Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W połowie grudnia na Karl Johans gate, głównej ulicy Oslo, odbywa się bożonarodzeniowy jarmark. Fontanna tryska na zielono, obok kręci się diabelski młyn, sprzedają elgbaby, czyli kebaby z łosia, i swetry w norweski wzór tkane w Chinach. Ruch uliczny wstrzymuje policja, bo właśnie przejeżdża książę Haakon na kolejny wieczór z okazji wręczania Nagród Nobla. Bezdomni otuleni w śpiwory zamiast prośby o wsparcie życzą wesołych świąt i siedzą przy zapalonych świecach. Przechodnie niosą zakupy, narty, słychać świąteczną muzykę i mieszankę języków, z której można wyłowić zdania: „Mamo, a może da się ten stół po prostu przysunąć do regału?”, „Ja się za chuja nie zmieszczę w ten garnitur”, „Vanessa, to, że ci na to pozwalają w przedszkolu, to nie znaczy, że możesz się tak zachowywać”, „Zaraz będę, tylko wyprowadzę psa”, „No dobra. Pa”. Stolica Norwegii ostatnio dobiła do miliona mieszkańców.

Ze stacji metra Nationaltheatret wychodzi dziewczyna w eleganckim płaszczu i kieruje się do kawiarni Espresso House przy przystani Aker Brygge. Ja piję kawę. Ona bierze wodę. Woda w norweskich kawiarniach nic nie kosztuje.

– Pochodzę z Moniek, mam męża i dwójkę dzieci, którzy są w Polsce – opowiada Ela, 39-latka. – Na pewno jestem w emigracyjnej mniejszości jeśli chodzi o rozdzielanie rodzin, bo mężczyźnie jest tu łatwiej znaleźć pracę niż kobiecie. Ja sobie poradziłam. Jestem tu od półtora roku. W Polsce byłam urzędnikiem państwowym, a podobno takiej pracy się nie rzuca – mówi ze śmiechem. Ela pracowała w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

– To co się stało, że rzuciłaś?

– Moje życie było ustabilizowane, miałam rodzinę, dzieci. Weronika w lutym skończy 10 lat, a Mateusz we wrześniu skończył 12. Czułam, że moje życie tak szybko się poukładało, mogłam je sobie już tak przeżyć. I pomyślałam, że to może być ostatni dzwonek, żeby cokolwiek zrobić. Do tego nie chciałam spłacać kredytu przez 30 lat, więc postanowiliśmy z mężem, że ktoś musi wyjechać za granicę.

– Dlaczego padło na ciebie?

– Ja jestem bardziej zdecydowana. Długo w życiu bałam się zaryzykować.

– Dlaczego Norwegia?

– Myślałam o Niemczech, ale ktoś dał mi namiar na firmę sprzątającą w Norwegii, wysłałam CV, kupiłam najtańszy bilet, zarezerwowałam miejsce w hostelu i przyleciałam na cztery dni. Chciałam sprawdzić, czy w ogóle mi się spodoba. Pracę dostałam od razu. Najpierw wykorzystałam dwa miesiące zaległego urlopu w urzędzie, a potem myślałam, że wezmę urlop bezpłatny. Nie dostałam go jednak i musiałam się na coś zdecydować. Postanowiłam zostawić Polskę.

Na początku byłam tylko „ekstrahjelp”, czyli pracowałam za kogoś albo kiedy było więcej do zrobienia, grafik dostawałam z dnia na dzień, nie wyrabiałam wielu godzin. Początki nie zachęcały.

– Jak często widzisz się z dziećmi?

– Mniej więcej co dwa miesiące przyjeżdżają. Mieszkam w domu z 16 współlokatorami z Polski, dom ma trzy kondygnacje, każdy zajmuje swój pokój, są dwie kuchnie i dwie łazienki. Każdy jest z innego miejsca, a jedyny problem to, że czasem jest głośno i chłopaki nie chcą sprzątać – przyznaje ze śmiechem. – To jest bardzo blisko stąd, kilka przystanków metrem. Mój pokój jest tak duży, że jestem w stanie zaprosić całą rodzinę.

Ela sprząta w przedszkolu w dzielnicy Fornebu, kiedyś głównym lotnisku Oslo, a teraz dzielnicy nowoczesnych firm i mieszkań. Dodatkowo w weekendy pracuje w hotelu jako pokojówka. W tygodniu nie ma żadnego wolnego dnia.

– Praca jest ciężka i wymagająca, ale to też zależy od nastawienia. Ja jestem perfekcjonistką, chcę, żeby wszystko było na tip-top. Przez chwilę sprzątałam na budowach nowe apartamentowce i tam było łatwiej, bo w przedszkolu jest więcej szczegółów, nic nie możesz zostawić na kolejny dzień.

– Współpracownicy?

