Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Za trzy dni u was wybory. Idziesz?

- Kupiłem śpiwór, namiot, ciepłą odzież, jedzenie. Idę na Płoszczę. Przeciwko Łukaszence. Coś się dzieje nowego. Widziałem na przykład, jak starsi ludzie zaatakowali w Mińsku jego ekipę agitacyjną. Tamci porzucili stoisko i uciekli. Ale większość ludzi w ogóle nie chce iść głosować, mówią, że wybory znów będą sfałszowane. Zresztą... wszystko już wiadomo. Mamy teraz na Białorusi nową gwiazdę: małego Kolę, syna Łukaszenki. Ma siedem lat, chodzi w małym generalskim mundurze i salutuje generałom. Jak zapytali Łukaszenkę, kto będzie jego następcą, powiedział: Kola.

Włosy ci odrosły, już nie wyglądasz na szeregowca Wiaczorkę.

- Szybko rosną. Jak mnie strzygli na pałę gdzieś w Baranowiczach, czułem w kieszeni klucz do mieszkania mojej dziewczyny: była zamknięta, nie wiedziała, gdzie się podziałem, rodzice też nie, bo cztery godziny wcześniej wyszedłem tylko po chleb. Kiedy potem kazali mi założyć mundur, myślałem, że tylko na tydzień, dwa i zaraz się wyjaśni, że z moim zdrowiem nie nadaję się do wojska, wrócę do domu.

Co ci jest?

- Od urodzenia mam chore serce. Wielu chłopaków na Białorusi ma takie dolegliwości, podobno to efekt Czarnobyla. Kłopoty z sercem i ciśnieniem. Rok chodziłem na komisję wojskową, orzekli: niezdolny. Ale nagle zmienili przepisy i orzekli, że z takim ciśnieniem już nadaję się do armii. Odwołałem się. Milicjanci wyłamali drzwi i zabrali mnie do głównego szpitala wojskowego, gdzie leczą się generałowie i pułkownicy, no i Franak Wiaczorka, który nawet nie był żołnierzem. Potem między szpitalem a komendą wojskową wozili mnie złotym lexusem tacy panowie w supergarniturach.

Co to za faceci?

- Pytałem: "Wy z KGB?". "Nie, wyżej!". "Służba bezpieczeństwa?". "Może być" - śmiali się. Badania się jeszcze nie skończyły, a oni wpadli do mojego pokoju na kardiologii. Taki wysoki w skórzanej kurtce wyrywa mi komórkę, akurat rozmawiałem z ojcem. Tata jeszcze słyszał, jak mnie biją, pięściami walą po kręgosłupie. Wykręcili ręce i zawieźli do komisariatu wojskowego, tam dostałem bilet do wojska i dziesięć dni, żeby się przygotować.

Zaskarżyłem wszystko w sądzie. Wyznaczyli rozprawę na luty, ale 20 stycznia zadzwoniła milicja, że sąd już się odbył beze mnie i idę do wojska. Zamieszkałem u dziewczyny, bo pod moim domem noc i dzień czekała milicja. Blok dziewczyny namierzyli pewnie przez moją komórkę. Ale nie wiedzieli, które mieszkanie. Wyszedłem po chleb i "Sowiecką Białoruś", miał się ukazać paszkwil o mnie. Napisali, że Wiaczorka i opozycja nie chcą służyć w białoruskiej armii. Zgarnęli mnie do minivana z ciemnymi szybami. Wszystko filmowała telewizja, nawet w samochodzie. Trzy samochody milicyjne konwojowały mnie do komendy wojskowej.

Znamy się od paru lat. Od czasów, gdy byłeś jeszcze licealistą w podziemnym - uczącym po białorusku - liceum w Mińsku. Nie wiedziałem, Franak, że jesteś teraz taki ważny.

- Ja też nie. W komendzie czekała telewizja, pułkownik i podpułkownicy. Odczytali, że jestem wcielony do wojska. W korytarzu, gdzie już kamer nie było, przewrócili mnie na podłogę i skopali. Wykręcili ręce do tyłu, skuli kajdankami i władowali do samochodu wojskowego.

