Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Białegostoku nie wybrałem celowo, zatrzymałem się w pierwszym większym mieście – mówi Wiktar Szumiel, 35 lat. – Przyjechałem do Polski pod koniec sierpnia. Już wcześniej podejrzewałem, że na Białorusi mogę mieć problemy, ale nie doceniłem naszych władz. Spodziewałem się zwolnienia z pracy, kary administracyjnej za udział w protestach, ale zaczęły się sygnały, że w grę może wchodzić odpowiedzialność karna. Początkowo myślałem, żeby zostać i się bronić, ale kilku adwokatów mi to odradziło. Powiedzieli, że prawo na Białorusi nie działa i mam dwa wyjścia: więzienie albo zagranica.

W Grodnie byłem dyrektorem miejskiego kompleksu sportowego Niemen. Trafiłem tam, bo lubiłem jeździć na nartach, zatrudniłem się jako instruktor. Po dwóch miesiącach zostałem kierownikiem, a dwa lata później dyrektorem całego Niemenu, w tym miejskiego stadionu. Awansowałem szybko, bo w budżetówce na Białorusi brakuje dobrych kadr. Specjaliści niezbyt się garną, ponieważ w prywatnym sektorze zarobią więcej, no i tu trzeba ciągle iść na kompromisy z własnym sumieniem.

Łukaszenka nigdy mi się nie podobał, ale wcześniej nie mówiłem o tym głośno. Pracując w budżetówce, nie możesz się wypowiadać wbrew panującej ideologii. Kiedy rozpędzano demonstracje przed laty, byłem po stronie większości. A większość milczała, bo się bała i nie wierzyła, że jest w stanie coś zmienić. Teraz ludzie uwierzyli. Nie pytają już, czy uda się pozbyć Łukaszenki, tylko chcą wiedzieć kiedy. Już nawet aresztowań się nie boją. Każdy zna kogoś, kto siedział lub siedzi.

Wiktar SzumielWiktar Szumiel Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Nigdy jednak nie byłem tym, kto ślepo wykonuje rozkazy. Kiedy z administracji miasta przychodziło pismo, że mamy iść na kolejny wiec poparcia dla władz, mówiłem pracownikom, że nie muszą, jeśli nie chcą. Wyjścia na akcje są opłacane, bo odbywają się w godzinach pracy. Generalnie chodzić trzeba, ale moi ludzie ani razu nie byli tam, gdzie nie chcieli. Pod koniec mojej pracy w Niemenie administracja już nawet nie przesyłała do nas pism, bo wiedziała, że my i tak nie przyjdziemy. Nie powiem, żeby z góry mocno naciskali. Tam też jest sporo osób, które nie wierzą w system.

Jednak przed wyborami nie wytrzymałem. 30 lipca napisałem krytyczny list otwarty do szefa związków zawodowych i bliskiego współpracownika naszego „wodza”, który chwilę wcześniej publicznie ogłosił, że wszyscy związkowcy popierają Łukaszenkę. Sporo osób wtedy się wypisało ze związku, w tym ja. W odpowiedzi władza zaczęła groźbami zaganiać ludzi z powrotem. Straszyć zwolnieniem, wyrzuceniem dzieci ze studiów, a nawet odpowiedzialnością karną dla członków rodziny.

Napisałem do przewodniczącego związku, że się z tym nie zgadzam i to nieprawda, że wszyscy popierają Łukaszenkę.

Podkreśliłem, że to moje prywatne zdanie i w odróżnieniu od niego mówię za siebie, a nie za wszystkich moich pracowników.

Dla zwierzchników mój list był szokiem, ale ja się nie trzymam zębami stanowiska. Już nieraz zaczynałem wszystko od zera. Wiem, że sobie poradzę. Chciałem, żeby ludzie przestali się bać. Wiedziałem, że jako pracownik budżetówki zostanę usłyszany bardziej niż osoba z sektora prywatnego. Otrzymałem wtedy wiele słów poparcia. Okazało się, że dużo osób dotychczas milczało wcale nie dlatego, że było zadowolonych z obecnej sytuacji. Po prostu się bało. Gdy się wypowiedziałem, usłyszeliśmy siebie nawzajem.

