Większość ludzi lubi mówić o sobie, a jeśli przeżyli traumę, znalezienie kogoś, kto ich wysłucha i uzna ich ból, bardzo im pomaga - mówi w kwestionariuszu Barbara Demick, autorka książki "Zjadanie Buddy".
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mój pierwszy reportaż?

Przygodę z dziennikarstwem zaczęłam tuż po studiach jako reporterka lokalnej, codziennej gazety w brudnym miasteczku po drugiej stronie rzeki Hudson, niedaleko Nowego Jorku. To były niekończące się historie: kubańscy wygnańcy próbujący obalić Fidela Castro, bezwstydne przypadki korupcji politycznej czy historia senatora stanowego, który sfingował własną śmierć podczas nurkowania, by uniknąć więzienia. Często pisałam też po trzy newsy dziennie. A wszystko to było równie ciekawe i potrzebne jak pisanie reportaży z egzotycznych światów w trakcie mojej dalszej zawodowej kariery.

Najtrudniejsza chwila w pracy...

„Zjadanie Buddy" było dla mnie najtrudniejszym projektem. Musiałam w ukryciu podróżować po odległych zakątkach Wyżyny Tybetańskiej. Pewnej nocy w jednym z miast bez prądu wpadłam do rowu kanalizacyjnego i nie mogłam się umyć przez kilka dni. Podczas tej samej podróży zostałam ugryziona przez psa i nie mogłam pójść do szpitala. Podróżowałam pod przykrywką z tybetańskim przyjacielem, który miałby wielkie kłopoty ze strony chińskich władz, gdyby został ze mną złapany.

A najprzyjemniejsza?

Może nie całkiem przyjemne, ale satysfakcjonujące… Mieszkając w Pekinie, pisałam o urzędnikach państwowych, którzy odbierali rodzicom potomstwo z powodu naruszenia tzw. chińskiej polityki jednego dziecka. Pewnej rodzinie odebrano jedną córkę, bliźniaczkę. Już gdy opublikowałam tekst, używając staroświeckich, dziennikarskich metod i nie zostawiając za sobą zbyt wielu śladów, namierzyłam tę skradzioną dziewczynkę. Została adoptowana przez rodzinę z Teksasu, która nie miała pojęcia o jej historii i pochodzeniu. Podczas księżycowego Nowego Roku 2019 zabrałam ją wraz z jej przybraną rodziną do wioski w prowincji Hunan na spotkanie z siostrą bliźniaczką i biologicznymi rodzicami.

Jak otwieram bohatera?

Wielokrotnie rozmawiam z tymi samymi ludźmi. Pierwszy wywiad jest jak pierwsza randka: nikt nie mówi ci wszystkiego. Ale jeśli zechcą znów się spotkać, a ty jesteś dobrym słuchaczem, jest szansa, że w końcu się otworzą. Zakładam, że większość ludzi lubi mówić o sobie, a jeśli przeżyli traumę, znalezienie kogoś, kto ich wysłucha i uzna ich ból, bardzo im pomaga. Odkryłam, że dotyczy to zwłaszcza Koreańczyków z Północy, z którymi rozmawiałam, zbierając materiał do książki „Światu nie mamy czego zazdrościć". Choć zostali wychowani we wrogości do Amerykanów, docenili to, że oddałam głos ich cierpieniu.

Książka reporterska, która mnie zmieniła.

Bez wątpienia „Hiroszima" Johna Herseya. W college’u studiowałam z nim literaturę faktu. Podobał mi się jego rzeczowy styl, który sam nazywał „celowo cichym". Mimo grozy opowieści o wybuchu bomby atomowej opisał to bez nadmiernego epatowania dramatyzmem. A w tym wszystkim potrafił splątać ze sobą historie sześciu ocalałych. Strukturę mojej książki „Światu nie mamy czego zazdrościć" wymodelowałam właśnie na „Hiroszimie".

Co teraz czytam?

Właśnie skończyłam książkę Lei Ypi „Free", wspaniały życiorys albańskiej dziewczynki z czasów upadku komunizmu. Jestem także w trakcie lektury „Internatu" Serhija Żadana inspirowanego wojną w Ukrainie. Ponownie sięgnęłam również po powieść „Miasteczko Middlemarch". Dlaczego? Tak po prostu.

Co jest moją reporterską siłą?

