Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Grzegorz Szymanik: Widziałem cię w wiadomościach rosyjskiej telewizji.

Franak Wiaczorka*, doradca Swiatłany Cichanouskiej: – Codziennie mi poświęcają co najmniej pięć minut. Przedstawiają tak, że Swiatłana to jest jednak spokojna i neutralna, ale wokół niej kręcą się różni zachodni mąciciele. Idealnie im odpowiadam, bo studiowałem w Warszawie i Waszyngtonie, pracowałem w zachodnich mediach. Wyciągają moje stare wypowiedzi o Łukaszence.

Kiedy rozmawialiśmy kilka tygodni temu, bałeś się, że tak będzie. Prosiłeś, żeby nie zdradzać, że doradzasz Cichanouskiej.

– Ale zrozumiałem, że w końcu, prędzej czy później, i tak to wypłynie. Nie będę się chował. No i jak tylko wypatrzyli mnie na wspólnym zdjęciu ze spotkania z prezydentem Macronem, a potem na drugim, z Merkel, od razu się zaczęło.

A po co spotykacie się z Macronem i z Merkel?

– Pracujemy jak pełnoprawne ministerstwo spraw zagranicznych. Spotykamy się z przywódcami, wzywamy ich do nieuznawania Łukaszenki, szukamy wsparcia dla organizacji praw człowieka, ale przede wszystkim pomocy w posadzeniu reżimu za stołem w celu rozmów.

Łukaszenka przy okrągłym stole? Nie wyobrażam sobie.

– Wiadomo, że sam nie usiądzie, Jaruzelski też osobiście nie siedział. Na razie jest też to niemożliwe, ale rewolucja będzie trwała i system w końcu zacznie pękać od środka. I wtedy będzie nam potrzebne wsparcie. Zarówno państw, jak i autorytetów, na przykład emerytowanych prezydentów czy premierów. Takich, którzy byliby cenieni zarówno przez ruch demokratyczny, jak i przez reżim Łukaszenki.

Na spotkaniach ci przywódcy wymieniają się ze Swiatłaną osobistymi numerami i potem kontaktują się już bezpośrednio. I to jest niesamowite – centrum handlowe w Wilnie, Swiatłana z dzieckiem na ręku rozmawia przez telefon z ministrem spraw zagranicznych Kanady. Wyobrażasz sobie Trumpa czy Łukaszenkę w podobnej sytuacji? A Swiatłany nie obchodzi, czy coś wypada. I to jest wspaniałe, że mówi i zachowuje się szczerze. Nie dałoby się wymyślić lepszej kandydatki ani kandydata na lidera demokratycznej Białorusi. Słucham jej przemówień i czasem mam łzy w oczach – mimo że je znam, bo pomagałem je pisać.

Za zamkniętymi drzwiami, bez prasy, ministrów, premierów i prezydentów, Swiatłana pyta zawsze doradców: „Jak myślicie, co możemy zrobić?”.

I co radzą?

– Różnie. Niektórzy leją patos. „Musicie walczyć!”. I tak dalej. Ale inni mówią ze swojego doświadczenia i po ludzku. Super mieliśmy rozmowę z Tuskiem.

O czym rozmawialiście?

– Też o pomocy, ale on zaimponował Swiatłanie tym, że też mówił szczerze, nieformalnie. Uświadamiał nam, co Europa może, a czego nie. Jakie są realia: że najpierw musimy liczyć na siebie. Jak powinniśmy rozmawiać z innymi. I to się potem sprawdziło, bo te europejskie spotkania generalnie to był dla mnie czas rozczarowań.

Kto cię rozczarował?

– Nie powiem. Ale słyszeliśmy na przykład coś takiego: „Coś tam możemy zrobić, ale to i tak nie pomoże, stracicie czas”. Przekonałem się, że politycy w Brukseli sami nie wierzą w sprawczość własnych instytucji, ministerstw, organizacji. To jest tak smutne i tak dalekie od tego, co się dzieje na Białorusi, gdzie ludzie walczą o realną wolność, tracą życie, zdrowie, są wiezieni. A w Brukseli trwa debata: włączyć Łukaszenkę w sankcje czy może nie włączyć? Ale mnie to wkurza! Choć może też dlatego Swiatłana jest taka atrakcyjna dla nich i tak bardzo chcą się z nią spotykać. Bo to dla nich powiew świeżego powietrza i polityki, o której już zapomnieli. Choć przyznam, że przed kampanią prezydencką na Białorusi też wpadłem w taki marazm

Jaki?

