Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Olga ma 33 lata, od 14 pracuje w Mińskiej Fabryce Traktorów na stanowisku operatorki dźwigu. Zaczęła pracę od razu po szkole, przerwała tylko na urlop macierzyński. Synka wychowuje sama. „Z chłopakiem nie wyszło”, ucina.

– Wcześniej nie byłam specjalnie zainteresowana polityką. Wydawało mi się, że w ogóle mnie nie dotyczy. Zresztą byłam przekonana, że nie jest u nas wcale tak źle. Nie było nigdy wojny, o której opowiadała mi babcia, a w której zginął dziadek, pensje zawsze były na czas. Fakt, niskie i finansowo pomagają mi rodzice, ale nigdy nie musiałam się stresować tym, że jej nie dostanę. W niektórych kwestiach Aleksandr Grigoriewicz [Łukaszenka] nieźle sobie radzi, jest porządek, niska przestępczość, bezpłatna edukacja i służba zdrowia. To mi się zawsze podobało. Myślę, że nawet jakoś go szanowałam, w końcu rządzenie krajem to nie jest łatwe zadanie. Byłam wychowywana w przeświadczeniu, że kierowników, pracodawców, dyrektorów, ludzi z pozycją trzeba szanować. Nadal mam ogromny szacunek dla mojego kierownictwa – nie dla głównego dyrektora, który jest prorządową marionetką, ale dla kierownika mojej brygady.

Łukaszenka zaczął przeszkadzać mi niedawno. Nie znam ani jednej osoby, która by na niego zagłosowała, absolutnie każdy, z kim rozmawiałam w ostatnich miesiącach, popierał Swiatłanę Cichanouską, więc oburzyło mnie to, że w tak chamski, bezczelny sposób ukradziono nasze głosy. Wie pani, ja myślę, że my byśmy się z tym jakoś wszyscy prędzej czy później pogodzili. Ale ta przemoc, do której doszło podczas protestów, te tortury na bezbronnych, niewinnych ludziach. Szok. Ja nie chodziłam na te najostrzejsze marsze, bo mam małe dziecko, bałabym się, ale moi kuzyni – tak. Zaczęłam wychodzić, gdy zaczęły się akcje solidarności, kobiece łańcuchy wsparcia. Ominęła mnie więc największa przemoc, za to moich znajomych porządnie pobili. Zresztą bili nie tylko w Mińsku. Bili w całym kraju, więc dla wszystkich było jasne, że rozkaz poszedł z góry: pobić na śmierć ludzi, żeby wszystkich zastraszyć i żeby nie wychodzili więcej na protest.

Wtedy pomyślałam sobie, że nie, że koniec. Nie chcę żyć w kraju, którym rządzi faszysta – inaczej już nie jestem w stanie określić tego człowieka. Nie wybaczę mu tego i wiem, że inni ludzie też nie. Widzę nawet po naszej fabryce. Jest nas w zakładzie 16 tysięcy, z czego na moje oko co najmniej 13 tysięcy, a może i więcej, chce zmian. Pozostali to emeryci albo ludzie, którym jest wszystko jedno, nie myślą o przyszłości, a po pracy wychylają kilka szklanek wódki i idą spać. Ja chcę zmian, zmian na lepsze.

Mam wrażenie, że przez tę przemoc i wszystko to, co wydarzyło się od wyborów, zaczęłam dostrzegać, jak źle żyjemy. Jak marnie. I to przez niego. Nasza praca zawsze była opłacana... nie tak, jak należy. Zarabiam tylko 350 dolarów miesięcznie, to mniej niż oficjalna średnia pensja, która teoretycznie wynosi około 500 dolarów, ale w praktyce większość z nas zarabia mniej więcej tyle. Ale teraz nie chodzi nam wcale o pensje. Chodzi nam o sprawiedliwość, o uczciwość. Nie dość, że nasze głosy ukradziono, to jeszcze później tych, którzy odważyli się wyjść na ulicę, by pokojowo o nie walczyć, pobili albo nawet zabili.

Nie mogę na to patrzeć, siedzieć z założonymi rękami. Jestem przekonana, że już niedługo dojdzie u nas do strajku generalnego. Państwu skończą się pieniądze, a ludziom skończy się cierpliwość. Na razie protestujemy jak możemy. Większość osób w mojej brygadzie i sporo w całej fabryce. Nie jestem jednak w stanie ocenić dokładnie ile, bo kierownicy skutecznie utrudniają nam komunikację. Strajkuję po włosku. Jako operatorka dźwigu mogę wpływać też na tempo pracy kolegów. Teraz po prostu skrupulatnie stosujemy się do przepisów, które nigdy – ze względu na wymagania kierowników – nie były przestrzegane. Norm więc nie wyrabiamy. To, co robimy teraz w tydzień, wcześniej zajmowało dzień.

