Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Emigracja? W życiu! – Ewa Komorek, 39-letnia szczupła brunetka o zgrabnej figurze, na miejsce spotkania wyznacza włoskie bistro niedaleko bramy głównej najlepszej dublińskiej uczelni. To nie przypadek, że umawiamy się tutaj, ale o tym za chwilę. – Wszystkim mówiłam, że zaraz wrócę. Kilka lat pracy, podróże, wyższe kwalifikacje. Tylko potem okazało się, że wyjazd zmienia. I nie chodzi o pieniądze.

Szacunek dla każdego

Juliusza poznałam na studiach. Już wtedy ustaliliśmy, że zaraz po dyplomie wyjeżdżamy. Uniwersytet Warszawski kształcił wówczas tysiąc mecenasów rocznie, rynek wydawał się przesycony, żadne z nas nie pochodziło z prawniczej rodziny. Juliusz, kocham tę jego szerszą perspektywę, zaproponował, żebyśmy pojechali do Amsterdamu studiować podyplomowo prawo europejskie. Było lato 2002, wejście Polski do Unii było już pewne.

Minęły może dwa tygodnie, sekretarka uczelni skontaktowała nas z holenderską firmą telekomunikacyjną. Chcieli zainwestować w Polsce, szukali Polaków, którzy pomogą im przejść przez prawne formalności. Nie były to kokosy, w sklepach interesowały nas półki z produktami za 1 euro, ale byliśmy spokojni.

Po roku mieliśmy wrócić, ale wszyscy znajomi aplikowali na staż do Brukseli. No to my też, mówi mąż. Dobra, myślę, tęsknię za siostrą i rodzicami, ale dotąd się nie mylił. Trafiliśmy do dyrekcji generalnej ds. konkurencji. Juliusz zajmował się transportem lotniczym, ja mediami. Fuzje, połączenia dużych firm. Wciągnęło nas.

Nie mieliśmy zobowiązań, zarobki rzędu 2 tys. euro starczały nie tylko na wynajem mieszkania w centrum, ale i wyjazdy: przez półtora roku objechaliśmy całą Belgię. Gdy staż się skończył, poczuliśmy, że coś się zmieniło – Ewa bierze łyk gorącej malinowej herbaty, mówi szybko, niemalże na jednym oddechu. – Chcieliśmy więcej.

CV rozsyłają po całym świecie: Ameryka, Australia, Afryka Południowa. Ustalili, że pojadą tam, gdzie któreś z nich dostanie pracę. Pierwszy odezwał się Ryanair, do Juliusza. Jest rok 2004, irlandzka linia lotnicza wykorzystuje szansę, jaką daje wejście do UE nowych państw, i otwiera się na kolejne kraje, w tym Polskę.

 Liczba: 122 500 - tyle tysięcy Polaków żyje obecnie w Irlandii (Badanie Census 2016)

Ewa: – Ich prawnik zaprosił męża na guinnessa. Siedem dni później wynajmował mieszkanie w Swords pod Dublinem. To był luty 2004, w maju Polska weszła do Unii, w październiku do niego dołączyłam. Dostałam pracę w jednej z pięciu największych dublińskich kancelarii prawniczych. Wcześniej złożyłam też podanie o przyjęcie na studia doktoranckie na Trinity College.

To były czasy, kiedy Polaków właściwie w Irlandii nie było. Gdy jedna para zobaczyła na podwórku naszą rejestrację, następnego dnia wyczekiwali nas w oknie. Rok później nikt już na siebie uwagi nie zwracał. Polacy byli wszędzie, szczególnie w usługach. W pracy, oprócz Niemki i Rosjanki, byłam jedyną osobą spoza Irlandii. Ale to nie był dyskomfort. Irlandczycy, naród emigrujący, szanują każdego, kto przyjeżdża, by u nich pracować.

Zero stresu

Na początku zarobki były niewiele wyższe od brukselskich, ale było jasne, że to kwestia czasu. Pracowałam po 12 godzin dziennie, mąż to samo, w nocy research do doktoratu. Po roku zarówno na uczelni, jak i w kancelarii postawiono mi ultimatum: kariera radcy prawnego albo wykładowcy. „Tak się na dłuższą metę nie da” – tłumaczyli i mieli rację. Zdecydowałam się na karierę wykładowcy. Miałam wtedy 26 lat. Gdybyśmy oboje pracowali w zawodzie, nigdy nie założylibyśmy rodziny.