Później wystąpiłem na wiecu u Swiatłany Cichanouskiej. Chciałem jeszcze głośniej powiedzieć: „Ludzie, to z powodu waszego strachu żyjemy, jak żyjemy”. I nagle zgromadzeni zaczęli skandować: „Nowy mer!”. Wtedy pierwszy raz pomyślałem o wyjeździe, bo wiedziałem, że władze nie ścierpią nowego lidera protestu.

Po wyborach wystąpiłem jeszcze kilka razy. Wtedy już byłem na urlopie. Poszedłem na niego dzień przed wyborami, bo zarejestrowałem się jako obserwator w naszej komisji. Dwa tygodnie później mnie zwolnili. Powodu nie podali. Mamy przepis pozwalający zwolnić dyrektora przedsiębiorstwa bez żadnej przyczyny, jeśli tego sobie życzy właściciel. Właścicielem kompleksu, którym kierowałem, jest gubernator obwodu. I to on podjął decyzję.

Jednocześnie od byłych współpracowników dowiedziałem się, że organy ścigania proponowały im napisać na mnie donos. Chętnych nie było, ale nie miałem złudzeń, że w końcu coś wymyślą.

Jeszcze na Białorusi wstąpiłem do rady koordynacyjnej. Na zebraniu w Mińsku było około 70 osób z tak zwanego podstawowego składu. Jest też skład rozszerzony, do którego zgłoszenia nadesłało 5 tysięcy osób. Na zebraniu zobaczyłem wspaniałych ludzi, ekonomistów, politologów, naukowców, dziennikarzy, którzy przyszli tam nie dla korzyści, tylko po to, żeby pomóc Białorusi się odrodzić po tym, jak Łukaszenki już nie będzie. I jestem przekonany, że będą potrafili pchnąć kraj do przodu. Zanim to wszystko zacząłem, nikogo się nie radziłem. Dla rodziny moje zaangażowanie polityczne i przeprowadzka były lekkim szokiem, ale jestem pewien, że będę w stanie zapewnić byt żonie i dzieciom, a wszelkie trudności są tymczasowe.

Od 10 lat mam w Polsce kartę stałego pobytu, jestem Polakiem z pochodzenia. Znajomi i krewni od dawna mi mówili, że mógłbym wyjechać i żyć lepiej, a ja ciągle zostawałem.

Najpierw przyjechałem sam, wynająłem mieszkanie przez portal turystyczny, gdzie przeszedłem dwutygodniową kwarantannę. Dopiero później wynająłem mieszkanie dla siebie i rodziny na dłuższy okres. Mam żonę i dwie małe córki.

W Warszawie i Białymstoku mamy znajomych. Proponowali pomoc, ale na razie nie skorzystałem, staram się sam sobie radzić. Na pierwsze kilka miesięcy mam oszczędności. Mam nadzieję, że w tym czasie znajdę pracę. Mieszkania w Grodnie sprzedawać na razie nie zamierzamy.

Szukam pracy, takiej, która mi się spodoba. Przeglądam ogłoszenia. Skończyłem prawo i ekonomię, ostatnio dokształcałem się w zarządzaniu i biznesie. Jeśli znajdę coś w tej sferze, będzie zadowolony. Jeśli nie, będę szukać gdzie indziej. Polski język znam, angielski rozumiem. Teraz uczę się fachowej terminologii.

Nie wiem, jak długo zostanę w Polsce. Zmiany na Białorusi nadejdą, jestem o tym przekonany. Ludzie nie przestaną wychodzić na ulice, bo można wybaczyć władzy podwyżki cen za benzynę, ale nie tortury. Pytanie tylko, kiedy to nastąpi. Jeżeli chodzi o mnie, to na razie zaczynam życie tutaj, z założeniem, że na długo, ale z nadzieją, że na niedługo.

Uciekliśmy dwa dni przed ślubem

Ksenia, 30 lat: – Nigdy nie angażowałam się politycznie. Nie wierzyłam, że mogę mieć jakikolwiek wpływ na rzeczywistość. Zapewne wyniosłam to z Rosji, gdzie sytuacja też jest daleka od demokratycznej. Do Brześcia przeprowadziłam się z Rosji pięć lat temu, dla Andrieja.

Jeszcze niedawno żyło nam się komfortowo. Andriej miał swój warsztat stolarski, a ja – firmę odzieżową. Szyliśmy damskie ubrania dla Białorusi, ale też mieliśmy kilku klientów w Europie. Jakoś tak naturalnie wyszło, że zaczęliśmy rozdawać przed wyborami ulotki Swiatłany Chichanouskiej, chodzić na wiece, demonstracje.

