Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Hummusy, falafele, dużo warzyw, owoce, dobra kawa. Aleksandr Volodin od maja organizuje biznesowe śniadania dla białoruskich przedsiębiorców w Polsce. Na stół wystawia wegańskie dania, takie, jakie kiedyś gotował dla mieszkańców Mińska. Do Polski przyjechał w listopadzie, na wizie humanitarnej. W kieszeni miał 130 dolarów.

Na jego zaproszenia do siedziby Białoruskiego Domu w Warszawie – organizacji pomagającej represjonowanym Białorusinom – przychodzą przedsiębiorcy, którzy tak jak on wyjechali z Białorusi w związku z ostatnimi protestami, tacy, którzy prowadzą w Polsce firmy od lat, i tacy, którzy dopiero chcą je otworzyć.

– Chodzi o stworzenie networkingu – tłumaczy 37-letni Aleksandr. – Wszyscy potrzebują kontaktów, pomocy w adaptacji, wymiany doświadczeń. No i wiedzy ekonomicznej oraz prawniczej związanej z prowadzeniem działalności w Polsce.

Do niedawna sam był dobrze prosperującym przedsiębiorcą, prowadził w Mińsku dwa wegańskie bary. Musiał je zamknąć i uciekać.

Problemy zaczęły się w październiku, po ogłoszonym przez białoruską opozycję strajku generalnym. 26 października na ulice kolejny raz wyszły tłumy, a część przedsiębiorstw stanęła. Firma Aleksandra wrzuciła na swoje media społecznościowe post solidaryzujący się z protestującymi. Wspierała ich też, sprzedając kawę po cenie solidarnościowej – każdy płacił, ile mógł, i rozdawała apteczki: opaski uciskowe, gazę, wodę utlenioną.

– Woziliśmy również jedzenie pod areszty i rozdawaliśmy tym, którzy właśnie wyszli. Choć w ten sposób chcieliśmy ich wesprzeć. Nic nadzwyczajnego, ale wystarczyło, żeby na nas zapadł wyrok – opowiada Aleksandr.

W ciągu czterech dni do jego lokali przyszło siedem kontroli. – W pewnym momencie przestaliśmy otwierać drzwi. Mieliśmy cztery sprawy administracyjne, w których nałożono na nas grzywny, i dwa sądy gospodarcze. Kontrole były absurdalne. Na przykład mieliśmy restaurację w centrum handlowym i ministerstwo ds. sytuacji nadzwyczajnych zażądało, żebyśmy przedstawili im plan sygnalizacji przeciwpożarowej całego budynku. A my byliśmy tylko najemcą jednego pawilonu. Zadzwoniłem do administracji centrum, a tam mówią: „Niech z ministerstwa do nas zadzwonią, damy im dokumenty". Ale ministerstwo do nich nie zadzwoniło. I na tej podstawie nasz lokal zamknięto na dwa miesiące i wyrokiem sądu gospodarczego ukarano nas karą 12 tys. rubli, to ok. 6,5 tys. dolarów. Z kolei sanepid napisał, że na naszych stołach chłodniczych nie ma termoregulatorów, chociaż takie stoły po prostu nie istnieją. Dostaliśmy też list z prokuratury, że będzie przeciw nam postępowanie za udział w strajku.

Na początku myślał, że może jednak się uda. Dzień zaczynał od odwołań. – A pisma przychodziły non stop – z ministerstwa, sądów, prokuratury. Pisałem po kilka listów dziennie – wspomina. – Oprócz tego wzywali mnie do różnych urzędów na przesłuchanie. Aż w końcu trafiłem do jednego urzędnika, który mi pokazał założoną na nas teczkę z prokuratury i życzliwie wytłumaczył, jak to działa. Groził nam w niedługiej przyszłości areszt firmowych kont, a mnie – aresztowanie. Byliśmy na liście interesów do likwidacji sporządzonej przez władze Białorusi. Było tam około 200 innych firm.

Aleksandr zebrał pracowników, poinformował, że nie ma wyjścia i musi biznes zamknąć. Zaczął szybko sprzedawać wyposażenie, żeby wszystkim wypłacić pensje. Gdy ostatni pracownik dostał pieniądze, złożył wniosek o likwidację firmy i wyjechał do Polski. – Nie mam rodziny, więc było mi łatwiej – mówi. – Ale moi pracownicy na tym ucierpieli, bo zostali bez pracy – opowiada Aleksandr. – Mieliśmy fajny, zgrany zespół, 25 osób. Jako pierwsi na Białorusi zaczęliśmy sprzedawać wegańskie dania.