Mój tata napisał skargę do prokuratury wojskowej. Zrobili mi obdukcję, sfotografowali siniaki na plecach i nogach. Protokół miał 150 stron. Po dwóch miesiącach orzekli, że pobór do wojska był zgodny z prawem i nie pobiło mnie wojsko, tylko ktoś inny, ale nie wiadomo kto. A ten minivan z czarnymi szybami już w 1998 roku został wyrejestrowany i nie ma go w żadnej ewidencji. Ale okazało się, że prokuratura wojskowa jest jedyną instytucją jakoś niezależną od władzy i przez cały mój pobyt w wojsku reagowali na moje skargi.

Na co się skarżyłeś?

- Na wszystko, walczyłem z białoruską armią na wszystkich frontach. Bo uważam, że to nie nasza armia, tylko jakaś przystawka armii rosyjskiej. Na klamrach od paska sierp i młot, na guzikach i czapce gwiazda.

Skąd to?

- Zapasy poradzieckie. Nie ma pieniędzy na nowe. A przecież armia otrzymuje 600 mln dolarów rocznie, a milicja i KGB tylko trochę mniej. Buty takie jak u czerwonoarmistów, niewygodne, zimne, chyba na całym świecie już tylko białoruskie wojsko nosi onuce. Mundury są albo wzorowane na sowieckich, albo rosyjskie. Wielu dowódców, generałów to Rosjanie. Białoruska armia to nie miejsce dla prawdziwego Białorusina. Przez 15 miesięcy nie czułem ani razu, że bronię Białorusi. Na początku służby dostałem nawet karę za używanie języka białoruskiego. Skrócili mi urlop o połowę, bo na warcie zamiast komendy po rosyjsku smirno (baczność) mówiłem po białorusku zważaj. Powiedzieli, że w naszej armii regulaminy są tylko po rosyjsku i tak trzeba meldować. "Jak będziesz mówił zważaj, to oddamy sprawę do prokuratury za niewykonanie rozkazu dowódcy". Złożyłem skargę, bo jako obywatel Białorusi mam prawo mówić w jednym z oficjalnych państwowych języków. A są dwa: białoruski i rosyjski. Prokuratura przyznała mi rację i napisali do ministerstwa, żeby opracować regulaminy wojskowe także w wersji białoruskiej. Pamiętam, cały batalion jak zwykle ogląda obowiązkowe wieczorne wiadomości, a tam prezentacja białoruskojęzycznego regulaminu wojskowego. Żołnierze chwalili: no, Wiaczorka, mołodiec.

Z czym jeszcze walczyłeś?

- Jak przyjechałem do jednostki, zobaczyłem, że w ogóle nie działają spłuczki w ubikacjach. Trzeba było lecieć po wiadro. A dziady, czyli żołnierze stojący najwyżej w falowej hierarchii, uczyli młodych, że trzeba srać prosto do dziury. Napisałem o tym w internecie i spłuczki zaczęły działać. To było moje pierwsze zwycięstwo w armii. Do służb sanitarnych napisałem skargę na fatalne warunki w koszarach. Nie ma ciepłej wody, tylko raz w tygodniu: gorący prysznic, kostka mydła dziecięcego i czysta bielizna. A raz na miesiąc 50 metrów żołnierskiego papieru toaletowego w opakowaniu maskującym. Ubikacje straszne, jak w więzieniu. Zimą przeżyliśmy dwie epidemie. Najpierw świńska grypa sparaliżowała całą jednostkę, a po miesiącu wylądowaliśmy ze świerzbem w szpitalu wenerologicznym. Napisałem do mediów i do internetu, że to skandal, bo mamy XXI wiek, a połowa batalionu jęczy i się drapie. Za to pisanie dostałem pierwszych siedem karnych służb całodobowych. Ciągle miałem kary, właściwie przez 15 miesięcy wojska czyściłem kible. W nocy na warcie z nudów zaglądasz w różne zakamarki i w jakieś zapomnianej beczce znalazłem chlor. To był mój sekret. Wszystkie ubikacje zasypywałem nim obficie. Pachniało, aż oczy bolały. Aż chorążowie chwalili: Wiaczorka wie, jak umyć kible, zapytajcie Wiaczorkę, jak się to robi. Kiedy przyjechał do nas generał i minister obrony, rozpyliłem moją wodę po goleniu. Generał szedł, a koszary pachniały po francusku. Byłem głównym specjalistą od higieny.