– Mam z nimi superkontakt, dają mi wsparcie, dziękując mi na przykład za moją pracę, co mnie na początku ogromnie zaskakiwało. Ktoś mi mówił wcześniej, że Norwegowie są fałszywi, że w oczy wszystko pięknie i fajnie, a za plecami mają uwagi. Nigdy tego nie odczułam. Ja tutaj zmieniłam w ogóle nastawienie do świata, nauczyłam się myśleć pozytywnie.

– Bo wiesz – dodaje po chwili – ogólnie to nie jestem w łatwej sytuacji życiowej. Mąż jest z rodzicami i teściami, a ja jestem tu całkowicie sama. Na obiad jem tosty i paczkę żelków. Nie ma sensu gotować dla jednej osoby.

– Jak rodzina zareagowała, kiedy postanowiłaś wyjechać?

– Mama za każdym razem pyta, kiedy wracam. Rozmawiamy praktycznie codziennie, wspierała mnie, dała mi pierwsze pieniądze na rozruch. Mąż też nie protestował, a dzieci są samodzielne, same chodzą do szkoły, sprzątają mieszkanie, tak się zorganizowali, że sobie radzą. Gdybym była w Polsce, wszystkie te obowiązki spoczywałyby na mnie. A teraz mnie nie ma i porozkładali to między siebie, więc to też jest dobra lekcja życia. Druga sprawa to, że bardzo mi zależy, żeby pokazać moim dzieciom, że życie nie kończy się na Mońkach.

– A jak inni komentowali? Matka zostawia dzieci i wyjeżdża?

– Cały czas słyszę komentarze, że powinnam być z dziećmi, i to często mówią osoby zupełnie postronne, które nic o mnie nie wiedzą. Słyszałam na przykład, że zostawiłam rodzinę, a lansuję się w Norwegii. A ja tutaj nie przyjechałam leżeć, pachnieć i podziwiać zajebiste widoki. Ja tutaj ciężko pracuję. To strasznie wbija w poczucie winy. Dzieci tęsknią, ale nie są nieszczęśliwe. Gdyby było im źle, od razu bym wróciła.

Ela: Cały czas słyszę komentarze, że powinnam być z dziećmi. Słyszałam na przykład, że zostawiłam rodzinę, a lansuję się w NorwegiiEla: Cały czas słyszę komentarze, że powinnam być z dziećmi. Słyszałam na przykład, że zostawiłam rodzinę, a lansuję się w Norwegii Fot. Ilona Wiśniewska

Dzwonimy do siebie codziennie albo kilka razy dziennie. Nie raz było tak, że opowiadałam im bajkę na Messengerze. Czasami mam wrażenie, że przez to, że tak często do nich dzwonię, więcej rozmawiamy tutaj, niż kiedy byłam w Polsce. Tam też byłam zajęta, często pracowałam dłużej albo w weekendy, i to za gówniane pieniądze.

– Ile razy więcej zarabiasz tutaj niż w Polsce?

– W Polsce zarabiałam około 2000 złotych na rękę, tutaj zarabiam około 12 000 złotych, mieszkanie 6300 koron, życie 9-10 000 koron, każdą nadpłatę wysyłam do Polski. Mam nadzieję, że dzięki temu w tym roku spłacimy już jeden kredyt.

Te kredyty, które spłacają, są na mieszkania w Warszawie, które kupili dla dzieci. Ela chciałaby, żeby każde z nich miało swój kąt na start, kiedy już będzie pełnoletnie.

– Nie masz wrażenia, że coś ci umyka?

– Na pewno dużo mi umyka z życia moich dzieci.

– A nie brakuje ci wolnego czasu? Wyjścia na piwo?

– Ja w Mońkach nie miałam wielu przyjaciół, tutaj nie mam znajomych, czasami się tylko spotykamy w kuchni. Zresztą ja ciągle pracuję.

– A pracowałaś kiedyś z Polakami?

– Tak, i różnie to bywało – mówi. – Jest takie powiedzenie, że jeśli Polak ci za granicą nie pomógł, to już ci pomógł.

– Jak ci się tu pracuje?

– Jeśli to porównam z pracą w Polsce, to tutaj lepiej się czuję, mimo że zamieniłam szpilki na trampki. Do pracy chodzę z przyjemnością. Mam trzy kierunki studiów: licencjat z filologii angielskiej, magistra inżyniera ochrony środowiska i jeszcze ekonomię, a sprzątam. Absolutnie nie wstydzę się tej pracy. Tutaj na sprzątaniu zarabia się dobre pieniądze.

Ela opowiada, że pierwsze zdanie, jakiego nauczyli ją Norwegowie, to „ikke stress”, czyli bez stresu. Pamięta też sytuację, kiedy pierwszego dnia jechała do pracy metrem i zapytała starszego pana, czy jedzie w dobrym kierunku. Zaczęli rozmawiać, a on za chwilę już ją znalazł na Facebooku. Teraz od czasu do czasu pisze i pyta, jak jej się układa życie.