Gotować zaczynali w dwóch mieszkaniach. W pierwszym piekli ciasta z nadzieniami na słono, a w drugim ucierali hummus i smażyli falafele. – Pracowaliśmy we czwórkę, za 50 dolarów kupiliśmy stare urządzenie do smażenia na głębokim tłuszczu. Zgodnie z przepisami sanepidu nie wolno gotować w domu na sprzedaż, ale od czegoś trzeba było zacząć – wspomina. Potem otworzyli pierwszy bar w niedużym centrum handlowym, a na koniec postawili własny budynek i tam otworzyli restaurację. Szczęśliwie przeżyli kryzys covidowy. Mieli w planach uruchomienie linii produkcyjnej z wegańskim jedzeniem, chcieli sprzedawać je w sklepach.

– Przez cztery lata działalności nie daliśmy ani jednej łapówki, zawsze spełnialiśmy wszystkie normy. I zawsze szliśmy do przodu. Z maszyną państwowego terroru nie daliśmy jednak rady wygrać – mówi Aleksandr. – Ale nie żałuję. Nie wiem, jak w dzisiejszych czasach mógłbym płacić podatki na Białorusi. Z jednej strony nie wolno ci nie płacić, z drugiej wiesz, że część tych pieniędzy idzie na bicie i tortury. Dlatego nawet trochę się cieszę, że państwo pozbawiło mnie tego trudnego moralnie wyboru. Przed protestami nie chodziłem głosować, było mi obojętne, kto był prezydentem, ale zawsze uważałem, że ludziom należy pomagać. Kiedy kogoś biją, musisz go osłonić. Teoretycznie można było się nie wychylać, ale ważne jest pozostawać w zgodzie z samym sobą, inaczej po co żyć?

Do Polski wyjechał bez przygotowań. W ciągu kilku dni polski konsulat wydał mu wizę humanitarną, wtedy po prostu wsiadł do autobusu. Na Dworcu Zachodnim odebrał go działacz Białoruskiego Domu. – Znajomi dali im znać, że będę jechać. Ja nie miałem czasu niczego sprawdzać, w ogóle nie bardzo rozumiałem, dokąd jadę – opowiada Aleksandr.

W Polsce wystąpił o status uchodźcy. W oczekiwaniu na decyzję uczy się polskiego. A w Białoruskim Domu poza śniadaniami organizuje pokazy filmowe i dyskusje, pomaga tym, którzy dopiero przyjechali.

Od biznesu na razie odpoczywa. Musi najpierw stanąć na nogi. – Białoruski system działa tak, że niczego stamtąd nie zabierzesz. Mamy budynek, ale trudno go sprzedać i wywieźć pieniądze, bo w nieskończoność mogą ci naliczać grzywny i te pieniądze i tak zostaną przez państwo zabrane – opowiada. – Tu z kolei, żeby zacząć działalność, potrzebny jest kapitał, inwestor albo kredyt. Z kredytem ciężko, bo trzeba mieć pozytywną historię kredytową. Z inwestorami bywa różnie, ale można znaleźć. Przedsiębiorcom, którzy przyjeżdżają z Białorusi, przydałaby się na początek bezpłatna pomoc prawna i kursy, które pomogą się odnaleźć w polskiej rzeczywistości, preferencyjne pożyczki i wakacje czynszowe dla wynajmujących pomieszczenia pod działalność.

Pomimo trudności Aleksandr liczy, że za rok uda mu się otworzyć wegańską restaurację w Polsce. Konkurencją się nie przejmuje. – Na Białorusi wspieraliśmy się nawzajem, byliśmy otwarci na doświadczenia, dzieliliśmy się bazą dostawców.

Chciałby jednak kiedyś wrócić na Białoruś. – Zrobię to, gdy będę wiedział, że to bezpieczne. Chciałbym zobaczyć tych, którzy zamknęli moją firmę, na ławie oskarżonych. Nawet gdybym rozkręcił tutaj biznes, to nie wykluczam powrotu. Firmy i pieniądze to rzeczy tymczasowe.

