Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Znajoma z Warszawy zadzwoniła, że poznała czterech chłopaków, którzy nie mają gdzie mieszkać. Wiedziała, że u nas, w Domku Grabarza, czasem nocują zespoły artystyczne – mówi Alexander Kühl ze Szczecina. – To taki drewniany domek, pozostałość po francuskim cmentarzu w centrum miasta – wyjaśnia. – W tej chwili jest siedzibą stowarzyszenia kulturalnego Klub Storrady, którego prezeską jest moja mama.

Alexander urodził się w Berlinie, do Polski sprowadził się 15 lat temu. W jego Domku Grabarza zamieszkał Maksim Nowikow z Homla, którego 11 sierpnia porwano spod baru i torturowano na komendzie milicji. – Chcieli ze mnie zrobić koordynatora akcji protestacyjnych, mocno uszkodzili kręgosłup – mówi. – Gdy wyszedłem, udzieliłem wywiadów zagranicznym mediom. Wtedy zaczęli wydzwaniać, nachodzić mnie i moich krewnych. Z kolegą, też Maksimem, wzięliśmy plecaki i uciekliśmy do Polski. Granicę przejechaliśmy dzięki poznanemu po drodze chłopakowi, który nas wziął do samochodu. Po polskiej stronie powiedzieliśmy, że jesteśmy prześladowani i prosimy o ochronę.

Pogranicznicy dali kawę, herbatę. Śledczy nas przesłuchał, pobrali odciski palców. Miałem ze sobą protokoły z przesłuchania w komitecie śledczym i obdukcje lekarskie, oni je zeskanowali. Sprawdzili też nasze telefony. Potem w szpitalu zbadali nasz stan zdrowia, a następnie zawieźli nas do ośrodka dla cudzoziemców w Białej Podlaskiej – opowiada Maksim.

W Domku Grabarza dwaj Maksimowie zamieszkali z Romą i Loszą, Białorusinami, których poznali w ośrodku.

– Wcześniej tułaliśmy się po hostelach w Warszawie, gdzie większość mieszkańców stanowili migranci. W jednym jakiś Polak pod wpływem narkotyków rzucił się na nas z nożem, więc uciekliśmy. Właścicielka hostelu nie zwróciła nam pieniędzy za noce, których tam nie spędziliśmy. Powiedziała, że to nasz problem – opowiada Maksim. – Jako uchodźcy, bez dokumentów, nie możemy legalnie pracować. Jacyś Polacy wzięli nas na budowę, ale nie zapłacili. Kiedy w końcu przyjechaliśmy do Szczecina, byliśmy szczęśliwi. Domek w parku, w centrum miasta. Po nocach lisy przychodzą, obok rośnie wielki orzech laskowy. Wokół cisza i rzekę widać.

– W dużym pokoju na parterze domu odbywają się koncerty, wystawy, a na górze jest łóżko i materace, i tam śpią chłopaki – opowiada Alexander Kühl. – A teraz zaprosiłem ich do mojego domku na wsi, bo sam jechałem tu na kilka dni.

– W sumie to nie wiem, w jakim języku rozmawiamy z Alexandrem, ale rozumiemy się nieźle – śmieje się Maksim. – Poza tym jego mama zna rosyjski. Ostatnio budowaliśmy u nich na działce jurtę, bo mama jest zafascynowana Mongolią. Nagle złapałem się na myśli, jakie to absurdalne: Niemiec, Polak i Białorusin budują mongolską jurtę w Polsce.

Gdy pytamy Maksima, co Polska mogłaby zrobić dla Białorusinów, którzy uciekają przed prześladowaniami, odpowiada: pozwolić legalnie pracować tym, którzy przyjechali jako uchodźcy.

