Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Karol Rychlik, przewoźnik z Siedlec, mówi, że pieniądze się najeżdża. Jeździ się kilka tygodni za nic, zleceniodawca nie daje nawet euro, a dopiero potem firma przewozowa wystawia fakturę z odroczonym terminem płatności – od 30 do 90 dni.

– Ze stycznia zaczynają nam spływać pieniądze za wykonane usługi w Rosji i Białorusi. Banki rosyjskie robią przelewy, ale pieniądze nie trafiają na nasze konta, bo polskie i europejskie banki zazwyczaj nie obsługują rosyjskich. Tak jest z bankiem PKO SA, który teraz zwraca pieniądze rosyjskiemu bankowi, nie księguje ich na naszych kontach. Próbowaliśmy się dowiedzieć w Ministerstwie Finansów, co dalej, i nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi. Próbowaliśmy się dowiedzieć w Komisji Nadzoru Finansowego i również nie mamy odpowiedzi.

– Czyli miliony euro zamrożone są w Rosji, bo nie można zrobić przelewów?

– Wiem, że Ikea szwedzka płaciła przewoźnikom, którzy nie dostali przelewów z Ikei rosyjskiej.

– Pana firma jeździ nadal na Wschód?

– Zrezygnowaliśmy, jak tylko zaczęła się wojna. Akurat nasze samochody wiozły z Niemiec do Rosji części Boscha do AGD. Były już w Estonii, bo tam miały przekroczyć granicę. Zawróciliśmy je, klient przyjął towar i zapłacił za kilometry. Wycofałem się też z Białorusi, gdzie woziliśmy podkłady pod pieczarki. Białoruski kontrahent jest mi winien 170 tysięcy euro, tyle najeździłem przez dwa miesiące, i nie wiem, czy odzyskam pieniądze. Wycofanie się ze Wschodu było moim moralnym wyborem. Podkreślam: wyborem. Nie zawsze na taki wybór można sobie pozwolić. Zanim kogoś potępimy, w proteście zablokujemy mu drogę na przejściu granicznym, zapytajmy, czy stać go, by tam nie jeździć. Firmy mają dziesiątki kierowców, którym trzeba płacić pensje, leasingi, kredyty i kary umowne w kontraktach z klientami. I protestujący nie zdają sobie sprawy, ile ciężarówek zachodnich jedzie teraz na Wschód nie z towarem, ale po to, by zabrać zdemontowane maszyny, linie produkcyjne przedsiębiorstw, które wycofały się z Rosji.

W KOLEJKĘ, PROSZĘ!

Łukasz od 15 lat jeździ do Rosji. Pamięta swój pierwszy kurs – wiózł profile okienne z Berlina do Moskwy. Potem były leki i wyposażenie jachtów z Niemiec, olej silnikowy z Belgii, pampersy i żarówki z Polski. Od początku pracuje w tej samej firmie. Jej właściciel zaczynał od jednej ciężarówki, teraz ma 40.

Łukasz: – Na ścianie wschodniej jest tak, że przy domu stoi albo ciężarówka, albo traktor. Chłopaki wyprzedali ziemię i kupili ciężarówki, żeby jeździć na Wschód. Woleli to, niż wyrzucać gnój z obór. Zawsze chciałem jeździć dużymi samochodami, wujkowie jeździli. Po podstawówce poszedłem do mechanika, trochę naprawiałem, ale bardziej ciągnęło mnie do jazdy.

Łukasz od wojny nie był w Rosji. Ma tam znajomych operatorów wózków widłowych, których poznał w magazynach.

– Rozmawiamy przez internet. Po rosyjsku. Mówią, że wojna jest niepotrzebna. Niewiele o tym rozmawiamy, bo oni się boją podsłuchów. Zapraszam ich do siebie, mówię, że pomogę w organizacji życia. Nie chcą tu przyjeżdżać. Liczą na to, że wojna zaraz się skończy, najdalej 9 maja, w Dzień Zwycięstwa. Co roku tego dnia świętują zwycięstwo nad hitlerowskimi Niemcami.

– Wiedzą, co się dzieje w Ukrainie?

– Pewnie, że wiedzą. Czytają zachodnie portale. Znają języki. Gdy my uczyliśmy się rosyjskiego w szkołach, oni uczyli się niemieckiego i angielskiego.

– A rozmawiasz z rosyjskimi kierowcami?

– Tak, na przejściu granicznym w Koroszczynie. Nie spotkałem takiego, który popierałby wojnę. Ale wolą nie mówić o tym głośno. Rozmowa schodzi na gehennę na przejściach. Nie rozumieją, dlaczego w odwecie za to, co robi Putin, aż tak upadla się zwykłego kierowcę. My i oni stoimy teraz w kilkudniowych kolejkach, bez prysznica, bez toi toia. Toi toie są co kilometr. Można się przejść, jeśli nie pada i jest widno, bo w nocy to się idzie do lasu lub rowu.