Gdzie służyłeś?

- Wysłali mnie do Mozyra, aż pod ukraińską granicę. Daleko od Mińska i trudno dojechać. 24 lata Mozyr leżał w zonie czarnobylskiej, ale w lutym władze nie wiadomo dlaczego uznały, że Mozyr jest już czysty. To dyscyplinarna jednostka wojsk przeciwlotniczych. Taki batalion-poprawczak. Żołnierze mówią dysbat, dyscyplinarny batalion. Wszystkich złych żołnierzy przerzucano do nas. Niby zakazywali fali, ale nasz ideolog - a jednocześnie psycholog batalionu - posługiwali się falą, żeby kontrolować żołnierzy. Mówili falowemu dziadkowi: przynieść nam komórkę Wiaczorki albo wszyscy pójdziecie pod sąd. Bo na każdego coś mieli, ten popił na służbie i wiszą nad nim dwa lata więzienia, tamtego złapali na samowolce. Na szczęście żołnierze mnie lubili i kombinowaliśmy, na przykład dawaliśmy stary, zepsuty telefon.

Dlaczego tak polowali na twoją komórkę?

- Dyktowałem przez nią mój dziennik internetowy. Najpierw przez jedyny w koszarach automat telefoniczny. Te moje zapiski czytało codziennie 25 tysięcy ludzi. Cały naród czytał, jak wygląda służba w białoruskim wojsku. Kiedy odłączyli telefon, to wysyłałem teksty pocztą, przekazywałem przez palaczy c.o., którzy mnie lubili, a mieszkali w mieście. Paru oficerów też mi przenosiło kartki na zewnątrz. Ideolog z kagebistą łamali głowę, jak Wiaczorka to przekazuje. Napuszczali żołnierzy: Wiaczorka znowu coś dzisiaj napisał w internecie, więc do nocy będziecie maszerowali po placu. Albo: trzy miesiące nie będzie przepustek. Dziady się na mnie wściekali. Zebrali wszystkich żołnierzy po dzienniku telewizyjnym i powiedzieli: jak Wiaczorka dalej będzie pisał, będą problemy. I żołnierze na mnie: Wiaczorka, nie pisz, postępujesz wbrew kolektywowi. Kolektyw to ulubione słowo wojskowych. Nikt z tych 40 żołnierzy nie stanął po mojej stronie. A ja tylko pisałem prawdę. Przyjechała prokuratura, zabrali moje dzienniki. Robili rewizję. Zatrzymuje mnie chorąży: Wiaczorka, pokaż kieszenie. Bo ja jestem nikim. "Żołnierz to gówno, żołnierz to gówno", wbijali nam do głowy.

Gdzie chowałeś telefon?

- Na początku w samochodzie, w obudowie skrzyni biegów. Ale tam chowali je wszyscy. Potem w materacu, w nocy go rozcinałem, wyjmowałem telefon, pisałem SMS-y, rozmawiałem z tatą i znowu zaszywałem. Jakiś żołnierz doniósł. Zawsze mówiłem, że to nie moja, bo za posiadanie komórki grozi więzienie. Komórka zawsze była czysta, wszystko kasowałem. Oddzielnie chowałem kartę SIM, baterię i aparat. Najtrudniej było naładować baterię. Ale w wojsku miałem specjalność dieslista-elektryk.

Dieslista-elektryk?