– Jak mogę myśleć źle o Norwegach? To wszystko zależy też od naszego nastawienia. Wielu Polaków tutaj narzeka na Norwegów. Ale, kurczę, to my tu przyjechaliśmy i my powinniśmy przyjąć ich zasady. Jak się komuś nie podoba, zawsze może zmienić kraj. W Polsce jestem cały czas poddana ocenie, tutaj mnie nikt nie ocenia. Jeśli Norwegowie o coś pytają, to czy zamierzam tu ściągnąć dzieci albo kiedy się z nimi zobaczę. Nikt się tutaj nie lituje, tylko przyjmują, że to jest mój wybór.

Kiedy pytam Elę, jak długo tu zostanie, nie umie odpowiedzieć.

– Zakładałam, że dwa lata, ale te dwa lata zaraz miną i przestałam zakładać. Wiem, że nie chciałabym tu sprowadzać dzieci. Nie chciałabym im fundować tego, co sama tutaj przeszłam.

Lepiej, że to ja wyjechałam teraz, bo może one nie będą musiały w przyszłości wyjeżdżać za granicę.

Ty jesteś jakiś inny Polak

Z Danielem spotykamy się w restauracji Ikea na obrzeżach Oslo, bo na duży parking wygodnie mu zajechać ciężarówką, którą właśnie odebrał z wypożyczalni. Nie jest zawodowym kierowcą, jeździ okazyjnie. Przynosi dla nas obojga ciasto i kawę. Tego dnia nie zdążył jeszcze zjeść śniadania, a dochodzi południe, w Norwegii święty czas na lunch. Jeszcze zanim wsiądziemy do windy, mówi, że ma mało czasu, bo w pracy teraz najgorętszy okres. Kiedy jednak zaczniemy rozmawiać, ani razu nie zerknie na zegarek.

– Mam 44 lata, pochodzę z Kobylnicy, w Norwegii pracuję od 20 lat.

Daniel z zawodu jest nauczycielem geografii. Jako wychowawca w Ochotniczym Hufcu Pracy przepracował ponad rok, lubił kontakt z trudną młodzieżą, ale gorzej znosił fatalne wynagrodzenie. Norwegia trafiła się przez przypadek.

– Ta praca przyszła do mnie. Po prostu kolega powiedział, że wyjeżdża, że można zarobić. Te 20 lat temu Polaków było niewielu, byliśmy egzotyczni, cieszyliśmy się, widząc polską rejestrację na drodze. Początki były ciężkie, bo przyjechałem, znając tylko niemiecki, i nie umiałem się porozumieć. Dlatego też pierwsze zarobione pieniądze zainwestowałem w szkołę językową w Londynie. I tak przez cztery lata latem pracowałem i uczyłem się w Anglii, a na zimę zjeżdżałem do Norwegii. Potem trzeba było na coś się zdecydować i wybrałem Norwegię.

Moja jeszcze wtedy dziewczyna jeździła trochę ze mną, ale postanowiła potem jednak osiąść w Polsce. Pobraliśmy się, już wiedząc, że będziemy z dala od siebie. Ona jest terapeutką, pracuje z upośledzonymi dziećmi. Nie chciałem, żeby tu sprzątała.

– Dlaczego wybrałeś Norwegię?

– Bo tu jest czyste powietrze, woda, spokój i cisza, chociaż – dodaje ze śmiechem – to, co robimy, to głośna sprawa.

Od 20 lat Daniel związany jest z firmą Svea Fireworks, największą hurtownią fajerwerków w Norwegii. Na początku pracował jako szeregowy pracownik, teraz odpowiada za zatrudnianie ludzi. Cała ekipa jest z Polski, 24 mężczyzn. Cały rok pracują na to, żeby teraz, w sezonie, dostarczyć towar do wybranych miejsc. W wielu miastach fajerwerki można sprzedawać tylko przez kilka dni w roku, w Bergen na przykład tylko 30 i 31 grudnia, więc każdy dzień jest na wagę złota. Pracownicy przyjeżdżają na sezon, który trwa od listopada do końca stycznia, często biorą wolne w Polsce na miesiąc, wśród załogi jest kilku policjantów i żołnierzy. Daniel jest zatrudniony na stałe.

Kiedy pytam o zarobki, mówi, że to zależy, jak na to spojrzeć, bo krąży wiele niesamowitych historii o tutejszych wynagrodzeniach, a trzeba przecież wziąć pod uwagę koszty utrzymania i to, ile tych pieniędzy zostaje na koniec.

