Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dwudziestodziewięcioletnia Mia Mitkiewicz została aresztowana, gdy kończyła film. – Fantastyczny, o wampirach i superludziach. Zawsze miała w głowie pełno różnych scenariuszy – opowiada Marina Mamczyc, mama Mii.

Ostatni raz widziała córkę w sierpniu, zanim przetransportowano ją z aresztu do kolonii karnej w Homlu. W maju tego roku białoruski sąd skazał Mię, dyrektorkę artystyczną agencji eventowej, na trzy lata więzienia za trzy posty napisane na jej prywatnym profilu VKontaktie.

Pierwszy, z 26 września, zaczynał się tak: „Proponuję zrobić ze wszystkimi, co się trzymają koryta, i OMON-owcami to samo, co oni zrobili z nami".

Kolejny: „I znów chcę powiedzieć, co myślę. Proponuję wszystkich ich ukarać następująco: złapać ich i ich rodziny i zrobić z nimi to samo, co oni zrobili z naszym narodem".

Trzeci, ostatni post Mia opublikowała 10 października. Pisała w nim: „Mam dużą nadzieję, że niedługo Białorusini staną się choć troszkę bardziej radykalni".

W sądzie tłumaczyła, że opublikowała posty pod wpływem emocji, bo wcześniej oglądała wideo, jak służby znęcają się nad demonstrantami. Później je skasowała. Ale dla sądu nie miało to znaczenia. Uznał, że Mia przyczyniła się do wzniecania wrogości w społeczeństwie, mówiąc wprost – nawoływała do powstania.

Marina opowiada, że zaczęło się już w październiku 2020 roku – wówczas służby przyszły zabrać komputer i telefon córki. – Już wtedy mówiłam: „Córeczko, uciekaj. Nic dobrego cię tutaj nie czeka". Codziennie słyszeliśmy o zatrzymaniach i torturach. Ale Mia nie wierzyła, że mogą ją skazać. Mówiła, że Białoruś to jej dom i nigdzie nie pojedzie.

Mieszkały wtedy we trzy: Mia, jej mama i 87-letnia babcia. Marina rozważała wyjazd do Polski, bo jej dziadkowie byli Polakami, są na to dokumenty. Ale została ze względu na córkę.

Wiosną Mia miała wyjść za mąż. Ale 19 stycznia prosto z przesłuchania została zawieziona do aresztu Okrestino. Stamtąd przetransportowano ją do kolejnego aresztu w Żodino.

– Wiadomość, że została aresztowana, mnie sparaliżowała – przyznaje Marina. – Nie wiedziałam, co robić, do kogo iść, kogo prosić o pomoc. Nigdy nie mieliśmy do czynienia z policją czy sądem. Mia nawet na demonstracje nie chodziła. Choć bolało ją to, co się dzieje w kraju.

Adwokata żadnego Marina nie znała. Wynajęła pierwszego lepszego. Odwiedzał córkę raz w miesiącu, brał pieniądze, a poza tym niewiele zrobił. Zmieniła na innego, ale znowu trafiła kulą w płot. – W sądzie adwokatka była tak przerażona, że praktycznie się nie odzywała, drżał jej głos – wspomina. – Zresztą nawet prokuratorowi trzęsły się ręce. Sędzia wzięła na siebie rolę oskarżyciela.

Córka w areszcie była bita. – Kiedy był u niej pierwszy adwokat, pokazała mu siniaka na całą nogę. Pałką dostała. Adwokat napisał skargę. Gdy następnym razem się spotkałyśmy, płakała. Mówiła, że nie trzeba było pisać, bo to tylko pogorszyło jej sytuację.

Mia MitkiewiczMia Mitkiewicz Fot. Archiwum prywatne

Na widzeniach w areszcie Marina była kilka razy. – Szyba, rozmowa przez telefon, za plecami stoją strażnicy – opisuje. – Zapytałam, ile osób siedzi z nią w celi, to od razu uwaga: nie wolno o tym rozmawiać. Ani o tym, czy widziała w areszcie kogoś znajomego. O same widzenia też bywało ciężko. Po posiedzeniu w sądzie najwyższym w sierpniu, który utrzymał wyrok, powinni byli dać widzenie od razu, bo sąd zezwolił, ale areszt odmawiał przez dwa tygodnie. Dzwoniłam, mówili, że jest kwarantanna, ale Mia pisała, że to nieprawda, że nikt nie choruje. W końcu poszłam do naczelnika, powiedziałam, że się poskarżę. Przy mnie zadzwonił na jej oddział i powiedział: zdjąć kwarantannę.