Właśnie zaczynali zarabiać

– Córka właśnie przyjechała. W Mińsku skończyła pierwszy rok medycyny. W poniedziałek, tuż po zakończeniu roku akademickiego, zadzwonili do niej i powiedzieli: „Dzień dobry, wszczęliśmy przeciwko pani postępowanie karne". A ona w nic się nie mieszała. Tak się wystraszyła, że rzuciła słuchawkę – opowiada Olga. – Martwiliśmy się, czy uda jej się wydostać, ale mieliśmy już bilety na samolot dla niej i trzymaliśmy się planu. Wyleciała najpierw do Moskwy, co chyba uśpiło czujność na białoruskim lotnisku. A w Moskwie ją tylko zapytali, czy na Białorusi nie prowadzi się przeciwko niej jakiejś sprawy. Pokręciła głową i przeszła. Szkoda uniwersytetu, dużo wysiłku włożyliśmy w to, żeby się dostała. Ale powiedziała, że to tylko pierwszy rok i chce zacząć od nowa, w nowym kraju.

Olga z mężem Dmitrijem i młodszym synem wyjechali do Polski pod koniec listopada. O wyjeździe zaczęli jednak myśleć już w sierpniu. Olga nie chodziła na demonstracje, ale Dima brał udział. Nie chcieli żyć w strachu. – U nas jest jasne, że jeśli chcesz prowadzić biznes, musisz popierać władzę. Inaczej wykończą cię kontrolami – mówi Olga. – A władza wszędzie widzi protest. Wrzuciłam na Instagram post z biało-czerwono-białą flagą i napisałam: „Niech dobro zwycięży". Od razu zadzwonił znajomy, który wspiera Łukaszenkę, że mam usunąć, jeżeli nie chcę mieć problemów. Potem wrzuciłam zrobione przez nas cukierki w takiej samej kolorystyce i też były groźby.

– Ale nawet w spokojnych czasach władza może zrobić z twoją firmą, co tylko zechce – dodaje Dmitrij. – Ciągle biegaliśmy po urzędach, udowadnialiśmy, że działamy legalnie, że mamy wymagane pozwolenia i dokumenty. Z byle powodu mogli aresztować nasze konta i regularnie to robili.

Produkcją czekolady Dima i Olga zajęli się trzy lata temu. Wcześniej Dima miał firmę budowlaną, a Olga mu pomagała. Oboje kochają słodycze. Chcieli, żeby w Białorusi pojawił się produkt na poziomie zachodnioeuropejskim. Będąc we Włoszech czy w Hiszpanii, patrzyli, co tam stoi na półkach, i żałowali, że nie mają takich słodyczy. Wtedy przyszła myśl, że sami będą je robić. Na targach cukierniczych we Włoszech udało się z dużą zniżką kupić maszyny do robienia czekolady i pralin. Ruszyli z produkcją. Sami wymyślali przepisy na nadzienia. Najlepszego kakao szukali nawet w Wenezueli.

Przez dłuższy czas dokładali do interesu. Dopiero kilka miesięcy przed wyborami poczuli, że zaczynają wychodzić na swoje: sprzedali tonę czekolady, weszli z produktem do dużej sieci handlowej. Mieli już zajmować się tylko promocją, ale nagle nadszedł koronawirus, a potem rewolucja.

Wtedy też Olga zobaczyła w sieci reklamę: „Relokacja biznesu, Litwa, Łotwa". O Polsce nic nie było, ale Oldze zapaliła się lampka, bo ma polskie korzenie, obie babcie były Polkami. Już lata temu myślała o przeprowadzce. Napisali do polskiego konsulatu, czy jakoś im nie pomogą z relokacją biznesu. Dostali odpowiedź, że jest taki program „Poland. Business Harbour". Skontaktowano ich z rosyjskojęzycznym konsultantem, który wyjaśnił, jak sporządzić wniosek.

– Całe szczęście, że robimy czekoladę, a nie kiełbasę. Z kiełbasą nas by pewnie w Polsce nie przyjęli – śmieje się Dima.

Dmitrij z żoną Olgą otworzyli we Wrocławiu manufakturę czekoladyDmitrij z żoną Olgą otworzyli we Wrocławiu manufakturę czekolady Fot. Łukasz Giza

W październiku dostali wizę. Tydzień później Dima był już w Polsce, a Olga została pakować rzeczy. Musieli przetransportować trzy tony dobytku – zarówno firmowego, jak i własnego. Poszło dość sprawnie. Udało się znaleźć sensownych agentów celnych, po jednej i drugiej stronie, którzy pomogli z ocleniem i rozcleniem rzeczy. Za ich przewóz zapłacili około tysiąca euro. Wwożąc sprzęt do produkcji, musieli jeszcze zapłacić VAT.

