- Tata powiedział mi wtedy przed wyjazdem: "Pamiętaj, że Polacy to są bardzo dobrzy ludzie". Jest wykładowcą historii, więc wie, co mówi.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Na ścianie wisi obraz. Przedstawia kobietę, która nalewa wino mężczyźnie. On to Omar Chajjam, poeta, ona to Saki, jego ukochana. To popularny perski motyw.

Obraz przypomina Faridzie o Afganistanie. Dostała go od Iraja, Afgańczyka, który mieszka od paru lat we Wrocławiu i od października pomaga jej rozpocząć tu nowe życie.

Jest jedną z osób ewakuowanych latem z Kabulu, gdy władzę przejęli tam talibowie. Przyjechała z 21-letnią córką i 14-letnim synem.

– Mój dom jest tam, gdzie są dwie rzeczy: sztuka i rośliny – mówi Farida, a Iraj tłumaczy z dari (odmiana perskiego) na angielski.

W Afganistanie była nauczycielką, ale teraz to ona się uczy – Polski.

Po odwiedzinach licznych gości (czyli lewicowych aktywistów) już wie, że Polaka lub Polkę najlepiej ugościć wegańskim jedzeniem. Stawia więc na stole smażony ryż, ziemniaki w curry, surówkę z pomidorów i cebuli. Na deser przynosi ciasto z jagodami i wciska dokładkę.

– Ostatnio poprosiłam syna, żeby posprawdzał mi w internecie podstawowe informacje o Polsce – opowiada. – Chciałam wiedzieć, kto rządzi, kto jest w opozycji, co wywozicie na eksport.

Ma zamiar to zapisać i nauczyć się na pamięć.

– Ale największym problemem jest język – wzdycha Farida. – Chciałabym się dowiedzieć, co siedzi w głowach Polaków.

Boso, bez bagaży

Pracownicy Urzędu ds. Cudzoziemców chcieli wiedzieć więcej o ewakuowanych Afgańczykach.

Z 375 ankiet, które rozdali w ośrodkach dla cudzoziemców, wynika, że większość przybyłych ma poniżej 35 lat.

Niemal wszyscy przyjechali z rodzinami. Mają ukończone studia lub szkołę średnią. Pracowali w służbach, byli nauczycielami, lekarzami, prawnikami, tłumaczami. Są dziennikarze, informatycy i piloci.

Jest też co najmniej dwóch rolników, mechanik i sprzątacz.

„Najwięcej osób przejawia chęć nauki języka polskiego, na kolejnych miejscach znajdują się potrzeby z zakresu znalezienia mieszkania oraz pomocy w leczeniu" – napisali w raporcie urzędnicy.

Joanna Kasprzak-Dżyberti, mieszkanka Suchego Boru pod Opolem, dodałaby do tych faktów jeszcze jeden: do Polski przyjechali tak, jak stali. W klapkach lub boso, z dziećmi na rękach, bez bagaży.

Taką stojącą w deszczu 70-osobową grupę zobaczyła pod koniec sierpnia w swojej wsi. Przyjechali na 10-dniową kwarantannę do tamtejszego ośrodka wypoczynkowego, po której czekał ich transport do tego dla cudzoziemców.

Od kierownika – od razu zadzwoniła zapytać, czego potrzeba – Joanna dowiedziała się, że właśnie oddał im swoją bluzę. Następnego dnia popędziła więc do sklepu, a Stowarzyszenie na rzecz Rozwoju Wsi Suchy Bór, do którego Joanna należy, ogłosiło zbiórkę darów.

– Wójt się wściekł, że zdradzamy tajemnicę państwową o miejscu ich przebywania – wspomina. – Ale jaka to tajemnica, kiedy 70 osób ubranych nie po europejsku stoi w samym środku wsi? A ludzie chcieli pomóc.

Sołtys Andrzej Nowak widział przez okno, jak mieszkańcy sunęli z torbami w stronę ośrodka wczasowego.

– Nie byłem zdziwiony – podkreśla. – Suchy Bór był raz czeski, raz niemiecki, mieszkają tu Ślązacy i przyjezdni. Człowiek człowieka nie będzie się bał.

Przez dziesięć kolejnych dni mieszkańcy przyjmowali i sortowali dary. Pokazywali dziennikarzom wypełnioną nimi po sufit salę i witali przyjezdnych z kolejnymi paczkami (sołtys zapamiętał nawet pomorskie rejestracje). Kupowali dla afgańskich gości tabletki na ból zęba i okulary, bo komuś zbiły się w trakcie trwającego tydzień transportu do Polski.

Darów uzbierano tyle, że nie zmieściły się do autobusu, który po kwarantannie wiózł Afgańczyków do ośrodka dla cudzoziemców. Mieszkańcy dowieźli im je busem, a i tak jeszcze zostało.

– Zrobił się z tej pomocy symbol – mówi sołtys Nowak. – Tydzień temu żona słyszała, jak w radiu redaktor mówił o ogromnej pomocy uchodźcom. Powiedział: „Tak jak w Suchym Borze pod Opolem".

– Żadnych protestów?

– U nas na wsi? Ależ skąd! Jak ktoś gada w takiej sytuacji o emigrantach zarobkowych, to zwyczajnie nie wie, co mówi – dopowiada Joanna Kasprzak-Dżyberti. – Dramat tych ludzi zobaczyliśmy na dzień przed ich wyjazdem ze wsi. Było ognisko, herbata i ciasto. Nagle wpadł chłopak, zapłakany niesamowicie. Właśnie się dowiedział, że talibowie zdobyli ostatnie miejsce oporu, Dolinę Pandższiru, i rozstrzelali mu 16 członków rodziny. Reszta złapała za telefony i rozległ się jeden wielki ryk. Tej nocy mało kto w Suchym Borze spał.

