Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wiktoria Bieliaszyn: Wład, jesteś teraz na Litwie, na razie bez możliwości powrotu na Białoruś.

Władysław Wład Sokołowski: – Nigdy nie przypuszczałem, że będę musiał uciekać z Białorusi. Skorzystałem z pomocy, jaką zaproponowały mi władze Litwy. Spakowałem się w kilka godzin. Zostawiłem wszystko. Bliskich, masę niedokończonych spraw...

Kilka tygodni temu widziałam cię w Mińsku. Razem z kolegą, który także jest operatorem dźwięku, na koncercie organizowanym przez władze miasta włączyłeś nieoficjalny hymn opozycji, czyli piosenkę Wiktora Coja „Pieriemien”, a jakby tego było mało, uniosłeś w górę rękę z białą wstążką – symbolem Swiatłany Cichanouskiej.

To był jedyny sposób na zamanifestowanie swoich poglądów i odcięcie się od propagandy władzy.

Wielokrotnie odpowiadaliśmy za dźwięk podczas imprez Pałacu Młodzieży, jednak tego dnia, 6 sierpnia, zorganizowane przez miasto święto edukacji dla dzieci i młodzieży na skwerze Kijowskim miało uniemożliwić Swiatłanie Cichanouskiej przeprowadzenie przedwyborczego wiecu w Mińsku. Co więcej, powiedziano nam, że podobne, wcześniej nieplanowane święta czy wydarzenia będą się odbywać też w kolejnych dniach. Wszystkie miejsca w mieście przeznaczone na działalność agitacyjną miały być zajęte aż do dnia wyborów.

Nie miałem wcześniej pojęcia, że impreza, którą zgodziłem się obsługiwać, ma pokrzyżować plany opozycji. Dowiedziałem się w dniu imprezy, przed południem od współpracownicy Cichanouskiej Olgi Kowalkowej.

I co zrobiłeś?

Przez cały dzień starałem się z tego wykręcić. Tłumaczyłem kierownictwu, że się na to nie pisałem, że proszę, by pozwoliło mi zakończyć pracę zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, czyli o 19, bo wtedy miał się oficjalnie zakończyć dzień edukacji, a rozpocząć koncert, który miał uniemożliwić wiec Cichanouskiej.

Ten koncert nie miał żadnego scenariusza, nie miałem pojęcia, czego właściwie od nas oczekują, co mamy robić.

Ale kierownik zaczął przedłużać nam czas pracy. O godzinę, dwie, trzy. Wtedy jasne już było, że nie uda nam się nie być częścią tej państwowej, represyjnej machiny. Włączenie piosenki Coja wydawało mi się wtedy najlepszym sposobem, by pokazać, że my się na to wszystko nie zgadzamy.

Kiedy z głośników rozległy się pierwsze nuty piosenki, widziałam, że zgromadzeni na placu ludzie byli w szoku.

Ja zacząłem się bać właśnie w tym momencie, kiedy zza konsolety zobaczyłem ich twarze.

Gdy włączyliśmy piosenkę Coja, jakby zamarli, przez kilka sekund nie wiedzieli, co się dzieje, skąd właściwie dobiega ta muzyka, później zaczęli klaskać, śpiewać, wyciągać biało-czerwono-białe flagi. Wszyscy doskonale wiedzieli, po co tu przyszli. Nikt nie chciał brać udziału w święcie edukacji, skoro SwiatłanaCichanouska ogłosiła, że mimo wszystko zaprasza ludzi na skwer Kijowski. Niektórzy nawet wierzyli w jej przybycie, ale pojawiła się jedynie Maria Kalesnikawa.

W tym samym czasie moi kierownicy zaczęli biegać, wyrywać kable, niszczyć sprzęt. Zaskoczyło mnie to. Myślałem, że podejdą i powiedzą, że mamy wyłączyć piosenkę. Ustaliliśmy zresztą z kolegą, że jeśli ktoś zgłosi pretensje, sami wyłączymy muzykę. Chodziło nam tylko przecież o wyrażenie solidarności z ludźmi, a nie o jakiś większy konflikt.