W Polsce wybrali Wrocław, z uwagi na bliskość Czech i Niemiec. Mają w planach eksport na tamte rynki. – Polska Agencja Inwestycji i Handlu, która prowadzi program relokacji, pomogła nam tutaj na miejscu, dając kontakt do prawnika i do agenta nieruchomości – mówi Olga. – Dostaliśmy też kuratorkę, do której mogliśmy się zgłaszać po pomoc. Przydała się, bo zanim się zgłosiliśmy, zdążyliśmy się nadziać na oszustów, którzy wyrobili nam jeden PESEL za 100 euro. Ukraińcy. Człowiek nie wiedział, że można to zrobić za darmo.

Pierwsze miesiące w Polsce maszyny spędziły w magazynie, a oni szukali dla nich pomieszczenia. – Długo to trwało, bo lokal musiał spełniać wymogi sanepidu i odpowiadać nam cenowo – mówi Olga. – W końcu znaleźliśmy: 80 metrów, jest część produkcyjna i część sklepowa.

– To jest taki showroom – tłumaczy Dima. – Produkujemy i od razu wystawiamy na ladę. Dzieciaki lubią do nas wpadać, pytają, co tam u nas z tyłu się dzieje, czują zapach czekolady.

Oficjalnej nazwy showroom na razie nie ma. Nie ma też szyldu. – Trzy razy już chcieliśmy go zamówić, ale za każdym razem zmienialiśmy zdanie co do nazwy – mówi Olga. – Trudno nam, nie znając polskiego, wymyślić coś, co dla Polaków będzie brzmiało atrakcyjnie.

– Polacy nam mówią, że mamy się nazwać manufakturą czekolady, bo tutaj to modne, więc na razie roboczo napisaliśmy tak na szybach. Na wstążkach, które używamy do ozdabiania pudełek, podajemy też adres: Wrocław, ul. Traugutta 144.

Do produkcji nie używają konserwantów i sztucznych dodatków. Przepisy na nadzienia do pralin – dziś mają 12 rodzajów – wymyślają wspólnie, a korpus robią z czekolady, którą sprowadzają z Włoch.

Dmitrij z żoną Olgą otworzyli we Wrocławiu manufakturę czekoladyDmitrij z żoną Olgą otworzyli we Wrocławiu manufakturę czekolady Fot. Łukasz Giza

– Są praliny z orzechami, masami owocowymi i z owocowymi purée, z którego robimy także karmel – opowiada Olga. – Dodajemy do niego tylko cukier, śmietankę, masło i fleur de sel, która podbija smak. Mamy też pomysł, by robić smaczną czekoladę bez cukru. Kocham słodycze, ale chciałabym spożywać mniej kalorii, i myślę, że nie tylko ja.

Część pralin ozdabiają kolorową powłoką, bo takie też najlepiej się sprzedają. A Dima robi praliny w kolorach flagi Polski, Białorusi i Ukrainy. Tutaj nikt go za to nie ściga.

Za chwilę zaczną sprzedaż online.

Na razie dokładają do interesu. – Lato to nie jest sezon na czekoladę, poza tym potrzeba czasu, żeby ludzie nas zobaczyli i zdecydowali się otworzyć nasze drzwi – tłumaczy Olga. – Wiemy, że musimy jeszcze zainwestować w reklamę. Ale też widzimy tu znacznie większy potencjał dla naszego biznesu niż na Białorusi. Polskie społeczeństwo jest bogatsze, więcej ludzi jest gotowych płacić za dobry produkt. Polacy bardziej też dbają o zdrowie, chcą kupować rzeczy z dobrych składników, bez chemii. Ci, którzy już spróbowali, chwalą nasze produkty. Poza tym w Polsce je się średnio 6 kilogramów czekolady na osobę rocznie, a na Białorusi tylko 1,5 kilo.

