Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piotr: – Jeśli ktoś zapyta, czy z panią rozmawiałem, odpowiem, że nie. Oficjalnie nadal jestem pracownikiem milicji, nie dostałem jeszcze dokumentów o zwolnieniu. Z prawnego punktu widzenia nic nie powinno mi grozić, ale prawo na Białorusi jest rozciągliwe. A ja i tak już naraziłem rodzinę.

Choć żona mnie wsparła, czuję się winny. Mam dziecko, kredyt na mieszkanie i dług za naukę w Akademii Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Skąd dług? Taki mamy system.

Poszedłem do akademii zaraz po szkole, jako 17-latek. Wtedy też podpisałem kontrakt na cztery lata nauki i pięć lat pracy w strukturach MSW. Gdybym zaraz po akademii stwierdził, że nie chcę iść do milicji, musiałbym zwrócić 20 tysięcy dolarów za cały okres nauki. Dzięki temu, że odpracowałem trzy lata, jestem winien około 8 tysięcy dolarów.

Pierwsze dwa lata pracowałem bez entuzjazmu, ale rok temu zostałem dzielnicowym i nagle odnalazłem swoje powołanie. Ludzie przychodzili do mnie ze swoimi problemami, pomagałem. Czułem się potrzebny. Zarabiałem też nieźle. W ubiegłym roku dzielnicowym podnieśli wynagrodzenie, żeby przywrócić prestiż zawodu, bo nikt nie chciał iść. Zarabiałem od 1100 do 1350 białoruskich rubli. W dolarach około 500. Wcześniej było około 100 dolarów mniej. Planowałem dopracować do końca kontraktu, a być może nawet go przedłużyć.

Jednak po tym, co się stało po wyborach prezydenckich, zrozumiałem, że nawet praca dzielnicowego nie zatrzyma mnie w systemie. A zaczęło się już dwa miesiące przed wyborami, od treningów. Przez trzy godziny żołnierze odgrywali demonstrantów, rzucali w nas petardami, granatami, a my mieliśmy się bronić i ich unieszkodliwiać. Unikałem tych zajęć, bo wiedziałem, że

gdy zacznie się prawdziwa demonstracja, przede mną nie będzie stał żołnierz, tylko nasz naród. I niekoniecznie nastawieni agresywnie anarchiści, ale zwykli ludzie. A ja szanuję ich zdanie i uważam, że mają do niego prawo.

Ostatecznie z pięciu treningów odbębniłem jeden. Po czym w dniu przed wyborami okazało się, że jestem na liście tych, którzy zostaną wysłani do protestujących. Władze wiedziały naprzód, co się stanie. Dlatego tak się szykowały. Powiedziałem kierownictwu, że nie zamierzam brać w tym udziału, i niech robią, co chcą. Zaznaczyłem jednak, że dalej chcę być dzielnicowym. I mnie skreślono z listy.

W tych najgorętszych dniach, 9-11 sierpnia, w mojej jednostce prawie wszystkich ściągano na protesty. Mnie skierowali do pracy w areszcie, gdzie przywożono zatrzymanych. Widziałem, jak ich przyjmowali i wysyłali do cel. Jak byli traktowani w kolejnych dwóch dniach, gdy w nich siedzieli, nie widziałem, ale później mówili, że źle, i nie mam powodów im nie wierzyć.

Moim zadaniem było towarzyszenie zatrzymanym w drodze z cel do sądu, który urządzono w tym samym budynku: przyjechali sędziowie, przydzielono im gabinety. Zabierałem zatrzymanych z aresztu i szliśmy. Po drodze każdy opowiadał mi swoją historię i każdego z nich na swój sposób rozumiałem. Instruowałem, tak po ludzku, co mają mówić, żeby nie dostać aresztu, tylko grzywnę: „Mów, że pracujesz i dostajesz dobre pieniądze” – tak im radziłem. Sędzia nie musi się zgodzić na grzywnę, ale może, jeśli będzie wiedział, że zapłacisz. To zawsze lepsze niż 15 dni w celi.

Kara grzywny w ich przypadku też była niesprawiedliwa, bo na 20 osób, które przyprowadziłem, 19 było przypadkowych – nawet nie brały udziału w protestach. Ale wiadomo było, że skoro tu trafiły, jakaś kara musi być.