- Obsługiwałem agregat Diesla, czyli silnik od traktora Białoruś. I gdyby nasi wrogowie z NATO zniszczyli wszystkie elektrownie białoruskie, to Franek Wiaczorka, dieslista-elektryk, produkowałby prąd dla stacji radiolokacyjnej, która cały czas obserwuje nasze białoruskie niebo. Kontrolujemy wszystkie samoloty. Wiemy, kiedy leci Łukaszenka. Widzimy niebo na 400 km. Kiedy Lech Kaczyński leciał do Smoleńska, też widzieliśmy jego samolot i następnego dnia nasza brygada przekazywała dokumenty do Moskwy, do komisji badającej katastrofę. Raz było nerwowo, bo jakiś motolotniarz, a na naszym radarze obiekt niezidentyfikowany, latał sobie nad Mozyrem. Była gotowość bojowa. Żołnierze w samochodach jeździli za motolotniarzem i krzyczeli, żeby lądował. Dostał grzywnę, a żołnierz, który go wypatrzył, nagrodę. O naszej brygadzie było głośno w latach 90., bo zestrzeliła balon z amerykańskimi emerytami. Oblecieli całą ziemię, a nad Białorusią ich zestrzelili. Skandal na cały świat. To były pierwsze lata Łukaszenki.

Więc na tym moim dieslu wszyscy ładowali komórki. Potem telefon zawijałem w folię i zatapiałem w beczce z benzyną albo zakopywałem w ziemi. Najlepiej było w okopie. Bo na wypadek wojny jestem strzelcem okopu nr 3. To główny okop południowy Białorusi. Innym dawali warty, przepustki. "A Wiaczorka? Niech okopy kopie!". Wykopałem sześć okopów saperką. Deszcz, zimno, jesteś cały mokry, jeszcze tniesz brzózki, żeby wyłożyć nimi ściany okopu. Bez sensu, ale wojna to wojna. Na plecach kałasznikow. Przynoszą ci jedzenie i cały czas obserwujesz stronę nieprzyjaciela, aż masz zwidy, że po kołchozowym polu jadą na ciebie ukraińskie czołgi. Więc wykopywałem komórkę i pisałem SMS-y.

Co pisałeś?

- Że w niedzielę zupełnie niespodziewanie dali mi przepustkę do miasta. Sierżant powiedział: "Kup nam porno". Spotkałem się z rodzicami, chodziliśmy po mieście, zupełnie zapomniałem o tym porno. Potem miałem służbę z dyżurnym koszarów, był pijany, więc się rozgadał, że to była prowokacja naszego ideologa i kagebisty. Chcieli DVD z porno znalezione u Wiaczorki przekazać zampolitowi, czyli zastępcy dowódcy całej jednostki do spraw ideologii. A ten pewnie by dał do telewizji.

Pisałem, jak dowódca wystąpił na zbiórce wściekły. Nienawidził radia Swaboda i internetu, dlatego że tam prawie codziennie było coś o Wiaczorce. "Towarzysze, musicie zdecydować - powiedział do żołnierzy i rzucił wiązankę rosyjskich przekleństw - kto jest waszym dowódcą. Ja czy ten europejski pederasta Wiaczorka ze swoimi pedałami z radia Swaboda!" 100 osób stało i słuchało, jak się dowódca półtorej godziny wścieka na mnie. Codziennie wyzywał mnie od pedałów europejskich. To styl Łukaszenki.

Pisałem, że zgłosiłem się do pielęgniarki, bo bolało mnie serce. Zmierzyła ciśnienie: 155 na 115. Powiedziała: "Cierp, nie ma czym leczyć, zostało już niedużo, dziewięć miesięcy". Dowódca mówił wprost: "Zakazuję wam chorować".

Jak kazali mi nauczyć żołnierza tabliczki mnożenia, bo miał 24 lata i nie umiał 2 x 3. Zresztą połowa przy 7 x 8 też już sobie nie radziła. Dwa tygodnie ćwiczyliśmy mnożenie przez pięć. Ale to ogólny problem, ludzie u nas są źle edukowani. I głosują na Łukaszenkę. Nasz ideolog po rosyjsku czyta normalnie, ale po białorusku sylabizuje. A niektórzy oficerowie nawet po rosyjsku czytają jak w drugiej klasie.