W pierwszym momencie, kiedy piosenka została już rozpoznana przez wszystkich, w tłumie słyszałam opinie: „Brawo! Mołodcy, ale szkoda chłopaków, zaraz ich złapią i posadzą”.

Pamiętam, że podbiegła do mnie wtedy dziennikarka portalu Tut.By i powiedziała: „Zaraz mogą aresztować i wsadzić do więzienia. Dajcie mi numery telefonów swoich bliskich. Kogo powiadomić? Wy możecie nie zdążyć”.

Czyj numer podałeś?

Mamy.

Wtedy zrobiło się już strasznie. Zrozumiałem, że to się gładko nie zakończy, ale i tak miałem nadzieję, że może dostaniemy karę administracyjną, mandat albo że nas zatrzymają na chwilę i przesłuchają, żeby wyjaśnić sprawę. Nie sądziłem, że nas osądzą, skażą, umieszczą w areszcie Okrestino.

Musiało minąć jeszcze kilka chwil, żebym wystraszył się jeszcze bardziej. Widziałem potem na nagraniach, że w pewnym momencie zbieram swoje rzeczy, plecak i że idę zagubiony w stronę wyjścia. Myślałem, że zaraz zbiegnie się grupa OMON-owców, że przy wszystkich mnie pobiją dubinkami, zaczną brutalnie zatrzymywać.

Ale niby was wypuścili.

Nie od razu. Nie do końca. Kierownicy powiedzieli mi, żebym wracał, podłączył na nowo wszystkie kable i kontynuował koncert. Nie dało się. Wyrwali te kable z mięsem, wszystko popsuli. Powiedziałem, że nie ma opcji, koncert zakończony. Wtedy kierownik powiedział, że skoro ludzie krzyczą: „Wolności!”, to oni nam ją dają i że możemy sobie pójść.

Kilka chwil później obaj dostaliśmy powiadomienia w naszych pracowniczych aplikacjach, że zostaliśmy usunięci z czatów pracowniczych. Po areszcie co prawda, o dziwo, nas do nich przywrócono.

Do domu jednak żadnemu z was nie udało się tego wieczoru dotrzeć.

Kiedy powiedzieli, że mogę sobie pójść, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Wyszliśmy razem, poszliśmy najpierw po wodę, za nami szedł już tzw. tichar, czyli człowiek w cywilu, z kamerą, współpracujący ze służbami. Cały czas nas filmował. Ludzie, którzy byli na tym koncercie, podchodzili do nas i ostrzegali, żebyśmy nie skręcali w bramy ani w podwórza, bo „już tam na nas czekają”.

Skierowaliśmy się do metra, ale nie zdążyliśmy dojść do stacji. Podeszli do nas ludzie w cywilu, pokazali dokumenty, zaprowadzili do samochodu. Nie było sensu uciekać, wiadomo: ustalenie naszych adresów to dla nich kilka minut.

A czy wtedy, kiedy wychodziliście z koncertu, miałeś nadzieję, że rozejdzie się to po kościach?

Z jednej strony wiedziałem, że najprawdopodobniej zatrzymają nas po drodze, ale miałem nadzieję, że uda mi się wrócić do domu. Myślałem, że może jutro po mnie przyjdą, a może przynajmniej wieczorem. Bardzo mi zależało, by wrócić do domu i przynajmniej się spakować, żeby nie zabrali nas tak prosto z ulicy, jak to się w efekcie stało.

Co było później?

Wsiadłem spokojnie do samochodu, tłumaczyłem się z każdego swojego ruchu, np. że zdejmuję plecak, że chcę wyłączyć telefon, że zapinam pas, że...

Skąd wiedziałeś, że tak trzeba robić?

Wiem, jak działają nasze struktury siłowe. Każde zachowanie może zostać potraktowane, zinterpretowane w taki sposób, by zaszkodzić zatrzymanemu.

Zawieźli was na komisariat?

Tak, a później, po północy, do więzienia.

Na komisariacie dostałem do podpisania protokół, w którym przyznaję się, że zaplanowałem zakłócenie wydarzenia kulturalnego dla dzieci. Nie zgodziłem się na to.