W protestach powyborczych zaczęłam brać udział, gdy zobaczyłam, jak ostro siłowicy pacyfikują pokojowo protestujących demonstrantów. Współpracownik Andrieja trafił do aresztu. Szukaliśmy go kilka dni, widziałam strach i cierpienie jego bliskich. Wtedy wpadłam na pomysł zorganizowania kobiecych akcji i łańcuchów solidarności. Koordynowałam je w Brześciu. Zachęcaliśmy znajomych do angażowania się. Mówiłam im, że nie mogą żyć według zasady: „moja chata z kraja”. Jeśli tak będzie, to nic się nie zmieni.

Wiele osób zasłania się dziś stabilnością, którą rzekomo boją się stracić, ale stabilność jest iluzją. Ludzie boją się cokolwiek załatwić w urzędzie, bo są tam traktowani jak śmieci. Ja nie chodziłam często, ale Andriej ciągle musiał coś załatwiać w związku ze swoim warsztatem i za każdym razem dostawał bólu brzucha.

Później doszło do kradzieży naszych głosów. Nie wiem, jak inaczej nazwać to, co się stało podczas wyborów.

Zdawałam sobie sprawę, że manifestując swoje poglądy, narażam się na niebezpieczeństwo, ale starałam się być ostrożna. Przed każdym wyjściem z domu czyściłam pamięć telefonu, by w przypadku zatrzymania służby nie miały dowodów na moją aktywność polityczną. Na ulicy ciągle się oglądałam, czy ktoś nie idzie, by mnie zatrzymać. Moje przeczucia w dużej mierze się sprawdziły.

Albo zostaliśmy dostrzeżeni przez służby, albo ktoś nas wydał.

Pod koniec sierpnia w moim biurze i w zakładzie Andrieja służby przeprowadziły rewizję i je zamknęły. Andriej i jego współpracownicy dostali wezwania na przesłuchania do komitetu śledczego. Czuliśmy, że wszystko zmierza w kierunku postępowania karnego. Standardowego, którym na Białorusi załatwia się niewygodnych przedsiębiorców: zarzuca się uchylanie od płacenia podatków, choć nie miało ono miejsca.

Zdecydowaliśmy, że wyjeżdżamy do Polski. Uciekliśmy dwa dni przed naszym planowanym ślubem. Chcieliśmy pójść do urzędu sformalizować nasz dziesięcioletni związek, ale baliśmy się zostać nawet te dwa dni, bo Andriejowi w każdej chwili mogli zakazać opuszczania kraju. Spakowaliśmy się w kilka godzin, uznawszy, że lepiej żyć na wolności w obcym kraju i działać stąd, niż gnić w areszcie.

I dobrze zrobiliśmy. Dzień po naszym wyjeździe rewizja odbyła się w mieszkaniu, które wynajmujemy, po czym je opieczętowano. Właścicielka wpadła w panikę, przez telefon zażądała, byśmy natychmiast zabrali wszystkie rzeczy. Zrobiła awanturę, że przez nas będzie miała problemy. Ani przez moment nie zainteresowała się, czy wszystko u nas w porządku. Sama zresztą wpuściła tych ludzi na rewizję, nie uprzedziwszy nas wcześniej. Rzeczy zabrali w końcu nasi znajomi.

Rodziców Andrieja poinformowaliśmy o naszym wyjeździe już z Polski. Wcześniej baliśmy się powiedzieć, bo podejrzewaliśmy, że nasze telefony są na podsłuchu.

Zrozumieli, poczuli ulgę. Zresztą do nich służby też przychodziły.

Nie od razu udało nam się wjechać. Wasza straż graniczna dwa razy nas zawracała. Mówili, że nie możemy wjechać na wizach turystycznych, bo trwa pandemia. Nie wierzyli też, że coś nam grozi. Pokazywaliśmy zdjęcia z protestów, wezwania do komitetu śledczego. Gdybyśmy byli małżeństwem, byłoby nam łatwiej, a tak traktowali nas jak dwie obce sobie osoby. Dopiero po kilkugodzinnym przesłuchaniu uwierzyli nam.