Marina opowiada, że córka ma problemy ze zdrowiem. W areszcie jeszcze bardziej popsuł jej się wzrok, rozszalała się endometrioza. Matka była z tym u naczelnika, prosiła, żeby pomogli. W odpowiedzi usłyszała, że córka została przebadana i wszystko jest w porządku. – Powiedział mi, że miała USG serca i jamy brzusznej – wspomina Marina. – Potem okazało się, że nikt do Mii nie zajrzał. Poza ochroniarzami, którzy bili.

Odkąd córka jest w Homlu, Marina jeszcze jej nie widziała. Więzienie tłumaczy, że z powodu koronawirusa spotkania przez długi czas były wstrzymane, więc teraz trzeba czekać na swoją kolej. Dobrze, że przynajmniej listy docierają. Ale tylko od matki, choć Marina wie, że do Mii pisze wiele osób.

Córka siedzi w 14-osobowej celi, a na całym oddziale ma 95 osób. Przez telefon rzadko kiedy mogą pogadać. A jak już, to nie dłużej niż pięć minut, a czasem bywa, że dwie.

Co trzy miesiące może przekazać córce 50-kilogramową paczkę. Jedną już wysłała. – Co pakuję? Suchą kiełbasę, słoninę, ciastka, herbatę, kawę, leki. Takie rzeczy, które mogą dłużej poleżeć.

– Bardzo nam ciężko bez córki – przyznaje Marina. – Całe życie przepracowałam jako laborantka, a emerytury ledwo starcza na przeżycie. Mia nam bardzo pomagała. Zdrowie mi się też pogorszyło. Myślę, że to przez długotrwały stres. Po którymś widzeniu córka napisała do chłopaka: „Tylko nie pokazuj tego listu mamie, tak się postarzała przez ten rok…". A jakże inaczej, jak człowiek całymi dniami myśli tylko o więzieniu?

Mii zaliczono na poczet kary pobyt w areszcie. Jeden dzień tam liczy się jak półtora w kolonii, bo warunki są cięższe. Planowo wyjdzie więc za dwa lata. – Sprzedałabym duszę diabłu, żeby już była w domu – mówi Marina. – Nie wiem, co będzie, jak wyjdzie. Jeżeli politycznie będzie lepiej, to pewnie zostaniemy na Białorusi. Ale jeśli nie, to nie wykluczamy wyjazdu. Mia też już trochę inaczej na to patrzy. Na przedterminowe zwolnienie jako polityczna raczej nie ma szans. Chciałabym wierzyć, że wolność zwycięży i nasze wnuki nie będą się już tak męczyć. Na pewno przyjedziemy do Polski, gdy Mia będzie wolna. Chociażby po to, żeby po prostu odpocząć.

GDZIE JEST MAMA?

W kolonii karnej w Homlu siedzi także Polina Szarendo-Panasiuk z Brześcia, aktywistka, matka dwójki dzieci. Rozmawiam z jej mężem Andrejem, któremu w czerwcu udało się uciec przed aresztowaniem na Litwę. – Mam kilka spraw karnych na koncie i ciągle są wszczynane kolejne – tłumaczy Andrej. – Zarzucają mi wszystko, co się da, łącznie z handlem ludźmi i terroryzmem. Uznaliśmy z Poliną, że nie ma co czekać, aż mnie także wpakują do więzienia, mamy dzieci.

Poznali się 20 lat temu w organizacji patriotycznej Młody Front, która zajmowała się popularyzacją języka i kultury białoruskiej. Polina była już aktywną działaczką. – Już wtedy uważała, że Łukaszenka jest dyktatorem – mówi Andrej. – Jest jedną z tych osób, które całe życie walczą o wolność dla Białorusi.

Na długo przed ubiegłorocznymi wyborami angażowali się niemal w każdy protest przeciwko władzy. Byli zatrzymywani, ale wychodzili i działali dalej. W 2019 roku Polina wystartowała w wyborach parlamentarnych jako niezależna kandydatka organizacji Europejska Białoruś. – Wiadomo było, że ani ona, ani inni kandydaci nie przejdą, ale chcieliśmy opowiedzieć głośno o reżimie dyktatorskim – wyjaśnia Andrej. – I wyszło tak, że Polinie udało się wystąpić w telewizji. Od tego momentu nienawiść reżimu do naszej rodziny jeszcze wzrosła. A my zaczęliśmy szykować się do 2020 roku. Zbieraliśmy podpisy, uczestniczyliśmy w akcjach protestacyjnych. W sierpniu, jeszcze przez wyborami, aresztowano mnie prewencyjnie. Potem byłem w areszcie wielokrotnie. Miałem złamaną nogę, palce, wybito mi kilka zębów.