Trzy lata później Ewa broni doktoratu, rodzi bliźniaki, zaczyna prowadzić zajęcia z prawa lotniczego. Ze strony internetowej Trinity College: wykładowca zarabia od 34 do 83 tysięcy euro rocznie. Mąż Ewy jest dziś jedynym obcokrajowcem w zarządzie Ryanaira.

– W pracy o nic nie musiałam zabiegać. Zaczęłam od ćwiczeń, potem kursy, wkrótce dostałam pół etatu, w końcu cały. Odpoczywałam. Tak samo płynnie z roku na rok awansował mój mąż. Jednak o tym, że zostajemy, przesądziły dzieci.

Kiedy się urodziły, a ja podniosłam głowę znad komputera, zakochałam się w irlandzkim sposobie bycia. Easy-going – jak tu się mówi. Zero pośpiechu i stresu. Mieszkam tu 15 lat, a nigdy nie byłam w urzędzie. Wszystko na telefon lub mailem. Nikt nie rozmawia o polityce. Moja koleżanka pracuje w banku. Kiedy raz chciała zostać po godzinach, szef podszedł do niej i zapytał, co robi. Wytłumaczyła, że się nie wyrobiła. On na to, że nie ma takiej możliwości, ma iść do domu. Nic nie zyskam, powiedział, skoro jutro przyjdziesz zmęczona. Jeśli już mają być nadgodziny, to w sobotę i płatne. To, jak traktuje się pracowników, jest jednym z głównych powodów, dla których niechętnie zmienia się pracę.

Dzieci poszły do szkoły, kupiliśmy dom na wsi, przestaliśmy myśleć o powrocie. Większość irlandzkich szkół jest katolickich, uczniowie modlą się przynajmniej raz dziennie, my posłaliśmy swoje do bezwyznaniowej Educate Together.

Dyrektor jest gejem, każde dziecko wie, że ma męża. Uczą się o wszystkich religiach świata, o równości, tolerancji, feminizmie.

Mają przedmiot wellbeing, gdzie rozmawiają o związkach, relacjach, przyjaźniach. Gdy ostatnio poproszono uczennice i uczniów, by połączyli się w pary i wypisali, co ich różni, moja córka wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką, obywatelką Chin, wymieniły wszystko, tylko nie różnice rasowe.

Za miesiąc lecimy na wakacje do Stanów Zjednoczonych. Nasz syn, lat 11, chce zobaczyć Harvard. Studiował tam jego idol – założyciel Facebooka – i on też planuje tam naukę. Nie wiem, jak będzie, ale jest dla mnie ważne, że bez najmniejszych obaw myśli o studiach na Harvardzie. Takiego życia dla nich chcę – bez kompleksów.

Gorzki jest brak rodziny. Trudno o przyjaźnie. Do Warszawy latamy w każde wakacje. Mam wtedy ponadmiesięczną przerwę na uczelni, chcę, żeby dziadkowie nacieszyli się wnukami. Rodzice zaczynają chorować, wciąż myślę o tym, że może mnie nie być, gdy będą mnie potrzebować. Wkurza pogoda. Ciągle wieje, lasów brak, niebo w kolorze kurzu, deszcz potrafi padać poziomo. I to seriami – dwa, trzy tygodnie z rzędu. Wielu Irlandczyków, gdy spada im nastrój, leci się wygrzać. Robimy to samo.

Ja albo narkotyki

– Jedni lecą się wygrzać, drudzy idą do baru – 31-letni dziś Maciej Cymerys, szczupły blondyn z zadbanym zarostem i miłym uśmiechem, do Irlandii przyleciał latem 2016. Jest jednym z niewielu – jak mówią mi w tamtejszych polskich związkach zawodowych – o których się słyszy, że dopiero się sprowadził. – Kiedy pierwszy raz wszedłem do pubu, po przekroczeniu progu podnosiłem z podłogi pijaną Irlandkę. Grubo, pomyślałem.