– Jesteśmy tu od sześciu tygodni, a jeszcze nie dostaliśmy zasiłku. Mamy nadzieję, że zaraz to nastąpi, bo nie mamy za co żyć. Ale na szczęście ludzie pomagają. Gdy byłem w Warszawie, mieszkający tam Białorusini pisali do mnie w mediach społecznościowych, zapraszali na pizzę, kupowali jedzenie przez internet. Od białoruskiej organizacji Byhelp, która organizuje zbiórki na pomoc na Białorusi i za granicą, dostałem pieniądze na ciepłe buty, a znajomi Alexa przywieźli kurtkę. Z kolei Białoruski Dom z Warszawy obiecał, że załatwi mi miejsce w szpitalu, jak już odbędę przesłuchanie na status uchodźcy. Muszę podleczyć kręgosłup.

Nauczę polskiego

– Będę wpłacał co miesiąc parę złotych. Jestem emerytem, więc nie szaleję, ale chociaż troszeczkę pomogę – napisał do nas Tomasz po reportażu w „Dużym Formacie” o Białorusinach, którzy uciekli do Polski. Poprosił o numer konta organizacji, którą warto wspierać.

– Kiedyś mocno angażowałem się w „Solidarność”, za co moja rodzina zapłaciła wysoką cenę i płaci ją do dziś, ale zgodnie uważamy, że to był zaszczyt i przywilej – mówi Tomasz. – Dzisiejsze dążenia Białorusinów do wolności przypominają mi tamte czasy i wierzę, że im się uda.

Inny czytelnik, Arkadiusz, zaproponował mieszkanie w zamian za opłatę czynszu – 44 metry kwadratowe w Dąbrowie Górniczej.

Z kolei Karolina po przeczytaniu reportażu zaproponowała pomoc w nauce języka. „Mam doświadczenie w uczeniu polskiego jako obcego i doradztwie zawodowym. Chętnie pomogę Białorusinom w adaptacji. W moim przypadku wyjazdy za granicę były zawsze sytuacjami z wyboru, w komforcie i bezpieczeństwie. Zawsze mogłam wrócić do domu i otrzymać wsparcie. Uciekający Białorusini nie mają takiego luksusu ” – napisała.

Skontaktowaliśmy ją z Centrum Białoruskiej Solidarności, które poszukuje wolontariuszy. – Wybrano już osobę, której będę mogła pomóc – poinformowała nas później.

Mam cztery pokoje

Andrzej Lulka, radca prawny z Warszawy, zaoferował Białorusinom mieszkanie.

– Z wielu powodów się zaangażowałem. Obrazki z Białorusi w telewizji przypominają mi to, co widziałem w dzieciństwie na własne oczy w Szczecinie. Stan wojenny, protesty i strach. Znam ludzi, którzy uciekli z PRL do Stanów, przeszli przez obozy uchodźców w Berlinie czy Wiedniu. Czyli byli w takiej samej sytuacji jak dziś Białorusini. Sam wielokrotnie korzystałem z pomocy. W stanie wojennym francuska rodzina przysyłała mi paczki, a kiedy kończyłem szkołę, zaprosiła na sześć tygodni do Caen w Normandii i opłaciła kurs językowy. Dzięki temu nauczyłem się języka, co potem wpłynęło na moją karierę. Dziś doradzam francuskim firmom. Uznałem, że czas, bym teraz ja komuś pomógł. Akurat znałem Włada Kobetsa, białoruskiego aktywistę. Już przed wyborami mówił, że ewakuują ludzi zaangażowanych w kampanię i dziennikarzy. A ponieważ od roku miałem wolne mieszkanie, które próbuję sprzedać, postanowiłem je udostępnić. Ma cztery pokoje, około 100 metrów kwadratowych. Nawet nie wiem, kto tam teraz mieszka, ufam Władowi. Potem dowiedziałem się, że w Centrum Białoruskiej Solidarności, które Wład współtworzy, brakuje komputerów. Oddałem im swój stary, dwa inne udało mi się pozyskać z kancelarii, w której kiedyś pracowałem. Bo w ludziach jest chęć pomocy, tylko trzeba im pokazać, od czego zacząć.

