Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Owszem, miło wspominam wrześniowe zbieractwo. Jeździło się na grzyby w ulewnym deszczu. Przeczesywało skwery w poszukiwaniu liści i kasztanów, by pozyskać materiał na ludziki oraz wyklejanki, obowiązkowo majstrowane na lekcjach plastyki za mojego i moich synów dzieciństwa: zmora i znój. Wrześniowy zapach warzonej długo marmolady, suszy i marynat sąsiaduje w mojej pamięci zapachowej z wonią szatni i kanapek zakiszonych w tornistrze. Na pocieszenie, na obłaskawienie szarzyzny – nowe buty, kurtka, jakaś spódniczyna, bo się wyrosło, bo zdarte albo doprawdy już nie wypada paradować w tych starych, kusych, spranych, porozciąganych. Wakacje przelatało się w byle czym, zimne miesiące wymagały inwestycji.

Gdy się nad tym zastanawiam, zakupy „do szkoły" były dla mnie ważniejsze niż prezenty świąteczne, a nawet tort urodzinowy. Bardziej zasadnicze, większe. Nie dawało się opędzić ciuchowych potrzeb jakimś drobiazgiem nabytym w ostatniej chwili. Tę odświętność kultywowałam w dorosłym życiu, kupując sobie podczas wakacyjnych wyjazdów „coś na jesień". Firmy zwane modowymi wykorzystują ten nieoficjalny, archaiczny kalendarz – zmiany sezonów zapowiadać mają rytualne odrodzenie przez szafę, indywidualna pamięć podsuwa nam małe przełomy osiągane za pomocą dżinsów lub rajstop nabywanych pod koniec sierpnia. Są to ważne ryty epok niedoboru, ale niezbędność ekwipunku szkolnego nawet w epoce nadmiaru usprawiedliwia konsumencką pożądliwość. Dokonujemy zakupów tematycznych (piórnik, kolorowa puchówka) rekompensujących smutek końca lata.

Pierwsze wyjazdy zagraniczne wzmocniły we mnie odruch, który nazywam „coś na jesień", choć mogło to być raczej na zimę, a nawet na wiosnę. Chodziło o okoliczności zapakowania do walizki pamiątki z wakacji. O wielu tak nabytych rzeczach mogłabym opowiadać, tworzą moją historię podróżniczą, choć nie są regionalnymi gadżetami. Nie wstydzę się wydawania na nie pieniędzy i nie zamierzam zrezygnować z zaspokajania potrzeby uczczenia czymś praktycznym i ładnym przełomu letnich wakacji i nowego sezonu obowiązków. A jednak ciasno mi teraz z tym zwyczajem, chcę go zmodyfikować. Nie dlatego, że zapanował trend niekupowania, związany z troską o planetę i oporem wobec konsumpcjonizmu, oznaczający powrót do wymiany, recyklingu, pożyczania, dbania o przedmioty – zachowań znanych ludzkości od dawna. Być może dzięki pierwotnej oszczędności przetrwaliśmy. Ja jednak nie zredukowałam radykalnie zakupów, ponieważ nigdy nie weszłam na taki ich poziom, z którego należałoby zejść, pójść na odwyk, a ponadto przez wiele lat przerabiałam, przetwarzałam, donaszałam. Ponawiając małe święto prezentu dla siebie, otaczałam szacunkiem nowe wyroby ludzkich rąk i maszyn. Jeśli więc jestem w porządku we własnym mniemaniu i to nie przeze mnie toniemy w plastiku, dlaczego mi ciasno w mieszkaniu z chustką z Indii, butami z Włoch i marynarką z Holandii?

Cieszeniu się z „czegoś na jesień" na pewno przeszkadza wiedza o sposobach działania całej machiny produkcji, dystrybucji, reklamy i zysku, ale sumienie ćmi mnie jak niedoleczony ząb chyba z innych powodów. Im więcej wiem o świecie, tym trudniej mi pozostawać w prywatnych trybach. To paradoks, powinno być odwrotnie – zniechęcenie, niesmak, złość mogłyby wywoływać odruch eskapizmu, odejścia, ucieczki w prywatność.

Tymczasem ja idę na emocjonalne zwarcie, otwieram coraz szerzej oczy i zadaję sobie proste, naiwne nawet pytania – czy mam tej jesieni prawo do swoich małych radości, gdy widzę na ekranie telewizora ludzi koczujących w błocie, głodnych, stłoczonych, bezsilnych?

Przejście między jakimi sezonami oznaczy ciepły sweter nabyty w sklepie przyciągającym uwagę fikuśnie urządzoną wystawą? Co chcę z tego roku wynieść do lat następnych i przechować w moim domu?

Uderza mnie, nachodzi znienacka seria podobnych strapień. Kiedy indziej uznałabym je za infantylne, bo przecież tylko dzieci nie mają zdolności absorbowania, integrowania prawdy o świecie, który nie jest obficie zaopatrzonym domem towarowym i balangą. Zapisuję je, pozwalam sobie na szczerość, ponieważ w dbałości o maskowanie uczuć tkwi skandal neutralności. Powtarzanie „a co ja mogę" przyczynia się do rozkwitu zobojętnienia. Czasy są wyjątkowe – kryzys zdaje się stanem zwyczajnym. Kontrast między normalnością a permanentnym zagrożeniem, obok którego toczy się moje życie, zmienia listę urlopowych zakupów na jesień.

Z rzeczy osobistych: potrzebny będzie duży zapas masek. W Polsce coraz mniej osób je nosi, ale w Europie widać modę na te apteczne. Propozycje znanych marek leżą zakurzone mimo przystępnych cen, model chirurgiczny najlepiej się sprawdza, także w podróży, więc widoczki, na przykład katedry Notre Dame lub bazyliki św. Piotra, nie zasłonią mojej twarzy. Jeśli rok akademicki, zgodnie z zapowiedziami, odbędzie się w formie bezpośredniej, kupię dużą paczkę niebiesko-białych maseczek. Ponieważ prawdopodobnie jeszcze jesienią przejdziemy w tryb zdalny, potrzebuję ergonomicznej myszki. Cieśnia nadgarstka nie jest najcięższą z chorób zawodowych nabytych w czasach reformy szkolnictwa, ale i jej warto zapobiegać (cieśni i reformie, to nie błąd składniowy).

Przede wszystkim chciałabym kupić innym ludziom ciepłe ubrania, koce, obiady, lekarstwa, środki czystości, pościel, książki i zeszyty. Każdy z tych rzeczowników nabiera znaczenia, gdy myślę o osobach ich pozbawionych. Każdy mój własny koc staje się dla mnie przystanią.

Sweter z wakacyjną narracją w splotach nabiera sensu. Witaminy z drogerii smakują owocami. Tak wiele rzeczy okazuje się tak bardzo niezbędnymi. Ambicja ich redukowania może się pojawić tylko wówczas, gdy je mam. W wielu sytuacjach nie można odejmować od stanu posiadania, bo wszystko oscyluje na granicy, za którą nie ma niczego. Cały dobytek mieści się w reklamówce, w kieszeni. Oczywiście uspokoję sumienie, dokonując wpłaty na rzecz potrzebujących. Zaznaczę tegoroczny sezon powrotu z wakacji w taki sposób – przelewem. Być może schowam wydruk bankowy między pocztówki, bilety wstępu, programy imprez plenerowych. Niewiele więcej potrafię zrobić, choć gesty filantropijne uważam za dalece niewystarczające, a nawet pozoranckie. Staram się przynajmniej nie zagłuszać poczucia, że robię mało. I obrysować sobie mocno w głowie tegoroczne „coś na jesień".

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.