U niego też było grubo. – Przez osiem lat prowadziłem firmę, która zajmowała się oprawą techniczną koncertów i festiwali. Miałem na kredyt i na samochód, tylko że pracowałem nawet 80 godzin tygodniowo. To nie było życie, ale harówa. Aż nastał luty 2015.

Wszedłem na drabinę, noga się obsunęła, zleciałem. Uderzyłem kolanem w beton. Zmiażdżone. Nie mogłem znieść leżenia, ból rozsadzał, kule frustrowały. Uzależniłem się od leków przeciwbólowych, potem doszła amfetamina. Po trzech miesiącach wróciłem do pracy, ale już jako koordynator, więc pieniądze nie te. Zacząłem zawalać zlecenia. Pojawiły się długi. Ten lot trwał rok. Żona powiedziała w końcu: ja albo dragi.

– Ty – mówię. – Ale co dalej?

– Waterford – odpowiedziała. – Piąte co do wielkości miasto w Irlandii.

– Pogięło cię? – zapytałem.

– Ale przestań – tłumaczyła. – Jest tam moja siostra z mężem. W Polsce ledwo im wystarczało, w Irlandii łatwo im się żyje. Co nam szkodzi?

Wyjechaliśmy latem 2016. Spodziewałem się metropolii, poczułem jak na wsi, choć według najnowszych danych żyje tu 67 tysięcy osób. Jest ładnie, niska zabudowa, trochę ruin po wikingach, a że miasto portowe, znajdziesz i przystań. Ale, kurde, jakie nudy. Tu się absolutnie nic nie dzieje! Tylko puby i kilka klubów. Każdego wieczora ścisk, ledwo wejdziesz. Mówi się, że jak była bieda, Irlandczycy pili, bo ciężko. Jak nadszedł dobrobyt, chcieli wyrazić swoją radość. Teraz nikt nie wie, dlaczego piją. Może chodzi o pogodę? Nie rozumiem, bo dla mnie Irlandia to jeden wielki lek na depresję.

Pracę dostaliśmy od razu. Do Asi oddzwonił Subway, do mnie polska restauracja.

Sklepy, knajpy, nawet polska przychodnia – wszystko jest, jak się uprzesz, nie musisz znać języka.

Są tacy, którzy żyją tak 12. rok. W pracy też Polacy, więc zawsze ktoś przetłumaczy. Gorzej, że: towarzystwo – polskie. Telewizja – polska. Jedzenie – polskie. Nastrój – też polski.

Fabryka jak lego

Kiedy zaczynaliśmy, najniższa krajowa to 9,10 euro za godzinę. Mieszkanie wynajęliśmy za 650, pracowaliśmy na pół etatu, razem mieliśmy niewiele powyżej 2 tysięcy. Nie za dużo, ale wystarczało. Dotąd gotowałem hobbistycznie, nie mam nic do żurku, robię świetne gołąbki, ale to nie było dla mnie. Po ponad roku zatrudniłem się w Vodafone.

Znęcili mnie autem (biały volkswagen) i prowizjami. Miałem sprzedawać pakiety – telefon, internet, telewizor. Ale nie byłem chyba wystarczająco easy-going.

Podstawa wynosiła 720 euro co dwa tygodnie, do tego prowizja. W tydzień wyrabiałem tyle, co inni w miesiąc. „Stary, wyluzuj – poklepał mnie po ramieniu kolega Irlandczyk. – Bo długo tu nie popracujesz”. Zaproponowali mi stanowisko menedżera, ale za te same pieniądze, więc odrzuciłem. Wkrótce zaczęli zwlekać z wypłatami za prowizje. Odszedłem po siedmiu miesiącach, kiedy byli mi winni 4 tysiące euro. Mówili, że klient się wycofał, nie miałem możliwości sprawdzenia. Odpuściłem.

Znajomy pracował w fabryce – silniki, materiały wybuchowe, agregaty. Zaniósł moje CV we wtorek, w piątek miałem rozmowę, w poniedziałek już tam pracowałem. W życiu bym nie pomyślał, że to powiem, ale praca w fabryce jest zajebista. To tak jakbym cały dzień układał klocki Lego. Raz mniejsze, raz większe. Jest czysto, dostaję milion śrubek, skręcam. Co dziesiąty agregat idzie dla ofiar klęsk żywiołowych. Nawet misję poczułem.