Fala jeszcze jest?

- Jest, ale mniejsza niż za Sowietów. W białoruskiej fali są duchy, gwizdki, słonie i dziadki. Duch nie ma żadnych praw. Żeby zostać gwizdkiem, musisz zapłacić dziadkowi 150 tys. rubli, czyli 50 dolarów, i kupić mu papierosy lub cukierki. Do tego 20 razy przybiją ci łosia, czyli walą pięścią w czoło przez pantofel, żeby nie było śladu. Gwizdek ma już prawo trzymać rękę w kieszeni. Kawy jeszcze nie możesz pić, dopiero pół roku później. Wtedy płacisz jeszcze 150 tys. rubli i dostajesz 300 łosiów. Niektórzy dostają i tysiąc razy po głowie. Łosie możesz dostać nawet za źle przyszyty guzik. Zostajesz słoniem, masz prawo trzymać w kieszeniach obie ręce, pić kawę i w łukaszenince siedzieć na kanapie.

W czym?

- W głównym pokoju odpoczynku, informacji politycznej i ideologicznej, gdzie ogląda się telewizję. Za sowieckich czasów mówiło się leninka, bo stało popiersie Lenina. A teraz wisi wielki portret Łukaszenki, więc jak pytają: gdzie idziesz, mówisz: do łukaszeninki, odpoczywać. Kiedy dziadek wychodzi z wojska, musisz dać mu prezent - komórkę, komputer. W większych koszarach, gdzie jest więcej żołnierzy, to dziadki nieraz samochodami wyjeżdżają z wojska, bo każdy duch płaci mu po 100, a nawet 500 dolarów. Potem ty zostajesz dziadkiem i masz prawo bić młodszych w fali.

A szeregowy Wiaczorka?

- Oni mówili, że Wiaczorka poszedł osobną ścieżką. Bali się mnie, bo zanim się pojawiłem w wojsku, dowódcy straszyli mną. Mówili, że przyjdzie młody rewolucjonista, który żyje za amerykańskie baksy, nie chce iść do wojska, tylko wybija witryny na ulicach i przewraca samochody. A kiedy miał spełnić konstytucyjny obowiązek obrony ojczyzny, to się schował. Pokazywali o mnie filmy w telewizyjnych wiadomościach. Ujęcia z jakiejś meliny, brud, rozrzucona bielizna, na stole butelki whisky, wódka i mówią: "Tu mieszkał Wiaczorka, ale dzielni milicjanci znaleźli go i zawieźli do koszar. Teraz on zostanie prawdziwym człowiekiem". I pokazują mnie w mundurze, jak salutuję. Więc jak powiedziałem, że w falę się nie bawię, to specjalnie nie protestowali.

Złożyłeś przysięgę?

- Tak. Pierwszy polityczny poborowy, którego wzięli do armii w 2008 roku, nie złożył przysięgi i półtora roku nie wypuścili go z koszarów. Radziłem się ojca i zdecydowaliśmy, że złożę przysięgę, żebym mógł wychodzić do miasta. Ale i tak mnie nie wypuszczali. U nas każdy przysięga indywidualnie, podchodzi się po kolei. Jako jedyny przysięgałem po białorusku, a zamiast: służę Republice Białoruskiej, krzyknąłem: żywiej Biełaruś, hasło młodych opozycjonistów. A koledzy, którzy przyjechali na przysięgę, odpowiedzieli: żywiej! Mama trzymała biało-czerwono-białą flagę, więc ją zatrzymali. Mnie nic nie zrobili, bo się bali, że odmówię przysięgi.

Nauczyłeś się strzelać?

- Raz strzelałem. Tylko raz zawieźli nas na poligon i dali po trzy naboje. Strzelali tylko chłopaki z grupy honorowej, którzy jeździli do zony na pogrzeby likwidatorów Czarnobyla i ofiar promieniowania. Oddawali salwy honorowe, a na karabinach robili kreskę, że kolejnego człowieka odprowadzili na tamten świat.