To, że ci ludzie trafili do aresztu za nic, najbardziej mną wstrząsnęło. Dlatego starałem się im pomóc. Nie mówię, że ci, którzy protestowali, powinni być za to karani, ale skoro wyszli na plac, muszą się liczyć z konsekwencjami. Te osoby po prostu przechodziły obok. Nie wiem, dlaczego OMON je zgarnął. Może chodziło o to, żeby rozproszyć tłum i zniechęcić ludzi do protestów. Jeśli każdego dnia zatrzymujesz po 500 osób, to za 10 dni na akcję nie wyjdzie nawet 5 tysięcy. A może władza chciała po raz kolejny przypomnieć swoje stanowisko: „Masz siedzieć w domu. Nie siedziałeś? Licz się z problemami”.

Jednego mężczyznę zamknęli tylko dlatego, że przyszedł do aresztu szukać syna. Gdy okazało się, że syn jest wśród zatrzymanych, ojca wpakowali razem z nim do celi. I tak samo jak pozostali odpowiadał za naruszenie ustanowionego porządku przeprowadzenia wydarzeń masowych. W innych czasach funkcjonariusz, który bezprawnie zatrzymał tego mężczyznę, poniósłby karę, a teraz nikt nie reagował.

Drugiego dnia zacząłem doprowadzać do sądu kobiety. Były zagubione, nie wiedziały, dlaczego je to spotkało. Nie wyglądały na takie, co pójdą rzucać granatami w milicję. I to był mój koniec w tej formacji. Musiałem odejść, żeby zachować własne człowieczeństwo. 13 sierpnia oddałem legitymację, odznakę i przestałem przychodzić. O zwolnieniu za porozumieniem stron nie było mowy, bo byłem winien pieniądze. Z szefem odbyłem rozmowę przed odejściem. Nie rozmawialiśmy o polityce, bo to igranie z ogniem, ale powiedziałem, że jestem przeciw przemocy. Próbował mnie przekonać, że przemoc wobec demonstrantów była uzasadniona, ale pozostałem przy własnym zdaniu.

Tylko jeden z kolegów napisał mi po odejściu, że mnie rozumie i wspiera. Pozostali nie zrozumieli. Obserwując inne jednostki, widzę, że ludzie masowo rzucają legitymacje. U nas uważają, że walczą w słusznej sprawie.

Nie powiem, na kogo głosowałem. Będę się trzymał tego, że jestem apolityczny. Na protestach jako uczestnik nie byłem ani razu, bo dla milicji jestem teraz celem numer jeden. Dali mi do zrozumienia, że jeśli się tam pojawię, mogę się spodziewać nieprzyjemności. Mam też wrażenie, że moje pojawienie się tam niczego nie zmieni. Zrobiłem, co mogłem, swoim odejściem. Dałem ludziom jakąś nadzieję.

Wiem, że to nie pierwsze demonstracje, kiedy milicja użyła siły przeciwko ich uczestnikom, ale dziś wszystko jest inaczej. Już nie da się nikomu wmówić, że protestują sami kryminaliści i narkomani.

Jednego dnia na ulice wyszło 300 tysięcy osób, absolutnie normalnych ludzi. Wiem to, bo wśród nich był mój ojciec. Poza żoną jest jedyną osobą z rodziny, która mnie wsparła. Mama i reszta krewnych uważają, że powinienem przeprosić i wrócić do służby.

Mam czyste sumienie

– Porozmawiajmy od razu, póki jeszcze jestem na wolności – pisze mi Jegor Jemieljanow, były już kapitan białoruskiej milicji z Nowopołocka, gdy chcę umówić się z nim na rozmowę. Ma niespełna 40 lat, o odejściu ze służby poinformował jako jeden z pierwszych białoruskich mundurowych. Na pytanie, czy chce pozostać anonimowy, odpowiada: – Nic złego nie zrobiłem. I chować się nie zamierzam. Jeśli jednak będę musiał uciekać z rodziną z kraju, mam nadzieję, że polski naród nam pomoże.

11 sierpnia Jegor wrzucił na Instagrama zdjęcie legitymacji, pochwalnego listu za służbę, odznaki i pagonów z czterema złotymi gwiazdkami. „17 lat służby skończone. Sumienie mam czyste. Milicja z narodem” – napisał. Post zebrał blisko 400 tysięcy polubień i 27 tysięcy komentarzy, w których Białorusini dziękowali Jemieljanowowi za jego postawę i uczciwość.