Chociaż na początku było szorstko. Liczyli mi każde wyjście do toalety. Piłem dużo wody, chodziłem często. W końcu podszedł do mnie przełożony z kartką w ręku i powiedział, że wychodzę co półtorej godziny. I że dobrze by było, żebym przyniósł zaświadczenie od lekarza, bo chyba jestem chory. Piłem mniej. Po trzech miesiącach, w lipcu 2017, przedłużyli mi kontrakt. Atmosfera się poluźniła, zobaczyłem, że etap próbny to czas, w którym wyłapują leserów.

Gdy przedłużyli mi kontrakt, awansowałem. Nadal układałem klocki Lego, ale odpowiadałem też za jakość produktów mojego zespołu. W praktyce – sprawdzałem, czy dokręcona jest każda śruba. Nie dostałem podwyżki, choć zarabiałem – 9,55 euro na godzinę – bo zdążyła podskoczyć najniższa krajowa. Dla mnie ważne było, że miałem zagwarantowaną ciągłość kontraktu. Wychodziło 2,1 tys. euro i choć żona była już na macierzyńskim, też na nic nam nie brakowało. Tu jest tanio. Dzisiaj – za 7 euro – zrobiliśmy zakupy na śniadanie (chleb, ser, szynka) i dwudniowy obiad (klopsy w sosie pieczarkowym).

Minęły kolejne trzy miesiące, moją stawkę godzinową firma podniosła do 10 euro. Niecały miesiąc później szef powiedział, że się marnuję.

Dostałem swój zespół i 75 euro tygodniowo ekstra za team leadera. Czuję, że chcą, żebym został. Do pracy chodzę z przyjemnością.

Zazdrosny Polak

W firmie na 250 pracowników 130 to Polacy. Na parkingu najstarsze auto ma dziesięć lat. Audi, bmw, mercedesy. Nie wiem, o co chodzi z tym irlandzkim kształceniem, ale Polak po maturze bywa bardziej rozgarnięty niż Irlandczyk po studiach. Miałem w zespole inżyniera, który nie wiedział, że jak ma brudny gwint, a wkręci śrubę, to ona pęknie i zostanie w środku. Cztery razy zrobił to samo, zanim skumał.

Jak ktoś mówi, że Irlandczycy są tylko easy--going, to chyba przez te kompleksy. To kontaktowi i pomocni ludzie, ale w pracy twardzi, kłótliwi. Dla mnie najtrudniejsze, że leniwi. Dzwonią w poniedziałek, żeby wziąć wolne po weekendzie, spóźniają się, przedłużają przerwy śniadaniowe, nie zostaną po godzinach, a już na pewno nie ruszą palcem, jeśli coś nie należy do ich obowiązków. Choćby w tym momencie leżeli i patrzyli w sufit.

Co z Polakami? W Waterford mieszka nas trochę ponad 2 tysiące. Ciągnie do Polaka, wiadomo, ale na Polaka trzeba też uważać. Jak komuś się powodzi, to Polak zazdrosny. A jeśli zazdrosny, chętnie doniesie. Do opieki socjalnej, żeby sprawdziła, bo może w domu źle się dzieje. Albo do skarbówki, bo sąsiad dorabia na czarno. Trzymam się z czterema, wieczory wolę spędzać z żoną. W pracy spotykam coraz więcej Chorwatów. Może z nimi uda się zakolegować?

Polacy pracują wszędzie, nie ma już reguły: Polak jest dyrektorem oddziału banku, właścicielem polskiego sklepu czy restauracji, inżynierem, kucharzem, pracownikiem rzeźni. Tutaj, jak chcesz, na nic nie narzekasz, bo za najniższą krajową możesz wynająć mieszkanie, zjeść, ubrać się, a jak nie będziesz pić i palić (drogo), to nawet zaoszczędzisz. Gdy urodziła nam się córeczka, kupiliśmy seata cordobę z 2008 roku. Stan idealny. Oszczędzaliśmy trzy tygodnie. Z jednej pensji. Do przedszkola dopłata, chociaż trudno się dostać, lekarz – jeśli nie przekroczysz progu dochodowego – darmowy. Potem niestety nawet 60 euro.