Kiedy zadzwonił telefon

W Opolu – kilka kilometrów od Suchego Boru – Halina Palmer-Piestrak, koordynatorka programu Erasmus na Uniwersytecie Opolskim, też miała problemy ze snem.

W sierpniu zaczęła dostawać błagalne maile: „Pamiętacie nas? Jeśli tak, to zabierzcie nas stąd!".

Słali je Afgańczycy, którzy kilka lat temu byli w Opolu na studenckiej wymianie. Widziała też, jak kolega z biura, Afgańczyk, zamartwiał się o swoich bliskich.

– Byliśmy jedyną uczelnią w Polsce, która tak szeroko współpracowała z Afganistanem, czego gratulowała nam kiedyś Komisja Europejska – mówi Halina Palmer-Piestrak. – Ale to nawet nie chodziło o to. Po ludzku czuliśmy, że nie możemy ich tak zostawić.

W tym czasie dr Michał Wanke, wykładowca na UO, socjolog, poręczył na piśmie, że współpracował z nauczycielem z afgańskiej uczelni. Dzięki temu jego nazwisko znalazło się na polskiej liście osób do ewakuacji.

– Może zrobimy tak samo ze studentami i rodziną tego pracownika? – zaproponował dr Wanke.

W dwa dni skontaktowali się ze wszystkimi kilkunastoma afgańskimi studentami, którzy kiedykolwiek byli na Erasmusie w Opolu, żeby zapytać, czy potrzebują pomocy. Wysłali też kilkadziesiąt maili do polityków, organizacji pozarządowych i Ambasady Polski w Indiach, której podlega Afganistan.

Do Azarnoosh, dawnej studentki, telefon z Opola zadzwonił, gdy straciła nadzieję. Turecki uniwersytet nie przyjął jej na studia magisterskie. Była pewna, że zostanie w Afganistanie na zawsze.

Malali też studiowała w Opolu. Zobaczyła polski numer na ekranie komórki, gdy akurat przechodziła kilkaset metrów od lotniska w Kabulu. Tłum na ulicy był taki, że później dojście do bramy zajęło jej 10 godzin.

Aertza, brat afgańskiego pracownika uczelni, właśnie spod lotniska wracał. Stał tam po kilkanaście godzin przez dwa dni. Chronił przed tłumem i talibami młodszą siostrę, która dostała się na holenderską listę i próbowała dotrzeć do samolotu.

Każdemu z nich pracownicy opolskiej uczelni powiedzieli przez telefon to samo: mają podać numer paszportu, a następnego dnia rano dostać się do polskiego wojska.

Na pokład samolotu wsiadło 15 osób związanych z Uniwersytetem Opolskim. To dawni studenci i bliscy pracownika uczelni, który się o nich zamartwiał.

Po kwarantannie trafili do ośrodków dla cudzoziemców, z których szybko wyciągnęli ich ludzie z uniwersytetu.

Farida też w nim wylądowała. Pamięta tyle, że ośrodek był niedaleko poligonu, z którego niosły się odgłosy wybuchów. Słyszała, jak inni Afgańczycy krzyczeli, że wojna przyjechała za nimi do Polski.

Wrocław wita uchodźców

Nie wiedziałam, co robić – mówi Farida.

Zadzwoniła stamtąd do Iraja, tego, który podarował jej obraz poety z kochanką.

Znali się z Kabulu. Zabrał ją i dzieci z ośrodka i przywiózł do Wrocławia, a później wynajął 40-metrowe mieszkanie. Odmalował ściany, przyniósł kanapę, stół, dywan, telewizor. Na końcu zaprowadził do Nomady, wrocławskiej organizacji pomagającej migrantom i migrantkom.

Trzeba było pochodzić po urzędach. Znaleźć pieniądze na życie, szkołę dla 14-letniego syna Faridy i kogoś, kto nauczy ich polskiego.

Farida Anwari - mieszkająca w Polsce Afganka ewakuowana z Kabulu
Farida Anwari - mieszkająca w Polsce Afganka ewakuowana z Kabulu  fot. Łukasz Giza

Przydałby się też psycholog. Na miesiąc przed ich wyjazdem z Afganistanu zabito jej męża. Zginął też pies, kuzyn, jego żona, dwójka ich dzieci.

Nomada powiadomiła pozostałych ludzi z koalicji „Wrocław wita uchodźców", a oni wrzucili informację o afgańskiej rodzinie do mediów społecznościowych. Tak dowiedziała się o niej Agata Tannenberg-Ratajczak.

Kiedyś pracowała w biznesie, teraz współprowadzi we Wrocławiu biuro aktywistyczne, które pomaga medialnie różnym organizacjom. Mówi, że chce budować lepszy świat dla córki.

– Parę dni spędziłam w Usnarzu Górnym i doświadczyłam tam ogromnej beznadziei – mówi Agata. – Uchodźcy krzyczeli do nas, że są głodni, spragnieni, potrzebują lekarza. My, sto metrów dalej, mieliśmy jedzenie, wodę, medyków i nie mogliśmy nic zrobić.

Poczuła, że tym razem się uda. Zaproponowała więc, że wśród facebookowych znajomych zbierze to, co potrzebne Faridzie i jej dzieciom. Przyjechali bez niczego, a wynajęte mieszkanie wciąż było prawie puste.

W pierwszym poście, opublikowanym 19 października, napisała, że są potrzebne: „Trzy kołdry, poduszki, komplety pościeli, ręcznik i naczynia".

Zebrała wszystko w cztery godziny.

