze rozrywki. Ale Grzesiek się wyrwał, znalazł mieszkanie, ściągnął żonę. Chcą zostać na stałe.

– I co robicie razem?

– Morsujemy. Bo zaczęło się od tego, że Grzesiek wrzucił wiadomość, że szuka chętnych do morsowania. Wcześniej nigdy nie morsowałem, ale chciałem poznać kogoś z Polski. A jutro idziemy razem na siłownię.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.