Wjechaliśmy na wizach, bo nie chcemy się ubiegać o pobyt humanitarny czy azyl. Chcemy wrócić na Białoruś. A jeśli nawet będziemy musieli tu zostać, to nie jako uchodźcy. Możemy pracować, nie potrzebujemy zasiłków. Sprawdzamy, czy przeniesienie naszych biznesów tutaj jest możliwe. Pociesza mnie myśl, że oboje współpracowaliśmy z klientami z zagranicy i dla nich nie powinno być różnicy, gdzie mieszkamy.

Tęsknimy za Białorusią, naszym poprzednim życiem. Brakuje nam przyjaciół, rodziców męża. Jesteśmy z nimi w stałym kontakcie.

Polska to dla nas na razie wielka niewiadoma. Jesteśmy tu od miesiąca. Oboje złożyliśmy papiery na studia – nie chcę wymieniać uczelni – co ułatwi nam zalegalizowanie pobytu. Na razie nie znamy języka i nie wiemy, jak załatwić formalności związane z pracą. Boję się, że nasza niewielka poduszka finansowa się skończy, zanim zdołamy wyjść na prostą.

Mieszkamy na razie kątem u znajomych, którzy są tutaj od kilku lat. Żeby wynająć mieszkanie, trzeba podpisać umowę co najmniej na rok, a my mamy nadzieję, że na Białorusi sytuacja wyjaśni się szybciej i wrócimy. Wielu poznanych ludzi w Polsce oferuje nam pomoc, odzywają się też znajomi Białorusini, którzy tutaj już się zadomowili.

Andriej radzi sobie lepiej ode mnie albo przynajmniej dobrze udaje. Stara się nie okazywać niepokoju, strachu, słabości. Ja nie mogę spać, ciągle myślę o tym, co się dzieje na Białorusi i w naszym życiu.

Boję się, że nie zdążę wyjechać

Sasza, 28 lat: – Jestem z Mińska, skończyłem AWF, pracowałem w firmie dostarczającej internet. Zarabiałem więcej niż większość znajomych – 1000-1200 dolarów miesięcznie. Przez wiele lat wydawało mi się, że żyję w pięknym kraju. Jestem sportowcem, mam osiągnięcia, od dziecka byłem chwalony przez nauczycieli, rodziców, z czasem nawet władzę. Były mer Mińska wręczał mi dyplom ukończenia szkoły, urzędnicy przyznawali stypendia. Żyło mi się dobrze. Rodzice prowadzą prosperujący biznes. Nie powiem jaki ze względów bezpieczeństwa.

Byłem w Brazylii, na Filipinach, zjeździłem Europę. Pierwszą tanią białoruską czekoladę jadłem na studiach, bo kolega mnie poczęstował. Wcześniej rzeczy z najniższej półki nawet nie tykałem.

Dopiero na studiach zacząłem zauważać, że coś jest nie tak, że to nienormalne, żeby młodzi, inteligentni, zdolni ludzie, pracując po wiele godzin, nie byli w stanie się utrzymać, nie mówiąc już o oszczędnościach. Zacząłem się zastanawiać nad tym wszystkim, przestałem traktować ludzi gorzej usytuowanych jako nieudaczników. Czytałem o innych krajach, w tym o Polsce. Zdawałem sobie sprawę z wad naszego skostniałego radzieckiego systemu.

Epidemia koronawirusa była kolejnym dzwonkiem. Każdy zna kogoś, kto zachorował albo umarł, a Łukaszenka mówi, że nic się nie dzieje. Czułem gniew. Jeszcze bardziej zacząłem dostrzegać absurdy naszego kraju, w którym buduje się kolejne rezydencje prezydenckie, pałace sportu, wydaje się wiedeńskie bale na cześć Łukaszenki, a jednocześnie brakuje pieniędzy na szkoły czy szpitale.

Nagle wszystko, co mam, przestało mnie cieszyć. Czułem się źle, kupując nowe buty czy zamawiając ciuchy z Polski. Wielu Białorusinów tak robi, bo u was taniej. Zrozumiałem, że nie mogę być szczęśliwy, jeśli innym żyje się źle. Że kraj, w którym tylko garstka ludzi może spokojnie i szczerze się uśmiechać, bo nie walczy o byt i jutro, nie jest miejscem do życia.