 

– Coś panu grozi? – pytam.

– Gdy 11 sierpnia podpisałem dokumenty o zwolnieniu, na progu biura zostałem zatrzymany przez trzech funkcjonariuszy w cywilu. Zawieźli mnie do aresztu. Zarzucono mi, że swoim postem na Instagramie dokonałem naruszenia administracyjnego, przeprowadziłem nielegalną masową pikietę. Dwie doby spędziłem w areszcie. Potem sąd mnie uniewinnił, ale kto wie, czy jeszcze czegoś nie wymyślą.

Po tym, jak funkcjonariusze służb potraktowali protestujących po wyborach, nie byłem w stanie dłużej nosić munduru – kontynuuje. – W tamtych dniach nie musiałem być służbowo na protestach, ale wiedziałem, że wiecznie takiego szczęścia mieć nie będę i w końcu zostanę skierowany na plac. Nie chciałem czekać na moment, kiedy padnie rozkaz, który może być przestępczym. Niewykonanie rozkazu niesie ze sobą poważne konsekwencje. Nieładnie byłoby też porzucić kolegów, którzy będą go wykonywać.

Dlatego się zwolniłem.

To nie był pierwszy raz, kiedy pomyślałem o odejściu, ale odkładałem tę decyzję, bo do emerytury pozostały mi trzy lata, poza tym nie mam innego zawodu. Odejście wiązałoby się z trudnościami finansowymi, poszukiwaniem pracy i długiem w wysokości 2 tysięcy dolarów, które otrzymałem po podpisaniu ostatniego pięcioletniego kontraktu.

Mimo to krótko przed wyborami zdecydowałem, że odchodzę. Zaniosłem podanie, ale dowództwo go nie przyjęło. W związku z tym, że jestem na kontrakcie, kierownictwo mogło pozwolić mi odejść, ale nie musiało. A ponieważ wiedzieli, że idą wybory i potrzebni będą funkcjonariusze, namawiali mnie, żebym został do końca umowy, do przyszłego roku.

Wtedy się zgodziłem, ale podczas protestów nie wytrzymałem. Oddałem legitymację i powiedziałem, że więcej nie przyjdę. Siłą mnie nie mogli doprowadzić. Oficjalnie zostałem więc zwolniony za niestawienie się w pracy. Teraz muszę oddać te 2 tysiące dolarów.

Pełniłem służbę w wydziale ochrony. Zacząłem zaraz po służbie wojskowej. Koledzy, z którymi grałem w piłkę, mnie namówili. Nie jest mi wstyd za lata spędzone w milicji. Nie dam stuprocentowej gwarancji, że zawsze miałem rację, ale zawsze postępowałem zgodnie z własnym sumieniem i należycie wykonywałem obowiązki. Dlatego nie powiem źle ani o milicji, ani o protestujących. Zarówno od strony obywateli, jak i funkcjonariuszy były osoby, które dążyły do destabilizacji, a chciałbym, żeby sytuacja rozwijała się pokojowo, bez użycia siły i broni.

Wydarzenia w kraju widzę tak, że ludzie domagają się respektowania ich praw, i mają do tego prawo. Chcą uczciwych wyborów. W służbach są zwolnienia w całym kraju. Z mojego wydziału sporo osób odeszło. Takiej brutalności, jaką zobaczyliśmy w dniach 9-11 sierpnia w Mińsku, nigdy wcześniej nie widziałem.

Na temat obecnego prezydenta się nie wypowiem, podobnie jak na temat innych kandydatów. Uznajmy, że nie mam żadnych poglądów. Ale chcę, żeby pozwolono nam wybrać.

Gdy się zwolniłem, zacząłem chodzić na protesty. Cieszy to, że sam jestem małym człowiekiem, ale wszyscy razem coś znaczymy. I co najważniejsze, u nas, w Nowopołocku, jest spokój. Nie ma OMON-u, milicji. Wychodzą do nas urzędnicy, rozmawiają. Tak powinno być.

Nie potrafię milczeć

– Ojciec marzył, żebym służył w organach ścigania – mówi Dmitrij, który kilka dni temu także rzucił legitymację. – Ale po szkole poszedłem na ekonomię. Dopiero później do milicji. Pracowałem w oddziale walki z przestępczością gospodarczą przez 6,5 roku i pracowałbym dalej, bo mi się podobało. Jednak w związku z obecnymi wydarzeniami na Białorusi stanąłem przed wyborem: zamknąć oczy i udawać, że jestem ślepy, albo odejść i otwarcie się wypowiedzieć.

