Czasami ludzie chwalą literaturę faktu, mówiąc, że "czyta się ją jak powieść". To nigdy nie było moim celem - mówi w kwestionariuszu reportera Peter Hessler, autor książki "Pogrzebana".
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mój pierwszy reportaż?

Był 1996 rok. Miałem 27 lat, gdy zostałem wysłany przez Korpus Pokoju do Fuling, małego miasta w południowo-zachodnich Chinach. Przez dwa lata uczyłem angielskiego w tamtejszej szkole dla nauczycieli. A pod koniec pobytu napisałem swoją pierwszą książkę, „River Town".

Najtrudniejsza chwila w pracy...

Zbieranie materiału na reportaż jest dla mnie dużo trudniejsze od samego procesu pisania. Trzeba się wysilić, by wyjść do ludzi i zrobić research. Tym bardziej że często jest to nieefektywne. Zbierasz materiał i okazuje się, że większości nie wykorzystujesz. Oczywiście nie oznacza to, że jest to zmarnowany czas: takie rozmowy pomagają zrozumieć tło wydarzeń, a angażując się w zwykłe życie ludzi, zwiększamy prawdopodobieństwo stania się świadkiem czegoś niezwykłego.

Z wiekiem jest też o wiele trudniej. Mam 52 lata i zdaję sobie sprawę, że muszę narzucić sobie pewne tempo, by móc kontynuować tę pracę.

A najprzyjemniejsza?

Najbardziej lubię pisać. Początkowo planowałem zajmować się beletrystyką, więc większość edukacji spędziłem właśnie na rozwijaniu umiejętności pisarskich. Jeśli chodzi o proces pisania, mam pewność, że to potrafię. Poza tym dużo piszę w domu w Kolorado. To piękna, spokojna okolica, gdzie po dniu pracy mogę pobiegać po górach. Jeśli pracuję nad książką, zwykle pokonuję do 16 kilometrów dziennie. Taki jest rytm mojego pisarskiego życia.

Jak otwieram bohatera?

Mam różne strategie dla różnych osób. Ale jedyną stałą jest czas. Im więcej czasu mogę z kimś spędzić, tym większe jest prawdopodobieństwo, że mi zaufa i pozwoli zajrzeć do swojego świata. Będąc blisko z bohaterami, pokazujesz, że jesteś zaangażowany i zainteresowany ich życiem. Oczywiście niektórzy ludzie nie chcą ci go dać. I to jeden z powodów, dla których generalnie nie pisałem zbyt wiele o znanych lub „ważnych" osobach. Wolę skupiać się na zwykłych ludziach.

Książka reporterska, która mnie zmieniła.

Gdy byłem studentem trzeciego roku na Uniwersytecie Princeton, uczęszczałem na zajęcia „literatura faktu" prowadzone przez Johna McPhee. Jest on jednym z najbardziej wpływowych pisarzy literatury faktu w Ameryce i był doskonałym nauczycielem. Nigdy wcześniej nie myślałem poważnie o zostaniu reporterem. Do czasu, gdy na zajęciach McPhee podał przykłady własnych prac i wtedy po raz pierwszy przyjrzałem się z bliska pierwszorzędnym dziełom literatury faktu. Zainteresowałem się tym, jak zostały skonstruowane.

Książki McPhee, które najwięcej dla mnie znaczyły, to „Coming into the Country", „Encounters with the Archdruid" i reportaże dla „The John McPhee Reader". Po ukończeniu kursu przedstawiłem temu magazynowi kilka pomysłów i dostałem zadanie. Dzięki temu pojechałem w pierwszą reporterską podróż, a potem dostałem zapłatę za pisanie.

Co teraz czytam?

Przygotowuję się do napisania książki o moich ostatnich doświadczeniach w nauczaniu w Chinach, więc czytam o młodych mieszkańcach tego kraju. Niedawno czytałem „China’s Youth" Li Chunlinga, a obecnie „Wish Lanterns" Aleca Asha. Ponownie przeczytałem także „Odyseję", bo czytały ją moje córki. Nie miałem tej książki w rękach od wielu lat i muszę przyznać, że po lekturze byłem pod wrażeniem jej konstrukcji.

Co jest moją reporterską siłą?