– No, po prostu nie wierzyłem. Myślałem, że to wszystko takie beznadziejne, wszyscy kandydaci kupieni, że ktoś tym kieruje. Chyba trochę za moim ojcem tak mówiłem, który jest bardzo zmęczony i zniechęcony latami bezskutecznych protestów przeciw Łukaszence. Ale potem zrozumiałem, że zwyczajnie łatwiej tak mówić, niż się angażować. Postanowiłem więc opowiadać o tym, co się dzieje na Białorusi, światu, po angielsku, bo nikt tego nie robił. Po tym gdy posadzili kandydatów na prezydenta, Babarykę, Cichanouskiego, wzięli się za dziennikarzy, blogerów. Kiedy zgarnęli mojego przyjaciela, blogera lhara Losika, zrozumiałem, że przyjdą i po mnie. Wiesz, to Ihar wpadł na pomysł, żeby Cichanouska wystartowała zamiast męża. Napisał do niej: „Jeśli chcesz zrobić coś dobrego, wystartuj w wyborach”.

Dotarły do mnie informacje, że mnie śledzą, a na kanałach KGB pojawiło się na liście zdrajców moje nazwisko. Wybór miałem taki: albo będę działał na odległość, albo będę siedział w więzieniu. Wsiadłem w samolot do Kijowa. Obiecałem sobie, że będę stamtąd pisał i walczył o wypuszczenie Ihara.

Nie wypuścili.

– Nie, siedzi od wakacji. Każdy z nas ma kogoś w więzieniu i to bardzo motywuje, żeby jak najszybciej zakończyć rewolucję. Rzuciłem wszystkie swoje prace, obowiązki – a kierowałem między innymi organizacjami międzynarodowymi związanymi z mediami i komunikacją. Znienawidzili mnie pracodawcy, ale wiedziałem, że to moment, kiedy Białoruś musi być dla mnie priorytetem.

Przez kilka dni nie wychodziłem z mieszkania, siedziałem w kijowskiej kawalerce i raportowałem na Zachód, co się na Białorusi dzieje. O wyborach, potem o protestach i agresji władzy. To było trzy, cztery dni bez snu, energetyki, kawa, pizza na dowóz. Ludzie wysyłali do mnie nagrania, zdjęcia, a ja puszczałem dalej. Stałem się centrum informacyjnym, przekazywałem zachodnim dziennikarzom, co się dzieje.

Sam to robiłeś?

– Pomagał mi trochę siostrzeniec. Ma 15 lat, mieszka w Hiszpanii. Nawet napisał za mnie kilka tweetów, ale robił śmieszne błędy – „pacific protest” zamiast „peaceful”.

Miałem wahania nastrojów – od euforii do depresji i frustracji, w zależności od tego, co się działo na ulicach. Pamiętam chłopaka, którego tak bili po stopach, że trzeba było mu je amputować. Inni opowiadali, że gwałcono ich pałkami – i kobiety, i mężczyzn. Ale najgorsze, że na zdjęciach z demonstracji, które przesyłali mi ludzie do publikacji, rozpoznawałem swoich przyjaciół, czasem nawet rannych. Na przykład Natalię Łubniewską, dziennikarkę „Naszej Niwy”, którą postrzelono w nogi. Kule były gumowe, ale co to za różnica, skoro całkiem strzaskało jej kości? I znowu nie wierzyłem.

W co?

– Że się uda. Kiedy wyłączyli internet, uznałem, że trzeba wstrzymać protesty. Że tylko tracimy ludzi. Agitowałem za tym, ale inni uważali, że trzeba iść dalej, i mieli rację. No i jak przeszedł marsz 150 tysięcy osób przeciwko przemocy, to strasznie się popłakałem! To był przełom. I marzenie mojego życia: że Białorusini się obudzą.

Wszystkie analityczne centra, te think tanki – nikt z nich nie przewidział takiego scenariusza. Pisali przecież, że Łukaszenka mocny, a Białoruś zrusyfikowana. Wszystko do dupy. Rzeczywistość jest głębsza, mądrzejsza. Bo kto by wymyślił, że w patriarchalnym państwie liderkami rewolucji zostaną kobiety? Że zaczną bronić mężczyzn, odbijać ich z rąk milicji? Ostatnio pojawiły się nawet flagi LGBT, ruchów feministycznych, dla Białorusi to zupełnie nowe.

Łukaszence w ogóle nie mieściło się w głowie, że kobieta może kierować krajem, że może być prezydentem, więc Swiatłanę zlekceważył. Dlatego ten bunt kobiet jest taki piękny.

Franak, ale co się właściwie stało? Jak dziesięć lat temu pomagałeś mi przy reportażu o rodzinnej wiosce Łukaszenki, to wszyscy byli za nim. „Ludzie tu jak dzieci. Potrzebują ojca. Choćby nie wiadomo jak ich oszukiwał i nabierał, będą wierzyć” – słyszałem.