Awansowali cię?

- Nie, jestem szeregowiec. Ale na Białorusi mówią: czyste pagony - czyste sumienie. Bo żeby zostać sierżantem, trzeba lizać d... dowódcy. U nas trzeba było przynieść zampolitowi komórkę Wiaczorki.

Nie bałeś się prowokacji?

- Raz namówili żołnierza, żeby sprowokował mnie do bójki. Czekali, ale się nie udało. Bałem się, że się złamię, że się przed nimi pokajam. Wiedziałem, że jak raz im się ukłonię, to będę się kłaniał całe życie. Tak działa totalitaryzm. Mam 22 lata, ale czasem chciałem płakać. Tak mnie osaczali, izolowali, straszyli kryminałem, że zbierają dokumenty przeciw mnie i przekazują dalej. Wiele nocy nie pozwalali mi spać. Raz zasnąłem na warcie na stojąco, organizm nie wytrzymał. A major nakręcił to na komórkę. I przekazali film do prokuratury, że Wiaczorka nie bronił jednostki. Jak się okazało, że z tego sądu nic nie będzie, to ukarali dodatkowymi służbami i myciem kibli. Wytrzymałem to wszystko, bo miałem wsparcie z zewnątrz. Przyjechał Jurek Jurecki z "Tygodnika Podhalańskiego", nakręcił filmik, jak zakładam onuce. Potem napisała "Gazeta Wyborcza". Codziennie przychodziła do mnie duża paczka listów z różnych stron Europy, z USA, po 100, 150 listów. Na święta dostałem ponad 800 kartek i listów z Polski, nawet pozdrowienia z 18. eskadry szturmowej helikopterów. W jednostce wiedzieli, że pół świata do mnie pisze, więc nie mogli ze mną robić, co chcieli.

Serce wytrzymało?

- Dawali mi tabletki, cały czas pisałem skargi, dopiero po 15 miesiącach orzekli, że Wiaczorka naprawdę ma chorobę serca. Ci sami lekarze, którzy wysłali mnie do wojska, teraz się dziwili: Boże mój, chłopcze, jak oni mogli cię zabrać do armii? Puścili mnie trzy miesiące przed końcem służby. Dostaję listy od zawodowych wojskowych, pułkowników, generałów, których nie znam: "Franak jesteś bohaterem, złamałeś system. Tylko w jednej jednostce, ale złamałeś!".

Cały czas pisałeś dziennik internetowy?

- Nie. Po pół roku wytoczyli mi kryminalną sprawę. Oskarżyli o dyskredytację białoruskiej armii. Zdecydowaliśmy z ojcem, że nie będę już pisał do internetu, tylko sobie, do notatnika. Teraz przygotowuję książkę "Żołnierski dziennik". Żeby ci, których wezmą do armii, wiedzieli, jak sobie radzić i jak ją zwyciężyć. Bo codziennie z nimi walczyłem. W łukaszenince było tylko pięć propagandowych gazet. Zaprenumerowałem więc niezależne: "Naszą Niwę" i "Narodną Wolę". Naczelnik sztabu krzyczał: dajcie mi Wiaczorkę, to są gazety antypaństwowe! Zakazane! I wymachiwał kwietniowym numerem "Naszej Niwy" z krzyżem na pierwszej stronie i tytułem "Chrystus zmartwychwstał". Dostałem dwie karne służby. Potem tylko sam czytałem i zanosiłem palaczom c.o. - oni byli bardzo rozpolitykowani - i jeszcze pół dzielnicy czytało te gazety. To palacze c.o. namówili mnie, żebym startował w wyborach.

W wyborach do czego?

- Do samorządu, do rady Mozyra.

Żołnierz, szeregowy? Zarejestrowali cię?