Prośba 1600 Afgańczyków

Urzędnicza machina też działa sprawnie. Zgodnie z przepisami można mielić wniosek o ochronę międzynarodową nawet przez 15 miesięcy. Afgańczycy czekają na jego rozpatrzenie znacznie krócej. 

Przez lata afgańskich uchodźców, którzy co miesiąc prosili o ochronę w Polsce, dało się policzyć na palcach obu rąk. Wnioskowali o nią głównie Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini.

Od lipca do października, czyli w ciągu czterech miesięcy, do Urzędu ds. Cudzoziemców napłynęło tymczasem prawie dwa razy więcej wniosków niż w całym ubiegłym roku. Najwięcej było ich właśnie od obywateli Afganistanu. Złożyli 1600 z 4500 próśb o ochronę międzynarodową.

Mają dwie opcje, gdzie poczekać na decyzję urzędników.

Pierwsza to ośrodek dla cudzoziemców. Zapewnia jedzenie, opiekę lekarza, lekcje polskiego i kieszonkowe – 17 złotych na tydzień. Mogą wychodzić, a dzieci uczyć się w pobliskiej szkole.

Druga możliwość to wyprowadzka. Na utrzymanie się dostają wtedy około 750 złotych miesięcznie i nie mogą pracować.

Tą drugą ścieżką i tak – prędzej czy później – muszą pójść. Gdy urzędnicza machina przemieli ich wniosek i oficjalnie otrzymają status uchodźcy, będą musieli znaleźć nowe lokum.

Gdy to się uda, trafiają pod opiekę miejskiego ośrodka pomocy społecznej i dołączają do indywidualnego programu integracji. W jego ramach MOPS ma ich wesprzeć w zorganizowaniu nowego życia. Otrzymują na to co miesiąc od około 650 do 1300 złotych. Im większa rodzina, tym mniej pieniędzy na osobę. Ma wystarczyć na utrzymanie, w tym wynajęcie mieszkania i naukę polskiego. Teoretycznie mogą już pracować.

Po roku programu uchodźcy powinni być już w pełni zintegrowani i kurek z pieniędzmi się zakręca.

W 2015 roku urzędnicy Najwyższej Izby Kontroli alarmowali, że program trzeba zreformować, bo wcale nie pomaga uchodźcom stanąć na nogi. Brakuje wytycznych, jak proces integracji ma przebiegać, i sprowadza się głównie do wypłaty pieniędzy.

Polska mama

Joanna Kasprzak-Dżyberti z Suchego Boru uważa, że uchodźcy po opuszczeniu ośrodka potrzebują asystenta społecznego, który pomoże im znaleźć odpowiedzi na pytania, które i ją dręczą: – Co mają zrobić, dokąd pójść? Jak znaleźć mieszkanie i pracę, skoro nie znają polskiego albo angielskiego? Gdzie mają szukać pomocy?

Martwi ją też i to, że Afgańczycy z Suchego Boru są w ośrodku daleko w lesie i potwornie się nudzą. Wie, bo u nich była, żeby zabrać na wycieczkę do Lublina. Ciekawiła ich szczególnie historia, dopytywali o lubelskich Żydów i Holocaust.

– Prawda jest taka, że większość naszych suchoborskich Afgańczyków wyjechała do bliskich w Belgii, Niemczech, Wielkiej Brytanii. Zostali ci, którzy nie mieli do kogo – mówi. – I co, mielibyśmy ich tak teraz zostawić?

Ona nie potrafi. Za granicą ma pół rodziny i wie, że ktoś im tam pomaga.

19-letni Fazal, do którego numer mi daje, ustawił sobie zdjęcie z Joanną jako profilowe na WhatsAppie.

– Nazywam ją polską mamą – tłumaczy przez telefon, bo wciąż jest w ośrodku. – Nie mam słów, żeby wyrazić wdzięczność za jej pomoc.

Nie wiedział, gdzie i jak szukać mieszkania, a Joanna obiecała mu, że się tym zajmie. Zapewniła, że spróbuje pomóc, gdy przyznał, że chciałby w Polsce studiować.

Któregoś dnia zadzwonił, bo w ośrodku poznał pięcioosobową rodzinę Afgańczyków z 6-letnią dziewczynką chorą na porażenie mózgowe i padaczkę. – Nie możemy ich zostawić – westchnął. Joanna zapowiedziała więc, że i w tej kwestii coś wymyśli.

Przysłała też Fazalowi leki, laptopa i książki do nauki języka polskiego

Ma lekcje dwa razy w tygodniu, ale uczy się sam, codziennie. Wierzy, że po roku będzie płynnie mówił.

W Afganistanie był nauczycielem angielskiego. Do Polski przyjechał z braćmi, dwiema siostrami i rodzicami. Dziesięć osób.

– Ojciec, dowódca wojskowy, współpracował z polskimi żołnierzami – opowiada Fazal. – Jeden z nich zadzwonił kiedyś do taty, żeby zapytać, co robi. Odpowiedział, że ukrywa się przed talibami. Ten Polak obiecał nas zabrać za parę dni. Dotrzymał słowa.

Jest więc pewny, że Joanna – tak jak powiedziała – wyciągnie jego rodzinę z ośrodka.

Darczyńca poszukiwany

Agata Tannenberg-Ratajczak, tak jak obiecała, zajmuje się zbiórką rzeczy dla Faridy. Kolejna jest trochę bardziej wymagająca niż ręcznik i pościel, o które wcześniej prosiła.

Teraz są potrzebne: „Dentysta, który naprawi wypadniętą plombę, pojedyncze łóżko, stół do kuchni, mikrofalówka i laptopy, żeby dzieci zaczęły uczyć się angielskiego i polskiego".

Agnieszka Szczepaniak z wrocławskiego Nomady zadeklarowała, że znajdzie nauczyciela polskiego dla rodziny i szkołę dla 14-letniego syna Faridy.