– Andrzej nam bardzo pomógł. Przez jego mieszkanie przeszło już kilka rodzin – opowiada Vlad Kobets z CBS. – Użytkujemy je kompletnie za darmo. Teraz wspiera nas przy rejestracji Centrum, które jest na razie organizacją nieformalną.

Problem mieszkaniowy w tej chwili jest najbardziej palący, mamy zgłoszenia od około 200 osób, które potrzebują bezpłatnych lub bardzo tanich mieszkań – mówi Kobets. – Na stronach urzędów wojewódzkich można znaleźć adresy hoteli, które powinny przyjmować ludzi na kwarantannę, ale jak nasi działacze tam dzwonią, to okazuje się, że już się tym nie zajmują. Wygląda na to, że lista adresów nie jest aktualizowana. W takiej sytuacji naszym rodakom pozostają ośrodki dla uchodźców. Zwracaliśmy się z apelami o pomoc do hoteli i uniwersytetów, których akademiki w związku z COVID-em świecą pustkami, żeby udostępniali pokoje Białorusinom, ale spotkaliśmy się z odmową. Apelujemy także do zwykłych ludzi, dopóki nie znajdzie się jakieś systemowe rozwiązanie.

Na szczęście mamy ludzi, którzy chcą pomagać. Poza Andrzejem Lulką jest Mariusz Markiewicz, biznesmen, który wynajął nam z dużą zniżką swoje mieszkanie i dom pod Warszawą. To pomoc dla kilku rodzin.

Mamy trochę pieniędzy na opłaty ze zbiórek od organizacji Byhelp, Bysol, różnych inicjatyw. I mamy też kierowcę ciężarówki, który zostawił nam mieszkanie w zamian za opłacanie czynszu. Sam jest ciągle w trasie. Nawet nie mam jego numeru telefonu. Po prostu do nas przyszedł i powiedział, że jego rodzice byli w „Solidarności”, więc on też chce być solidarny.

Kupiłam pastę do zębów

– Od kilku miesięcy śledzę informacje na temat Białorusi. Czuję się bezsilna. Jak zobaczyłam listę na Facebooku, że Białorusinom w Polsce brakuje najbardziej podstawowych rzeczy, szamponu czy pasty do zębów, przeżyłam szok.

Kiedy Agnieszka Strzałka, programistka od ponad pół roku pracująca w Londynie, dowiedziała się, że można rzeczowo wesprzeć represjonowanych Białorusinów, którzy przebywają w polskich ośrodkach dla cudzoziemców, od razu złożyła zamówienie w sklepie za kilkaset złotych. – Takie zakupy to niewielka, ale realna pomoc. To normalny, ludzki odruch.

Płacę ja, mieszka Jana

– Żadna ze mnie bohaterka. Mieszkanie, które wynajmuję, i tak stało puste, bo w czasie pandemii mieszkam u chłopaka na wsi – mówi Magdalena, która swoje wynajmowane 52 metry oddała w użytkowanie 33-letniej Janie z ośmioletnim synem. – Jana na jednym z protestów zerwała maskę z twarzy funkcjonariusza OMON-u. Miała z tego powodu takie nieprzyjemności, że zdecydowała się na ucieczkę – wyjaśnia. – Poznałyśmy się przez koleżankę, aktywistkę, która pomaga Białorusinom. Zadzwoniła do mnie, że jest młoda dziewczyna, która mieszka z synem w ośrodku dla uchodźców.

Wiedziała, że mam puste mieszkanie. Zdecydowałam się, że jej je udostępnię, nie mogłam postąpić inaczej, wiedząc, w jakich mieszkają warunkach. Właściciel mieszkania nie wie, że przekazałam mieszkanie Janie, ale płacę czynsz regularnie, mam nadzieję, że nie będzie żadnych problemów. Myślę, że potrzebę pomagania wynosi się z domu. Moja mama, jak się dowiedziała o Janie, od razu zrobiła przegląd szafy. Przesłała jej wór ciuchów, bo noszą podobny rozmiar. Z Janą jestem w stałym kontakcie. Piszemy do siebie przez tłumacza Google’a. Spotkamy się, jak pandemia trochę się uspokoi.