Milicjant powiedział mi, że nie ma sensu poprawiać, że trzeba podpisać to, co mi dają, a sprawa zostanie wyjaśniona w sądzie, ale nie dałem się przekonać. Rozpisałem, punkt po punkcie, co się wydarzyło.

Później dostałem do podpisania protokół zatrzymania, z którego wynikało, że nie podporządkowałem się poleceniom funkcjonariuszy. Czytałem w nim: „Władysław Sokołowski nie reagował na polecenia funkcjonariusza milicji, nie zatrzymał się, krzyczał: Nie jesteś moim kierownikiem! , zachowywał się agresywnie”. Po kilkunastu godzinach ciągłego składania wyjaśnień i tłumaczenia, że nic, co zapisali w protokołach, tak naprawdę się nie wydarzyło, przewieźli nas do Okrestino.

Co tam zobaczyłeś?

Najpierw trafiłem do karceru, czyli jednoosobowej celi. Po pięciu dniach przenieśli mnie na kolejne pięć do sześcioosobowej celi, w której siedzieliśmy w trzydziestu.

W karcerze byłem co prawda sam, ale nie miałem możliwości, żeby spać. Nie dostałem pościeli, przez trzy noce nie odchylali mi zresztą nawet leżanki, bo o tym, czy więzień może się położyć, decyduje klawisz obsługujący tę leżankę z zewnątrz. Próbowałem spać na wmurowanym w posadzkę metalowym taborecie, bo podłoga była zalana silnie żrącym chlorem. Nie dało się spać, nie dało się oddychać, bo chlor był bardzo duszący, ciągle też łzawiły mi przez niego oczy.

Nie pomyślałeś wtedy, że żałujesz? Że to było niepotrzebne?

Ani przez moment. Ani wtedy, ani teraz nie żałuję. To był jedyny właściwy ruch, na który mogłem sobie wtedy pozwolić. Gdybym mógł cofnąć czas, zrobiłbym to samo.

Nie mogę już patrzeć na to, co się dzieje z tym krajem. W czasie, kiedy cały świat kroczy do przodu, my, w najlepszym przypadku, stoimy w miejscu, choć raczej się cofamy. Odstajemy od reszty Europy. Odczuwam to na każdym kroku. Latem usiłowałem naprawić swój motocykl. Części zamienne na Białorusi są bajońsko drogie. Próbowałem je zamówić z zagranicy. Ale to niemalże niemożliwe, bo żadna zagraniczna firma nie chce brać odpowiedzialności za paczkę, która prawdopodobnie i tak nie dojdzie do klienta, bo zostanie zatrzymana albo „zgubiona” na granicy. A to są takie drobiazgi.

W jakich sferach jeszcze to odczuwałeś?

We wszystkich. Chodzi o to, że w kraju żyje się niby dobrze, dopóki nie zwrócisz na siebie uwagi władzy. Urzędnicy i politycy traktują Białoruś jak własny folwark. Człowiek, który chce coś załatwić w urzędzie, jest intruzem. Nie zdążysz się nawet odezwać, a już jesteś z tego urzędu wyrzucany, dosłownie wypychany.

Jakiś czas temu musiałem załatwić coś w sprawie pracy w urzędzie, podszedłem do tablicy informacyjnej, żeby sprawdzić, kto w jakim gabinecie urzęduje, ale nie zdążyłem nawet przeczytać, bo podszedł do mnie ochroniarz i powiedział, że mam wyjść. Kiedy nie zareagowałem, siłą mnie wyprowadził. Nie zdążyłem powiedzieć, jaką sprawę chcę załatwić. Takie rzeczy zdarzają się nagminnie w państwowych urzędach. Jest w nich bardzo wielu kierowników, ale żaden za nic nie odpowiada. W najlepszym wypadku jest się ganianym z jednego gabinetu do drugiego, zbiera się papiery, dokumenty, ale często do niczego to nie prowadzi. Ludzie chcą pracować legalnie, chcą rejestrować działalności, ale żąda się od nich opłaty podatków na ileś miesięcy do przodu i nie od dochodu, ale od przychodu. Dla wielu to nie do dźwignięcia.