Kierownictwo widzi, ale skupia się na razie na tym, by nie dopuścić do większej fali strajków i trzymać w ryzach tych najbardziej aktywnych. Ludzi zaczęto zastraszać, wielu, nie tylko w naszym zakładzie, od razu zwolniono. Wielu grożono zwolnieniem, obniżeniem albo wstrzymaniem pensji, odebraniem dodatków za staż – to nawet ponad 100 dolarów. Wiemy, że to niezgodne z przepisami, ale większość czuje się bezradna wobec systemu. Ludzie boją się nie tylko stracić pracę, ale też dostać wilczy bilet, który uniemożliwi im zatrudnienie gdziekolwiek i właściwie zmusi do emigracji. Nie wszyscy są na to gotowi.

Jesteśmy w pracy pilnowani, śledzi się nas, w niektórych miejscach powieszono nawet kamery. Wiem, że w innych zakładach ludzie są sprawdzani, przeglądane są ich szafki, rzeczy osobiste. Kierownicy nie pozwalają nam ze sobą rozmawiać, korzystać z telefonów, pilnują, byśmy nie mieli możliwości pogadania, choćby podczas przerwy obiadowej. Kiedy zaczynaliśmy strajk i chcieliśmy zjednać ludzi, kierownicy zablokowali nam przepustki, a na bramkach postawili funkcjonariuszy OMON-u. Boją się, robią wszystko, by nie było oficjalnego strajku.

Ja boję się zwolnienia, ale nie na tyle, by przestać strajkować. Myślę, że przecież jakoś sobie poradzę, znajdę najwyżej inną pracę, nie widzę wszystkiego w czarnych barwach. Nie mogę udawać, że wszystko jest w porządku, więc chociaż w ten sposób mogę pomóc, czuć się uczciwym człowiekiem, który dołożył w tej walce o sprawiedliwość jakąś malutką cegiełkę. Rodzice mnie wspierają. Z jednej strony boją się reżimu, wiedzą, do czego jest zdolny, z drugiej – oni też chcą zmian i nie zgadzają się na przemoc.

Kiedy pytam Olgę, czy chce pozostać anonimowa, długo się zastanawia, wymyśla sobie nawet inne imię i nazwisko, na końcu wybucha: „Niech to szlag! Przecież powiedziałam prawdę, trzeba mówić prawdę!”.

Dla jej bezpieczeństwa to ja decyduję się jednak na zmianę jej imienia, podobnie zresztą jak i imion pozostałych bohaterów.

Wilczy bilet

Wilczy bilet na Białorusi Aleksandra Łukaszenki jest czymś realnym. Opowiada o nim Irina, którą poznałam w mieszkaniu białoruskiej pisarki, noblistki Swiatłany Aleksijewicz:

– Z wykształcenia jestem nauczycielką historii. W szkole pracowałam 20 lat. Kiedy w Mińsku wybuchł protest w 2010 roku, też przeciwko sfałszowanym wyborom, popełniłam błąd, bo poszłam na niego z komórką. Jakoś mnie namierzyli. Dzisiaj już wiem, że telefon łatwo śledzić, i każdemu powiedziałabym, żeby nigdy w takie miejsca go nie zabierał. Bardzo szybko zostałam wezwana przez dyrektora na dywanik, przyznałam, że owszem, byłam. Po tygodniu wypowiedziano mi umowę o pracę. Musiałam zostawić moich uczniów, było mi przykro, ale myślałam, że sobie poradzę, przecież mam doświadczenie. Jednak okazało się, że nigdzie nie ma dla mnie miejsca. Moja książeczka zatrudnienia, bo tutaj nadal takie funkcjonują, z odpowiednim wpisem, że zwolniona za udział w proteście, skutecznie odstraszała wszystkich. Nie dostałam pracy nie tylko w szkole, ale i na poczcie, w fabryce czy sklepie. Nikt nie chciał mi powiedzieć wprost, że to z powodów politycznych. Po prostu patrzyli na ten wpis, kiwali głowami i mówili, że nic się nie da zrobić.