– Co z jedzeniem?

– Zapasy w ciężarówce i to, co ludzie z wiosek przywiozą na rowerach i sprzedadzą. A jak już się doczłapiemy do przejścia, to celnicy warczą równo na wszystkich. Kiedyś mówili po rosyjsku do kierowców białoruskich i rosyjskich. Teraz – jakby się umówili – używają tylko języka polskiego. Usłyszałem ostatnio: „Tu jest Polska, tu mówi się po polsku!". Celnicy warczą nie tylko na białoruskich i rosyjskich kierowców, ale też na tych Białorusinów, którzy jeżdżą polskimi samochodami. No i na nas, Polaków. Kiedyś, jak się jechało na pusto, to można było przejechać bez kolejki. Więc jadę parę dni temu bez kolejki, a celniczka do mnie: „W kolejkę, proszę! Kolejka jest teraz dla wszystkich!". Przed wojną się uśmiechała, była miła, znam ją z widzenia, mieszka tu niedaleko w miasteczku. Głupio jej będzie, jak to się skończy. Przed wojną celnicy w ciągu 12-godzinnej zmiany odprawiali 600-800 ciężarówek; teraz 200. Sprawdzają dokładnie, nie śpieszą się, dłubią w nosie, biorą zwolnienia. Rozładowują losowo ciężarówki, za co płaci przewoźnik, minimum 1000 złotych. Uziemiony samochód stoi dłużej o dzień, dwa.

– A co o wojnie mówią białoruscy kierowcy?

– Że jak dostaną broń do ręki, to pójdą ubić Łukaszenkę. Podziwiają zawziętość Ukraińców. Nie liczyli, że tak się zmobilizują. Też mi się wydawało, że Putin w ciągu dwóch dni ich pokona. Bo Ukraińcy byli podzieleni. Zwalczali się między województwami, wytykali, kto z jakiego jest województwa. Ukraińcy sami są zdziwieni, że tak się im udało zjednoczyć. Mówią, że to przez prezydenta Zełenskiego. Wiem, co mówią, bo mam znajomych Ukraińców. Pomogłem im teraz dostać się do rodziny na Pomorzu. A inną znajomą Ukrainkę zatrudniłem jako niańkę do opieki nad dzieckiem.

– Co teraz jedzie do Rosji?

– Wszystko oprócz tego, co można byłoby użyć do produkcji bomb i czołgów, i to, na co Putin nie odpowiedział embargiem w 2014 roku. Europa wtedy, po zajęciu Krymu, wprowadziła embargo na niektóre produkty z Rosji. Putin odpowiedział embargiem na żywność z kilku krajów. Dzięki temu taka Białoruś stała się potentatem w produkcji cytrusów, zwłaszcza pomarańczy. Zwożono tam cytrusy z Hiszpanii, przepakowywano w białoruskie skrzynki, a potem jechały do Rosji jako białoruskie cytrusy. Podobnie było z polskimi jabłkami. Choć tych to nawet nie przepakowywano. Jechały w polskich skrzynkach jako jabłka białoruskie.

Łukasz widzi, że teraz do Rosji jadą ciężarówki pełne jaj lęgowych, z których wyklują się kurczaki brojlery i kury nioski; jadą też cielne jałówki – krowy mleczne, rasa holsztyńsko-fryzyjska – do Rosji i Kazachstanu. Jaja i jałówki są z Holandii, a wiozą je Węgrzy, którzy specjalizują się w przewozie żywca. Jadą też jogurty, pampersy, żarówki z Polski; mięso, warzywa, frytki z Niemiec; tabletki do zmywarek z Austrii.

Łukasz uważa, że Rosja poradzi sobie z unijnym embargiem. Ściągnie żywność z Uzbekistanu i Kazachstanu, gaz i ropę sprzeda dalej na Wschód.

TRADYCYJNA ŁAPÓWKA

– Będziemy zmuszeni jeździć po zachodzie Europy – mówi Łukasz. – Nie lubię tego. Jak jeździsz po Europie, to trzy tygodnie jesteś w trasie, tydzień w domu. Co innego, jak jadę na Rosję – wtedy na weekendy zjeżdżam do domu. Poza tym my jesteśmy specjalistami od Wschodu. Niemiecki czy francuski kierowca zostawia pod Warszawą towar i tu się dla niego kończy zachodni świat. W tym momencie zaczyna się nasza rola. Pakujemy na ciężarówki to, co przywieźli ci z Zachodu, i jedziemy na Wschód.

– Słyszałem, że w Białorusi i Rosji od lat napadają na polskie ciężarówki i zdarzają się nawet zabójstwa – mówię.