Dlatego zacząłem chodzić na akcje poparcia dla Cichanouskiej w Mińsku. Po wyborach byłem w najgorętszych punktach. Udawałem, że wiem, co robić, ale potwornie się bałem. Wcześniej mi się wydawało, że wystarczy obejrzeć kilka filmików z moskiewskich protestów, które także rozbijał OMON, żeby wiedzieć, jak nie dać się złapać. Okazało się, że rosyjski OMON może być niczym w porównaniu z białoruskim, któremu wyłączono wszelkie hamulce.

Jednak wciąż nie do końca byłem świadomy, co mi grozi. To przyszło później, kiedy pojawiły się świadectwa ofiar, kiedy ludzie zaczęli ginąć. Po jednym z protestów zostałem zatrzymany.

Nieoznakowany busik podjechał na przystanek, na którym stałem. Zatrzymywało mnie sześciu milicjantów – mam 2 metry wzrostu, ważę 140 kilogramów, powaliłbym każdego. Poddałem się od razu. Jeździliśmy tym busem przez kilka godzin, póki się nie zapełnił. Zgarnęli wtedy 12 osób, w tym ludzi całkiem przypadkowych. Jedna z kobiet mówiła, że szła z zakupami do rodziców, nie brała udziału w żadnej akcji. Widziałem przez okno, jak ją zatrzymują. Z siatek wysypały jej się jabłka. Bardzo płakała, więc ją bili na naszych oczach. Od dziecka jestem nauczony szacunku do kobiet i tego, że trzeba je chronić. Wtedy byłem kompletnie bezradny. Spędziłem w areszcie wieczór i noc. Trzymali nas w sali gimnastycznej, bez wody, jedzenia, telefonów. Nie pozwalali nawet pójść do toalety, straszyli, że trafimy do więzienia.

Były tam 18-latki, 19-latki. Obok mnie siedziała dziewczyna, która wyglądała na kilkanaście lat. Nie odzywała się, była przerażona. Przed wypuszczeniem mnie milicjanci sporządzili protokół, zapewnili, że czeka mnie sąd i kara administracyjna. Później wszystko ucichło i nawet się uspokoiłem, ale potem znów zacząłem się bać. Nie spodziewałem się takiego poziomu represji ani tego, że podczas protestów będę musiał uciekać przed OMON-em ze świadomością, że moim kolegom nie udało się uciec. Kilku z nich zostało brutalnie pobitych, jeden wręcz skatowany. Ledwo go odratowali.

Moi spokojni rodzice zaczęli mnie błagać, żebym nie wychodził z domu, a potem – żebym wyjechał. Najpierw nie chciałem słuchać. Kocham Białoruś, uważam, że to wspaniały kraj mający ogromny potencjał. Chciałbym mu pomóc stanąć na nogi, ale widzę, że moi znajomi, którzy tak jak ja mieli sprawy administracyjne, za które grozi najwyżej areszt albo grzywna, są zatrzymywani w sprawach karnych i mogą pójść do więzienia nawet na siedem lat.

Oskarżają ich o różne rzeczy, w zależności od fantazji śledczego, najczęściej o niepodporządkowanie się poleceniom funkcjonariuszy milicji, o próbę ataku. A ja nie chcę siedzieć. Nic złego nie zrobiłem.

Przez internet znalazłem Ukraińców, którzy załatwiają Białorusinom zaproszenia niby do pracy, niezbędne do wyrobienia wizy pracowniczej. Kosztują 70 dolarów, ale przynajmniej po przyjeździe do Polski od razu możesz podjąć pracę. Gdybym chciał to załatwiać zgodnie z zasadami, musiałbym przyjechać do Polski na wizie turystycznej, znaleźć pracę, wrócić na Białoruś i dopiero wtedy załatwiać wizę pracowniczą. Nie mogę sobie na to pozwolić ze względów bezpieczeństwa. Poza tym muszę szybko zacząć pracować, bo nie mam za wiele oszczędności.

W Gdańsku mam rodzinę, to Polacy. Mówią, że jak się poduczę polskiego, dostanę Kartę Polaka. Na razie muszę poradzić sobie bez niej. W połowie października przyjadę do Warszawy. Boję się, że nie zdążę wyjechać i mnie zapuszkują. Wychodząc z domu, nigdy nie jestem pewny, czy wrócę.

Szkoda mi mojego kraju, a jednocześnie czuję żal. Choć wielu ludzi się zmotywowało i odważyło protestować, to wciąż mam wrażenie, że to za mało. Nie wiem, co jeszcze musimy stracić, żeby masowo wyjść i obalić dyktatora.