Andrej wspomina, że w grudniu władzom udało się zdusić protesty. – Coraz mniej osób miało siłę walczyć, wielu naszych przyjaciół siedziało w więzieniu. Polina została wtedy w domu i prowadziła kilka kanałów w sieciach społecznościowych, informując o tym, co się dzieje. Ja natomiast byłem w Mińsku, gdzie zajmowałem się nagłaśnianiem akcji, które jeszcze się odbywały.

Został zatrzymany 29 grudnia, kiedy wrócił do domu, by świętować nowy rok. Ostatecznie przywitał go w karcerze z dwiema mandarynkami. Natomiast po Polinę OMON przyszedł 3 stycznia. Była w domu z młodszym, pięcioletnim synem.

OMON-owcy wyważyli drzwi. – To była prowokacja – uważa Andrej. Polina próbowała ich nie wpuszczać, więc od razu wykręcono jej ręce do tyłu, założono kajdanki. Przy okazji dołożono kolejną sprawę o nieposłuszeństwo wobec władzy. Syn bardzo to przeżył, potem jeszcze długo podchodził do naszego łóżka i pytał, gdzie jest mama.

Polina Szarendo-PanasiukPolina Szarendo-Panasiuk Fot. Archiwum prywatne

Polinę oskarżono o obrazę prezydenta, obrazę przedstawicieli władz, a także zamiar użycia siły przeciwko funkcjonariuszom milicji. 29 grudnia opublikowała na Telegramie wideo nakręcone podczas zatrzymania Andreja, którego także wyprowadzali na oczach dzieci. Używała w nim przekleństw i nazwała dwóch milicjantów faszystami. W czerwcu sąd w Brześciu skazał Polinę na dwa lata kolonii karnej. W sądzie odmówiła zeznań, dodając, że będzie zeznawać tylko przed międzynarodowym trybunałem, który będzie rozpatrywał przestępstwa Łukaszenki. W ostatnim słowie powiedziała sędziemu: „Nawet krzesło, na którym pan siedzi, jest uczciwsze niż pan, panie sędzio". Dodała też, że nie akceptuje wyroku i uznaje go za bezprawny.

Polinę wielokrotnie wożono pomiędzy aresztami. – Takie wożenie jest ciężkie, bo przez wiele godzin trzęsiesz się ze skutymi z tyłu rękami w wagonie kolejowym albo radiowozie – mówi Andrej. – Jestem przekonany, że to dla niej dodatkowa kara. Za to, że nie chciała współpracować ze śledczymi, dostała 20 dni karceru. Później Polinie dwa razy proponowano podpisanie prośby o ułaskawienie, ale się nie zgodziła. Za to znowu był karcer. To, co się dzieje w Homlu, to są tortury. Mamy obóz koncentracyjny w centrum Europy i nikt nic z tym nie robi.

Po wyroku Andrejowi i Polinie zezwolono w końcu na widzenie. – Przez kilka dni szykowałem się, tak dużo chciałem powiedzieć, ale przy ochroniarzach dało się porozmawiać tylko o dzieciach i pogodzie – wspomina. – Jednak już wtedy dostałem jasne wskazówki, że mam uciekać. Z jeszcze jedną dziewczyną w podobnej sytuacji spakowaliśmy się i w nocy przeszliśmy pieszo granicę z Litwą. Szliśmy siedem godzin przez las. Wybraliśmy Litwę, bo tam najłatwiej się dostać. Pogranicznicy przyjęli nas dobrze. Teraz czekamy na status uchodźcy.

Wkrótce Andrej planuje przenieść się do Polski i sprowadzić synów. – Polska jest mi bliższa, bo skończyłem studia na Uniwersytecie Warszawskim, znam język. Z kolei dzieci i Polina mają Kartę Polaka. Na Białorusi prowadziliśmy biuro tłumaczeń z języka polskiego, a Polina dodatkowo udzielała lekcji.