Przeprowadziłam się na wieś. Kupiłam krowę. Nigdy nie pomyślałabym, że będzie jeszcze gorzej, niż było, bo w szkole u nas też nie zarabia się szczególnie dobrze. Ale przecież byłam panią nauczycielką, dzieci mnie lubiły, rodzice szanowali. A w pewnym momencie, przez jeden protest, moje życie się skończyło. Zostały po nim książki, szkolne podręczniki. I co z tego, że mam wykształcenie? Jem to, co sama wyhoduję, wspierają mnie znajomi, ale... jest ciężko.

Irina wzdycha i nerwowo miesza herbatę.

Mam propozycje z Polski, z Czech

Artiom, 38 lat, inżynier, pracuje w MAZ (Mińskiej Fabryce Samochodów), jest oficjalnym członkiem grupy strajkującej.

– Od zawsze byłem przeciw białoruskiej władzy. Moi rodzice nigdy nie popierali Łukaszenki. Wspominają dzisiaj często, że nigdy nie pomyśleliby, że Sasza z kołchozu utrzyma się dłużej niż jedną kadencję. Źle wspominają też ZSRR. Po jego upadku udało im się zwiedzić trochę Polskę, Czechy, Niemcy. Na własne oczy przekonali się, że obraz z telewizora różni się od widoku za oknem. Uświadomili mi to, chociaż ja, jeszcze jako nastolatek, przekonany byłem, że żyję we wspaniałym kraju.

Teraz widzę, w jakich warunkach pracujemy my, a w jakich moi zagraniczni koledzy. Kilku pracuje w Polsce, kilku w Niemczech. Ja sam interesuję się tematem, historię polskich robotników i ich strajków znam pewnie lepiej niż niejeden Polak, dużo o tym czytam.

Wnioski są smutne. Zarabiamy grosze, dane Państwowego Komitetu Statystycznego – że średnie wynagrodzenie szeregowego robotnika w czerwcu wynosiło 400-420 dolarów – to bujda. W Mińsku jako inżynier zarabiam około 400 dolarów, ale na prowincji robotnicy dostają już tylko 150. Zawsze się zastanawiałem, dlaczego – mimo że jestem naprawdę dobrym specjalistą, chwalą mnie kierownicy, dostaję oferty z innych zakładów, z zagranicy – nie stać mnie na nowy samochód. Nowy, nie kilkunastoletni, który trzeba ciągle remontować i do niego dokładać. Albo dlaczego moje dzieci muszą wybierać, czy pójść na dodatkowe zajęcia z angielskiego, czy na basen? Semestr angielskiego kosztuje w Mińsku około 100 dolarów, z podręcznikami nawet 300. Jedna lekcja pływania to 6 dolarów. Dlaczego zimą, zamiast pójść do nowoczesnego pałacu sportu z lodowiskiem, boiskiem do hokeja i atrakcjami (4 dolary za osobę), wybieramy bezpłatne rozrywki, np. narty biegowe w parku albo sanki na osiedlowej górce?

Poza tym łamane są na każdym kroku nasze prawa, nie tylko obywatelskie, co dzisiaj oczywiste, ale i pracownicze. A ludzie nie są nauczeni, że mogą o nie walczyć. Nie przychodzi im do głowy, by walczyć o podwyżkę, o normalny rytm pracy, o niezostawanie po godzinach. Mnie to zawsze wkurzało, podobnie jak ta nasza mentalność, żeby wszystko znosić. Bo prawda jest taka, że większość z tymi sfałszowanymi wyborami jakoś by się pogodziła. Ludzie poszumieliby, ale po tygodniu pewnie by przestali. Gdyby nie ta przemoc.

To, co się zmieniło teraz i co nas wszystkich popchnęło do działania, to przemoc siłowików, bezczelność władzy, strach, który wywołał złość. Ale według mnie reakcja robotników jest za słaba. Jak można nie czuć gniewu, kiedy dowiadujemy się, że pieniądze z funduszy państwowych związków zawodowych, do których odprowadzaliśmy wszyscy składki, poszły na zbrojenie siłowików? Na ich wynagrodzenia? Wyszło, że pieniądze robotników, które powinny być przeznaczone na poprawę ich warunków życia, władza przeznaczyła na ludzi, którzy nas bili, a niektórych nawet zabijali.