– Ale już od kilku lat prowincja nienawidzi Łukaszenki, bo wszystkie pieniądze szły na Mińsk. Nikt też nie nazywał Łukaszenki „Baćką”. Dopiero teraz to wróciło, w kampanii „za Łukaszenką”, czyli „Za Baćką”. Mają takie hasło: „Ja – Baćka” dlatego o jego zwolennikach na ulicy mówi się „jebaćki”. Ale sypać zaczęło się Łukaszence przy okazji koronawirusa, którego on nie „uznaje”. O ludziach, którzy umierali przez koronawirusa, Łukaszenka zaczął mówić po chamsku: „A ten umarł, bo był gruby”. I to wszystkich wkurzyło. Wielu Białorusinów robi międzynarodowe kariery, zarabiają dobre pieniądze, pracują w nowych technologiach, a tu jakiś radziecki dziadek tak się wypowiada. A kiedy zaczął usprawiedliwiać przemoc, nagrodził prowadzących operację tłumienia protestów, puściło już wszystko. Ludzie nie wytrzymali.

Jak zostałeś doradcą Cichanouskiej?

– Napisałem, że jestem w Kijowie, że chciałbym pomóc. „Przyjeżdżaj. Zobaczymy” – odpisali jej współpracownicy. Łukaszenka wystawił za Swiatłaną list gończy, więc sztab jest w Wilnie. Świetne miejsce, z Wilna do granicy z Białorusią jest tylko 20 minut. Siedzibę mamy w centrum biznesowym, przez wirusa połowa budynku pusta. Od właściciela dostaliśmy za darmo dwa piętra. Jak przyjechałem, to zobaczyłem, że ten cały sztab to jedynie cztery osoby, więc zacząłem zbierać ludzi. A jak zostałem doradcą? No nijak, w takich sytuacjach rewolucyjnych po prostu kto jest w biurze, ten jest w ekipie. Nie trzeba czekać na zaproszenie. Ale moja rola jest malutka, po prostu robię użytek ze swojej wiedzy komunikacyjnej i doświadczenia, żeby Swiatłana czuła się pewniej.

Kto jeszcze jest w tym sztabie?

– Głównym doradcą jest Aleksander Dobrowolski, świetny fachowiec, były deputowany, pracował jeszcze w parlamencie ZSRR. Od gospodarki mamy Alesia Alachnowicza, który przygotowuje reformę ekonomiczną. Mamy też ludzi odpowiedzialnych za reformę praw człowieka, którzy dokumentują to, co się dzieje, i współpracują z OBWE, ludzi od młodzieży i od funduszy pomocy represjonowanym. Anatol Liebiedźka ze Zjednoczonej Partii Obywatelskiej i Mieczysłau Hryb, były przywódca państwa, nim Łukaszenka doszedł do władzy – odpowiedzialni są za reformę konstytucyjną. Tylko że jak Swiatłana powołała Liebiedźkę do tej roli, to został aresztowany. To nasz problem – jak kogoś się wyznacza, a ten przebywa na Białorusi, to od razu Łukaszenka wsadza go za kraty. A Swiatłana pierwszy raz od trzech miesięcy rozmawiała z mężem, który siedzi właśnie w więzieniu. Zadzwoniło do nas KGB, że zaraz będzie rozmowa. To była bardzo dziwna rozmowa.

Opowiedz.

– Zaczęło się od tego, że Łukaszenka przyszedł do więzienia KGB, żeby spotkać się z więźniami politycznymi. Siedzi tam też Cichanouski. Nie podał Łukaszence ręki, tylko nakrzyczał na niego. Wspomniał, że jest za kratkami trzy miesiące i jeszcze ani razu nie rozmawiał z żoną. I Łukaszenka poczuł się chyba w obowiązku. Rozmowa była kontrolowana, był zakaz poruszania politycznych tematów. A dziwna, bo nieoczekiwana, więc bardzo napięta. Ale chyba nie można spodziewać się szczerej rodzinnej rozmowy w takiej sytuacji. I czuć było, że i on się zmienił w tym więzieniu, a i ona też jest już inną osobą. W zasadzie Łukaszenka też się zmienił, tylko w inną stronę. Wszyscy, którzy ze strony reżimu przechodzą na stronę protestujących, o tym mówią – całkiem już jest odklejony od rzeczywistości i niczego nie rozumie. Odwrotu więc nie ma. Bo jak przestaniemy wychodzić, to przyjdzie na Białoruś północnokoreańska zima – czystki, kryzys i więzienia. Możemy albo iść dalej, albo emigrować na zawsze.