Sporo Polaków narzeka. Pewnie dlatego, że ciągle są na tej najniższej krajowej. Nic się nie zmienia, bo nie uczyli się języka. A bez tego nie awansujesz. Z czasem pojawiła się więc frustracja, po frustracji whisky. Gdy pytam, dlaczego nie wracają, mówią, że nie mają już do czego.

Planujemy kupić dom. By mieć na wkład własny, sprzedaliśmy mieszkanie w Trójmieście. Gdyby się okazało, że jednak wrócimy, wynajmiemy go Polakom, a nam będą wpadać na konto 3 tysiące złotych miesięcznie.

Tęsknimy, pewnie, w ubiegłym roku byliśmy w Polsce cztery razy. Moja mama przylatuje do nas co trzy miesiące. Jest już na emeryturze, śmieje się, że w końcu podróżuje. I cieszy się, bo widzi, że wyluzowaliśmy. Po roku nuda zaczęła nam się podobać. Niby nic się nie dzieje, ale też nic niemiło cię nie zaskoczy.

Niewyuczalny debil

Piotr Wajner, rocznik 1977, obejmuje w przedpokoju zapłakaną matkę. – Przestań, jadę trochę popracować dla Google’a. Wrócę!

O tym, że wróci, miała świadczyć torba, w którą się spakował – mała, czarna, idealna na fitness. To był kwiecień 2006. O żadnym Google’u nie było jeszcze mowy. O powrocie tak. – Wyjeżdżałem, bo byłem nieszczęśliwie zakochany. Kto wtedy myślał o Google’u?

W technikum miałem same mierne. Byłem tak leniwy, że pani od matematyki powiedziała mojej matce, że jestem niewyuczalnym debilem. Jedynym przedmiotem, z którego miałem szóstkę, była informatyka. Tylko wtedy czułem się kreatywny. Kiedy zbliżałem się do matury, zdałem sobie sprawę, że to moja droga, ale miałem za słabą średnią, żeby dostać się na politechnikę. Złożyłem papiery do gdyńskiej Szkoły Morskiej. Byłem 57. na 60 osób, które przyjęli.

Piotr Wajner jest program managerem w firmie GooglePiotr Wajner jest program managerem w firmie Google 

Na wykładach z matematyki i fizyki niewiele rozumiałem. Większość na roku była po mat.-fizie, całki mieli w jednym palcu, ja nigdy o nich nie słyszałem. Zerwałem kontakty z kumplami z podwórka, wstawałem o szóstej, jechałem na uczelnię, wracałem o 20, jadłem i do północy wkuwałem.

Po studiach mogłem być radiooficerem, ale zanim je skończyłem, zawód przestał istnieć. Zadania radiooficerów wyparły nowoczesne środki łączności. Nie zdążyłem odbyć nawet praktyk morskich, ale że studia jakichś wymagały, wysłali mnie na ląd – do sklepu Wirtualnej Polski. Rok 2002, mają już portal, ale też, o czym niewielu pamięta, sklep internetowy, w którym można było kupić komputery. Monitorowałem zabezpieczenia, by nikt się do niego nie włamał.

Studia skończyłem dwa lata później. I znów odezwałem się do WP, ale nie chciałem już pracować w sklepie. Wchodzę na rozmowę kwalifikacyjną, a po drugiej stronie stołu mój sąsiad, którego – jak połowę osiedla – kilka miesięcy wcześniej podłączyłem do internetu. To były czasy, kiedy dostęp był tylko przez modem telefoniczny. Wydzierżawiłem od telekomunikacji szybkie 24-godzinne połączenie internetowe, a koszty podzieliłem pomiędzy sto osób z sześciu bloków. Zatrudnił mnie. Moim zadaniem było pilnowanie, czy portal się nie przeciąża.

Byśmy dziś nie rozmawiali, gdybym się wtedy nie zakochał. Kompletne szaleństwo. Była jak najlepszy narkotyk świata. Ale był pewien problem. Chcesz to pisać? OK. Była w związku. Niezbyt udanym, ale nie potrafiła go zakończyć. A ja odejść. Trwało to trzy lata i zapewne trwałoby dłużej, gdyby nasz romans się nie wydał. Jak zapomnieć? Kupiłem bilet do Cork.