Nie musiałem uczestniczyć w rozpędzaniu demonstrantów. Mogłem przeczekać w gabinecie, ale wewnętrznie było to dla mnie nie do przyjęcia, choć nie osądzam nikogo, kto dokonał takiego wyboru. Nie potrafię stać z boku i milczeć, bo tak jest przyjęte w służbach. Uważam, że wiele złych rzeczy w naszym kraju dzieje się właśnie dlatego, że ludzie nic nie mówią. Nie chciałem być częścią tej milczącej aprobaty.

Raport złożyłem kilka dni po wyborach. Powiedziałem kierownictwu, co myślę o wydarzeniach w Mińsku. Zostałem wysłuchany i nawet potraktowany ze zrozumieniem. Próbowali mnie przekonać, żebym został, ale się nie udało. Zwolniłem się za porozumieniem stron, bo zdołałem spłacić dług. Wpłaciłem pieniądze dzień przed zwolnieniem. Miałem trochę oszczędności, resztę pomogli uzbierać znajomi. Teraz też są przy mnie ludzie, którzy pomagają mi rozliczyć się z tymi, od których pożyczyłem. Nie wypowiem się za cały kraj, ale dobrze znam tereny Lidy i Grodna. W Lidzie ze służby odeszło już 10 funkcjonariuszy. Dla tak niewielkiego miasta to dużo. Ale wcale nie uważam, że zwolnienie się to jedyne wyjście. Wystarczy, że funkcjonariusze zaczną przestrzegać prawa i przestaną się bać reagować, widząc, że ich koledzy używają przemocy. Jeśli obywatel naruszył przepisy i trzeba go zatrzymać, zróbcie to tak, żeby nie został inwalidą. I zatrzymujcie tylko tych, którzy na to zasłużyli. Ci, którzy łamią prawo, powinni za to odpowiedzieć, ale na razie konsekwencje ponoszą tylko zwykli ludzie. I nie widzę też zbytnio szans na to, że funkcjonariusze, którzy przekroczyli uprawnienia, kiedykolwiek za to odpowiedzą. Wszyscy byli w maskach. Jak ustalić, który jest winny? Wyprowadzić 200 na plac i zapytać, kto bił tego czy tamtego? Wątpię, żeby ktokolwiek podniósł rękę albo żeby koledzy na niego wskazali.

Po tym, gdy się zwolniłem, chodziłem na legalne demonstracje. U nas w mieście przez pewien czas władze pozwalały się zbierać. To był przyjemny widok. I kolejne potwierdzenie, że postąpiłem właściwie.

Cała moja rodzina mnie wsparła. Od kolegów też nie usłyszałem złego słowa. Także obcy ludzie pisali, dziękowali za postawę. To bardzo podbudowuje. Ostatnio spotkałem się z kumplem, a on mi na pożegnanie daje kasę. Mówię mu: – Nie trzeba, sam jesteś w nie najlepszej sytuacji. A on mi na to: – Nie, Dima. Ja pracę mam, a ty nie masz.

Co robić dalej, jeszcze nie zdecydowałem. Od jakiegoś czasu na własną rękę uczę się języków programowania. Na razie moje umiejętności są na poziomie juniora, ale są ludzie, którzy podpowiadają, jak się rozwijać dalej, szukać zatrudnienia. Inny wariant – wyjechać za granicę. Rozważam między innymi Polskę. Na razie nie wiem, jak się do tego zabrać. O powrocie do milicji nie chcę myśleć. Życie cywila ma swoje piękno, o którym przez lata służby zapominasz. Choćby takie, że możesz po prostu planować jutro, pojutrze, weekend.

A mogę pozdrowić przez waszą gazetę przyjaciela? Od lat mieszka w Polsce, ma obywatelstwo. To w dużej mierze dzięki niemu podjąłem tę decyzję. Kiedy przyjeżdżał i się spotykaliśmy, zawsze mi mówił: „Dima, tam ludzie żyją całkiem inaczej”. To dzięki niemu zacząłem się uczyć programowania. Kiedy zdecydowałem się odejść z milicji, powiedział: „Nie zostaniesz z tym problemem sam”. Pomógł mi nie tylko dobrym słowem, ale też finansowo. Tak więc, Wiktorze, jestem ci bardzo wdzięczny!