Są już osoby, które podejmą się tego pierwszego wyzwania. Teraz trzeba zorganizować na to pieniądze. Rok intensywnej nauki będzie kosztował około 15 tysięcy złotych.

Pozostaje więc kwestia szkoły. W tych publicznych dyrektorzy rozkładali ręce. Są wprawdzie klasy przygotowawcze dla dzieci z zagranicy, ale chłopcu, który mówi tylko w języku dari, może być trudno nadążyć za resztą klasy złożonej z dzieci słowiańskojęzycznych.

– Jest światełko w tunelu – dopowiada Agnieszka Szczepaniak. – Zadzwoniłam do jednej z wrocławskich prywatnych szkół i poczułam, że wysłanie tam chłopaka ma sens.

– Mamy doświadczenie w nauczaniu dzieci z Syrii. Zdały maturę i poszły na studia – usłyszała w słuchawce od dyrektorki. – A wie pani, co zrobimy, żeby chłopak dobrze się u nas poczuł? Dzień Afganistanu!

To szkoła płatna. Zarząd, ze względu na wyjątkową sytuację, zgodził się obniżyć czesne o połowę. Potrzeba więc 325 złotych miesięcznie.

Wypadniętą plombę, o której wspominała Agata w swoim facebookowym wpisie, dentystka naprawiła za darmo.

– A znajomy lekarz zbadał całą rodzinę od stóp do głów – dopowiada Wojciech, z zawodu reżyser.

Jedną ręką je przygotowany pod Polaków smażony ryż, drugą trzyma telefon i umawia szczepienia dla Faridy i dzieci.

Wyczytali, że w Afganistanie nie ma tych, które są obowiązkowe w Polsce, jak polio czy tężec.

– Za szczepienia trzeba było zapłacić. Niemało, bo około 3 tysięcy złotych – dodaje Wojciech.

– I co?

– Ktoś wyłożył pieniądze. Lekarz powiedział, że „darczyńca zastrzegł anonimowość".

Wojciech mówi, że wkręcił się w tę pomoc tak bardzo, że czasem spóźnia się na próby, bo jeździ z afgańską rodziną po lekarzach.

– Ludzie w sklepach reagują tak, że serce rośnie – dodaje. – Kilka razy zagadnąłem panią za ladą, że te zakupy to dla uchodźców. I w kolejce z tyłu usłyszałem: „A co można dać?", „Jak pomóc?".

Jak pomaga (samo)rząd

Pytam o tę pomoc samorządy.

W Gdańsku afgańskie rodziny już są i mogą liczyć na kursy polskiego, wsparcie prawne i w znalezieniu pracy.

Kraków też już pierwsze ugościł. Zaoferował im asystenta, który potowarzyszy w urzędach. Są też pracownicy i wolontariusze Punktu Informacyjnego dla Obcokrajowców, którzy pomogą w zakupach i wyjaśnią przepisy prawa.

Poznań planuje pójść ścieżką sprzed paru lat, kiedy przyjął osiem rodzin polskiego pochodzenia, które uciekły z ukraińskiego Mariupola. Zapewnił im mieszkania, a firmy podarowały niezbędny sprzęt.

Łódź powtarza, że to najpierw rząd musi zadziałać i wymyślić, jak afgańskim uchodźcom pomóc. O to samo apelowała pod koniec sierpnia Unia Metropolii Polskich. 

Kancelaria premiera, podobnie jak Ministerstwo Obrony Narodowej, odsyła mnie do resortu rodziny i polityki społecznej. Resort natomiast do rządowego komunikatu z sierpnia pod hasłem „Pomoc społeczna dla cudzoziemców. Na jakie wsparcie mogą w Polsce liczyć?".

Z komunikatu wynika, że wsparcie dla uchodźców to indywidualny program integracji, czyli pieniądze, i pomoc pracowników MOPS. Mogą też liczyć na wsparcie opieki społecznej „na zasadach takich jak obywatele polscy". Czyli otrzymać dodatkowe pieniądze z zasiłku lub żywność albo skorzystać z domu pomocy społecznej czy „interwencji kryzysowej".

Za kilka miesięcy, jak wynika z rządowego komunikatu, uchodźcom i innym obcokrajowcom pomogą także pracownicy Centrów Integracji Cudzoziemców.

Michał Brożyński z Regionalnego Ośrodka Polityki Społecznej w Poznaniu, które będzie tworzyć takie centrum, odpisuje mi wieczorem, bo właśnie wrócił z Leszna, gdzie na początku roku powstanie jedna z pięciu wielkopolskich filii centrum.

Plany są ambitne: będą szkolenia międzykulturowe dla urzędników, zajęcia dla dzieci, kursy języka polskiego i adaptacyjne. Obcokrajowcom pomogą też doradcy międzykulturowi, prawnicy, psychologowie.

Tyle że takie centra powstaną tylko w dwóch województwach. Drugie będzie w opolskim.

– Nie ma żadnego specjalnego, rządowego programu wsparcia dla afgańskich uchodźców – podsumowuje Magdalena Chrapek-Wawrzyniak z fundacji ICAD, która wraz z fundacją HumanDOC zorganizowała ewakuację niemal 500 Afgańczyków współpracujących z Polakami.

Dzień przed tym, gdy na warszawskim Okęciu wylądował ostatni z 44 wojskowych samolotów z uchodźcami, Magdalena Chrapek-Wawrzyniak słuchała radiowej rozmowy z jednym z Afgańczyków.

40-letni Farid, doktor politologii, wykładowca na uniwersytecie w Kabulu, dziękował za pomoc „Polakom, wojsku i rządowi". Była pewna, że ktoś z rządu lub służb za chwilę do niej zadzwoni, żeby zaoferować Faridowi wsparcie.