– A najważniejsze, że tutaj jest wolność – dodaje Dima. – Co tydzień kogoś z Białorusi konsultujemy w sprawie przeprowadzki. Ludzie chcą wyjechać, bo nie widzą perspektyw, ale też się boją. Znajomi sprzedali właśnie mieszkanie, które dopiero co kupili. Mają biznes budowlany, którego nie przeniosą, ale są gotowi go zostawić, byle żyć w normalnym kraju.

Na Białoruś na razie jechać nie zamierzają, obawiają się, że z powodu przeprowadzki spotkają ich w kraju jakieś konsekwencje. – Znajoma brała udział w protestach tu, we Wrocławiu, a jak tam przyjechała, od razu zgarnęła ją policja i wszczęli sprawę karną – opowiada Olga. – Być może wrócilibyśmy kiedyś, gdyby zmieniła się władza, chociaż ja w to nie wierzę. Zaczęliśmy już oglądać mieszkania do kupienia. Syn chodzi do przedszkola, szybko się zaadaptował. Z nami rozmawia po rosyjsku, a z dziećmi po polsku. My też zaczęliśmy uczyć się polskiego. Córka będzie się starała podjąć studia medyczne, ale na razie nie wiemy, jak to będzie wyglądało. O postępowaniu karnym wobec niej staramy się nie myśleć, nie wiemy, czy naprawdę jest, czy ktoś chciał nas tylko nastraszyć. Najważniejsze, że jest tutaj, z nami.

Białorusini w Polsce: Nadal wpadam w panikę

– Część naszych pracowników wciąż jest na Białorusi, dlatego nie powiem za wiele o polityce. Ludzie są pod butem, monitoruje się wszystko i wszędzie – mówi 32-letni Artiom Artamonow, założyciel firmy Insoptics. Skończył uniwersytet techniczny w Mińsku, specjalizuje się w optyce, elektronice i oprogramowaniu.

Na Białorusi pracował jako inżynier w firmie zajmującej się produkcją urządzeń AR – rozszerzonej rzeczywistości, optyki i elektroniki. Nie tylko projektował, ale też współprowadził firmę. Po kilku latach uznał, że chce mieć własny biznes, ale od razu myślał o zagranicy, jeszcze zanim zaczęły się pandemia i protesty. Żona Artioma pochodzi z polskiej rodziny i ma kartę Polaka. Od lat mieszkają tu jej bliscy krewni. – Sytuacja polityczna tylko upewniła nas w przekonaniu, że wyjazd to dobra decyzja – mówi Artiom. – Można próbować dopasować się do tego, co się dzieje na Białorusi, zamykać oczy, a można po prostu przestać w tym uczestniczyć.

Zresztą w jego dziedzinie praca z Europy jest po prostu łatwiejsza. Odbiorcami urządzeń jego firmy są przede wszystkim zagraniczni klienci, w większości Niemcy, Włosi, Amerykanie. Artiom musi regularnie podróżować po świecie, spotykać się z zamawiającymi. – Z białoruskim paszportem to o wiele trudniejsze. A w związku z obecną sytuacją polityczną Białorusini jeszcze długo nie będą mogli normalnie podróżować – mówi. – Ważne są też komponenty do urządzeń. Muszą docierać sprawnie i na czas, a na Białorusi nie mogłem kiedyś kupić odpowiedniego kabla, bo nie miał tam certyfikacji. W Polsce zamawiam komplet potrzebnych rzeczy ze Stanów i po tygodniu mam je w Poznaniu.

Co dokładnie produkuje Insoptics? – Najprostszy przykład to powłoka antyrefleksyjna w okularach – zaczyna Artiom. – Składa się z cienkich warstw specjalnej substancji nałożonych na szkło. Określone połączenie materiałów i grubość warstw sprawia, że odbicie znika. A my zajmujemy się tworzeniem systemu kontroli procesu nanoszenia tych warstw na szkła, systemu kontroli parametrów urządzeń, które odpowiadają za ten proces, a także późniejszej kontroli i oceny całego procesu. Takie urządzenia wykorzystuje się przy produkcji nie tylko szkieł do okularów, ale także okien termoizolacyjnych, telefonów, laserów kosmetycznych – wymienia Artiom.

Każde urządzenie robi się pod konkretnego klienta i jego potrzeby. – Każde kosztuje dziesiątki tysięcy euro. W tej chwili sprzedajemy do dziesięciu sztuk w roku. Ale chcemy się rozwijać, sprzedawać dziesięć w miesiącu – dodaje.