- Nie puścili mnie do miasta, żebym zebrał podpisy, ale przyjechał kolega z Mińska i przez dzień zebrał 150. Przecież cały rejon znał mnie z opowieści chorążych, palaczy c.o. Widzieli mnie w telewizji. W Dniu Obrońcy Ojczyzny, w czasie największej oglądalności, puścili w telewizji w cyklu "W interesie narodowego bezpieczeństwa" półgodzinny film "Obowiązek konstytucyjny". Cały o mnie. Jak zapuszczam diesla i pytają mnie: dlaczego nie chce pan służyć? Potem jakiś generał mówi, że Wiaczorka jest zły, przecież każdy musi służyć. Pop prawosławny mówi, że armia to święta rzecz. Polityk, emerytka, chłop... wszyscy mówią, że Wiaczorka zły. Jak w sowieckim filmie propagandowym. A ludzie do mnie dzwonili i pisali: "Franak jesteś super". Bo kiedy władza, oficjalne media mówią o kimś źle, to znaczy, że ten człowiek coś sobą przedstawia. Poszedłem z rodzicami do kawiarni, a ludzie: o, widziałam pana w telewizji, bardzo mi miło.

Zrobiłeś kampanię?

- Codziennie rano pisałem: "Proszę o przepustkę do miasta w celu przeprowadzenia kampanii wyborczej". Do obiadu prowadziłem kampanię. Po obiedzie znów pisałem prośbę. Nie mogli odmówić, ale dawali opiekuna. Sam zampolit woził mnie, szeregowca, swoim czerwonym bmw. Do urzędu, drukarni, do lokalnej gazety, chociaż mojego programu nie chcieli drukować, bo był niezgodny z obowiązującą linią. Na ulotkach miałem hasło: "Urzędnicy przejadają nasze pieniądze". Bo ich zarobki są dziesięć razy wyższe niż zwykłych Białorusinów. W gazecie lokalnej opublikowali roczne dochody wszystkich kandydatów do rady Mozyra: 80 mln rubli (30 tys. dolarów), 150 tys. dolarów, 75 tys. dolarów. A szeregowy Wiaczorka 85 dolarów (264 tys. rubli).

Rozmawiałem z ludźmi na ulicy, dzieci za mną biegały. Rozdawały ulotki za jedzenie. Kupowałem im ziemniaki za 700 rubli, to 70 groszy. Wielu mieszkańców Mozyra likwidowało skutki katastrofy czarnobylskiej. Chorują teraz na raka, mieli ulgi na lekarstwa, komunikację, ale ponieważ Mozyr już nie jest w zonie, to ulgi im cofnięto. A 30-letni urzędnik, który w czasie katastrofy miał sześć lat, ma ulgi likwidatora. Straszna korupcja. Ludzi okłamują. Mówiłem, że wszystkiemu winien Łukaszenka, a babcie kiwały głowami: prawdę mówi żołnierzyk. Tylko ja prowadziłem kampanię wyborczą. Na 40 okręgów wyborczych w 38. był tylko jeden kandydat, który miał mandat radnego w kieszeni. Wisiały tylko hasła: "Wszyscy na wybory - chleb niespodzianka". Na kurzych jajach też był napis: "25 kwietnia wszyscy na wybory". Robiłem koncerty. Przywiozłem profesora, specjalistę od promieniowania. Chciałem, żeby ludzie zapamiętali na całe życie, że był taki Wiaczorka, że opozycja przyszła do nich. Bo oni nigdy z Mozyra nie wyjeżdżali. Oczywiście wygrałem, ale nie zostałem radnym.

Skąd wiesz, że wygrałeś?