Nie wiem, co będę robić w Polsce, jestem gotowy na wszystko. Mogę sprzątać, pracować w barze, kawiarni, na siłowni. Wiem, że bez znajomości języka będzie ciężko, ale się nauczę. Słyszałem, że Polacy dobrze traktują Białorusinów.

Widziałem okaleczonych ludzi i nic nie mogłem zrobić

Andriej Ostapowicz, 27 lat: – Zaczęło się od raportu, który napisałem, gdy odchodziłem ze służby pod koniec 24-godzinnego dyżuru. Pisałem, że kierownictwo łamie konstytucję, a postępowania w sprawie tortur i pobić nie są wszczynane. Doszło do tego, że przy mnie, śledczym, siłowicy namawiali poszkodowanych, żeby nie składali zawiadomienia. Widziałem, że ludzie są okaleczani i nikt tego nie bada. Nie potrafiłem się z tym pogodzić. Napisałem w raporcie o 16-latku pobitym, ze złamaną szczęką. Do ust wsadzano mu policyjną pałkę, kazano śpiewać.

Nawet jeśli rzucał butelkami na proteście, to całą tę krzywdę zrobiono mu już po zatrzymaniu, kiedy nie stanowił żadnego zagrożenia.

Cały nasz oddział był przekonany, że trzeba wszcząć dochodzenie, ale kierownictwo nie pozwoliło nam tego zrobić. Napisałem, że nie mogę dalej być częścią tego systemu i milczeć. Zostawiłem raport na biurku, ale wrzuciłem jego zdjęcie na Instagram. Gdybym oddał pismo kierownictwu do rąk, zrobiłoby wszystko, żebym go nie upublicznił.

Jako śledczy przepracowałem pięć lat, drugie tyle się uczyłem w akademii MSW. Poszedłem tam jako 17-latek. Jeszcze w szkole uratowałem tonącego chłopca, służby mnie nagrodziły, zapraszały do siebie. A innych pomysłów wtedy nie miałem.

Jako śledczy zarabiałem około 1200 rubli (1750 zł), ale szło mi dobrze. Powierzano mi ściganie najpoważniejszych przestępstw: gwałtów, zabójstw, czynów pedofilskich.

Gdy rano się obudziłem i jeszcze raz przeczytałem raport, wiedziałem, że nie będę bezpieczny na Białorusi. Wyjechałem z Mińska do Moskwy. Myślałem, że tydzień posiedzę, zorientuję się w sytuacji i wrócę.

Andriej OstapowiczAndriej Ostapowicz Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Kiedy jesteś śledczym, szybko wychwytujesz, że coś jest nie tak. W Moskwie dowiedziałem się, że białoruskie służby wiedzą o moim miejscu pobytu. Wiedziałem, że muszę wyjechać do Europy. Postawiłem na Łotwę, z Moskwy pojechałem na granicę, ale Rosjanie mnie nie wypuścili, powiedzieli, że muszę najpierw wyrobić wizę. W piątek 21 sierpnia pojechałem do Pskowa, gdzie mieści się konsulat Łotwy. Tam obiecali, że dostanę wizę w poniedziałek. Tego samego dnia zauważyłem, że jestem śledzony, i przypuszczając, że mogę zostać zatrzymany, powiedziałem przyjaciołom, co mają robić, jeśli tak się stanie, między innymi poinformować media.

Wieczorem tego samego dnia do hotelu przyszli po mnie rosyjscy funkcjonariusze. Stamtąd przewieźli mnie na komendę policji. Trzymali dobę, nie wpuszczali do mnie adwokata. O ile wiem, plan był taki, żeby przekazać mnie z rąk do rąk białoruskim służbom, nieoficjalnie. Jednak po tym, jak media naświetliły temat, Rosjanie zmienili plany.

Powiedzieli, że mnie wypuszczają. Ruszyłem do wyjścia, ale w tym momencie znowu zostałem skuty kajdankami. Na głowę założyli mi kominiarkę, w której nic nie widziałem, a do rąk doczepili 32-kilogramową girię, ciężarek do ćwiczeń. Wsadzili do samochodu i powieźli. Bałem się, że wyrzucą gdzieś do wody, bo po co ciężar? Ale po czterech godzinach zatrzymali się i wysadzili, jak się okazało, tuż za białoruską granicą. Ściągnęli kajdanki, oddali rzeczy.