Telefon milczał, więc fundacje ICAD i HumanDOC same zaczęły o nie apelować w mediach. Prosiły, żeby przygotować dla Afgańczyków skrojone na miarę wsparcie i nie wpychać w typową procedurę.

Przypominały, że to „spłacanie długu wdzięczności za narażenie życia dla Polaków".

Wskazywały, że gościmy dyplomatów, polityków, żołnierzy wysokiej rangi i specjalistów.

Proponowały nawet, żeby poprosić ich o pomoc przy kryzysie na polsko-białoruskiej granicy. Niech zaleją bliskowschodni internet ostrzeżeniami, że nie warto wsiadać w samolot do Mińska.

Bez rezultatu.

Farid jest już na Zachodzie.

– W Polsce pozostała może co trzecia osoba, którą ściągnęła tutaj nasza fundacja – szacuje Magdalena Chrapek-Wawrzyniak. – Spora część osób jest jeszcze w ośrodkach i kontaktuje się z nami, prosząc o pomoc.

Niemal każda rodzina chciałaby mieszkać w Warszawie, więc przedstawiciele fundacji ślą im linki do internetowych ogłoszeń, tłumacząc, że trzypokojowe mieszkanie kosztuje 1000 dolarów. Za drogo.

Jak będzie z pracą, jeszcze nie wiedzą. Może na stronie internetowej umieszczą zawodowe życiorysy Afgańczyków, może będą obdzwaniać firmy z propozycją, żeby ich zatrudnić.

– Najpierw nasi współpracownicy chcą gdzieś zamieszkać, w końcu być u siebie – mówi Magdalena Chrapek-Wawrzyniak. – A później do siebie dojść.

– To znaczy?

– Z czasem będą musieli poradzić sobie z tym, co stało się w Afganistanie.

Dźwięki

O tym, co działo się na lotnisku w Kabulu, studenci z Opola opowiadają dźwiękami. Mówią o krzykach, uderzeniach kolbami karabinów, kopnięciach i wystrzałach.

– Próbowaliśmy chronić przed tym dzieci – tak jak wtedy zasłaniają uszy rękami – ale to nie pomagało.

Droga spod lotniska do polskiego samolotu zajęła im 13 godzin. W tłumie nie mogli ustać, a klęknąć tym bardziej. Zostaliby zadeptani tak jak ci, którzy postanowili się skulić. Ich starsi rodzice, którzy wciąż są w Afganistanie, na pewno by tego nie przeżyli.

Afgańczyków, z którymi rozmawiam, jest troje. Studiują ekonomię w Opolu. Jest u nich trochę tak, jak parę lat temu na Erasmusie: mieszkają w akademiku, chodzą na zajęcia, mają stypendium socjalne. Ale nie mogą już wrócić do kraju.

Malali prowadziła w Afganistanie projekty przeciwdziałania dziecięcym małżeństwom. Aż talibowie przyszli do jej biura, wzięli listy pracowników i zaczęli jej szukać.

Aertza pracował w afgańskim ministerstwie finansów. Mówi, że narodził się w Polsce na nowo. Przyjechał tylko z tym, co miał na sobie. Dopiero poznaje Polskę, bo jest tu pierwszy raz.

Azarnoosh jest trochę zimno, ale wie, że się przyzwyczai. Też pracowała w resorcie finansów, parę lat temu była tu na Erasmusie, mówi o Opolu „drugi dom".

– Tata powiedział mi wtedy przed wyjazdem: „Pamiętaj, że Polacy to są bardzo dobrzy ludzie". Jest wykładowcą historii, więc wie, co mówi.

Kryguje się, ale w końcu dodaje, że nie wzięła z Afganistanu laptopa i pracownicy uczelni zorganizowali jej nowy.

Widziała tatę ostatni raz przed lotniskiem w Kabulu. Nie mogła go przytulić ani dotknąć, bo talibowie ich obserwowali.

– Powiedział mi wtedy, że jeśli choć ja wydostanę się z Afganistanu, to będą z mamą szczęśliwi.

Płacze.

Gdy pytam o polskich przyjaciół, studenci wskazują doktora Michała Wanke.

Uniwersytet Opolski prowadzi teraz drugą operację, tym razem pod hasłem „Rozpoczęcie nowego życia".

Ze studentami nie ma problemu. Mówią po angielsku, studiują, dostają stypendium, mają pokoje w akademikach. Potrzebują tylko pomocy tłumacza u lekarza czy w urzędzie.

Rodzinie pracownika uczelni, która wciąż mieszka w akademiku, trzeba za to znaleźć mieszkanie, nauczyciela polskiego, szkołę dla dzieci i pracę dla rodziców. Byli prawnikami, ale będą musieli się przekwalifikować, bo polskie realia są inne.

Uczelnia chce też zorganizować dla nich zbiórkę pieniędzy. Przyjechali z niczym.

Dr Wanke przywołuje smutną prawdę z badań nad migracjami: migrują zawsze ci, którzy mają pieniądze. Najbiedniejsi nie mają szans.

Teraz widzi to w praktyce.

– Oczywiście oni nam dziękują i są bardzo wdzięczni – podkreśla dr Wanke. – Ale to są ludzie, którzy spadli z wysokiego pułapu. Kiedy człowiek, który ma posadę dyrektora, dom z ogrodem, prywatnego kierowcę i dzieci w szkołach językowych, nagle ląduje w obcym kraju, pokoju z łazienką na korytarzu i bez pieniędzy, to trochę boli.