Zapraszam na spacer i kawę

Ania, prawniczka z Warszawy, jest Białorusinką, ale w równym stopniu czuje się Polką. – Mieszkam w Warszawie od 11 lat, skończyłam tu prawo, znalazłam miłość – opowiada. – Kiedy na Białorusi zaczęły się protesty, a służby zaczęły torturować ludzi, czułam się podle, że jestem tutaj bezpieczna. Zaczęłam pomagać chyba dlatego, by uspokoić własne sumienie. Czułam się źle z tym, że nie jestem na Białorusi, nie biorę udziału w marszach, że z innymi nie walczę o wolność. Moi bliscy ryzykują zdrowie i życie, by zamanifestować niezgodę na rządy Łukaszenki, a ja spokojnie żyję sobie w Warszawie. Przerażenie odczułam w momencie, kiedy nie mogłam skontaktować się z najbliższymi. Na Białorusi nie było internetu, a połączenia telefoniczne są bardzo drogie i dzwonienie kilka razy dziennie wiąże się z ogromnymi kosztami. Na fanpage’u jednej z sieci komórkowych wszystko to opisałam i poprosiłam – w imieniu wszystkich Białorusinów mieszkających w Polsce – o obniżenie kosztów połączeń w geście solidarności. Dostałam lajki od kilku tysięcy osób. Krótko po tym pojawiła się decyzja o obniżeniu taryfy. Przez trzy tygodnie minuta połączenia z Białorusią kosztowała 1 zł brutto, zamiast wcześniejszych 2.

Dziś pomagam uciekinierom z Białorusi. Wyjaśniam, jakie mają prawa, jakie warunki trzeba spełnić, żeby podjąć pracę.

Czułam bezsilność, kiedy w komunikatorze Telegram, w grupie założonej przez mieszkańców ośrodka dla uchodźców, pojawiły się zdjęcia brudnej pościeli i karaluchów, a ludzi pisali, że nie mają podstawowych rzeczy, bo uciekli bez niczego.

Napisałam na Facebooku, że potrzebna jest pomoc, że każdy pewnie ma rzeczy do oddania. Gdy po dwóch godzinach znów weszłam na Fejsa, oniemiałam, bo mój post został udostępniony ponad dwieście razy, w tym przez Krystynę Jandę i Agnieszkę Holland. Ludzie pisali wiadomości, chcieli oddać ubrania, buty, patelnie. I to wszystko było potrzebne.

Całe moje życie kręci się teraz wokół pomocy. Mój chłopak Marek, który jest Polakiem, jest niesamowicie wyrozumiały, mieszkanie zagracone mamy workami z rzeczami dla Białorusinów. Czasem późną porą zawozi mnie na drugi koniec Warszawy, by przekazać komuś, kto jedzie akurat do ośrodka dla uchodźców, paczkę czy leki. Zaprosiłam do nas na weekend trzech Białorusinów, żeby się poczuli jak w domu. Pokażemy im Warszawę, zjemy domowy obiad. Będziemy zmuszać do mówienia po polsku, żeby się uczyli. W tygodniu chodzę z przyjezdnymi, którzy zatrzymali się w Warszawie, na kawę i ciastko, wtedy też rozmawiamy po polsku. Zawsze staram się im tę kawę kupić, bo często ich nie stać.