– U nas chłopaki na najniższym stanowisku w hurtowni dostają za godzinę około 130 koron brutto plus mieszkanie mają zapewnione na miejscu, więc nie tracą czasu i pieniędzy na dojazdy. I średnio im zostaje około 10 tysięcy złotych na czysto.

Daniel: Moja jeszcze wtedy dziewczyna jeździła trochę ze mną, ale postanowiła potem jednak osiąść w Polsce. Pobraliśmy się, już wiedząc, że będziemy z dala od siebieDaniel: Moja jeszcze wtedy dziewczyna jeździła trochę ze mną, ale postanowiła potem jednak osiąść w Polsce. Pobraliśmy się, już wiedząc, że będziemy z dala od siebie Fot. Ilona Wiśniewska

Pamięta, że na początku pracowali jak szaleni, nie chcieli przepuścić żadnej korony, ale to już przeszło. Teraz ważny jest też czas wolny.

– I co wtedy robisz?

– Niedaleko domu mamy jezioro, można łowić szczupaki. Grzyby zbieramy, w godzinę można uzbierać taczkę prawdziwków. Lubię też motory.

Pytam, czy nie chciał nigdy ściągnąć tutaj rodziny, na co odpowiada, że czasem takie scenariusze się pojawiają, dzieci pewnie by szybko się zaaklimatyzowały, ale jednak coś bliskich w Polsce trzyma.

– Dlatego staram się rok dzielić tak, żeby sześć miesięcy spędzać w domu. Córka ma dziesięć lat, syn dwa. – Pokazuje tapetę w telefonie z roześmianą dwójką. – To jedna z niewielu rzeczy, którymi tak naprawdę mogę się w życiu pochwalić. Praca toczy się tylko przy okazji. Największe osiągnięcia w życiu to dzieci, wspaniała żona i przyjaciele.

– Jaki macie kontakt?

– Jak większość nas tutaj – przez Skype’a i WhatsAppa. Nie rozmawiamy codziennie, bo wtedy czas się bardziej dłuży. Lepiej raz w tygodniu a dobrze. Jest wtedy na co czekać. Największym minusem jest to, że żona z dziećmi zostaje sama i wszystko jest na jej głowie. Czasami żałujemy, bo jest ciężko i nie można się przyzwyczaić do takiego życia, ale można jakoś je sobie zorganizować.

Jasne, że mam czasami dosyć. Niby praca jest dobra, mam niezależność na moim stanowisku, zaufanie właściciela firmy, ale mimo to przychodzą takie dni, że ma się dosyć. Że chcesz do domu. Tak samo było po roku, pięciu i teraz po 20 latach. To się nie zmienia.

– Co jest najbardziej męczące?

– Że po 20 latach życia osobno można się zapomnieć. I jak przyjeżdżam do domu, nadal myślę, że jestem sam, że wszystko mam poukładane po swojemu, a tu ktoś wchodzi w drogę. Czasami zaczynam czegoś szukać w garażu i dopiero po chwili dociera do mnie, że mam to, ale w garażu norweskim – śmieje się. – To jest takie rozdwojenie jaźni.

– Norwegowie według mnie są na początku bardzo zdystansowani, może wydawać się, że zimni i nie są tacy otwarci jak my. Ale to są pozory. My, Polacy, jesteśmy na początku bardzo gościnni, z otwartymi ramionami, tylko często potem ta gościnność okazuje się nieszczera, te szerokie ramiona stopniowo się zamykają, zaczynają się podejrzenia i konflikty. Tutaj jest odwrotnie, oni z czasem nabierają zaufania.

– Wiesz, w Londynie mieszkałem z Algierczykami, którzy bardzo mi pomogli. I jeden z nich kiedyś powiedział: „Daniel, ty jesteś jakiś inny, nie jesteś jak inni Polacy, dlatego cię akceptujemy”. Dla mnie to był komplement. Nie czuję się ani lepszy, ani gorszy, ale nie podoba mi się to krzykliwe manifestowanie przez Polaków swojego nacjonalizmu. Te wszystkie koszulki z orłami to nie jest dobra droga, żeby się tu pokazać.

– Mówisz po norwesku?

– No to jest właśnie moja największa porażka – stwierdza niskim głosem o ciepłej barwie. Kiedy zwracam na to uwagę, przyznaje, że już wiele osób mówiło mu, że gdyby tylko popracował nad dykcją, mógłby zatrudnić się w radiu. – Na początku było po prostu bardzo dużo pracy i nie miałem czasu. Potem nawet rozmawiałem w firmie, że powinienem znaleźć ten czas na naukę, ale szef powiedział, że jemu nie przeszkadza, że my się porozumiewamy po angielsku. Po tych 20 latach dużo rozumiem, sens rozmowy. Chyba tylko z czystego lenistwa tego norweskiego się nie nauczyłem. Poza tym nasza firma jest na uboczu, w lesie, nie mamy kontaktu z Norwegami. Wcześniej mieszkaliśmy w złych warunkach, bo nikt nie chciał bandzie Polaków wynająć mieszkań, bali się. W końcu jednak szef zainwestował w infrastrukturę i teraz mieszkam sam, w domku na terenie hurtowni.