Przejrzystość. Karierę zawodową zaczynałam od pracy w mniejszych, lokalnych gazetach. Nie piszę dla elit. Chcę, by dzięki mojemu pisaniu inteligentny, ciekawy świata czytelnik zrozumiał miejsce, o którym sam może niewiele wiedzieć, i wczuł się w sytuację ludzi z odmiennych kultur, niezależnie, czy są to Tybetańczycy, czy Koreańczycy z Północy.

Moja największa reporterska wada, porażka...

Zawsze trudno jest mi opisywać otoczenie. Nie rozmyślam zbytnio o krajobrazie i scenerii. Nie wiem jednak, czy to aż taki problem, bo dzięki temu pozwalam, by narracja toczyła się szybciej.

I mój największy sukces reporterski.

Jestem bardzo dumna ze „Zjadania Buddy". Tym bardziej że sam proces powstawania był bardzo trudny: podróżowanie po Tybecie, zachęcanie ludzi do mówienia, tłumaczenie dialektu tybetańskiego. Byłam jednak najszczęśliwsza, gdy odkryłam tę zapomnianą, ukrywaną przez chiński rząd oraz nieznaną młodszym Tybetańczykom historię.

Poza tekstami akademickimi większość tego, co publikuje się na temat Tybetu, koncentruje się na walce politycznej między Dalajlamą a Komunistyczną Partią Chin. Chciałam wydobyć na światło dzienne doświadczenia zwykłych Tybetańczyków. Wielu starszych ludzi nie lubi jednak rozmawiać o tym, co im się przydarzyło w latach 50.

Czego reporterowi nie wolno?

Na początku mojej kariery w „Philadelphia Inquirer" przeszłam program szkoleniowy z etyki dziennikarskiej. Zasady były surowe i jasne. Nie mogliśmy przyjmować prezentów. Nie mogliśmy płacić za wywiady. Nie mogliśmy się pod nikogo podszywać ani ukrywać tego, kim jesteśmy. Zawsze musieliśmy przedstawiać się jako dziennikarze. Nie mogliśmy zmieniać cytatów ani łączyć kilku bohaterów w jednego. Wiem, że wielu znakomitych autorów literatury faktu pozwala sobie na większą swobodę literacką, ale ja staram się trzymać zasad, których nauczono mnie w młodości.

Kogo podziwiam w reportażu?

Lubię styl, w którym pisanie jest tak przekonujące, że zapomina się o piszącym. Dlatego tak bardzo podziwiam Katherine Boo.

Moje największe marzenie reporterskie...

Chcę, aby czytelnik poczuł się całkowicie zanurzony w miejscu i historii, jakby czytał dobrą powieść. Taki jest cel narracyjnej literatury faktu: uzyskanie wystarczającej ilości szczegółów, by stworzyć całe światy, które jednak są prawdziwe.

Poza reportażem nakręca mnie...

Poza pisaniem niewiele tworzę. Z wyjątkiem tego, że gotuję.

Pytała Zuzanna Bukłaha

Barbara Demick – dziennikarka, wykładowczyni, autorka trzech reporterskich książek: „Zjadanie Buddy. Życie tybetańskiego miasteczka w cieniu Chin", „Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej" oraz „W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy".

Była szefową „Los Angeles Times" w Pekinie oraz Seulu, pracowała na Bliskim Wschodzie i Bałkanach. Obecnie jest profesorką na wydziale dziennikarstwa na Uniwersytecie Princeton.

Jej książki zdobyły wiele nagród, a książka o Korei Północnej znalazła się w finale National Book Award i National Book Critics Circle Award.

Barbara Demick, 'Zjadanie Buddy. Życie tybetańskiego miasteczka w cieniu Chin'.
Barbara Demick, 'Zjadanie Buddy. Życie tybetańskiego miasteczka w cieniu Chin'.  Wyd. Czarne

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego
CZYTAJ WIĘCEJ
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
W tym kraju jak ktoś w ogóle coś czyta to już jest elitą
@aporn
No dokładnie. Autorce wydaje się, że kieruje swoje książki do nie-elit, których jednym z codziennych habitusów będzie sięganie po literaturę faktu? Nie będę się dalej pastwił, niech pisze dla kogokolwiek sobie wyobrazi.
już oceniałe(a)ś
0
1
Dwie poprzednie książki mam. Są super, polecam miłośnikom dobrego reportażu
już oceniałe(a)ś
2
0