Oddam garnitury

Aleś Lapko z Centrum Białoruskiej Solidarności: – Białorusini nie chcą tu siedzieć bezczynnie. Liczą na pierwszą pomoc z mieszkaniem, wysłaniem dzieci do szkoły, a potem chcą pracować. Na razie jedyne, co mogą zrobić, to złożyć wniosek o ochronę międzynarodową i czekać na jej przyznanie. Dopiero wtedy będą mogli pracować. To potrwa kilka miesięcy. Jest inna wiza, nacjonalna D23, z którą można dostać zezwolenie na pracę, ale z jakiegoś powodu polskie władze jej nie wydają. Nie wiemy dlaczego, ale liczymy, że wkrótce to się zmieni. Sejm za kilka dni ma uchwalić poprawkę umożliwiającą podjęcie pracy na wizach humanitarnych.

Z jednej strony trochę to rozumiem: premier obiecał, że wpuści uchodźców z Białorusi, i słowa dotrzymał, na tym jego rola się skończyła, a dalej mają się nimi zajmować organizacje pozarządowe. Ale na przykład poseł Michał Szczerba często u nas bywa. Pomaga w rozmowach z miastem w kwestii biura, bo teraz jesteśmy w gościach u Fundacji Rozwoju „Oprócz Granic”, która za chwilę zacznie w tych pomieszczeniach zajęcia z języka polskiego dla cudzoziemców. Dlatego potrzebujemy swojego lokum.

Aleś Lapko opowiada, że Michał Szczerba pomaga też w drobniejszych sprawach. – Ostatnio w Polsce znalazł się Andriej Ostapowicz, śledczy z Białorusi. Uciekał przed służbami pieszo przez las. Szczerba zobaczył, że Andriej przyszedł na konferencję prasową w tym samym ubraniu, w którym wyszedł z domu w Mińsku. Następnego dnia przychodzę do centrum, a tu stoi wielka torba z ubraniami i leżą garnitury w pokrowcach. To dzięki Szczerbie Andriej teraz chodzi taki elegancki. Został u nas w Centrum koordynatorem programu pomocy dla byłych funkcjonariuszy służb, których tu przybywa. Już kilkuset siłowików poprosiło o wsparcie organizację Bysol, która zbiera fundusze na pomoc byłym funkcjonariuszom.

Michał Szczerba: – To był naturalny odruch. Pojechałem do domu, wybrałem z szafy, co miałem lepszego i na oko pasującego na Andrieja, i zawiozłem.

Szczerbie z trudem idzie mówienie o tym, jak pomaga. Ostatnio włączył się w akcję sprowadzenia do Polski na leczenie dwóch osób, które zostały ranne podczas protestu. – Chłopak stracił pół stopy, był postrzelony, dziewczynie gumowa kula przebiła policzek, miała też zranione nogi. Wspólnie z Domem Białoruskim ich sprowadziliśmy. Dostali wizy humanitarne, byli leczeni w jednym z warszawskich szpitali, a obecnie są na rehabilitacji w sanatorium – mówi poseł.

Gramy i zbieramy

– Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z Białorusinami. Chyba nawet żadnego nie znałam. Tym, co się dzieje u naszych wschodnich sąsiadów, zainteresowałam się latem, kiedy na protesty zaczęły wychodzić kobiety z kwiatami w dłoniach – mówi Ala Kromka, studentka psychologii, współorganizatorka charytatywnego koncertu „Nadzieja dla Białorusi”. – Pomysł zorganizowania koncertu podsunęła moja koleżanka Nadia z kolektywu Stacja Nadzieja, który zajmuje się nagłaśnianiem ważnych problemów społecznych. Kiedy do Polski zaczęli przyjeżdżać pierwsi uchodźcy, a temat Białorusi stał się mniej obecny w mediach, razem z grupą znajomych zorganizowaliśmy koncert zaprzyjaźnionych zespołów w warszawskim klubie Dzik, dochód – 2 tysiące złotych – przelaliśmy na Centrum Białoruskiej Solidarności.