Swiatłana Cichanouska, kandydatka na prezydenta Białorusi, spotyka się z mieszkańcami Brześcia, 2 sierpnia 2020 r.Swiatłana Cichanouska, kandydatka na prezydenta Białorusi, spotyka się z mieszkańcami Brześcia, 2 sierpnia 2020 r. Fot. Sergei Grits/AP

To jaki macie plan?

– Osłabić łukaszenkowską gospodarkę. Pokazać, że nikt nie będzie płacić na reżim. Jak zabierzemy Łukaszence pieniądze, będzie musiał z nami rozmawiać.

Ale jak chcecie to robić?

– Tak jak teraz, kiedy po ultimatum Swiatłany, rozpoczął się strajk generalny. Pracownicy i właściciele prywatnych przedsiębiorstw wzięli urlopy, poinformowali o przerwach technicznych, o remontach, inwentaryzacjach. Dołączyli się robotnicy z państwowych zakładów, takich jak Mińska Fabryka Traktorów czy zakład produkcji nawozów azotowych Grodno Azot. Ludzie chcą też bojkotować państwowe przedsiębiorstwa i nie korzystać z usług państwowych, nie płacić czynszów za mieszkanie.

Aleś Alachnowicz pracuje też nad projektem gospodarki alternatywnej. Białorusini będą mogli płacić za usługi w sieci za pomocą wirtualnych walut. Za parę tygodni ten system będzie gotowy. Już działają na Telegramie boty, które kontaktują sprzedających i kupujących, pozwalają wymieniać walutę poza kantorami.

Co jeszcze?

– Czekamy, aż instytucje państwowe zaczną przechodzić na naszą stronę. Jak przeszedł Narodowy Teatr Akademicki im. Janki Kupały. Wszystkich aktorów zwolnili, bo teatr wywiesił biało-czerwono-białe flagi. Zastępca kierownika więzienia w Witebsku też poparł protestujących. I ciągle odchodzą milicjanci. Żeby przełamać strach, dajemy im rekompensatę z Funduszu Solidarności, dostają nawet więcej, niż zarabiają, pracując dla reżimu. W Warszawie spotkaliśmy się z taką grupą milicjantów i współpracowników organów, którzy zwolnili się i uciekli do Polski. Organizują związek zawodowy milicji i własny fundusz pomocy dla milicjantów. Jak spotkali się ze Swiatłaną, to jej przysięgli lojalność. To było dla mnie ciekawe – wiesz, w moim świecie nie trzeba przysięgać, żeby być po tej samej stronie, współpracować, ale dla nich to było bardzo ważne, żeby zaświadczyć lojalność.

I to wszystko zadziała?

– Zobaczysz, w końcu Łukaszenka stanie się uciążliwy dla Rosji. Zauważyłem, że już go tam tak nie chwalą. Oczywiście Swiatłany też nie chwalą, ale widać, że szykują jakieś alternatywne scenariusze. A ja rozumiem, mimo moich antypatii, że bez Rosji nie możemy przeprowadzić zmiany. Swiatłana też to rozumie i uważa, że trzeba szukać z Rosją kontaktu.

A pandemia nie powstrzyma rewolucji?

– Na początku bardzo nam pomogła.

Jak?

– Władza nie przyznawała, że ludzie chorują na koronawirusa, wyśmiewała. Ludzie sami zaczęli więc organizować pomoc. Tak powstał Fundusz Solidarności, który zbierał pieniądze na walkę z koronawirusem, środki ochrony, a teraz zbiera także na pomoc represjonowanym. Pandemia pomogła też tak, że ludzie mogli wychodzić na protesty w maskach, i to ich ośmieliło, bo nie byli identyfikowani przez milicję. Teraz na marszach wszyscy starają się trzymać dyscyplinę, dystans, ale rozumieją, że trzeba wciąż wychodzić, wychodzić każdego tygodnia – także dlatego, że Łukaszenka właśnie koronawirusa ignoruje. I musimy to zmienić. Bo jeśli tego nie zmienimy, będziemy umierać.

Franak Wiaczorka – jako nastolatek działał w podziemnym Liceum im. Jakuba Kołasa w Mińsku, które uczyło po białorusku, a nie po rosyjsku. Po maturze za ucieczkę przed wojskiem został wywieziony na służbę do strefy czarnobylskiej. Powstał nawet o tym film „Żywie Biełaruś!”. Potem zajął się pracą w mediach i organizacjach międzynarodowych. Teraz 32-letni Wiaczorka został doradcą Swiatłany Cichanouskiej do spraw międzynarodowych

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem
Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.