Zbędny piekarnik

Farida była w Afganistanie nauczycielką biologii, uczyła też kobiety na wsiach niezależności. Pokazywała, jak robić przetwory i jak szyć, żeby mogły zarabiać. Radziła, żeby myślały też o sobie i robiły przerwy między ciążami.

– Zorientowałam się, że wy tutaj takiej wiedzy nie potrzebujecie – mówi Farida. – Szukałam więc czegoś, czym mogę się odwdzięczyć.

Znalazła: jedzenie.

W kolejnym facebookowym wpisie Agata prosi więc o „Zbędny, działający piekarnik, żeby mogli piec i gotować!".

Znajduje się w ciągu godziny.

– Odezwała się do mnie także znajoma z Centrum Aktywności Lokalnej z propozycją, żeby Farida poprowadziła tam warsztaty kulinarne – mówi Agata. – Od razu się zgodziła. I nikt nie widział trudności, że będzie podwójne, persko-angielsko-polskie tłumaczenie.

Farida opanowała już międzynarodowy system porozumiewania się: wskazuje na półce w sklepie, czego potrzebuje, albo używa tłumacza w telefonie.

– Mam wrażenie, że wy w Polsce zbytnio ze sobą nie rozmawiacie – zauważa. – Ani w kolejkach, ani na ulicach. Trochę tak, jakbyście nie mówili w tym samym języku.

Przyjmę 100 uchodźczych rodzin

26 października w „Rzeczpospolitej" ukazał się całostronicowy apel do rządu, w którym Władysław Grochowski, założyciel i prezes grupy hotelarskiej Arche, zadeklarował, że przyjmie co najmniej 100 uchodźczych rodzin. Zapewni im mieszkanie i pracę, a dzieciom edukację. Miał dość słuchania o tym, co dzieje się na polsko-białoruskiej granicy.

„Niech ci ludzie już nie cierpią. Niech ubłoceni, przemoczeni, głodni wstaną z kolan i zaczną nowe życie. Nie godzi się, a trwa to już kilkanaście tygodni, w taki sposób traktować ludzi potrzebujących pomocy" – podkreślił.

– Napisałem to w emocjach – dopowiada Władysław Grochowski. – Gdy usłyszałem, że będą mury na granicy budowane. Wcześniej próbowałem dyskretnie wyciągnąć grupę z Usnarza Górnego. Dotarłem do wysoko postawionych osób, mówiłem, że mam obok hotel, w którym można te osoby umieścić, ale nie było woli.

– A po publikacji listu ktoś z rządzących się odezwał?

– Nie, ale najważniejsze, żeby nie przeszkadzali. Dostałem za to setki telefonów, SMS-ów, maili z poparciem i chęcią włączenia się w pomoc. Odzew był olbrzymi, włącznie z prezydentami miast i niektórymi politykami opozycji.

Zamiast ludzi z granicy póki co ma pod opieką osiem afgańskich rodzin, łącznie kilkadziesiąt osób. To ci, którzy zostali ewakuowani z Kabulu, dostali status uchodźców i wkrótce muszą opuścić ośrodki dla cudzoziemców.

Władysław Grochowski jest pewny, że takich rodzin będzie wkrótce więcej.

– Jeszcze planujemy, gdzie je rozlokować. A teraz najbardziej chciałbym, żeby Polacy się nie bali. To są porządni ludzie, wykształceni. Tylko trzeba ich poznać.

– Dlaczego im pomagacie?

– Bo robimy to od lat. Nasza fundacja sprowadziła 25 rodzin repatriantów z Kazachstanu, które teraz u nas pracują i usamodzielniają się. Zatrudniamy też osoby z zespołem Downa, a w Czadzie wybudowaliśmy w szkołę.

– A pan dlaczego pomaga?

– Proszę pani, bo mogę. Mam 70 lat i czuję się spełnionym człowiekiem.

Parę dni później dzwoni i mówi, że spotkał się z pierwszą afgańską rodziną.

– Takich właśnie ludzi w Polsce potrzebujemy – zapewnia. – Pan, którego właśnie miałem przyjemność poznać, mówi w sześciu językach, w tym po chińsku.

Deklaracja o przyjęciu minimum 100 rodzin jest nadal aktualna.

Ostatni post: Szukamy pracy!

Studenci i doktoranci Uniwersytetu Warszawskiego organizują afgańskim rówieśnikom „rok zerowy", by przygotować ich do studiów w Polsce. Uczą polskiego i opowiadają o różnicach kulturowych.

Gdańskie Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek z toruńską fundacją Emic poprzez akcję „Gość w dom" szuka mieszkania i pracy dla opuszczających ośrodek pod Grudziądzem afgańskich uchodźców.

Czwórka Afgańczyków jest już w Bielsku-Białej. Z ośrodka dla cudzoziemców wyciągnęli ich mieszkańcy. Czuli, że miasto ma wobec nich dług wdzięczności. Bielscy żołnierze byli na misji w Afganistanie i współpracowali z miejscową ludnością.

Ostatnio Agata Tannenberg-Ratajczak próbowała zrobić listę ludzi, którzy pomogli Faridzie, żeby podziękować. Nie była w stanie ich zliczyć.

Pisze więc kolejny wpis: „Wspólnymi siłami urządziliśmy mieszkanie i życie, załatwiliśmy lekarzy, dentystów, naukę języków, komputery, telefony, rowery i grupę wsparcia w dwa tygodnie. To wszystko bez pomocy miasta czy rządu".

– Poland people, thank you – mówi Farida. Już nauczyła się paru zdań po angielsku.

Uświadomiła sobie, że jedzenie to sposób, przez który może się z Polakami porozumieć. Chciałaby więc zarabiać na życie, gotując. Mogłaby zacząć od restauracyjnej kuchni. Jej 21-letnia córka Farkhunda marzy o byciu nianią. Studiowała w Afganistanie pedagogikę.