Mieszka z nami były milicjant z dziewczyną

Aleksander, inżynier na warszawskim Żeraniu: – Wieczorem, po pracy, zadzwonili do mnie Białorusini, którym uciekł ostatni pociąg do Łodzi. Musieli tam dotrzeć, bo nie mieli noclegu w Warszawie. Zawiozłem ich samochodem. Innego dnia Lena, moja dziewczyna, obiegła banki, żeby dowiedzieć się, gdzie można założyć konto, jak się nie ma ani PESEL-u, ani NIP-u. Później chodziliśmy z kilkoma osobami, żeby to zrobić. Czasami tłumaczymy proste rzeczy, jak działają kasy samoobsługowe, że słowo „owoce”, które przypomina rosyjskie „owoszczi”, czyli warzywa, tutaj znaczy coś innego. Przez te dwa miesiące angażowania się w losy Białorusinów zyskaliśmy wielu przyjaciół. Wcześniej znaliśmy tu dwóch, trzech Białorusinów. Teraz na wielu sami możemy liczyć.

Lena, partnerka Aleksandra: – Z nami mieszka były milicjant z dziewczyną, po protestach zrzucił mundur. Poznałam ich na dworcu, znajoma poprosiła, żeby po nich wyjechać. Kwarantanna zaczynała się im dopiero wieczorem, więc pojechaliśmy na zakupy, a potem odwiozłam ich do miejsca, gdzie mieli ją odbyć. Później kilka razy podrzucaliśmy im z moim chłopakiem jedzenie, dzwoniliśmy, żeby upewnić się, czy wszystko w porządku. Po kwarantannie okazało się, że nie mają gdzie mieszkać, a u nas był wolny pokój. Wszystko im tłumaczymy: w którym sklepie jest taniej, uczymy polskiego, żeby szybciej znaleźli pracę i poznali ludzi.

Dajemy zapomogi

Rękę z pomocą do Białorusinów wyciągnęli członkowie NSZZ Policjantów.

– Jakiś miesiąc temu zwróciłem się do białoruskich milicjantów z apelem, by nie krzywdzili własnego narodu, by przestali brać udział w biciu ludzi i preparowaniu fałszywych oskarżeń – opowiada Rafał Jankowski, przewodniczący związku. – Apel opublikował Biełsat. Obiecałem wtedy, że jeżeli któryś z funkcjonariuszy przyjedzie do Polski i będzie potrzebował pomocy, to pomożemy. Teraz szukamy mieszkania dla majora białoruskiej milicji, który przyjechał z żoną i dwójką dzieci. Pomimo iż wszyscy deklarują solidarność z Białorusią, nie jest to takie proste. Szukam takich miejsc w całym kraju. Ostatnio prezydenci dwóch miast z południa Polski wstępnie zadeklarowali pomoc z mieszkaniem, pracą i szkołą dla dzieciaków.

Z kolei prześladowanym dziennikarzom pomagają pracownicy Biełsatu. – Wspieramy naszych pracowników, którzy byli represjonowani, bici – mówi Agnieszka Romaszewska-Guzy, szefowa stacji. – To są nasi dziennikarze, operatorzy, fotoreporterzy. Dajemy im zapomogi, organizujemy im też pobyty w Polsce, żeby mogli odetchnąć, odpocząć od stresu, pożyć w społeczeństwie, gdzie widok policjanta nie wywołuje gęsiej skórki. Załatwiamy im nocleg, a niektórym także leczenie. Nie mogę podać więcej szczegółów na temat osób, którym pomagamy, bo mogą mieć później problemy z opuszczeniem Białorusi kolejny raz. Opiekują się nimi nasi pracownicy mieszkający w Polsce.