Zdążyłem zadzwonić do znajomych, powiedzieć, że mnie wypuścili, i nagle zobaczyłem jadący z drugiej strony samochód służb białoruskich. Wyrzuciłem telefon i pobiegłem do lasu.

Biegłem co sił. Trochę mnie ścigali, ale odpuścili. Mam dobre przygotowanie fizyczne, w ubiegłym roku zająłem drugie miejsce na zawodach sportowych spośród wszystkich śledczych Białorusi.

W sumie w lesie spędziłem około pięciu dni, byłem w różnych obwodach, próbując wydostać się za granicę. Nie było łatwo, bo pogranicznicy mieli moje zdjęcie i rysopis. Nie powiem, jak mi się udało, bo nie chcę podpowiadać służbom, w jakim kierunku pracować. Znają historię do momentu, aż uciekłem do lasu, i niech tak pozostanie.

Powiem tylko, że było ciężko. Ciągły strach, czy złapią, bagna, przepływanie przez rzeki. Obawiałem się wilków, a okazało się, że bać się trzeba dzików. Jeden biegł prosto na mnie, ledwo zdołałem uniknąć zderzenia. Miałem chwile, kiedy chciałem, by mnie złapali. Myślałem, że zgubiłem się na amen i już nigdy nie wydostanę się z lasu. Nogi odmawiały posłuszeństwa, bo chodziłem po 27 godzin bez przerwy, byłem przemoknięty, w jednej koszuli i spodniach, pozostałe ubrania zostały w hotelu. Doszło do zapalenia mięśni. Dopiero teraz powoli dochodzę do siebie. Gdybym nie był śledczym, nie miał wiedzy i fizycznego przygotowania, nie dałbym rady się wydostać. Kiedyś opiszę to wszystko w książce, a po zmianie władzy na Białorusi ją opublikuję.

3 września znalazłem się w Polsce. Pierwsze kilka dni spędziłem na dworcach, tam spałem. Kupiłem telefon, już czwarty w tej podróży. Starałem się odbudować ciąg wydarzeń, zrozumieć, w jakiej jestem obecnie sytuacji, bo przez wiele dni byłem bez łączności.

9 września poszedłem do urzędu, gdzie rejestrują uchodźców. Napisałem podanie, ale żadnej pomocy nie dostałem. W internecie znalazłem Centrum Solidarności i tam mi pomogli. Znaleźli nocleg, prywatnego lekarza, który obejrzał moje nogi i wypisał antybiotyki oraz maści. Zacząłem się uczyć polskiego.

Czuję trudności adaptacyjne, bo nie znam języka, nie mogę zacząć pracy, póki nie zakończy się moje postępowanie o przyznanie statusu uchodźcy. Nie mam pojęcia, ile to potrwa, ale raczej kilka miesięcy. Teraz jeżdżę na badania. Prześwietlenie płuc, morfologia.

Moja specjalizacja śledczego nikomu tutaj nie jest potrzebna. Krążę po mieście z jednym plecakiem, nie mam stałego miejsca zamieszkania.

Po tym, co przeżyłem, chcę się zatrzymać, pobyć sam ze sobą, wyleżeć się chociaż tydzień, a dopiero potem zająć się resztą spraw. Pieniędzy mam góra na dwa miesiące, więc nie wynajmę mieszkania na wolnym rynku. Gdybym zapłacił czynsz i kaucję, to nic by mi nie zostało.

Byłoby doskonale, żeby wszyscy uchodźcy z Białorusi, którzy teraz przyjeżdżają, mogli od razu zacząć pracę, bo bez tego nie bardzo wiadomo, za co żyć, a u nas ludzie nie są nauczeni, by prosić. Liczę, że w ciągu pół roku dostanę dokumenty, nauczę się języka i zacznę pracować. Stać mnie na więcej niż praca fizyczna i takiej będę szukał.

Czy będę mógł wrócić na Białoruś, czy zwyciężymy, nikt w tej chwili nie wie, dlatego na razie nie myślę o powrocie. Muszę zacząć żyć tutaj, od nowa.

Kontakt z autorkami: ludmila.anannikova@agora.pl, wiktoria.bieliaszyn@agora.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.