– A do czego wracasz w Polsce?

– Mam stary dom po dziadku z 1936 roku, który gruntownie wyremontowałem. Poza tym mamy działkę nad morzem, gdzie chcielibyśmy coś w przyszłości postawić. Wiesz, taką chatkę na kurzej łapce na starość.

– Więc na dobrą sprawę mógłbyś już wrócić?

– Mógłbym, ale jako pracownik stały mam prawo do świadczeń na dzieci, wszystkie pieniądze zostawiamy na ich przyszłość. Córka jest jak na swój wiek bardzo dojrzała i regularnie mnie pyta, dlaczego nie mogę pracować w Polsce.

– I co odpowiadasz?

– No bo tak się ułożyło. W każdej chwili mógłbym wrócić – tylko do czego? Wrosłem tutaj. Dużo łatwiej wiele spraw jest mi załatwić tutaj niż w Polsce, bo tutaj znam ludzi. Nie wiem, jak miałbym sobie poukładać życie w Polsce. Jestem przyzwyczajony do innych standardów, innego sposobu załatwiania problemów, tego, że w tej pracy jest szybkie tempo, że ciągle coś się dzieje, że wszyscy się lubią. Z jednej strony ciężko byłoby już coś innego w życiu robić, bo wszystko się ułożyło pod tę Norwegię. Z drugiej strony jednak nie wyobrażam sobie robić tego, co robię, za 20 lat. Będę się martwił później. Teraz jest tak jak u wszystkich, trzeba to przeżyć i dożyć.

– I jak jesteś w domu, to co robicie?

– Żyjemy. – Uśmiecha się.

– Czujesz, że nadal masz autorytet?

– Duży autorytet ma moja żona, ale jak przyjeżdżam, staram się być dobrym tatą, i wydaje mi się, że mam dobry kontakt z córką. Z synem tę relację dopiero budujemy.

– Ale poznaje cię, jak przyjeżdżasz?

– Tak. Inaczej było, jak był całkiem malutki.

– Byłeś przy jego narodzinach?

– Byłem przy obu porodach. Nie wyobrażam sobie inaczej. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym to stracił.

Na początku przegapiłem wiele rzeczy, wiele uroczystości rodzinnych, z czasem się obudziłem, że życie przelatuje, a ja jestem tutaj. Teraz staram się być, kiedy potrzeba. Jak za dużo cię omija, lądujesz na uboczu.

Po ponad godzinie Daniel wyjdzie z Ikei i na parkingu jeszcze postoi chwilę w niskim zimowym słońcu w huku przejeżdżających samochodów. Powie, że duże miasta go przytłaczają, że dobrze mu w tym lesie.

Ciągnie mnie bezstresowość

Leszek przyzwyczaił się do życia w dwóch miejscach, chociaż coraz bardziej doskwiera mu samotność. Znamy się od kilku lat, jeszcze z czasów, kiedy mieszkałam na Spitsbergenie.

– Przypomnij mi, dlaczego ty pojechałeś do Norwegii.

– Budowałem drewniany dom w Osowie pod Gdańskiem, skąd pochodzę. To było od zawsze moje marzenie, że sam postawię dom dla mojej rodziny – Leszek z zawodu jest ogrodnikiem. – Mój dobry przyjaciel wpadł kiedyś na budowę, popatrzył i powiedział, że zna Norwega, który szuka Polaków do pracy. W życiu bym nie pojechał, ale skoro to on proponował, pojechałem w ciemno. Żeby wybudować ten dom, wziąłem kredyt i łatwiej mogłem go spłacić.

– I spłaciłeś już?

– Jeszcze nie. Ale już niedługo.

Leszek mówi, że kiedy przyjechał do Norwegii, według oficjalnych danych było tu 6,5 tysiąca Polaków, rok później już 12 tysięcy, a potem już zaczęło rosnąć szybko.

Według Centralnego Biura Statystycznego w marcu 2018 Polacy nadal są najliczniejszą mniejszością w Norwegii. Szacuje się, że jest nas od 100 do 150 tysięcy, z czego 30 procent stanowią kobiety.

Leszek wyjechał z Polski 12 lat temu, kiedy najstarszy Kuba miał 14, a bliźniaki Klaudia i Łukasz po 12 lat. Zdarza się, że nie ma go w domu przez osiem miesięcy. Przez te wszystkie lata pracuje dla jednego szefa, Norwega, który stał się przyjacielem rodziny. Jego dzień pracy trwa osiem godzin, z półgodzinną przerwą na lunch, bo szef jest przeciwnikiem nadgodzin. Aktualnie przy stawianiu nowego magazynu pracuje ich trzech z Polski.