Firmę z upoważnienia Artioma zakładał w Polsce pełnomocnik. We wrześniu spółka została zarejestrowana w KRS i mogła zacząć działać. – Akurat to był moment, kiedy władza zaczęła dokręcać śrubę, ludzi z naszej dzielnicy bili w policyjnych busach. Już nie poszliśmy na kolejną demonstrację, tylko zadzwoniłem do konsulatu spytać, jak dostać wizę na prowadzenie biznesu w Polsce. A oni na to, że sorry, najpierw musi pan działać przez rok i udowodnić, że to nie jest spółka widmo – opowiada. – Na szczęście miałem jeszcze ważną przez pół roku wizę, którą dostałem, gdy byliśmy w odwiedzinach u rodziny. Na niej wjechaliśmy. W listopadzie złożyliśmy w Poznaniu dokumenty, by dostać kartę pobytu. Do dziś jej nie mamy. Przyszła wiosna, koronawirus, zbliżał się wyjazd do klienta, a ja nie miałem dokumentów.

Atakowali urząd wojewódzki, ale nic nie załatwili. Wtedy, tak samo jak Olga i Dima, Artiom zwrócił się o pomoc do konsultantów Poland.Business Harbour. Skontaktowali go z konsulatem we Lwowie, który w ciągu kilku dni wyrobił Artiomowi wizę. Następnego dnia wyleciał do klienta.

W Poznaniu Insoptics wynajmuje niewielkie biuro z częścią magazynową, gdzie przechowuje komponenty do urządzeń i je montuje. Pięciu inżynierów programistów pracuje na razie z Białorusi, bo firmy jeszcze nie stać, by ich tu ściągnąć. Artiom zamierza to zrobić do końca roku.

– Skarżą się, że już nie mogą wytrzymać – mówi. – W przyszłości chciałbym zatrudniać także Polaków, ale zobaczymy, czy znajdę tu odpowiednich specjalistów. Znam dużo białoruskich firm, które mają swoje przedstawicielstwa w Polsce czy na Litwie. I nie znam nikogo, kto nie miałby centrum IT na Białorusi.

Artiom jeszcze nie przyzwyczaił się do prowadzenia biznesu w Polsce. – Do dziś mam syndrom Białorusina – przyznaje. – Jak jakiś urząd czegoś od nas chce, wpadam w panikę, choć księgowy powiedział, że mam wyluzować, i staram się mu zaufać. Tak samo z pieniędzmi: tu dostajemy przelewy w euro i nikogo to nie obchodzi. Na Białorusi każda waluta, która wchodzi i wychodzi z kraju, jest kontrolowana. Musisz napisać do banku, że masz kontrakt walutowy, i czekać na pieniądze. Tam można prowadzić biznes, ale w dużym stopniu zależy on od wiedzy i doświadczenia księgowego oraz prawnika, którzy znają przepisy, wiedzą, gdzie i kiedy się schylić, żeby nie załapać ciosu. Na Białorusi urzędnicy mają swój plan do zrealizowania: zrobić ileś kontroli, nałożyć ileś kar. I najlepiej, żeby w nowym roku wynik był lepszy niż w zeszłym.

Pytam Artioma, co go w Polsce najbardziej zdziwiło. Po pierwsze, słabo oświetlone ulice. – Przyjechaliśmy jesienią i było zdziwienie, że jest tak ciemno, bo Mińsk po zmroku jest dosłownie zalany światłem – opowiada. – Ale tłumaczyłem żonie, że chodzi o oszczędności i lepszy jest fajny plac zabaw niż podświetlony budynek. Poza tym jest zdecydowanie brudniej niż w Mińsku. To, co się dzieje pod sklepem naprzeciwko, nieustannie mnie zdumiewa. Stoją sprzedawcy, palą papierosy i rzucają niedopałki na chodnik. I mnóstwo pustych małpek leży dookoła. Zimą czuliśmy, że w piecach ludzie palą czym popadnie. A co na plus? Duża liczba fajnych placów zabaw i parków, porządne ścieżki rowerowe. Na razie z żoną trzymamy się tego, że nasz przyjazd tutaj jest definitywny. Nie jestem gotów, by tam wrócić.

Tylko razem z kotem

– Rozwijamy projekt automatycznego pozycjonowania stron, tak zwanego SEO – mówi 36-letni Wiktor, właściciel start-upu Afina AI. – Stworzyliśmy już kilka instrumentów, które ułatwiają pracę specjalistom w tej dziedzinie. Na razie funkcjonują osobno, ale w przyszłości chcemy połączyć je w jeden wygodny interfejs, spróbować zrobić guzik „pozycjonuj moją stronę". Chodzi o to, by właściciele stron mogli sami je pozycjonować i nie musieli nikogo do tego zatrudniać. Wszystkich pracowników SEO raczej nie zastąpimy, ale będziemy starali się ułatwić im pracę.

Przed protestami Wiktor, z zawodu marketingowiec, prowadził firmę zajmującą się reklamą internetową. Jeszcze wcześniej był menedżerem w międzynarodowej korporacji, a potem zajął się start-upem. Żył wygodnie, dobrze zarabiał, wydawało mu się, że kraj się rozwija.

Jednak w sierpniu wszystko się zmieniło. Stwierdził, że czas pomyśleć o wyprowadzce. Początkowo ze wspólniczką – a później również żoną – Anną chcieli się przenieść na Litwę. Gdy w grudniu białoruskie władze ogłosiły, że zamykają granice – jak twierdziły – z powodu pandemii, z kotem pod pachą pojechali do Lwowa. Tam mieli przeczekać kilka dni, aż zacznie działać ich litewska wiza. Jednak okazało się, że nie mogą wwieźć kota do Europy, bo nie miał wymaganych badań. Wrócili na Białoruś. Wtedy od znajomych start-upowców w Mińsku usłyszeli o polskim programie Poland.Business Harbour, w ramach którego ogłoszono konkurs na start-upy.

Bez większych nadziei wysłali wniosek. Dwa dni później dostali telefon, że załapali się do zwycięskiej dwudziestki i mogą się pakować. Szybko dostali wizę i zimą przyjechali do Polski. Kot już miał odpowiednie papiery. Na miejscu koordynatorka programu krok po kroku przeprowadziła ich przez proces założenia firmy, a prawnicy przygotowali dokumenty, Wiktor i Anna dostali także biurka w coworkingu i 5 tys. złotych na kapitał założycielski dla spółki.

W kwietniu Afina AI rozpoczęła sprzedaż swoich produktów. Ma na razie 145 stałych klientów, głównie z obszaru Wspólnoty Niepodległych Państw, ale zaczęło przybywać również Amerykanów i Europejczyków. Jesienią Wiktor chce ściągnąć do Polski przynajmniej dwóch swoich programistów z Białorusi. Obaj już mają wizy Poland.Business Harbour. Trzeci informatyk też chce wyjechać, ale jeszcze nie zdecydował, czy będzie to Polska.

Wiktor nie chce rozmawiać o polityce i protestach, bo będzie musiał jeszcze kilka razy pojechać na Białoruś. Uważa, że z Białorusi wyjeżdża, kto może. Ostatnio dzwonił do niego znajomy anestezjolog, pytał o możliwość przeprowadzki. – Mnóstwo kolegów z branży wyjechało. Nie wiem, kto tam zostanie. Naprawdę, bardzo szkoda Białorusi – mówi. – Ale władza sama sobie winna, zamknęli największy start-up hub Imaguru, naszą „Dolinę Krzemową". Przedsiębiorcy uciekają w obawie, że władze im wszystko zabiorą. Widać, że już zaczyna się podział biznesu między swoich. Na razie chodzi o duże firmy, a potem dojdzie do średnich i małych.

Wiktor liczy, że za rok jego firma rozwinie się na tyle, że będzie się reklamować na całym świecie i zacznie się ścigać z międzynarodowymi konkurentami.

Liczy, że z Anną zostaną w Polsce na dłużej. – Polska mentalność jest nam bliska. Póki co wszystko nam tu pasuje. Zaczęliśmy chodzić na kursy polskiego. Jeśli kupimy tu mieszkanie, urodzimy dzieci i nauczymy się języka, to mało prawdopodobne, byśmy wrócili na Białoruś. Szkoda trochę domu, który tam zostawiliśmy, przyjaciół, ulubionych restauracji, ale jednak to są rzeczy mniej ważne niż spokój. Gdy tylko przekroczyliśmy granicę, od razu poczuliśmy: „Wow, nareszcie". Odpadł nam lęk o bezpieczeństwo. To ogromna ulga.

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem
Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.