Wtedy, po wydarzeniach 9-11 sierpnia, po brutalnych aktach przemocy siłowików ludzie się odważyli coś zamanifestować. Jakąś swoją niezgodę. Dzisiaj widzę jednak w moim zakładzie, że strajkują wszyscy, tylko nie robotnicy. Inżynier, technik – tak, ale już zwykły, szeregowy robotnik – gorzej. Boją się zwolnień. Ja oczywiście strajkuję i jeszcze innych do tego namawiam. Jak strajkuję? Po włosku. Jako inżyniera wzywają mnie do naprawiania awarii. Sporo czasu zawsze spędzałem w pracy, siedząc i czekając, aż będę potrzebny. Teraz siedzę więcej, chodzę wolniej, każdą czynność wykonuję dużo dłużej. Pracuję też gorzej. Kiedyś naprawiałem tak, że maszyna nie miała prawa się zepsuć w krótkim czasie, teraz mniej się staram. Awarie zdarzają się więc znacznie częściej. Ciągle trzeba coś naprawiać.

Łukaszenka straszył, że zamknie strajkujące zakłady, a do pracy pozwoli wrócić wybranym. Czy się boję, że mnie zwolnią? Nie, nie boję się. Ja jestem bardzo dobrym specjalistą. A nawet jeśli? Mam propozycje i z zagranicy. Wilczy bilet mi niestraszny. Dam sobie radę. A inni? Wie pani, jak to jest: ludzie mówią, że kredyt, że hipoteka, że dzieci trzeba do szkoły posłać, więc oficjalna forma strajku, skutkująca zwolnieniem albo obcięciem pensji, nie jest dla nich. Ja to jakoś rozumiem, ale też czuję złość. Jak można bać się stracić coś, co właściwie jest niczym? Tych parę stów?

Mnie już trzeci raz próbują wysłać w kilkumiesięczną delegację na drugi koniec Białorusi. Wygląda na to, że tym razem im się uda. Powiedzieli, że jeśli nie pojadę, zostanę zwolniony dyscyplinarnie. No i co? Wrócę przecież, będę działać dalej, ale żony i dziecka mi szkoda. Sami tu zostaną. A później – nie wiem. Chyba wyjedziemy, o ile nic się nie zmieni. Mam propozycję pracy w Polsce, w Czechach. Kocham Białoruś, moja żona też nie chce wyjeżdżać. Z drugiej strony musimy myśleć o dziecku. Zamiast marzyć o wolnej Białorusi, może trzeba będzie zacząć szukać swojego miejsca w innym, prawdziwie wolnym kraju.

A co do strajków... Myślę, że na poważnie zaczną się, kiedy zabraknie chleba, a to całkiem niedługo nastąpi, bo od miesięcy gospodarka umiera na naszych oczach. Łukaszence kończą się środki, państwo ma masę długów i nie dostaje pieniędzy od Rosji. Zakład, nawet zanim zaczęliśmy italiankę, czyli strajk włoski, był nieefektywny. Historia pokazuje, że ludzie pracy zaczynają działać na poważnie, kiedy są już duże problemy finansowe. Dzisiaj mamy postulaty czysto polityczne, więc jest ich mało. I jest, jak jest.

Nie płacę

Inną formę strajku wybrał Sasza, 40-letni pracownik sektora IT z Mińska.

– Ja też strajkuję, choć wcześniej nigdy nie przyszłoby mi to do głowy. Zarabiam dobrze, moje kilka tysięcy dolarów pozwala mi na Białorusi żyć dostatnio. Nie mogę jednak znieść tego, co się dzieje: „kosmonauci” na ulicach bijący niewinnych ludzi, dzieci, kobiety. Mam pięcioro dzieci, w takim kraju miałyby żyć?

Przyznaję, że dopiero teraz zostałem mocno zderzony z rzeczywistością, a może raczej: zadałem sobie trud, by zastanowić się nad życiem innych, i zrobiło mi się żal, że nasze państwo zmusza ludzi do życia poniżej granicy biedy. Ludzi nie stać na wakacje, na kupienie jedzenia, na jakie mieliby ochotę. Słyszę od kolegów ze szkoły, sąsiadów: zarabiają 400-500 dolarów, a ich żony jeszcze mniej.

Dlatego zdecydowałem się przeprowadzić na najbliższy czas swoją firmę za granicę, przeprowadziłem też rodzinę i pracowników. Taki jest mój udział w strajku. Nie będę dokładać się swoimi podatkami do finansowania siłowików, którzy za moje pieniądze gotowi są pobić mnie, moich bliskich, moich znajomych. Robię to też ze względów bezpieczeństwa. Przeraża mnie to, że byłbym postawiony w sytuacji Mikity Mikado, założyciela PandaDoc, firmy dostarczającej oprogramowania, którego menedżerowie zostali aresztowani, a w firmie przeprowadzono rewizje i zastraszano ludzi. Zagranica jest teraz oazą bezpieczeństwa. Do kraju wrócę dopiero, gdy zmieni się władza, bo patrząc na represje, rewizje w firmach IT, m.in. w Yandexie, fabrykowane sprawy karne, to na razie nie czeka mnie tam nic dobrego.