– Masz codzienny kontakt z domem?

– Mam umowę z żoną, że rozmawiamy każdego dnia. To ona przed pierwszym wyjazdem kupiła mi koszulkę, która miała chronić przed zimnem. Przez te wszystkie lata zawsze w niej podróżuję, to mój talizman.

Leszek: To nie jest zwykła praca, że idziesz na budowę. Otacza nas niesamowita przyroda, często lądujemy w miejscach, gdzie nie ma prądu, lodówki, jedzenie trzymamy w jeziorze. To jest wspaniałe (na zdjęciu z żoną Iwoną przed domem w Osowie pod Gdańskiem)Leszek: To nie jest zwykła praca, że idziesz na budowę. Otacza nas niesamowita przyroda, często lądujemy w miejscach, gdzie nie ma prądu, lodówki, jedzenie trzymamy w jeziorze. To jest wspaniałe (na zdjęciu z żoną Iwoną przed domem w Osowie pod Gdańskiem) Fot. Ilona Wiśniewska

W 2006 tutaj nie było internetu – wspomina. – Jeździliśmy po mieście samochodem i szukaliśmy jakiegoś sygnału. Rozmowy telefoniczne były bardzo drogie, nie mogliśmy być w stałym kontakcie. W tym czasie dzieciaki szybko rosły. To nie było łatwe. Miałem wyrzuty sumienia, bo to nie powinno tak być.

– To dlaczego dalej jeździłeś? – pytam.

– Spitsbergen to miejsce, które ciągnie. Pamiętam, że jak wróciłem do domu za pierwszym razem, to pod powiekami miałem te wzgórza po drugiej stronie fiordu. Iwona, moja żona, też była zafascynowana tym miejscem, rozumiała mój zachwyt. Gdybyśmy byli bez dzieci, to ona na pewno by się przeprowadziła. Z czasem po prostu przyzwyczaiłem się do takiego życia. Po jakimś czasie to jest przeskakiwanie do innej rzeczywistości: tutaj wchodzę do swojego pokoju, mam książki, które pół roku temu czytałem, i dalej je czytam. I tak samo kiedy wracam do domu i gdzieś tam jakieś narzędzie położyłem, i dalej coś wkręcam, jakbym wczoraj wyjechał.

– A co teraz czytasz?

– Teraz biografię Bruce’a Springsteena. Po norwesku.

– Sam się nauczyłeś języka?

– Tak. Jak tu przyjechałem, to znałem niemiecki i po angielsku w zasadzie nigdy nie mówiłem. Lubię w niedzielę pójść do kościoła, posłuchać norweskiego.

– Dom jest skończony, a ty dalej nie wracasz. Dlaczego?

– Ciągnie mnie bezstresowość. Lądując na lotnisku Oslo Gardermoen, od razu się uspokajam. To nie jest zwykła praca, że idziesz na budowę. Zawsze jest coś ciekawego, element przygody. Jak pracujemy w górach, otacza nas niesamowita przyroda, często lądujemy w odludnych miejscach, gdzie nie ma prądu, lodówki, jedzenie trzymamy w jeziorze. To jest wspaniałe. Z szefem nigdy nie rozmawiamy o pieniądzach, a on co roku nam daje podwyżkę, docenia nas. W Polsce po tylu latach w mojej branży trudno się rozeznać – dodaje po chwili. – Musiałbym zacząć od nowa. A mam 59 lat i myślę już o emeryturze. Z tą norweską będę miał więcej możliwości.

– I gdzie chcesz spędzić tę emeryturę?

– Na Korfu. W małym domku, kąpać się wieczorem w morzu i chodzić do knajpek z żoną.

– A mogłeś dzięki swojej pracy zapewnić dzieciom coś więcej, niż gdybyś został?

– Mogłem im zapewnić bezstresowe życie. Co prawda Iwona wychowała je tak, że mają zdrowy stosunek do życia i wiedzą, że trzeba pracować, ale być może nie mają poczucia, że może im czegoś zabraknąć.

– A ty, jak pracujesz na rodzinę, to masz jakieś swoje rzeczy, na które wydajesz?

– Ja jestem człowiekiem, który nigdy niczego nie potrzebował. Jak coś sobie kupiłem, to była najwyżej książka. Luksus, na który sobie pozwalamy z Iwoną, to nasze wyprawy do Grecji. Tutaj w wolnym czasie zajmuję się pracami domowymi albo idę w góry.

Na emigracji Leszek zaczął pisać wiersze. Dotychczas wydał w Polsce dwa tomiki pod pseudonimem Leszek Nord.

– Czy ty po 12 latach jeszcze tęsknisz?