Piosenka „Pieriemien”, którą włączyłeś, to apel o zmiany. Jakie ty byś chciał widzieć na Białorusi?

Przede wszystkim gospodarcze. Nie da się normalnie funkcjonować w dzisiejszym świecie z typowo radziecką gospodarką planową, przy której państwo utrzymuje się głównie z pieniędzy pochodzących z kredytów, a ludzie dostają regularnie liche pensje, co jest jedynym powodem, dzięki któremu głośno się nie oburzają. Ludzie są wolni, kiedy mogą pracować na siebie i dla siebie. Na Białorusi władza robi wszystko, by nikt nie miał takiej możliwości.

Zarobki są bardzo niskie.

Przez ostatnie dwa miesiące zarabiałem po 120 dolarów. Dwukrotnie obniżyli mi pensję. Niby z powodu koronawirusa. Wielu moich kolegów też to spotkało. Nie było tylu koncertów, wydarzeń...

Jak można przeżyć za 120 dolarów miesięcznie?

Nie da się. Trzeba dorabiać na boku, ale z takiej pracy, mimo że nie da się z niej wyżyć, nie wolno zrezygnować, bo daje legalne źródło dochodów i legalne zatrudnienie. Jeśli nie jest się oficjalnie zatrudnionym, płaci się karę. Czyli mimo że formalnie się nie zarabia, trzeba znaleźć pieniądze, by zapłacić państwu za swoje bezrobocie. Z kolei, jeśli się jakoś te pieniądze znajdzie, to urząd podatkowy zaczyna sprawdzać, skąd się je wzięło, skoro nie ma się dochodów. Błędne koło represji.

Co robiłeś, żeby dorobić?

Grałem jako didżej na chrzcinach, weselach, urodzinach. Łapałem wszelkie okazje. Oprócz tego jestem reżyserem dźwięku. Plusem jest to, że to praca, którą można wykonywać zdalnie. Przez kryzys i koronawirusa pieniędzy udawało mi się zarobić tyle, żeby przeżyć.

Poza sytuacją ekonomiczną coś jeszcze ci przeszkadza?

Ja od dziecka byłem postrzegany przez rówieśników i nauczycieli jako opozycjonista. To oczywiście przesada, po prostu nie mogę robić niczego wbrew sobie, a tego wymaga się od obywateli państw o autorytarnym reżimie. Odmawiałem udziału w subotnikach, czyli cotygodniowych sprzątaniach świata, nie chciałem brać udziału w apelach ani tym bardziej recytować propagandowych wierszy.

Doszło do tego, że na apele czy uroczystości, na których byli przedstawiciele władz i na które szkoły były zobowiązane zagonić swoich uczniów, mnie nie wpuszczano. Wychowawczyni wprost mówiła: „Proszę cię, ty nie przychodź”, bo nigdy nie była pewna, czy czegoś nie zrobię, co mogłoby zasugerować, że jestem przeciwny władzy.

Jak na to reagowali twoi rodzice?

Zawsze mnie wspierali. Ważne było dla nich, żebym myślał i działał zgodnie z własnym sumieniem. Ojciec od zawsze był przeciwny Łukaszence, mama mniej. Niby dostrzegała wady władzy i absurdalne przepisy, nieludzkie traktowanie, ale ta kiepska stabilność, którą zapewniało państwo, dawała jej poczucie bezpieczeństwa i była powodem, by nie występować przeciwko.

A dzisiaj?

Nie usłyszałem od niej ani jednego złego słowa czy wyrzutu. Mama stara się okazywać mi maksymalne wsparcie.

Wład, w pewnym momencie w mediach pojawiła się informacja, że w areszcie Okrestino bił cię zastępca szefa MSW Aleksander Barsukow, który wszystkich zapewniał, że więźniowie nie są traktowani przemocowo.

Mnie i Kiriłła, drugiego operatora dźwięku, który został zatrzymany razem ze mną, traktowali tam inaczej, bo wiedzieli, że uwaga wielu mediów jest skierowana na nas. Nie bili nas, nie chcieli nawet, żebyśmy widzieli, jak biją innych.