Sabotażu ci się zachciało?

Kostia ma 24 lata, pracuje jako mechanik w BiełAZ-ie (Białoruskiej Fabryce Samochodowej).

– Moi rodzice są przeciwni i temu, żebym strajkował, i temu, żeby Łukaszenka sprawował władzę. Boją się, że będę miał kłopoty, że nigdzie nie dostanę pracy albo że mnie wsadzą do więzienia. To jeszcze to pokolenie, które nawet we własnym domu rozmawia o polityce i sytuacji w kraju szeptem, zamykając wcześniej okna. Wiedzą, do czego zdolna jest władza, i boją się jej. Mimo że w tym rosłem, mam dość szeptania, ja mam ochotę głośno krzyczeć. Dlatego biorę udział w strajku włoskim. Moja praca zmieniła się tak, że teraz na zrobienie każdej rzeczy, np. naprawa maszyny, przykręcenie śruby, co normalnie zajmowałoby mi kilkanaście minut, potrzebuję kilku godzin. Albo i całego dnia. Wie to mój bezpośredni kierownik, ale on nie zwraca mi uwagi, nic nie mówi. Mam wrażenie, że mnie i wszystkich innych strajkujących w głębi duszy popiera, ale nie może przecież powiedzieć: „Brawo, róbcie tak dalej!”.

Dyrekcja zakładu niby udaje, że nic nie wie, ale jednocześnie sprawdza wszystko, nawet to, w jakich godzinach chodzimy do toalety, z kim rozmawiamy, sprawdzają, czy na pewno się nie organizujemy, a jeśli tak, wzywają na dywanik, grożą utratą premii. To kilkadziesiąt dolarów, które dla nas są ważnym dodatkiem do pensji. Jeśli tylko nie jest się przy swoim stanowisku pracy, od razu podchodzi kierownik, zastępca czy ktokolwiek z „góry” i pyta: „A dokąd idziesz? A po co? Sabotażu ci się zachciało? Z powrotem do pracy!”.

Najbardziej pilnują oczywiście tych, o których wiedzą, że są aktywni. Tacy ludzie często zresztą są przymusowo wysyłani w kilkutygodniowe albo nawet miesięczne delegacje. Za karę i żeby nie mogli organizować akcji w zakładzie. Ludzie się boją, ja sam nie wiem, może po prostu jestem młody i nie mam nic do stracenia? Ale zastraszyć się nie dam.

Za to często rozmawiam z dziewczyną o wyjeździe. Do Niemiec. Dość mam tej niewoli, chciałbym obudzić się pewnego dnia z myślą, że mam pracę, w której zarabiam tyle, że nie muszę kombinować, pożyczać od rodziców, żeby mi starczyło do wypłaty. I że nie zostanę zaatakowany na ulicy przez milicję, jeśli akurat będę chciał założyć koszulkę z symbolem, który dla mnie coś znaczy.

Ale szczerze – to wszystko zaczęło przeszkadzać mi niedawno. Dawniej nigdy nie zdecydowałbym się na strajk, na walkę o jakieś postulaty polityczne, gdyby nie te sceny, których byłem świadkiem. To śni mi się do dzisiaj: OMON w uniformach kosmonautów zatrzymuje i bije do nieprzytomności przypadkowego rowerzystę, siłowik ciągnie dziewczynę za włosy po chodniku, trzech funkcjonariuszy kopie leżącego mężczyznę. Wcześniej było mi wszystko jedno, jakoś nie myślałem o tym, że powinno być inaczej. A teraz o niczym innym nie jestem w stanie myśleć.

U nas niechętnie zwalniają

Kiriłła, pracownika Biełkommunmaszu (Mińskiego Przedsiębiorstwa Mechanicznego) produkującego trolejbusy i tramwaje, poznałam na proteście w Mińsku. Opowiada: – Staramy się cały czas zachęcić ludzi do strajku. Największy oddźwięk był 14 sierpnia, gdy nasza fabryka dołączyła do innych. Ale ostatnio usłyszałem od kierowników, że jeśli jeszcze raz usłyszą, że się w to angażuję, oskarżą mnie o sabotaż, a za to grożą trzy lata więzienia.