O tym pisze więc pod koniec listopada Agata w kolejnym poście, pod hasłem: „Szukamy pracy!".

Facebookowy anons udostępnia 440 użytkowników. Dla Farkhundy propozycji jest sporo, ale dla Faridy niewiele.

Wrocławianie mają więc nowy pomysł: będzie przyjeżdżać do domów i przygotowywać afgańską ucztę złożoną z ciepłych dań albo gotować na wynos. Na Facebooku postawili już stronę „Uczta Faridy".

– Ta rodzina w całym nieszczęściu ma szczęście – podsumowuje Agnieszka Szczepaniak z Nomady. – Jest we Wrocławiu pierwsza, więc energia i chęć wsparcia skupia się na niej. Ale na dłuższą metę nie da się bazować tylko na oddolnej pomocy. Potrzebna jest taka systemowa, rządu i samorządu. Do Wrocławia za chwilę przyjadą kolejne rodziny.

O opolskich studentach lokalne media piszą „nasi Afgańczycy", „nasi uchodźcy".

Aertza – ten, który jest w Polsce pierwszy raz – chciałby zobaczyć inne polskie miasta. Azarnoosh marzy o tym, żeby znów zobaczyć rodziców. Malali planuje być aktywistką, tak jak w swoim kraju. Nie ma w Polsce problemu z dziecięcymi małżeństwami, ale coś wymyśli.

Joanna Kasprzak-Dżyberti z Suchego Boru dotrzymała wszystkich obietnic.

Afgańska rodzina z dziewczynką chorą na porażenie mózgowe – o którą martwił się Fazal – pod koniec stycznia wprowadzi się do wsi Nowiny pod Częstochową.

– Ugości ich sołtyska, która prowadzi tam rodzinny dom dziecka. Ma 12 swoich i przysposobionych dzieci, ale wczoraj aż do czwartej w nocy odmalowywała ściany na ich przyjazd – mówi Joanna. – To, co się dzieje, przywraca wiarę w ludzi.

Fazal zaczyna tymczasem „rok zerowy" na Uniwersytecie Warszawskim. Pod koniec grudnia razem z bliskimi wyniesie się z ośrodka. Nowy dom czeka na nich w Górze Kalwarii. Zaopiekuje się nimi Władysław Grochowski.

Jak można pomóc?

* Wrocławianie na portalu Pomagam.pl założyli zbiórkę „Rok nauki polskiego dla 3 osób" , żeby zebrać potrzebnych 15 tys. zł na lekcje dla Faridy i jej dzieci. Nadal szukają też we Wrocławiu pracy dla niej. Chcieliby zorganizować również zajęcia sportowe dla jej dzieci. Osoby, które chciałyby pomóc, są proszone o kontakt: nomada@nomada.info.pl .

* Uniwersytet Opolski prowadzi zbiórkę pieniędzy, aby pomóc grupie Afgańczyków. Więcej informacji na stronie internetowej  uczelni. 

* Stowarzyszenie z Suchego Boru wciąż organizuje pomoc dla afgańskich rodzin. Poszukuje domów lub dużych mieszkań. Muszą być dobrze skomunikowane. Kontakt: stowarzyszenie@ suchybor .com.pl .

***

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
I ci ludzie, którzy udzielają wsparcia, to właśnie jest Polska, a nie te s... nazywające się polskim rządem.
@Spencer
Bardzo fajny i budujący artykuł. Wskazuje też największe zagrożenie: brak wsparcia systemowego.
A bez takiego wsparcia i odpowiedniego ukierunkowania trudno oczekiwać od migrantów asymilacji, której to właśnie brak tak chętnie zarzuca obcokrajowcom rząd.
Brakuje sensownej polityki imigracyjnej, powinna powstać już lata temu. Chcemy czy nie, ale Polska będzie się stawać coraz atrakcyjniejszym krajem dla migracji zarobkowej. Ucywilizujmy to, wyciągnijmy wnioski z błędów które popełnili np. Niemcy czy Francuzi, ale zróbmy coś! Systemowa bierność jest jeszcze gorsza od demoralizujących socjali Europy Zachodniej.
już oceniałe(a)ś
19
0
Jak się już dowie, "co siedzi w głowach Polaków", to niech nam powie. Bo my też nie wiemy :)
@white_lake
Nie chcąc rozczarować naszych gości na samym początku, ustawiłbym poprzeczkę bardzo nisko i powiedział, że gó... z groszkiem mamy w głowach. Wtedy jest szansa na jakieś pozytywne rozczarowanie :-).

Pozdrawiam i chylę czoła przed wszystkimi, którzy pomagają bezpośrednio albo pośrednio! Tym co przeszkadzają, świąteczne pozdrowienia ośmiogwiazdkowe!
już oceniałe(a)ś
22
1
@white_lake
" co siedzi w głowach Polaków "... 17 lat temu zadawaliśmy podobne pytanie : " co siedzi w głowach brytyjczyków"? Zawsze uśmiechnięci, Zawsze " can i help you ", ale co jest ZA tym " urzędowym" uśmiechem ?... w przypadku Polaków chyba nie ma tego problemu: szczery słowianin, co w głowie i w sercu to na języku.
już oceniałe(a)ś
4
1
@white_lake
Jak to co? Umysł Polaka jest ukształtowany przez 400 lat niewolnictwa, któremu poddane było 60% społeczeństwa. Duet folwark i szubienica siedzi w głowach Polaków - ot, co!
Społeczeństwo nigdy nie przepracowało tej traumy, a jeszcze dołączyła się trauma ludobójstwa także nieprzepracowana.
Polacy nawet nie zdają sobie sprawy, że ich pra-pradziadkowie nic o świecie nie wiedzieli prócz bata i górującej na wsią szubienicy.
To jest klucz to większości zachowań i decyzji Polaków.
już oceniałe(a)ś
3
0
"Uchodźcy krzyczeli do nas, że są głodni, spragnieni, potrzebują lekarza. My, sto metrów dalej, mieliśmy jedzenie, wodę, medyków i nie mogliśmy nic zrobić." - "Coście sku...syny uczynili z tą krainą?"
@Grooper
Pomieszanie katolika z manią postkomunistyczną.
już oceniałe(a)ś
20
0
@SoMeh
Ale na końcu mamy: to początek końca!