Włamałem się i naprawiłem

To drugie co do wielkości miasto w Irlandii (ponad 120 tysięcy mieszkańców), tanie loty, ogrom Polaków – w tym mój kolega pracujący w firmie IT. Dał mi kawałek podłogi i pokazał, gdzie jest agencja pracy. Dostałem się tam, gdzie on. Wzięli mnie do testowania nowych urządzeń. Tygodniowo płacili od 400 do 700 euro, w zależności od nadgodzin. Podłogę zamieniłem na wynajmowane mieszkanie. Cieszyłem, że nie jestem na zmywaku. Wtedy większość Polaków pracowała w gastronomii, usługach, na budowach, w wykończeniówce.

Męczyły mnie jednak słowa wypowiedziane do mamy, napisałem więc też do Google’a. Zadzwonił rekruter. Miał na imię Jim, zadał 10 pytań (m.in. o rozdzielczość ekranu systemu Windows w trybie awaryjnym) i powiedział, żebym czekał na telefon od ich inżyniera. Rozmowa miała trwać 45 minut, przerwałem mu po 15. Bo niewiele, z tego, co mówił, rozumiałem. Myślałem, że na tym moja kariera w Google’u się zakończy, ale Jim zadzwonił raz jeszcze i powiedział tak: „Masz fantastyczne doświadczenie oraz wiedzę. Podszkol język i odezwij się za pół roku”.

Napisałem do nich 10 miesięcy później, ale nikt nie odpowiedział. W tym czasie w mojej firmie padła sieć – stanął cały dział testowania produktów. Dwa dni nie mogli sobie z tym poradzić. Włamałem się do sieci i to naprawiłem. Podszedł do mnie główny inżynier i zapytał, jak mi się udało, skoro nie mam uprawnień systemowych. Chwilę się zastanawiałem, czy powiedzieć prawdę.

Dzień później przenieśli mnie piętro wyżej, do działu inżynierów, zatrudnili i dali podwyżkę. Zarobki: rocznie 35 tysięcy euro.

Akurat wtedy znów odezwał się Jim. Tym razem proces rekrutacyjny przeszedłem bez problemu, na finalną rozmowę pojechałem do siedziby Google’a w Dublinie. To było pięć godzinnych rozmów z menedżerami, inżynierami, a także z przyszłymi współpracownikami. Czułem się jak po maratonie. Po tygodniu Jim zaoferował stanowisko technika i za mniejsze pieniądze. Mówię: – Jim, teraz, kiedy zostałem inżynierem?! Ale dobra, biorę. Mamie obiecałem.

Pracę zacząłem w maju 2007 w centrum przetwarzania danych. Rok później w Irlandii zaczął się kryzys, w 2009 zwolnienia dotknęły niemal wszystkie branże. Ludzi przestało być stać na spłatę kredytów. Spadły dochody z podatków, rząd wstrzymał nawet rekrutację w sektorze państwowym. Blisko 5-milionowa wyspa nagle stała się krajem emigracji, nie migracji, a największą grupą wśród wyjeżdżających byli Irlandczycy.

Plusem kryzysu było to, że spadły ceny najmu. Przeprowadziłem się do centrum.

Dziś tych, co wyjechali, próbuje się ściągnąć z powrotem. Brakuje ludzi w zdrowiu, budownictwie, turystyce, rolnictwie czy IT, firmy deklarują w prasie, że zwrócą za bilet lotniczy. Ale bez większych efektów. Miasto jest małe, wynajęcie mieszkania z dwiema sypialniami poszybowało do 1,7 tys. euro. Zanim wynajmiesz, casting. Standard? Ciągnie od okien, wilgoć, sufit jak z tektury. Słyszysz, że sąsiad zamyka szafkę. Cena własnego – kosmos. Ludzie wychodzą na ulice, chcą zażegnania kryzysu mieszkaniowego.