– Mity jakieś. Nigdy tam nie byłem napadnięty ani okradziony. Jadąc do Rosji, mam strzeżone parkingi, z prysznicem i barem. Nie zasłaniam zasłonek, jak to się robi w Europie – wjeżdżasz na parking, zasłaniasz się i idziesz spać. Na Wschodzie gadasz z innymi kierowcami. Może i były tragiczne historie, ale wiem także, że polscy kierowcy imprezują na parkingach, chodzą na dyskoteki, popiją, łapią guza. Jedyne, co jest uciążliwe, to policja rosyjska. Na granicy każdego województwa mija się przy drodze punkt policyjny. Tam chcą łapówek. Wmawiają ci wykroczenie, grożą aresztem i sądem, wystarczy, że wyciągniesz 10 euro. Ale o „tradycję" upominali się również celnicy ukraińscy. Wiozłem podkłady pod pieczarki spod Lwowa na Białoruś. Kilka dni przed wojną. Musiałem zapłacić 250 hrywien celnikowi.

NASZ TOWAR PAKUJEMY NA BIAŁORUSKIE CIĘŻARÓWKI

Jan Kuna z Bielska Podlaskiego zatrudnia około 40 kierowców. Mówi, że mało jest Polaków, którzy jeżdżą na Wschód. Na tym kierunku polscy przewoźnicy zatrudniają Ukraińców, Kazachów, Uzbeków, a najwięcej Białorusinów. Jeszcze miesiąc temu jego białoruscy kierowcy przylatywali samolotem na Okęcie, żeby przesiąść się w autobus do Bielska Podlaskiego. Nie mogli przekroczyć polsko-białoruskiej granicy samochodem, busem, autobusem, pociągiem. Rząd białoruski wymyślił, że kierowcy pracujący poza Białorusią muszą latać samolotami do swoich pracodawców. Prawdopodobnie chodziło o wsparcie białoruskich linii lotniczych, które na pusto latały do Warszawy. Obowiązek latania już nie obowiązuje.

– Co pan teraz wozi? – pytam Jana Kunę.

– Nie słyszał pan, że to pytanie nie na miejscu?

– Słyszałem.

– Moi kierowcy mało jeżdżą na Wschód, głównie na Zachód. Przywożą stamtąd towar pod Warszawę. Jeśli zamkną totalnie granicę, to nie będziemy mieć czego przywozić, bo większość z tego, co przywozimy, jechało dalej na Wschód. Jeśli ktoś mówi, że możemy się przekierunkować na Zachód, to znaczy, że nie ma pojęcia, o czym mówi. Odcięcie wschodnich rynków spowoduje, że w Europie zrobi się zbyt ciasno dla firm transportowych, spadną stawki, które i tak są niskie.

– W kwietniu w ramach sankcji unijnych zamknęliśmy granicę dla rosyjskich i białoruskich kierowców.

– A Białoruś w odwecie zamknęła granicę dla naszych, unijnych ciężarówek.

– To już się tam nie wozi towarów?

– Wozi. Na wyznaczone terminale, gdzie jest przeładunek na białoruskie ciężarówki lub załadunek na unijne. Białoruskie jadą w głąb kraju lub do Rosji, a nasze wracają z towarem lub na pusto.

– A co z transportem do Kazachstanu, Uzbekistanu, Chin?

– Można przez Węgry, Bułgarię, Gruzję. Ale to dalej, i tym się zajmą przewoźnicy z tamtych krajów. Stracimy wschodnie rynki. Pytanie jeszcze, czy przejścia kolejowe zostaną zamknięte. Bo my teraz to nawet nie zdajemy sobie sprawy, ile wagonów jedzie nadal na Rosję. Jadą bez przerwy. A z Rosji jadą stal, sadza do opon, kauczuk, nasiona gryki i lnu, węgiel.

NIE WIEM, JAK TERAZ JEŹDZIĆ

Kierowców zatrudnia również Artur Kamiński z Sochaczewa. Głównie Polaków, Białorusinów i Ukraińców, którzy jeżdżą na zachód Europy oraz do Rosji i Białorusi.

– Ani jeden się nie skarżył, że ma jakieś nieprzyjemności w Rosji i Białorusi.

– Może dlatego, że zatrudnia pan Białorusinów, a Białoruś wpiera Rosję.

– Ale oni jeżdżą polskimi autami.

– Co pan wozi?

– Wszystko, co woziłem, głównie polskie produkty. Specjalizuję się w transporcie chłodniczym. Artykuły higieniczne, medyczne i spożywcze. Nie rozumiem, jak na przykład marchewka, którą wożę, może wesprzeć działania wojenne Putina.

– Trafi na front lub na stoły generałów.