Alina Koushyk, dziennikarka telewizji Biełsat, pracująca teraz także w Centrum Białoruskiej Solidarności: – Pomagać można na różne sposoby, często niewymagające nakładów finansowych, a jedynie poświęcenia czasu. Dla uchodźców czy Białorusinów, którzy w obawie przed represjami zdecydowali się przyjechać do Polski, oprócz wsparcia rzeczowego czy finansowego ważne jest także poczucie, że nie są sami. Nie mówię, że trzeba od razu się zaprzyjaźniać, to mogą być nawet przelotne spotkania, wspólne wyjście na kawę od czasu do czasu, rozmowa, pomoc w zrozumieniu polskiej rzeczywistości, np. jak kupić bilet miesięczny. Ci ludzie zaczynają tu życie od początku. Wolontariusze mentorzy, którzy mogliby ich wesprzeć psychicznie, poświęcić godzinę, dwie swojego czasu, są również potrzebni, a ich rola podczas procesu aklimatyzacji w nowym miejscu – nieoceniona.

Szukam sponsorów

Katarzyna Skopiec z Warszawy kilka dni temu z białoruską aktywistką Janą Shostak zawiozły do ośrodka dla cudzoziemców samochód rzeczy. – Jestem współzałożycielką fundacji Humanosh imienia Sławy i Izka Wołosiańskich, moich dziadków, którzy w trakcie II wojny światowej uratowali 39 Żydów – mówi Katarzyna. – Zamieściłam na stronie fundacji apel o pomoc dla Białorusinów. Między innymi jeden z potomków uratowanych przekazał nam datek. Kupiliśmy za to łyżki, noże, widelce, talerze, patelnie i inne rzeczy codziennego użytku, których ośrodek nie zapewnił swoim mieszkańcom – opowiada.

Katarzyna planuje kursy polskiego dla Białorusinów, którzy opuszczają ośrodek (mają tam tylko godzinę tygodniowo). Szuka też sponsorów, którzy zapewnią represjonowanym dłuższą pomoc. – Chciałabym wynająć kilka mieszkań, gdzie ci ludzie mogliby zacząć od nowa. Dostawaliby pokój przynajmniej na trzy miesiące, a w tym czasie zorganizowalibyśmy im nowe życie – wyjaśnia.

Katarzyna Skopiec los uchodźców zna od podszewki. Sama jest matką dwóch dziewczynek z Tybetu. Adoptowali je z mężem kilkanaście lat temu.

– Starsza przyjechała do Polski na zaproszenie swojego wuja, który tu wtedy mieszkał. Otrzymała stypendium w ramach wymiany kulturowej, jedna z polskich rodzin zadeklarowała, że będzie się nią opiekować, ale nie wyszło. Dowiedziałam się o tym z artykułu w „Dzienniku”. Zgłosiliśmy się z mężem. Na początku nie myśleliśmy o adopcji, ale później okazało się, że mama dziewczynki zmarła, a w Tybecie została jej młodsza siostra. Mąż bez wahania po nią pojechał. Ojciec dziewczynki nie mógł się nimi opiekować, miał jeszcze inne dzieci, nie dawał rady.

Z córkami przeszłam w Polsce całą procedurę uchodźczą i wiem, jakie to trudne i nieprzyjemne. Przez kilka lat czułam, że ponoszę porażkę za porażką, bo nie rozumiałam procedur, kolejek, wymagań. Jednocześnie obserwowałam zmagania czekających w urzędzie na swoją kolej uchodźców z Czeczenii i Ukrainy, słuchałam ich historii. Frustrowało mnie to. Widziałam też, jak urzędnicy i Polacy traktują uchodźców: często jako gorszych ludzi. Chcę tego chociaż w jakimś stopniu oszczędzić Białorusinom. Oni są wdzięczni za to, że Polska ich wpuściła, ale potem są pozostawieni sami sobie. Warunki w poszczególnych ośrodkach dla cudzoziemców pozostawiają wiele do życzenia – w niektórych panuje plaga karaluchów i myszy. Brakuje podstawowych środków higieny, ubrań. Zorganizowałam już kilka transportów z rzeczami do ośrodków.

Przez moje mieszkanie w ostatnich dwóch tygodniach przewinęło się kilkanaście osób z Białorusi. Trafiają do mnie przez znajome aktywistki, czasami sami dzielą się moim kontaktem z kolejnymi przyjeżdżającymi.