Miłości i pokoju

Najpierw byłem technikiem od naprawiania serwerów, potem starszym technikiem, w końcu inżynierem. Zacząłem uruchamiać nowe centra przetwarzania danych. Osiem miesięcy spędziłem w Hongkongu, kolejne sześć w Singapurze, obleciałem całą Azję, pracowałem też w Stanach. Jeśli dziś ktoś pyta, czy chcę polecieć na konferencję do San Francisco, odpowiadam: „Muszę?”. Wyjazdy otworzyły mi głowę. Nauczyłem się, że wszyscy chcą tego samego: miłości i pokoju.

Awans średnio co dwa lata. Za każdym razem zarobki w górę. Dziś jestem program managerem. W Google nie czekasz, aż ktoś ci zaproponuje pójście piętro wyżej. Pracownik sam to robi. Najpierw zgłasza chęć zdobycia nowego doświadczenia, a gdy trochę popracuje przy nowym projekcie, aplikuje na stanowisko. Jeśli najbliżsi współpracownicy dobrze ocenią jego pracę, dostaje awans. W ten sposób jesteśmy cały czas motywowani do tego, by się rozwijać.

Firma dba, by w każdym dziale był miks narodowościowy, szybko uczysz się otwartości. Hejt? Nie istnieje. A gdyby się pojawił, firma natychmiast by zareagowała. I nie dotyczy to tylko Google’a. Mamy darmowe jedzenie, które nie odstaje od najlepszych restauracji, drinki, basen, fitness, minigolf, bilard. Gdy znajomi z Polski opowiadają, że szef nie zapewnia im choć kawy czy herbaty, nie rozumiem, dlaczego przy nim tkwią. Przecież to jak ciągłe szeptanie do ucha: nie jesteście ważni.

Irlandczyków pokochałem właśnie za ten brak hejtu. Ludzie są mili, nie skarżą się. Ale ma to swoje złe strony. Polak powie ci prosto w twarz, Irlandczyk kontroluje emocje. „You can’t go deep” – jak mówi koleżanka psycholożka. Rozmowy są dość płytkie. Ostatnio wyczytałem, że rośnie zażywanie psychotropów.

Czy leniwi? Jak ustalisz coś na piątek, dostaniesz w poniedziałek, ale z czasem to polubiłem. W Polsce wciąż jest problem z pracą, szczególnie dobrą, więc ludzie się stresują. Tutaj jest jej dużo, nikt się nie przejmuje. Mam dziś to samo i bardzo sobie ten stan cenię.

Na ulicy nikt na ciebie nie patrzy. Jeśli wasz wzrok jednak się spotka, witają się.

Dopóki nie pojawili się emigranci, zasiłek na dziecko był na słowo honoru. Dopiero fala przyjezdnych spowodowała, że trzeba przynieść zaświadczenie. I to pewnie jedyne, za co mogą nas nie lubić – wprowadziliśmy w ich życie trochę stresu.

Wyjechałem, żeby o niej zapomnieć, ale nie zapominałem. Niekończący się ciąg myśli. Mówią, że czas leczy rany. Większej bzdury nie słyszałem. Męczyłem się 10. rok, już chciałem iść na terapię, kiedy koleżanka zapytała: „Słyszałeś o ayahuasce?”. Lecisz na dziesięć dni do Peru i podczas ceremonii odprawianej przez tamtejszych szamanów zażywasz święty napój. Ma cię oczyścić. I oczyszcza dosłownie. Brzmi crazy, wiem, ale mi pomogło. Poczułem się wolny.

W dniu wyjazdu ostatni rzut okiem na maile, a tam: wiadomość od niej! Napisała, że rozstała się z mężem, chce się spotkać. A ja lecę do Peru! Wróciłem, przez blisko rok co miesiąc byłem w Gdyni. Z czasem okazało się, że ten najlepszy narkotyk świata nazywa się niedostępność. Zakochaliśmy się w wyobrażeniach o sobie.

Rok temu poszedłem na dubliński finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Sylwia stała przy wejściu do budynku, patrzyła w telefon, lewą dłonią bawiła się kosmykiem swoich blond kręconych włosów. Następnego dnia poszliśmy na kawę. Zawsze powtarzałem, że praca jest najważniejsza. Nie wierzcie w to.

Kontakt z autorką reportażu przez stronę katarzynawlodkowska.pl

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.