Ale trzeciego dnia w areszcie do mojej pojedynczej celi wszedł mężczyzna w cywilu. Kazał mi się odwrócić twarzą do ściany. Powiedział: „I co? Włączyłeś piosenkę? Zmian ci się zachciało? Ludzie wyszli na ulice, jest wielu rannych, pokaleczonych, zatrzymanych. Jesteś temu wszystkiemu winny”. Uderzył mnie ręką dwa razy w plecy, ale to było nic, w porównaniu z tym, co przeżyli tam inni. Bardziej starał się zdołować mnie psychicznie. Mówił, że to przeze mnie trafił do aresztu mój kolega, twierdził, że nie mam co liczyć na szybkie uwolnienie i że pójdę do więzienia na dziesięć lat.

Po jego wizycie strażnicy zaczęli traktować cię inaczej?

Na odchodnym ten mężczyzna powiedział: „A on co, w sanatorium siedzi? Potraktujcie go, jak trzeba”. Od tego momentu bez przerwy pracował wentylator, do celi było wpuszczane zimne powietrze, więc drzemanie na taborecie czy w ogóle jakikolwiek bezruch stały się niemożliwe. Było za zimno. Po dwóch dniach rozebrali mnie do majtek i zaprowadzili do celi sześcioosobowej, w której było ponad trzydzieści osób.

Kogo tam zobaczyłeś?

Przede wszystkim tam się ledwo dało wejść, tylu nas było. A jak już wszedłem, to zobaczyłem ludzi, którzy byli całkowicie sini, niebiesko-czarni. Pobici, pokaleczeni, twarze mieli ubrudzone zaschniętą krwią.

Wtedy zrozumiałem, że na Białorusi coś się wydarzyło, bo przecież podczas pięciodniowego pobytu w karcerze nie docierały do mnie informacje, nie wiedziałem, jaka jest skala protestów.

Co działo się w Okrestino?

Nie widziałem dużo, ale wszystko słyszałem. Nocą z 11 na 12 sierpnia słychać było ryk, bo to nawet nie krzyki. To był ryk bitych, zabijanych ludzi, o oficjalnej liczbie ofiar dowiedziałem się z mediów, ale mając w pamięci te krzyki, mam wrażenie, że jest ich więcej. Słyszałem to przez drzwi, ściany. W celi wszyscy byli z tego powodu podenerwowani. Ktoś nerwowo się śmiał, głośno, szaleńczo, kto inny płakał, a zza drzwi ciągle dobiegały nas krzyki i odgłosy bicia. Wszyscy się baliśmy, że nasza cela jest następna w kolejności, że lada chwila to nas będą bić.

Panika zaczęła się w momencie, kiedy usłyszeliśmy, jak OMON-owiec krzyczał do swoich ofiar, że zrobi z nich inwalidów pierwszej grupy, że już nigdy nie będą chodzić.

Którejś nocy do naszej celi wprowadzili grupę dziesięciu, dwunastu osób. Też pobitych. Rzucili się od razu na butelki z wodą, które napełniliśmy żółtą kranówką, na resztki chleba, które nam zostały. Opowiadali, że przez ostatnią dobę klęczeli na dworze, że byli bici, nie mogli pić, nie mogli korzystać z toalety.

Wład, a w tamtym momencie też nie żałowałeś, że włączyłeś piosenkę Coja?

Nie. Wtedy już byłem pogodzony ze swoim losem, a właściwie nawet z najgorszym możliwym scenariuszem. Myślałem, że trafię do więzienia albo kolonii karnej, zastanawiałem się, jaką pracę mi tam dadzą, i wręcz nie mogłem się tego doczekać, bo bezczynność mnie dobijała. Kiedy trafi się do takich warunków, do takiej celi, to myśli się o najgorszym, nie ma miejsca na optymistyczne wersje wydarzeń.

W pewnym momencie sytuacja jednak się zmieniła.