Być może to, że byłem biegaczem długodystansowym. Pierwszy maraton przebiegłem, gdy miałem 12 lat. W czerwcu planuję kolejny. Utrzymanie formy jest pomocne, jeśli pracujesz w takich miejscach jak Egipt czy Chiny. To zwyczajnie wymagające fizycznie. Ale ważna jest też mentalność. Dzięki bieganiu jestem cierpliwy i mam dużą tolerancję na nudę. Przypuszczam, że częścią tej siły jest również chęć życia w trudnych warunkach i nieoczywistych miejscach. W 2011 roku, niedługo po wybuchu arabskiej wiosny, wraz z żoną Leslie przeprowadziliśmy się do Kairu. Nasze córki bliźniaczki miały niecałe półtora roku, a my nigdy nie byliśmy w Egipcie. Wierzyliśmy jednak, że nauczymy się arabskiego i znajdziemy sposób, by pisać o tym miejscu. Osiem lat później przeprowadziliśmy się z córkami do Chengdu i postanowiliśmy zostać tam po wybuchu pandemii, by zdawać relację z tego, co się dzieje. To jest siła, którą oboje z żoną dzielimy. Jeśli twój współmałżonek jest również reporterem, to rozumie, co robisz.

Moja największa reporterska wada, porażka...

Żałuję, że wcześniej nie uczyłem się języków obcych. Chińskiego zacząłem uczyć się w wieku 27 lat, a arabskiego w wieku 40 lat. Dorastałem w Missouri, gdzie trudno było znaleźć takie możliwości. No i takie umiejętności nie wydawały się wtedy zbyt ważne. Jako chłopiec nie myślałem, że większość dorosłego życia spędzę za granicą.

I mój największy sukces reporterski?

Trudno powiedzieć… Przypuszczam, że fakt, że udaje mi się z reporterskiej pracy zarobić na życie, zachowując przy tym wolność. Nigdy nie byłem formalnie zatrudniony, nie mam regularnych pensji, świadczeń ubezpieczeniowych ani emerytalnych. Ale jestem w stanie utrzymać siebie i rodzinę oraz wykonywać pracę, jaką chcę.

Czego reporterowi nie wolno?

Oczywiście nie można zmyślać ani zmieniać faktów, by historia była lepsza. Czasami, gdy ludzie czytają literaturę faktu, chwalą ją, mówiąc, że „czyta się ją jak powieść". To nigdy nie było moim celem. Literatura faktu nie jest dla mnie czystą sztuką. Z pewnością można tam odnaleźć elementy artystyczne, ale jest to też dzieło dokumentalne, a zatem musi być sprawdzone i dać czytelnikowi poczucie pewności, skąd pochodzą źródła. To jeden z powodów, dla których zawsze używam pierwszej osoby w książkach. W Egipcie lub Chinach ludzie reagują na mnie inaczej, ponieważ jestem Amerykaninem. Chcę to przekazać czytelnikowi. Na przykład w „Pogrzebanej" pisałem o Sajjidzie, człowieku, który zbierał śmieci w mojej okolicy. Ważne było dla mnie, by opisać, jak go poznałem, i – właśnie jako obcokrajowiec – pójść do jego domu, poznać jego rodzinę.

Kogo podziwiam w reportażu?

Kiedy mieszkałem w Egipcie, moją ulubioną książką non-fiction o tym kraju było „Na prastarej ziemi" Amitava Ghosha. Autor był młodym doktorantem mieszkającym w wiosce w Delcie i łączył reportaż z badaniami historycznymi. Natomiast w Chinach, podziwiałem „Żelazo i jedwab" opublikowane w latach 80. przez Marka Salzmana. Salzman jest pierwszorzędnym pisarzem. O obu tych książkach myślałem, sam pisząc o Egipcie i Chinach.

Moje największe marzenie reporterskie...

Chciałbym móc dalej przekazywać to, co odkrywam jako reporter na różnych etapach mojego życia. W każdym wieku wnoszę coś innego do swoich badań i analiz. Mam nadzieję, że po siedemdziesiątce nadal będę to robił.

Pytała Zuzanna Bukłaha

Peter Hessler – od ponad 20 lat pisze dla „New Yorkera". W latach 1996-98 zamieszkał w Chinach, skąd napisał książkę, „River Town". Dwiema kolejnymi – „Kości wróżebne" (przeł. Anna Katarzyna Maleszko) i „Przez drogi i bezdroża" (przeł. Jakub Jedliński) – ukończył trylogię obejmującą dekadę w Chinach. W 2011 przeniósł się na pięć lat do Kairu. „Pogrzebana. Życie, śmierć i rewolucja w Egipcie" (przeł. Hanna Jankowska) opisuje jego doświadczenia podczas arabskiej wiosny (książka znalazła się w finale 13. edycji Nagrody im. Kapuścińskiego). W 2019 r. powrócił do Chin. Opisywał pandemię, m.in. z Wuhan.

'Pogrzebana. Życie, śmierć i rewolucja w Egipcie', Peter Hessler
'Pogrzebana. Życie, śmierć i rewolucja w Egipcie', Peter Hessler  Wyd. Czarne

***
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego
CZYTAJ WIĘCEJ
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem