Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jest wczesny ranek, połowa października 1943 roku. Dom jeszcze śpi. Mama zerwała się do dnia i karmi piersią śpiącą Irenkę, urodzoną trzy miesiące wcześniej. Sama umyta, ubrana i pełna energii. Wyrusza do Naur odebrać wyprawkę z tych przygotowanych dla chłopca i dziewczynki i oddanych tam na przechowanie. Do Naur jest około osiemnastu kilometrów. Cóż to dla naszej mamy! W południe będzie na miejscu, a przed nocą z powrotem.

W najgorszym wypadku – w razie otarcia czy skaleczenia stopy – zanocuje u zaufanej kumy, a w południe, jak gdyby nigdy nic, zamelduje się w Górach.

Dom jeszcze śpi. O zamiarach mamy wie tylko Danusia. Mama nie powiedziała nic ojcu, który na pewno nie puściłby jej na tak ryzykowną wyprawę, ani stryjostwu. Danusi mama zdradziła, że idzie też pobrać nieco pieniędzy powierzonych tej zaufanej przyjaciółce. Wreszcie dołożymy się do utrzymania domu, który od kilku miesięcy udziela gościny naszej piątce. Dołożymy się porządnie. Ta przyjaciółka, o nazwisku Alena Zacharewicz, oprócz sporej sumy „węgielków”, czyli rubli, przechowuje też pierścionki, bransolety i naszyjniki, pamiątkowy świecznik z Ostrej Bramy oraz ważne dokumenty. W razie czego mamy się do niej zgłosić.

Według świadectwa Danusi nie byłem wtajemniczony w plany tej wyprawy, a przecież został mi obraz mamy w dniach poprzedzających tragiczny wypad, ożywionej wolą działania, walki i pewnej powodzenia.

Może Danusia nie była aż tak dyskretna, jak to sobie wyobraża, może byłem dociekliwszy, niż na to wyglądałem, w każdym razie pamiętam swój podziw dla zamierzeń naszej rodzicielki.

Byliśmy nauczeni trzymać język za zębami, nauczeni chyba zbyt biegle. O mnóstwie rzeczy nie wolno nam było nikomu powiedzieć.

Za bolszewików między innymi o tym, że nasz ojciec jest zbiegłym jeńcem. Jeśli zbiegł od Sowietów, to znaczyło, że nie chce tam wrócić. Jeśli z niemieckiego oflagu, to znaczyło, że jest oficerem. Obie okoliczności były dodatkowym powodem do wywiezienia nas na Syberię. Jako rodzina ziemiańska mieliśmy wrogie zabarwienie społeczne. Zapytają: czy twój ojciec nie jest przypadkiem oficerem? Powiedzą: wiemy, twój ojciec dosłużył się stopnia sierżanta, i zaczekają, aż dziecko ich poprawi. Na pytania o ojca mieliśmy odpowiadać w kółko: Nie znaju. Poszedł na wojnę i nie wraca. Gdyby dawali konfiety (landrynki) lub matrioszki (lalki), nie należało przyjmować, a najlepiej wymawiać się od rozmowy bólem żołądka. Na wszelki wypadek o pewnych sprawach mama nam nie mówiła, uważając, że najlepszym sposobem dochowania sekretów jest niewiedza. O tym, że wyszła z domu i gdzie zmierza, wiedzieliśmy i milczeliśmy, niestety.

Było już wtedy wiadomo, że Niemcy spalili Dubowe. Mamę przerażało i zarazem pociągało stanięcie nad pogorzeliskiem. Nigdy nie rozpaczała z powodu strat materialnych.

– Jeśli będziemy żyli, dorobimy się, czego potrzeba – mówiła. – Postawimy nowy dom, tym razem na pewno nie z wiatrołomu.

Jedyne ocalałe zdjęcie: Wiera, z domu Trubacz, później Szperkowiczowa, lata 20. XX w.Jedyne ocalałe zdjęcie: Wiera, z domu Trubacz, później Szperkowiczowa, lata 20. XX w. Fot. archiwum rodzinne

Na palcach, z sandałami (ciągle jest wyjątkowo ciepło!) w ręku prześlizguje się z wnęki sypialnej do kuchni z potężnym piecem chlebowym, a stamtąd do nieszczelnej sionki z odpadowych desek, przebiega drobnym kroczkiem pod oknami stołowego, skąd widzi ją Danusia – promienną, dzielną, gotową stawić czoło wszelkim wyzwaniom.

Mija „starą chatę”, drewniany dom, z którym Góry zostały kupione na licytacji publicznej w 1897 roku, służący teraz za warsztat stolarski, przechowalnię ziemniaków, skład utensyliów pasiecznych i stanowisko kamiennych ręcznych żaren. W sytuacjach awaryjnych pełnił też funkcję pokojów gościnnych dla nadprogramowych gości. Przez parę tygodni ukrywał się w nim wujek Kola po ucieczce z Workuty, dopóki któryś z sąsiadów nie zwrócił uwagi stryjostwu: u was tam ktoś jest! Zza gazety odgrywającej rolę firanki wyglądała na świat para nienasyconych niebieskich oczu.

Mamo, mamo, dlaczego się nie zawahasz, wiedząc, jak szybko twoją nieobecność odkryje Irenka, jak bardzo zmartwi się ojciec? Dlaczego nie dopatrzyłaś się w niczym złej wróżby, nie przystanęłaś i nie zawróciłaś, jak wiele razy czyniłaś? Czy nie pamiętasz, jak bystre bywają ludzkie oczy, życzliwe i nieżyczliwe?

Czy nie liczysz w głębi duszy, że jedno z nas, Danusia albo ja, obudzi ojca, który wybiegnie za tobą albo wyśle któreś z nas, żeby cię zawrócić? Trafiasz na drogę z Bokacz do Badzieni i znowu jesteś na trasie, jak za czasów twojej zwycięskiej wojny manewrowej z NKWD. Przyśpieszasz kroku, po lewej ręce w porannej mgle majaczą zabudowania Romanowszczyzny, przystanku Szpyrko-Szpyrkowiczów w ich drodze ze Smoleńszczyzny na zachód. Obawiasz się napotkania kogoś z rodziny lub znajomych, a to groziłoby wciągnięciem w rozmowę i utratą czasu. Przecinasz uroczysko Lachy pełne teraz żurawin. Nareszcie czujesz się swobodna i bezpieczna. To niesamowite, by z taką swobodą i ochotą kroczyć ku okrutnemu przeznaczeniu.

Badzienie. Kiedyś wieś należała do klucza majątków Góry. Dwór pod Jołczychą miał poddanych na oku. Majątki diabli wzięli, ale tapirowany sosnami i świerkami grzbiet Jołczychy nadal zasłania ćwierć horyzontu. Tak jak zasłaniał za kmiecej osady, za pańszczyzny, za czasów bezrolności i małorolności, za kołchozu, zasłania i teraz – za badylarstwa. Z Badzieni pochodzi Żenia, żona naszego połowicznika. Jej mąż jest prawą ręką Pilipa Litwinowicza. Po spaleniu Daużań przez Niemców Pilip z kamratami kwaterował w Badzieniach, był hersztem bandy udającej partyzantów, u rodziny Żeni mieli oparcie.

Usłyszeli przy śniadaniu, że rankiem przechodziła przez wioskę Wiera z Dubowego. Sami jej nie wypatrzyli. Było to wojsko bez wart, bez pobudki. Po śniadaniu rusza pogoń konna – Pilip i jeszcze jeden.

W błotnistych Badzieniach, które jako kreskę na horyzoncie widać ze szczytu Jołczychy, mama wychodzi z kręgu spojrzeń dalekich od życzliwości. Rozpala się ranek, cudowny, jasny, ale ciągle rześki jak woda źródlana, wonny i pełen światła, które wyciąga na wierzch soki spłowiałych barw. Powietrze ma strukturę kryształu. Dzwoni i daje efekt nadwidzenia, ujawniają się kształty i odcienie inaczej niewidoczne.

W Kaczanach, przedstawionych na sztabowej polskiej mapie jako Koczany, mieszka i prowadzi wiejski sklep Julia Parszuta, koleżanka mamy z gimnazjum. Zatrzymaliśmy się u niej na obiad kilka miesięcy temu w trakcie ucieczki z Dubowego do Gór. Trudno sobie wyobrazić, żebyście się nie zobaczyły i przy tej okazji. Choćby po to, żeby Julia wiedziała, dokąd idziesz i po co, i żeby dała znać do Gór, gdybyś nie wracała. To by się zgadzało z wersją ciotki Wiktorii, że pierwsza wiadomość o losie naszej mamy nadeszła właśnie z Kaczanów.

Za następną wsią Zanie i kolejną Misuny las zamiast ściółki ma błotnistą błonę, a droga rozpływa się wśród piaszczystych liszajów, plącze między mrowiskami, wsiąka w grząskie łączki i bagienka.

Do pokonania zostają zmiotki Puszczy Niewierskiej, jej jądro z czasów, gdy sięgała Romanowszczyzny na północy i Białej Uźlanki na południu. Napisałem „zmiotki”. Wycięty las się odradza, niestety, we wcieleniu o trzy klasy gorszym. Próżno w nim szukać zwartych stanowisk masztowej sosny, mocarnych dębów, zawiesistych świerków. Do głosu dochodzą krzewy (leszczyna, czarny bez, wierzba). Przed tym etapem podróży mało kto rezygnuje z zabrania suweniru w postaci ceramicznego rożka z żywicą. Wracając pieszo ze swoich wypraw do Gór, Nowosiela czy od krewnych pod Głębokiem, mama zabierała przynajmniej jeden. Świeża żywica sosnowa to niezastąpiony składnik mikstur na przeziębienie, maści na złamane nóżki jagniąt i mazidła do impregnacji obuwia. Tym razem daruj sobie, mamo, odruchy zapobiegliwej gospodyni. Tym razem nie wracasz, ty uciekasz…

Rozsypana wieś Pilkowszczyzna otwiera zasiedlony krajobraz. Jak sama nazwa wskazuje: to tu dotarły ekipy drwali wydzierające piłami przestrzeń osadniczą zwartym masywom leśnym. Wstępujesz tu do którejś z chat napić się wody. Niemłoda gospodyni ostrzega cię przed ryzykiem zapuszczania się w okolice Dubowego. Panoszy się tam partyzantka. Nikt im się nie postawi.

– Wrócę przed nocą. – Sama musiałaś się utwierdzić w pierwotnym zamiarze i przyśpieszyć kroku ku zgubie.

Dalej na południe rozłożyły się Nowiki, ludne i zakorzenione, zwane także Słobodą, a stamtąd do Dubowego rękę podać.

Droga przechodzi pod oknami pierwszej chaty z tego krańca Nowików. Jej mieszkańcy, a ściślej mieszkanki – babcia z wnuczką – mimo woli notują ruch pieszych, konnych, pojazdów i zwierzyny. Poszedł pewnie komunikat: wróciła Wiera.

Paręset sążni drogi przez zagony ozimin i wchodzi się w las dubowski. Trzasnęła sucha gałązka pod stopą. Czy to ostrzeżenie? A dlaczego nie powitanie! Rodzinne gniazdo jest zbyt blisko, żeby się wahać.

Dlaczego nie zastąpi ci drogi któraś z tych saren, które polując za młodu z bratem Stepanem, brałaś na muszkę, ale którym pozwalałaś odejść? Dlaczego milczą twoi zmarli rodzice? Przygląda się z tamtego świata twoje zmarłe rodzeństwo: siostry Maria i Żenia, a zwłaszcza ukochany brat Stepan, dlaczego nie ostrzegają? Oni wszyscy chcą cię mieć przy sobie. A nam, żywym, się to nie należy?

Najpewniej podeszłaś do popieliska gniazda rodzinnego, przysiadłaś na kamieniu z rozsypanych fundamentów, pomodliłaś się, westchnęłaś i trochę popłakałaś.

„Córka Wincentego, dziedziczka, na gruzach ich gniazda”. Obraz, którego nikt nie przeoczy. I nie zaniecha przekazać dalej.

Do Naur nie poszłaś najprościej, lipową aleją, przez wydmę odsłaniającą kłęby sosnowych korzeni, do brodu dla wtajemniczonych. W ten sposób mogłaś naprowadzić pogoń na Alenę, swoją przyjaciółkę. Skręciłaś w prawo na drogę do Daużań i oficjalnej przeprawy przez Uźlankę w Naurach. Wyszłaś z lasu dubowskiego na podmokłą nabrzeżną łąkę jak na spoconą dłoń, która zaraz się zamknie. Chaty na tamtym wysokim brzegu wybałuszyły swoje czarne okna. Kiedy usłyszałaś tętent końskich kopyt, poderwałaś się do ucieczki. Znajoma twarz jednego z jeźdźców zmieniła się w maskę z koszmaru. Nie myślałaś, że to początek końca.

Ciotka Wiktoria słyszała, że w domu Sołdacichy, matki Aleny, odbyło się coś w rodzaju sądu nad mamą. Brała w nim udział nasza niedawna służąca Fienia.

– Nu, Fienieczka, wyruczaj. – Mama ucieszyła się na jej widok. – Ratuj.

– Nia budu ja ciabie wyruczać. Ty że pamieszczyca. Ratować ciebie, obszarniczkę jedną. Ani mi się śni – odburknęła tamta. Fienia, nawet gdyby chciała bronić mamy, bała się przeciwstawić miejscowym. Jako sowiecka partyzantka miała być dla nich wzorem komsomolskiej pryncypialności i surowości. Wszystkie twoje przewagi obróciły się nagle przeciw tobie.

Znałaś w okolicy każdą ścieżkę i wybrałaś okrężną drogę, żeby oszczędzić kłopotów przyjaciółce, a sama wydałaś się oprawcom. Z wieloma miejscowymi znałaś się od dzieciństwa – teraz ich było na wierzchu. Mówiłaś po rosyjsku jak rodowita Rosjanka, lepiej od nich. Wygrałaś wojnę manewrową z NKWD, a teraz miałaś ulec amatorom. Byłaś jak niezwyciężony wódz, opuszczony przez najwierniejsze wojska. Jak szaman, którego zaklęcia przestały sprowadzać deszcz, jak hazardzista, od którego odwróciło się szczęście. Ty, która wybłagałaś życie dla dziadka Wincentego, zmuszonego przez patrol Tuchaczewskiego do kopania sobie grobu w naszym sadzie. Która potrafiłaś powstrzymać podłość i grubiaństwo i zawsze znaleźć słowo otuchy dla powalonych nieszczęściem, nagle zostałaś sama, bezradna i opuszczona. Nie znalazł się nikt, żeby cię ratować, żeby cię osłonić, nawet nikt, kto skróciłby męczarnie.

Zawsze mówiłaś: Zginąć to zginąć, byle od razu.

Nie porzucałaś nadziei. Musiałaś żyć dla pozostawionego maleństwa, dla nas, starszych, nieodchowanych dzieci, dla naszego ojca, dla świata. Nie dawałaś za wygraną. Wychodziłaś z tylu beznadziejnych opresji, poturbowana, ale niepokonana. Wiedziałaś, że tym razem los cię doświadcza okrutniej niż kiedykolwiek wcześniej, ale liczyłaś, że pozwoli przeżyć. I zginąć kiedy indziej, od razu. Dlaczego ta śmierć musiała być taka rozwlekła?

Trzy lata później Danusia i ja zgłosiliśmy się do kobiety, której mama zostawiła kosztowności na przechowanie. Alena Zacharewicz, fałszywa przyjaciółka, oświadczyła, że żadnych naszych rzeczy u niej nie ma, i odmówiła nam noclegu.

Alena kazała mi wyjść za drzwi, chyba po to, żeby nie było dwóch świadków tej rozmowy.

Po pół wieku Danusia przytoczy mi jej treść:

– Nasza mama wycierpiała wszystkie katusze, jakie można sobie wyobrazić.

Alena długo je wyliczała piętnastoletniej dziewczynie.

Były tam tortury fizyczne i psychiczne, gwałtowne i stopniowe, pospolite i wyszukane, zabarwione złością i rutyną.

Co mam sobie wyobrazić? Jak nienasycony sadysta bije ją w twarz, kopie, dźga, okłada wyciorem karabinowym, przypala papierosem. Jak inni wybijają zęby, wyrywają włosy, naigrawają się z nagości, wmuszają wódkę i plugawią, jak zaciskają pętlę na szyi i podtapiają w beczce. Nie cofam się przed przywołaniem tych obrazów. Zwlekałem z tym pół wieku.

Kiedy zgasła w końcu ostatnia iskra życia, oprawcy zajęli się odbieraniem godności ciału, bo żywej nie zdołali odebrać.

Wersja Aleny usiłuje pozbawić ofiarę honoru:

– Ach, jak ona błagała go o darowanie życia, jak pokornie błagała…

Znęcali się. Twoja młoda twarz wygładzona niedawnym porodem patrzyła ponad nimi, a ci biedacy nie wiedzieli, jak uśmierzyć demony rozszalałe w ich mózgownicach. Co wymyślili? Podeptali nakaz człowieczeństwa – pochówek. Porzucili cię – jak usłyszę w Starzynkach – w wykrocie.

Co wyzwala furię zadawania krzywdy? Czy w tym wypadku zadawnione pretensje miejscowych, czy ideologiczne uprzedzenia obcych? Kto kogo podjudzał i nakręcał: miejscowi napływowych czy odwrotnie? Kto torturował, kto pomagał, a kto się głównie przyglądał i komentował?

Szał zadawania bólu po pewnym czasie słabnie i gaśnie. Oprawcy się męczą i nasycają. Sposobem przedłużenia tortur jest procedura śledztwa. Pozwala stopniować dolegliwości, by wymusić przyznanie się do jakiegoś absurdalnego zarzutu. Na przykład takiego, że przez mamę Niemcy zamknęli w stodole i spalili w Nowikach pięćdziesiąt trzy przypadkowe osoby, miała to być kara za brak chętnych na roboty przymusowe.

Budzenie z omdleń zimną wodą i świeża zmiana przesłuchujących.

Po ostatni błysk świadomości wiedziałaś, że czekamy. Nie mogłaś wrócić. Chwilowo było to ponad twoje siły.

Miesiąc po mamie, już po białej grudzie, z domu w Górach wyprowadzili ojca w nocnych pantoflach. Przyszli po niego przed świtem, wywołali na słówko przed dom, ojciec wrócił pomodlić się przed ołtarzykiem, pochylił się – posiwiały – nad czteromiesięczną Irenką i nie zobaczyłem go więcej.

Wróciłem do Daużań po ponad pięćdziesięciu latach, do wsi ludojada, jak tamtego określa enkawudzista emeryt. Gdzie się mogły rozsypać prochy Albina i Wiery? Chcę postawić krzyż.

Tytuł i skróty od redakcji

Książka Jerzego Szperkowicza „Wrócę przed nocą. Reportaż o przemilczanym” ukazała się 19 maja w wyd. Znak Literanova

Książka Jerzego Szperkowicza 'Wrócę przed nocą. Reportaż o przemilczanym', wyd. Znak LiteranovaKsiążka Jerzego Szperkowicza 'Wrócę przed nocą. Reportaż o przemilczanym', wyd. Znak Literanova Fot. materiały prasowe

Zapowiedzi, recenzje i wywiady z autorami. Zapisz się na newsletter książkowy

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.