– No pewnie. Tęsknię do rodziny, mojego tarasu, do psa. Obserwuję to też po kolegach. Nie znam nikogo, kto nie tęskni.

Ostatni raz Leszek był w domu w sierpniu. – W takiej pracy jak moja najbardziej dojmujące jest poczucie samotności.

Pytam o to, co sąsiedzi mówią o ojcu, który nie wraca.

– Zdarzały się komentarze, że ja tam, żona tutaj z dziećmi. I rozumiem ludzi, którzy mają z tym problem, ale my z Iwoną jesteśmy parą przyjaciół na dobre i na złe. Cieszymy się wspólną poranną kawą, byciem na tarasie, spacerem z psem. Ale też potrafimy sobie radzić osobno.

– I jak myślisz o swoim życiu, to jakie ono jest?

– Myślę, że jest ciekawe. Nauczyłem się nie planować. W Norwegii uspokoiłem się i nauczyłem się otwartości. Mam potrzebę rozmawiania z nieznajomymi. To, jak ty podchodzisz do ludzi, decyduje o tym, jak oni podchodzą do ciebie. Nawet Iwona czasem mówi, że przesadzam w tym zagadywaniu, w tej serdeczności. A ja po prostu lubię ludzi.

W domu Leszka obiad jest podawany o osiemnastej. Tego dnia akurat są ziemniaki i pierś z kurczaka. O 19 w norweskiej telewizji NRK nadają wiadomości, podczas których mój rozmówca zapada w drzemkę. Obudzi go telefon od żony. Będzie z nią rozmawiał miękkim głosem, długimi zdaniami.

Odprowadzając mnie do drzwi, Leszek jeszcze na chwilę się zamyśla.

– Wiesz, kiedyś zapytałem znajomego Niemca, który zatrudniał Anglika, czy jest z niego zadowolony. A ten tylko machnął ręką i powiedział: „No tak, ale to jednak nie jest Polak” – mówi ze śmiechem. – A jak byłem latem na Grenlandii, gdzie stawialiśmy domy z Niemcem, Francuzem i Belgiem, to ja taką płytę ciężką dźwigałem na rusztowanie i za pierwszym razem jej nie uniosłem. Francuz chciał zejść i mi pomóc, a Belg powiedział: „Spokojnie, poczekaj, to jest Polak, ja ich znam, on da radę”.

Witają mnie w szlafroku

Magda dała radę, mimo że na początku bała się nawet kupić kawę w obawie, że nie zrozumie sprzedawcy. Teraz, po czterech latach, wraca na stałe do Polski.

Spotykamy się na przystanku autobusowym tuż przed zachodem słońca, po czternastej. Prowadząc mnie do swojej pracy, mówi, że najbardziej będzie jej brakowało tego światła.

Do Norwegii Magda przyjechała, mimo że miała dobrze płatną pracę jako kierowniczka w jednej z sieciówek. Chciała zarobić na mieszkanie, właśnie zarobiła i dlatego wraca.

– Zazwyczaj jest o nas taka opinia, że wyjeżdżamy do Norwegii, bo nic innego nie potrafimy robić, zwłaszcza jeśli chodzi o kobiety – mówi, siadając na krześle obok dużego odkurzacza w pokoju socjalnym przedszkola, w którym sprząta. – W Polsce skończyłam studia pedagogiczne. Jednocześnie siedem lat przepracowałam na umowę-zlecenie. Miałam pod sobą dziesięć osób, z czego jedna miała umowę o pracę. Sama się zwolniłam, kiedy warunkiem mojej dalszej pracy było to, że założę własną działalność. Nie miałam nic do stracenia, chłopak wyjeżdżał do pracy w Norwegii, więc przyjechałam za nim. Wkrótce potem życie zweryfikowało nasz związek.

Nie było łatwo, przez pierwsze dwa miesiące nie pracowałam – opowiada. – Jak nie znasz rynku, wcale nie jest tak łatwo. Ja mam tu znajomych, dla których mogłabym pracować, ale z doświadczenia wiem, że praca u znajomych zawsze źle się kończy. Dlatego wolałam sobie poradzić sama.

Pytam, co było najtrudniejsze na początku.

– Bariera językowa – odpowiada od razu. – Ja się całe życie uczyłam niemieckiego i rosyjskiego, więc angielski był przeszkodą, o norweskim nie wspominając. Z czasem to przełamałam. Od początku musiałam się sama poruszać po Oslo, ciągle z nawigacją w telefonie. Dlatego jedyną pracą, jaką mogłam wykonywać, było sprzątanie. Na początku pracowałam po 12-14 godzin siedem dni w tygodniu, bo bałam się, że ta praca niebawem może się skończyć.