- Cztery godziny pytaliśmy ludzi, którzy wychodzili z głosowania. To zabronione, ale milicjanci jakoś nie reagowali. Wszyscy mówili: głosowałem na żołnierzyka Franciszka. Miałem 78 proc. głosów. Ostatni wyborcy nie pamiętali, na kogo głosowali, bo byli bardzo pijani. Tylko parę osób głosowało na mojego przeciwnika, dyrektora kompleksu narciarskiego. Był za likwidacją zony, bo narciarze nie chcieli przyjeżdżać, bali się promieniowania. W dniu głosowania moi obserwatorzy naliczyli 443 osoby, a w urnie było 1108 kartek. Komisja musiała podrzucić. Kiedy liczyli głosy, schowałem się z kamerą wideo w kabinie do głosowania. Na filmie widać, że głosy na mojego przeciwnika są w całych paczkach. Potem przyszła milicja i mnie zabrali, ale kartę pamięci moja koleżanka schowała w skarpetce. Teraz na YouTube film ma już 4 tys. wejść.

Jak sobie radzisz w cywilu?

- Rozstaliśmy się z moją dziewczyną. KGB ją gnębiło, grozili, że wyrzucą z uniwersytetu, jeśli się będzie ze mną spotykała. Jej ojcu, który jest popem, też robili problemy. Nie wytrzymała rozłąki. Rozumiem. Przez 15 miesięcy tylko dwa razy się widzieliśmy. Nie każda dziewczyna chce być żoną dekabrysty. Studiów też nie pozwalają mi dokończyć w Mińsku, wiec dojeżdżam do Warszawy, żeby zrobić licencjat na Wydziale Dziennikarstwa UW.

Za trzy dni znowu prezydentem zostanie Łukaszenka.

- Wyszedłem z wojska i nie wierzę własnym oczom. Opozycja podzielona, wszyscy skłóceni. Myślę, że wojskowym wcale nie zależało, żebym poszedł do armii. To było polecenie z góry, żeby młodych działaczy politycznych zabrać do wojska. Wzięli ze 13 młodych liderów opozycji. Łukaszenka rozbił w tym czasie opozycję, wrzucił do niej kagebistów. Niszczył reputację opozycjonistów. Niektórych po prostu przekupił, szantażował i teraz są częścią scenariusza władzy. Opozycja nie ma jednego kandydata. Ale ludzie ustawiali się w długich kolejkach do wyborczych stoisk opozycji. Mówią: ktokolwiek, byle nie Łukaszenka.

A co na to Rosja?

- To pierwsze wybory, kiedy Rosja otwar?ie nie wspiera Łukaszenki. Przynajmniej tak to wygląda w oficjalnej rosyjskiej telewizji, która pokazała aż cztery propagandowe filmy o Łukaszence. O wielomiliardowym biznesie jego synów, o zabójstwach znanych polityków w 1999 roku. Rosja chce zniszczyć wizerunek Łukaszenki, żeby zwiększyć kontrolę nad Białorusią. 2011 rok to trudny czas dla białoruskiej gospodarki. Wielu Białorusinom może nie starczyć na czynsz, a nawet jedzenie. Łukaszenka musi otworzyć rynek, liberalizować ekonomię, politykę. Dlatego szybko szuka nowych sojuszników: Hugo Chaveza, Ahmadineżada i Fidela. Teraz po przyjacielsku spotyka się z Berlusconim.

W 2006 roku mieliśmy wsparcie Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Teraz Unia poszła na współpracę z Łukaszenką. Tłumaczą, że chcą w ten sposób odciągnąć Łukaszenkę od Rosji. Zachód dobrze rozumie, że nie ma u nas demokracji i wolności, ale przymyka oczy na problemy. A opozycjoniści dalej siedzą w więzieniach. Młodzież wyrzucają z uniwersytetów, zabierają do wojska. Szantażują, grożą. Cały system pozostaje pod kontrolą Łukaszenki i jego syna Wiktara. Pod presją międzynarodową reżim pozwala na formalne przejawy "demokracji" podczas kampanii, ale do liczenia głosów nie dopuszcza się nikogo. A to przecież kluczowe!

Ale po raz pierwszy od 1994 roku mieliśmy na żywo debatę kandydatów w telewizji. Przyszli wszyscy oprócz Łukaszenki. Myślał, że się pokłócą. A oni mówili w telewizji zgodnie: głosujcie przeciw Łukaszence i przychodźcie na Płoszczę!

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.