Andrej wierzy, że żona nie odsiedzi całej kary i już za kilka miesięcy będzie wolna. – Jakiś czas na pewno spędzimy w Polsce i na Litwie, ale przyszłość – swoją i dzieci – widzę tylko w wolnej Białorusi. Zresztą nasz starszy, 12-letni syn już teraz nigdzie nie chce wyjeżdżać. Mówi, że będzie czekać na mamę. Ale może na Warszawę uda mi się go namówić.

URODZINOWE WIDZENIE

– Moja córka Sofia Małaszewicz została skazana z paragrafu politycznego. Ma tylko 19 lat. Podczas marszu 6 września pomalowała sprayem ogrodzenie ustawione przez OMON i ich tarcze, a potem trzymała plakat z przekleństwem pod adresem Łukaszenki – opowiada Swietłana Małaszewicz, mama Sofii.

– Pochodzimy z Mińska, ale Sonia [zdrobnienie od Sofia] jest samodzielną dziewczyną i zdecydowała się na naukę w Brześciu. Poszła tam do koledżu uczyć się na fryzjera. Nawet nie wiedziałam, że 6 września z kolegą przyjechała do Mińska na protest. Ona malowała, a chłopak, Tichon, trzymał siatkę z farbami i kręcił wideo.

Swietłana nie od razu dowiedziała się, że córka została zatrzymana, choć niepokoiło ją, że nie odbiera telefonu. Przestraszyła się, kiedy następnego dnia zaczęli jej szukać w koledżu. Wtedy też dowiedziała się, że córka jest w Okrestino.

7 września Sonię pokazano w państwowej telewizji, jak maluje sprayem, krzyczy: „Żywie Biełaruś" i tańczy na tle pomalowanego ogrodzenia. Już wtedy znajomi mówili Swietłanie, że to może się skończyć więzieniem, ale nie chciała wierzyć. Wszędzie trwały protesty, wydawało się, że dni reżimu są policzone.

– Po tygodniu córka zadzwoniła z zastrzeżonego numeru i powiedziała, że ich wypuszczają. Ale tylko do rozpatrzenia sprawy karnej – kontynuuje Swietłana.

Już wtedy próbowała przekonać córkę do wyjazdu z kraju, ale się nie zgodziła. Mówiła, że nie jest przestępczynią i nie będzie uciekać.

4 października Sonię aresztowano kolejny raz, znów na proteście. Tym razem dostała 15 dni więzienia. A 26 listopada ją i Tichona wezwano do komitetu śledczego. Trafili stamtąd do aresztu.

Sofia MałaszewiczSofia Małaszewicz Fot. Archiwum prywatne

Dwa miesiące później Sonię skazano na dwa lata kolonii karnej, a Tichona na 1,5 roku. Sonia błagała sędziów, żeby nie wsadzali go za kraty.

– Mówiła, że malowanie było jej pomysłem, że on starał się ją od tego odciągnąć – wspomina Swietłana, która posiedzenie spędziła pod drzwiami sali. – Sonia nie chciała, żebym była w środku, byłoby to dla niej zbyt ciężkie.

Sierpniowe wybory były pierwszymi w życiu Soni. Była oburzona ich wynikiem. Potem brała udział we wszystkich protestach. Swietłana czuła, że nie ma prawa jej tego zabronić. Zresztą i tak by nie posłuchała.

– Wychowywałam ją na uczciwą, zdecydowaną osobę – mówi. – Powtarzałam, że należy mówić prawdę i mieć odwagę walczyć o swoje poglądy. Oczywiście nie popieram przekleństw, ale ten plakat, za który ją skazali, prawdopodobnie ktoś jej dał. Tak mówiła. Ale teraz tego nie udowodnimy. Tak czy inaczej kara, którą dostała, jest niewspółmierna do czynu.

Na początku przekonywała siebie, że lada moment córka wyjdzie. Dziś stara się pogodzić z tym, że odsiedzi cały wyrok, bo sytuacja polityczna od miesięcy się nie zmienia.

– Dwukrotnie proponowano jej, żeby napisała prośbę o ułaskawienie, ale się nie zgodziła – mówi Swietłana. – Mnie powiedziała: „Nawet o tym nie myśl". Nie namawiałam, bo to nie ma sensu.

Od stycznia widziała córkę tylko trzy razy. Pierwszy raz 3 lutego. Sonia przywitała ją z zapaleniem zęba. Przez dwa tygodnie naciskali z adwokatem na kierownictwo aresztu, żeby umożliwiło leczenie. W końcu się odbyło. Bez znieczulenia, choć Sonia bardzo o nie prosiła. Od lekarki usłyszała: „Wytrzymasz".