Czego PiS?owi należy życzyć w te święta od serca!
już oceniałe(a)ś
12
0
"Dzień już ma się ku końcowi, noc zakryje wszelkie brudy, widać będzie mniej wszystkiego tylko bicie leżącego. Już umiera ta kraina, tego nikt już nie powstrzyma, już umiera ta kraina..." - tak to ujął Kazik na końcu swej piosenki.
już oceniałe(a)ś
10
0
Czytam to i wcale się nie dziwie , ze ci ludzie chcą do Niemiec. Np. opieka medyczna jest automatyczna a to co Niemcy wykonali u wszystkich przyjmowanych uchodźców to badania w kierunku chorób zakaźnych, przede wszystkim gruźlicy oraz masowe szczepienia zgodnie z europejskim kalendarzem szczepień - to wszystko tak jak dla każdego mieszkańca Niemiec , czyli za darmo i normalnie szczepionkami poliwalentnymi
już oceniałe(a)ś
63
1
W latach 90-tych poznałem w Moskwie rodzinę uciekinierów z Afganistanu - bardzo inteligentni i kulturalni ludzie, uciekli dlatego że sam dał bycia wykształconym powodował dla nich zagrożenie. Uciekli do Rosji bo Rosjanie dla wykształconych Afgańczyków nie byli agresorami ale obrońcami przegranej sprawy - cywilizowanego, świeckiego państwa.
@rattus-rattus
Co prawda, nie wiadomo dlaczego, Rosjanie to cywilizowane świeckie państwo zaatakowali i wzięli pod okupację, uprzednio zabiwszy władze; dopiero to doprowadziło do radykalizacji islamskiej opozycji zbrojnej, a nie na odwrót.
już oceniałe(a)ś
22
5
Polacy nie skażeni czarną zarazą i nienawiścią złodziejskiej zmiany, to piękny naród. Są życzliwi i gościnni. Chętnie służą pomocą. Pochodzenie i wiara tylko wzbogaca naszą wiedzę o innych narodach.
@maryla02
O ile pamiętam niezbyt lubisz religię, a teraz " wiara nas wzbogaca"? :)))) zawsze twierdziłaś że masz dosyć " katolickiego zabobonu", skąd taka radykalna zmiana wobec innej religi ? :)))
już oceniałe(a)ś
0
4
Tutaj bez konkretnego, rządowego programu integracyjnego niewiele się zrobi i być może zmarnujemy szanse pozyskania niektórych potrzebnych pracowników np. do wykruszającej się opieki zdrowotnej...Ale podstawą jest intensywna nauka języka polskiego. Bez tego trudno myśleć o zintegrowaniu się tych ludzi z naszym krajem...Warto się przyjrzeć jak to wygląda w innych krajach UE.. Ci, którzy nie chcą się integrować powinni wrócić do swojego kraju.
@starywacek
" bez konkretnego programu integracyjnego"... no właśnie:))) przyjeżdża kilka osób z bliskiego wschodu I Afryki i już trzeba bulić szmal na " programy integracyjne " , których efekt może być różny co pokazuje przykład Niemiec czy Francji. Czy są jakieś " programy integracyjne " dla miliona Ukraińców i Białorusinów ? Czy na ich integrację trzeba bulić ciężki szmal? Ten milion ludzi to jest szansa dla Polski, dla emerytur i służby zdrowia. Czemu nie widzisz tego milliona?
już oceniałe(a)ś
2
7
@marekpoplawski
Dokładnie, właśnie dla Ukraińców i Białorusinów najbardziej przydałyby się programy integracyjne. Bo jest szansa, że tu zostaną i stworzą wartość dodaną. Ale i tak dostaniesz minusa, bo tu każdy jest zły jak nie pisze peonów na temat imigrantów ekonomicznych, a jak jeszcze widzisz różnicę między imigrantem ekonomiczny, imigrantem który oświadcza, że nie chce azylu, bo kombinuje jak się dostać do Niemiec na socjal, od uchodźcy czy osoby zagrożonej to zostaniesz już faszystą.
już oceniałe(a)ś
2
2
Co siedzi w głowach Polaków?
Dla ludzi z Afganistanu najważniejsze jest -w głowach Polaków nie ma RELIGII !.
No chyba że są z wioski na pislasiu, piskarpaciu czy pisbeskidziu .
@pawo2000
Od Podbeskidzia to wara! W Bielsku-Bialej pislam nie ma poparcia, w Wisle ma najmniejsze poparcie w calej Polsce. Zostaje ten nieszczesny Zywiec...
już oceniałe(a)ś
13
2
@vj01
Wisła to nie żadne Podbeskidzie, tylko Śląsk Cieszyński. Robicie sobie w Bielsku jakiś pseudoregion to sobie róbcie, ale śląskiej Wisły czy małopolskiego Żywca proszę do tego nie mieszać.
już oceniałe(a)ś
6
0
@pawo2000
Tylko czy głowy ludzi z Afganistanu są równie ateistyczne :)))
już oceniałe(a)ś
3
0