Do więzienia, do każdej celi wchodził wtedy zastępca szefa MSW, w którym rozpoznałem mężczyznę z karceru. Tego, który mnie odwiedził. Na czas jego wizyty w naszej celi mnie wyproszono, a on zakomunikował, że teraz wszyscy będą stopniowo wypuszczani, że taka jest decyzja władz. Potem zaczęły do nas przychodzić paczki, do mnie nawet takie, których nikt mi nie wysłał, ale widocznie zależało im, żebym nie mógł powiedzieć, że czegoś mi brakowało. Strażnicy przynieśli nam bieliznę pościelową, wyprowadzili na spacer, oddali ubrania...

To były ostatnie dni twojego aresztu?

Ostatniego dnia, po powrocie ze spacerniaka, kiedy w celi zostałem już tylko ja i jeszcze jeden chłopak, zobaczyłem świeżą pościel, a na stole – dwie kolacje, podane na talerzach, ze sztućcami. Jakby to był jakiś hotel. Co chwilę przychodził do nas zastępca kierownika aresztu, pytał, jak się czuję, czy dobrze mnie karmią. Na spacerniaku, który jest placem ogrodzonym murami, a od góry – siatką, zobaczyłem ślady krwi, włosy... Ludzie opowiadali, że wcześniej włosów i zębów leżało tam znacznie więcej.

Dzień przed wyjściem duchowny przyniósł mi malutką butelkę szamponu do włosów, mówił, że mi się przyda, żartując widocznie z tego, że mam długie włosy. Następnego dnia znowu szef aresztu zaprowadził mnie pod prysznic – pierwszy raz od zatrzymania, urządził awanturę swoim podwładnym, że nie włączyli bojlera, sam wyregulował wodę, powiedział, żebym poszedł się umyć i mogę się nie spieszyć. To było żenujące. My przez cały ten czas nie mieliśmy papieru toaletowego, szczoteczki do zębów, czegokolwiek, a tuż przed wyjściem dostałem trzy szczoteczki, trzy pasty do zębów, kilka kostek mydła.

Przygotowali cię do wyjścia.

Ten zastępca nawet zażartował, żebym się wyszykował, żebym wyszedł ładny. Przy wyjściu udzielili mi rady, że przed aresztem są dziennikarze i że lepiej byłoby teraz porozmawiać z rodziną, a nie z mediami.

Nie posłuchałeś.

Przez cztery dni od rana do wieczora razem z Kiriłłem udzielaliśmy wywiadów. Czułem, że muszę, że trzeba opowiedzieć światu o wszystkim, co widziałem i słyszałem.

Piątego dnia zadzwonił telefon. Pracownik MSW Andriej. Prosił, żeby natychmiast przyjechać do siedziby MSW, bo muszą ze mną porozmawiać na temat pewnej publikacji.

Pojechałeś?

Powiedziałem, że natychmiast nie mogę, że przyjadę następnego dnia o 14. Zgodził się, ale już po godzinie usłyszałem dzwonek do drzwi. Zabrali mnie. Przesłuchiwali kilka godzin. Głównie interesował ich ten człowiek w cywilu, który odwiedził mnie w karcerze. Pytali, czy jestem pewien, że to Barsukow, czy jestem pewien, że uderzył mnie, a nie po prostu przyjaźnie poklepał po plecach. Cały czas mówili też, że jeśli twierdzę, że mnie uderzył, to poważny zarzut skutkujący sprawą karną, a przyjazne poklepanie to przecież nic takiego.

Chciałem, żeby sprawdzili nagrania z kamer, bo przecież łatwo było sprawdzić, kto wszedł do mojej celi, ale nie zgodzili się. Te pytania o to, kto mnie uderzył i czy na pewno uderzył, cały czas się powtarzały, aż w końcu usłyszałem, że jeśli twierdzę, że to Barsukow, to czeka mnie sprawa karna i wyrok za oczernianie.

To był koniec?

Później do gabinetu wszedł Barsukow i ostrym tonem zapytał: „Pan mnie rozpoznaje?!”. Mówił, że nie da się oczerniać, że zaskarży mnie i trafię do więzienia.