Kolejny raz spotkały się 18 lutego, w urodziny Soni. Swietłana przekazała jej siatkę z jedzeniem, żeby mogła poczęstować koleżanki z celi. Żeby uzyskać zgodę na urodzinowe widzenie, dotarła aż do przewodniczącej sądu. I o dziwo się udało.

Ostatni raz widziały się 24 kwietnia, po apelacji, jeszcze przed wysłaniem Soni do kolonii karnej w Homlu. Na razie raz w tygodniu rozmawiają przez telefon. Więzienie ma grafik, kto kiedy dzwoni. Swietłana zawsze wie, którego dnia spodziewać się telefonu od córki. W dniu, gdy ma nastąpić połączenie, przez cały dzień sprawdza smartfon, boi się przegapić. Już raz przegapiła, bo była w pracy, a tam wycisza dźwięk. Jest lekarzem neurologiem. Zresztą połączenie w każdej chwili mogą im przerwać, wystarczy, że Sonia zacznie za dużo mówić o więzieniu.

– Po głosie czuję, jak jest jej źle – opowiada Swietłana. – W jej wieku chce się śpiewać, tańczyć, spotykać z przyjaciółmi, korzystać z młodości, a ją tego wszystkiego pozbawiono. Ludzie piszą do niej listy, ale ona mało które dostaje. Ich tam dodatkowo dołują: jesteście nikim, zwykłymi przestępcami. Do was nikt nie pisze i waszych listów nikt nie odbiera. Poza tym tam trzeba ciągle się kontrolować – kontynuuje. – Myśleć, z kim i o czym możesz rozmawiać, bo wszystko może się obrócić przeciwko tobie, a ona jest twórczą naturą, często o czymś zapomina. Jest uzdolniona plastycznie i muzycznie. Lubi czytać. Jak była w areszcie, to uczyła się wierszy na pamięć. Adwokat, gdy ostatnio u niej był, to mówił, że deklamowała przed nim wiersze Achmatowej.

Swietłana stara się nie rozklejać. Wie, że musi być wsparciem dla córki. Skupia się na realnych celach: przygotowanie paczki, wykupienie prenumeraty pisma modowego, listy, telefony. Myśli, jak zminimalizować następstwa dla jej zdrowia.

Swietłana: – Staram się, żeby zawartość paczek była różnorodna, żeby dostała witaminy. Cały czas z tyłu głowy mam myśli: jak się czuje, czy ma wodę do picia, co ma na nogach, co robi, czym ją karmią.

Z ojcem Soni Swietłana rozwiodła się ponad rok temu i praktycznie nie utrzymuje kontaktów. Mówi, że gdy córkę wypuścili pierwszy raz, powiedział, że nie będzie utrzymywał kryminalistów. Swietłanie nie mieści się to w głowie.

Od września Sonia ma w Homlu kursy fryzjerskie i pracę. Swietłana wierzy, że może dzięki temu czas będzie płynął jej trochę szybciej. Planowo córka ma wyjść za rok. Co wtedy będzie, nikt nie wie. – Córka bardzo dobrze mówi po francusku, więc byłoby fajnie, gdyby kontynuowała naukę we Francji – Swietłana zawiesza głos. – Ale na razie nawet o tym nie rozmawiamy. Ważna jest teraźniejszość. Soni potrzebne są słowa i działania, które pomogą jej tu i teraz.

#dekoltdlabiałorusi

Kalendarz „#dekoltdlabiałorusi" to inicjatywa Jany Szostak, Kolektywu Łaski i Kamila Kotarby we współpracy z Fundacją Wysokich Obcasów. kalendarz jest dostępny w sprzedaży internetowej w Kulturalnym Sklepie: www.kulturalnysklep.pl/dekoltdlabiałorusi

Całość środków ze sprzedaży kalendarza będzie przekazana rodzinom więźniów politycznych w Białorusi.  

Akcja #dekoltdlabialorusiAkcja #dekoltdlabialorusi Fundacja Gazety Wyborczej

Akcja charytatywna jest możliwa dzięki Fundacji Gazety Wyborczej i Fundacji Wysokich Obcasów, która walczy o prawa kobiet, równouprawnienie oraz wspiera dyskryminowane mniejszości. Praca fundacji jest możliwa dzięki Państwa wsparciu Czytelniczek i Czytelników Gazety Wyborczej i Wysokich Obcasów. Odwiedź nas na www.fundacjawysokichobcasow.pl

-

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.