– Żołnierze i generałowie nie jedzą moich marchewek. Marchewkę, którą wożę, kupuje społeczeństwo. Znam dziesiątki Rosjan, którzy są przeciwko wojnie. I co, solidarnie mają teraz przymierać głodem? I jak się ma moja marchewka, którą zawiozę do Moskwy, do tego, ile Unia Europejska codziennie płaci Putinowi za gaz i ropę?

– Wraca pan na pusto?

– Zabieramy z Rosji wyroby szklane, a także komponenty do produkcji opon: sadzę, kauczuk, gumę. Bez tego Unia Europejska będzie jeździć na łysych oponach.

Artur Kamiński mówi, że wielu przewoźników ma leasingi i kredyty. Spłacają też tarczę pomocową, którą rząd dał im w czasach pandemii.

– My te pieniądze musimy teraz zwracać, nawet 70 procent kwoty, którą dostaliśmy.

– Ma pan problemy z odzyskaniem pieniędzy od rosyjskich lub białoruskich kontrahentów?

– Nie, bo pracuję dla polskich firm i tych białoruskich czy rosyjskich, które mają filie w Polsce. Miałem problem z odzyskaniem pieniędzy od Ukraińców. Tłumaczyli, że jest wojna. Udało mi się je odzyskać przy pomocy ich holenderskich partnerów.

Kilka dni później dzwonię do Kamińskiego.

– Białoruś zakazała przejazdu unijnym ciężarówkom – mówię.

– Nie zdziwiło mnie to. Zastanawiam się właśnie, jak jeździć dalej.

KTO JAK NIE POLACY?

Karol Rychlik, który przestał jeździć na Wschód z powodów moralnych, ma 26 samochodów i zatrudnia 38 kierowców – Polaków, Ukraińców i Białorusinów.

– W niektórych samochodach mam podwójne obsady.

– Zdarza się, że razem jadą Ukrainiec z Białorusinem? – pytam.

– Nie. Ale jeśli chodzi o wojnę, to na tym tle w naszej ekipie wszystko zostało wyjaśnione. Zdecydowana większość Białorusinów jest przeciwko Putinowi, o czym świadczy ich partyzantka, która utrudnia Rosjanom dostawy broni do Ukrainy.

Zaraz po wybuchu wojny Rychlik przyjął do siebie pięć rodzin ukraińskich – to rodziny jego kierowców. Pomógł im już znaleźć mieszkania. Mówi, że polski transport będzie potrzebny, by odbudować gospodarkę Ukrainy. Będą potrzebne ciężarówki, które zawiozą do Ukrainy cement i pustaki do odbudowy domów i bloków, żwir i tłuczeń do odbudowy dróg, linie produkcyjne, by mogły ruszyć zniszczone fabryki. Ktoś będzie musiał to wozić.

– Kto jak nie Polacy?

JABŁKA NASZE, CZYLI SERBSKIE

Bartek wiózł z Rosji do Polski szkło – grube i cienkie, szklanki i słoiki.

– Akurat wyjechałem z magazynów pod Moskwą, kiedy zadzwonił brat, że jest wojna. A w Rosji była cisza. Ani w magazynach, ani na parkingach nikt nie mówił o wojnie. Jedyne, co zwróciło moją uwagę, to większy niż zwykle ruch na drogach. Potem zobaczyłem pełne parkingi przy sklepach – Rosjanie robili zapasy na wojnę.

Jechałem przez Rosję z duszą na ramieniu. Byłem na łączach z kolegą, który też wracał, zostawił części samochodowe. Myślałem, że Ukraina w odwecie puści bomby na rosyjskie drogi albo że ruscy skonfiskują moją ciężarówkę na potrzeby wojny. Szef zadzwonił, że mam w razie czego myśleć o sobie, a nie o ciężarówce i towarze, co mnie jeszcze bardziej wystraszyło. Bo jakie „w razie czego"?! Na parkingu zapytałem młodego kierowcę rosyjskiego, co się dzieje, czy to rzeczywiście wojna, myślałem, że jak młody, to będzie bardziej zorientowany niż stary dziad. Powiedział, że ktoś mi głupot naopowiadał.

Już nie jeżdżę do Rosji. Teraz to jest wszystko płynne. Nie wiem, jak będzie wyglądał tydzień, dowiaduję się z dnia na dzień, gdzie pojadę, od wojny najdalej byłem na Węgrzech. Nie powiozę już do Rosji butów Pumy i Adidasa, bo się wycofali. Żeby chociaż serbskie jabłka można było wozić do granicy z Białorusią.

– Aż z Serbii jadą jabłka?

– Nie, z Polski. W Serbii tylko załatwia się im nowe papiery. Białoruś wysyła polskie jabłka do Rosji jako białoruskie lub serbskie. Wiem, że to zagmatwane. Ale wojna na granicy zaczęła się na długo przed zbombardowaniem Ukrainy.

***
Piszcie: listy@wyborcza.pl
Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.