Wtedy zrozumiałem, że muszę się ratować. Podpisałem papiery i pozwoliłem nagrać swoje oświadczenie, że to nie Barsukow. Jemu z kolei powiedziałem, że się pomyliłem, że przepraszam, ale ponieważ nie wiedziałem nawet za bardzo, za co mam przepraszać, więc powiedziałem, że przepraszam za wszystko.

Zostałem sam na sam z Barsukowem, a on zmienił ton, przestał krzyczeć, zaczął tłumaczyć, że jako jedyny przyjeżdżał do aresztu, że dawał więźniom zadzwonić nawet z własnej komórki. Objął mnie, zaproponował spotkanie za miesiąc, dwa, żeby o tym wszystkim porozmawiać. Byłem w szoku.

Później przyszli pracownicy MSW, znowu zapytali mnie, czy jestem pewny, że nie bił mnie Barsukow, powiedziałem, że tak.

Chociaż to był on. Powiedzmy to.

Nie mogę tego powiedzieć, podpisałem papiery, a na Białorusi zostali moi bliscy. Moja mama... Mogę powiedzieć tylko, że tam były przecież kamery, można sprawdzić na nagraniu.

Barsukow był jedynym problemem, który tego dnia chciały wyjaśnić i rozwiązać władze?

Nie, zwróciły uwagę też na zbiórkę pieniędzy, którą dla nas zorganizowano. Próbowali wyciągnąć ode mnie informację, kto ją organizuje, kto wpłaca, kiedy będę je odbierać i gdzie.

Mówiłem, że nie wiem, nie jestem w stanie nawet sprawdzić, bo dzwoniły do mnie setki osób i nie wiem, który numer jest czyj. Próbowali potwierdzić wersję, że udzielamy wywiadów za pieniądze, że mówię to, co ktoś każe mi powiedzieć i za co mi płaci.

Kiedy się zorientowali, że żaden z nas jeszcze nie widział tych pieniędzy, proponowali, że otworzą nam konto, na które te pieniądze będzie można przelać, żeby nikt nas nie oszukał. Mówili, że będzie można korzystać z nich pod ich kontrolą, że tak będzie bezpieczniej.

Wypuścili cię. Wtedy pojawiła się myśl o wyjeździe?

Tak, wcześniej mi się wydawało, że nie mam do tego prawa, że w sytuacji, kiedy takie rzeczy dzieją się w kraju, nie wolno mi wyjechać.

Po rozmowie w MSW odezwałem się do ambasady Litwy, która wcześniej, po naszym uwolnieniu, proponowała nam pomoc i możliwość schronienia się na Litwie. Zapytałem, czy to aktualne. Kilka godzin później przyjaciele odwieźli mnie na granicę.

Nie było problemów?

Mam wizę turystyczną, strona białoruska nie chciała przepuścić mnie przez granicę pieszo, musiałem wsiąść do autobusu w sąsiednim mieście i przejechać, ale nie było mnie na liście osób z zakazem wyjazdu. Nie wiem, jak teraz.

Po stronie litewskiej zacząłeś nowe, inne życie.

Teraz dopiero się orientuję, co mogę, czego nie, jakie są moje możliwości. Dochodzą do mnie takie podstawowe rzeczy jak konieczność znalezienia mieszkania, bo to udostępnione przez władze Litwy na czas kwarantanny muszę opuścić, czy rozeznanie się w możliwościach zatrudnienia. Nie wiem, co dalej. Chciałbym mieć poczucie, że jestem niezależny, zapewnić sobie minimalne poczucie bezpieczeństwa.

Na Białorusi została twoja mama.

Bardzo boję się o moją rodzinę. Nie ma godziny, żebym o nich nie myślał.

O czym marzysz?

O życiu na Białorusi. Zwłaszcza teraz. Nigdy nie doświadczyłem takiego wsparcia ze strony zwykłych ludzi, nigdy nie widziałem nigdzie takiej solidarności. Kiedy wyszedłem z aresztu, dostałem kilkaset wiadomości z propozycjami pracy, z różnymi ofertami, nieznajomi pisali mi, żebym się nie martwił, że bez pracy nie zostanę. Mam nadzieję, że zmieni się ta przestępcza władza i będę mógł wrócić.

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem
Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.