Magda dała w Norwegii radę, mimo że na początku bała się nawet kupić kawę w obawie, że nie zrozumie sprzedawcy. Teraz, po czterech latach, wraca na stałe do Polski.Magda dała w Norwegii radę, mimo że na początku bała się nawet kupić kawę w obawie, że nie zrozumie sprzedawcy. Teraz, po czterech latach, wraca na stałe do Polski. Fot. Ilona Wiśniewska

Magda w przedszkolu pracuje trzy godziny dziennie popołudniami, a przedpołudniami na czarno sprząta prywatne mieszkania. To praca z polecenia, jedni polecają się innym. Legalna praca daje jej świadczenia i możliwość wynajęcia mieszkania. Nielegalna – dobre pieniądze. Mówi, że nie wydaje więcej, niż wydawałaby w Polsce.

– Ta praca jest megaciężka, nie ma się co okłamywać. Schudłam dziesięć kilo – śmieje się. – To duże poświęcenie, i psychiczne, i fizyczne, ale nie wstydzę się tego, co robię. Co ciekawe, na studiach mieszkałam w Krakowie, a odkąd mieszkam w Norwegii, bywam u rodziców częściej niż kiedyś.

Pytam, jak się pracuje w norweskich domach.

– Właściciele niejednokrotnie są w domu, więc musisz się między nimi przeciskać. Często jest to krępująca sytuacja sprzątać, kiedy ktoś patrzy ci na ręce, ale można się przyzwyczaić. Jest też dużo plusów, jestem związana z tymi rodzinami, często witają mnie jeszcze w szlafroku, proponują kawę, szanują mnie. Z jedną rodziną norwesko-francuską jestem związana szczególnie, towarzyszę im, odkąd ich dzieci przyszły na świat, teraz to już dwulatki. Pracę zawsze zaczynam od zabawy z chłopcami, cieszą się na mój widok.

Nigdy tutaj nie odczułam, żeby ktoś mnie gorzej traktował. Otrzymuję miłe SMS-y, w których doceniają moją pracę po powrocie do czystego domu.

Teraz, przy odejściu, czuję, jakby żegnali członka swojej rodziny, dają mi prezenty i rozumieją, że wracam do swojego kraju, że tutaj nie jestem u siebie.

– Czego będzie ci brakowało?

– Chyba tej ich otwartości i uśmiechu. Tego, że trącisz kogoś niechcący w autobusie i on zareaguje uśmiechem. Ja się czasami zastanawiałam, czy znam osobę, która na ulicy się do mnie uśmiecha, a oni tak po prostu mają. I jeszcze wody z kranu, która smakuje jak źródlana! I na pewno tego kontaktu z naturą, fiordy na wyciągnięcie ręki, dzikie zwierzęta, które przechadzają się między domami.

– Ludzie myślą, że wracasz z tej Norwegii bogata?

– Najważniejsza jest moja satysfakcja i spełnienie, miałam cel, który właśnie osiągnęłam. Kozienice to małe miasto, ale dużo ludzi jest tutaj, w Oslo. Kogokolwiek byś zapytała, to ma tu kogoś albo sam był, więc to, że zarabiam w koronach, nie robi żadnego wrażenia.

– Dlaczego nie chcieliście tu osiąść?

– Oboje od początku wiedzieliśmy, że chcemy zarobić i wrócić do Polski. Ja chciałabym się jeszcze rozwijać, znaleźć satysfakcjonującą pracę i myślę, że teraz jest to świetny moment. A z drugiej strony to jest straszne, że nie możemy w miarę godnie żyć we własnym kraju, inwestując we własne wykształcenie. Przecież większość moich sprzątających koleżanek to nie są dziewczyny po szkole średniej, które nie wiedziały, co ze sobą zrobić w Polsce, tylko ambitne osoby, które chcą do czegoś dojść szybciej niż po spłacie kredytu, lub takie, które zmusiła do wyjazdu jakaś sytuacja życiowa. Cieszę się, że wyjeżdżam teraz, bo gdybym została dłużej, coraz ciężej byłoby mi wrócić do Polski.

– Ale mogłabyś tu jeszcze więcej zarobić.

– Zawsze możesz chcieć mieć większy dom, lepszy samochód, to może się nigdy nie skończyć, bo zawsze będzie się chciało więcej, ale są też ważniejsze wartości w życiu, brak rodziny i przyjaciół daje się tutaj we znaki. Ale mnie wystarcza to, co mam. Jak będę miała dach na głową, to reszta jest kwestią pracowitości i chęci. Teraz czas rozpocząć nowy etap w życiu. Właśnie, muszę zaczynać pracę – przeprasza.

Magda odprowadza mnie do drzwi. To jej przedostatni dzień w tej pracy.

– Cześć! Powiedz coś po polsku – prosi norweskiego kolegę, którego spotykamy na korytarzu.

– Dżem truskawkowy!

– O, widzisz, wszyscy się od siebie uczymy! – mówi ze śmiechem.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.