Nie boję się zwolnienia, emigracji, ale więzienia – tak. Mimo to działam dalej, strajkuję po włosku. U nas w fabryce zresztą niechętnie zwalniają, nie ma zbyt wielu dobrych specjalistów, no i kto uczyłby nowych, jeśli ci doświadczeni wylecą? Italianka – czyli strajk włoski – jest też stosunkowo bezpieczna, nie drażni tak władzy, bo można udawać, że jej nie ma. W internecie są informacje o sposobach, dzięki którym teoretycznie można pracować, ale tak, by ta praca nie przyniosła fabryce żadnego zysku.

Uczciwi ludzie

Białoruscy robotnicy porzucili otwarty strajk na rzecz włoskiego po sierpniowym ostrzeżeniu prokuratury generalnej Białorusi, że strajk motywowany politycznie jest nielegalny , a za udział w nim grozi odpowiedzialność dyscyplinarna.

Andriej Stryżak, obrońca praw człowieka, koordynator m.in. inicjatyw BYCOVID19 (pomoc białoruskim szpitalom) czy BYHELP (pomoc ofiarom represji ze strony państwa), tłumaczy: – W białoruskim prawie nie ma pojęcia protestu politycznego, ale obrońcy praw człowieka zgodni są, że każdy ma prawo do zrzeszania się, wolności słowa, wyrażania swojego zdania, a także – protestu. Białoruskie władze działają jednak wbrew obowiązującej konstytucji i karzą tych, którzy realizują swoje konstytucyjne prawo – wypisują im mandaty, zwalniają, pozbawiają premii, grożą im.

Paweł Gaponow, prawnik z kancelarii Legaltax, dodaje: – Zgodnie z literą prawa strajk lub sama decyzja o jego przeprowadzeniu,mogą być uznane za niezgodne z przepisami tylko przez sąd w prawomocnym wyroku. Przed wyrokiem pracownika nie można zwolnić za udział w strajku, gdyż realizuje w ten sposób swoje prawo gwarantowane przez konstytucję.

W trakcie kampanii prezydenckiej powstała niezależna organizacja Uczciwi Ludzie, pomagająca ofiarom represji ze strony władzy. – We wszystkich zakładach pracy strajkujący robotnicy są zastraszani – opowiada Lena Żiwogłod z Uczciwych Ludzi. – Aktywni uczestnicy strajku są zwalniani, wysyłani w przymusowe delegacje, pozbawiani pensji, premii, a nawet aresztowani. W Białaruśkalij – koncernie produkującym nawozy potasowe – kierownictwo nie wpuszcza do zakładu 25 pracowników, którzy brali udział w demonstracjach i są traktowani jako „aktywni” w strajkach, dwoje zostało zwolnionych, troje aresztowanych, jeden zmuszony do ucieczki z kraju po tym, gdy przeciwko niemu zostało wszczęte postępowanie karne. W MTZ – Mińskiej Fabryce Traktorów – szef strajku został skazany, jak na razie, na 30 dni aresztu. W BMZ – Białoruskiej Fabryce Metalurgicznej – w Żłobinie pracownicy są zatrzymywani, wzywani na przesłuchania. Nie ma co prawda zwolnień, ale nie wypłaca się im pensji. Jeden z przywódców strajku również został zmuszony do ucieczki z kraju, groziły mu trzy lata więzienia.

Andriej Stryżak dodaje: – Robotnicy strajkują przede wszystkim po włosku, ale przynosi to efekty. Dzisiaj wiemy np., że Mińska Fabryka Samochodów wypełnia swoją dzienną normę w tydzień, a Białaruśkalij w ogóle nie wypełnia planów eksportowych, co może mieć daleko idące konsekwencje, m.in. utratę kontraktów czy konieczność wypłaty odszkodowania.

Z powodu organizowania strajku musiał wyjechać były pracownik Białoruśkalij Dmitrij Kudelewicz, jeden z przywódców strajku, którego 20 sierpnia, podczas prowokacji, zatrzymało KGB. Opowiada: – Na miejscu spotkania zamiast osób, których się spodziewałem, zobaczyłem funkcjonariuszy KGB. Założyli mi kajdanki, wepchnęli do milicyjnego autobusu i zawieźli na przesłuchanie. Udało mi się uciec przez okienko w łazience, do której jakimś cudem zostałem wypuszczony. Wyjechałem na Ukrainę, by uniknąć więzienia.

Czekamy na Wasze historie, opinie: listy@wyborcza.pl

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.