Ludzie zostają na noc, na kilka nocy. To są często osoby bardzo uzdolnione, z kilkoma fakultetami. Było małżeństwo farmaceutów. Zostali zatrzymani przez milicję na ulicy, kiedy wyszli pomóc rannym protestującym. Mieli leki, bandaże, chcieli ich opatrywać. Później ich prześladowano, nachodzono. Musieli uciekać z kraju. Był też inżynier konstruktor, młody chłopak, torturowany w areszcie Okrestino. Teraz pracuje w Uberze. Nie, nie ma wizy pracowniczej, ale w tym świecie są także inne rozwiązania, o których nie chcę mówić otwarcie, żeby nikomu nie zaszkodzić. Z czegoś musi żyć. W przyszłości chce znaleźć pracę w swoim zawodzie.

Zapraszam do warzywniaka

– Czy ja robię coś szczególnego… jedynie tyle, ile mogę, dzięki pani Kasi Skopiec – mówi Ewa, właścicielka warzywniaka w Warszawie. – Jest moją klientką, mieszka niedaleko. Obserwuję ją na Facebooku, ona tam wrzuca apele. Jak przeczytałam o ośrodku dla uchodźców, od razu zareagowałam. Zazwyczaj się nie angażuję w zbiórki, bo osób potrzebujących jest dużo i nie wiadomo, komu pomagać, a są też tacy, którzy na zbiórkach żerują. Więc biorę udział tylko wtedy, kiedy mam pewność, że pomoc rzeczywiście dotrze, gdzie powinna.

Mam wspaniałych klientów, którzy na mój apel naznosili mnóstwo ubrań, koców, śpiworów, ciepłych kurtek i zabawek dla dzieci. Wszystko czyste, ładnie zapakowane. Jutro pojedzie od nas cały transport do pani Kasi, niech ona później to rozdzieli. W warzywniaku postawiłam też plastikowy koszyczek, napisałam „Zbiórka dla Białorusinów”, do którego zbieraliśmy pieniądze na żywność. Kto chciał, wrzucał. W trzy dni zebraliśmy 980 złotych. Uważam, że to sukces, bo ludzie różnie podchodzą do takich zbiórek, poza tym większość dziś nie ma przy sobie gotówki i płaci kartą. Ale niektórzy szli do bankomatu wypłacić i wrzucali. Za te pieniądze zrobiłam cały bagażnik zakupów. Mąka, cukier, kawa, herbata, słodycze, pasztety, puszki, makarony, olej. Żeby na dłużej starczyło. Dołożę jeszcze od siebie owoce i warzywa. W zeszłym tygodniu innym transportem przekazałam jabłka, mandarynki, co miałam w sklepie. Wtedy to była nagła akcja, bo pani Kasia jechała i spakowałam paczkę w 10 minut.

Jeśli będzie trzeba, to przed świętami zorganizujemy kolejną zbiórkę na żywność. Nikt by nie chciał znaleźć się w takiej sytuacji, w jakiej są obecnie Białorusini. A też nie wiadomo, co nas samych może czekać jutro. Mam nadzieję, że chociaż troszkę podniesiemy tych ludzi na duchu. Niech wiedzą, że nie zostali sami.

PS

Na posiedzeniu Sejmu 27-28 października ma zostać przegłosowana poprawka w ustawie o cudzoziemcach, zgodnie z którą osoby na wizach humanitarnych będą mogły podjąć pracę. Jeśli tak się stanie, zmiany wejdą w życie 14 dni po podpisaniu ustawy przez prezydenta.

Tu możesz pomóc białoruskim uchodźcom:

Centrum Białoruskiej Solidarności
info.cbs@ protonmail.com
tel. 668 936 213
Fundacja Humanosh
kasia.skopiec@gmail.com
tel. 661 331 800

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.