Przegońmy dyktatora

Ja, Kołos Iwan Nikołajewicz, jestem funkcjonariuszem służb podległych ministerstwu spraw wewnętrznych i pracuję jako dzielnicowy. Koledzy, przysięgaliśmy chronić białoruski naród, ale zamiast tego chronimy interesy jednego człowieka, który siłą utrzymuje władzę i nie ma odwagi, żeby powstrzymać rozlew krwi i zwrócić władzę narodowi. Koledzy, apeluję do was o zaprzestanie stosowania przemocy i niekierowanie broni na nastawionych pokojowo, nieuzbrojonych obywateli. W 2015 roku przysięgałem wierność republice Białoruś i jej narodowi. Nie zwalniam się z organów ścigania, ale wykonywać przestępczych rozkazów nie zamierzam. Cichanouska Swietłana Gieorgijewna, jest pani moim legalnie wybranym prezydentem. Oczekuję od pani rozkazów dotyczących obrony republiki Białoruś i jej obywateli. Koledzy, apeluję do was, bądźcie z narodem” – mówi Iwan Kołos na nagraniu wrzuconym do sieci 12 sierpnia. Stoi na nim w służbowej koszuli. Na piersi błyszczy odznaka. 20 minut po tym, gdy wideo rozpowszechniły popularne kanały w Telegramie, do mieszkania Iwana przyjechało kierownictwo z obstawą.

– Powiedzieli, że chcą porozmawiać, ale znam te sztuczki. Nie otworzyłem – opowiada mi Iwan, gdy się spotykamy wirtualnie. – Wtedy wymyślili, że muszą mi zabrać odznakę i legitymację. Zrzuciłem im je z balkonu. Po czym dwaj funkcjonariusze odjechali, a dwaj zostali pod klatką mnie pilnować.

Nigdy nie ukrywałem, że nie podoba mi się to, co się dzieje na Białorusi. Po wyborach otwarcie mówiłem, że głosowałem na Cichanouską, choć było zalecenie, żeby głosować na Łukaszenkę.

Już przed wyborami wiedziałem, że protesty będą rozpędzać. Półtora miesiąca przed uczono nas, jak chodzić z tarczami i prawidłowo zatrzymywać obywateli. Widziałem też, co się działo w trakcie kampanii przedwyborczej. Ludzie ustawiali się w kolejce, żeby złożyć podpis na liście, a wtedy przyjeżdżał OMON i wszystkich zabierał. Z tym też się nie zgadzałem i dawałem temu wyraz, jeszcze będąc na służbie.

Moi koledzy mówili wtedy, że nie będą używać przemocy wobec protestujących, ale później zobaczyłem coś innego. 9 sierpnia w białych koszulach pognali nas wszystkich na protest w Homlu. Ze strony ludzi nie było żadnej agresji. Spokojnie stali i krzyczeli: „Milicja z narodem”, a mimo to kazano nam ich zatrzymywać. Nie rozumiałem dlaczego. Nie jestem psem, który ślepo wykonuje rozkazy. Gdy OMON przekazywał mi człowieka, żebym go wpakował do milicyjnego busa, odprowadzałem go kawałek dalej i mówiłem: „Uciekaj”. Potem dostałem od kolegów kolejną ksywkę, „Pacyfista”.

W mojej jednostce skrajnej przemocy nie widziałem. Zdarzało się, że koledzy przesadzali, ale żeby pięć osób biło jednego, jak widziałem na wideo, albo żeby ośmiu zgwałciło jedną dziewczynę, takiego koszmaru nie było. Takich rzeczy nie dokonują funkcjonariusze, tylko przestępcy. Poczuli, że teraz mogą być bezkarni.

Przed wyborami minister spraw wewnętrznych powiedział: „Działacie w imieniu państwa, państwo was nie porzuci i wam pomoże”. Przekonał funkcjonariuszy, że nie poniosą odpowiedzialności. Były też rozkazy, by działać twardo, żeby ludziom odechciało się protestować. Ale nikt nie mówił konkretnie, co należy robić. Każdy postępował tak, jak to rozumiał.

Gdy zobaczyłem nagrania z Mińska, wiedziałem, że nie chcę być częścią takiej milicji i nosić zakrwawione pagony. Jednocześnie wiedziałem, że wybory wygrała Cichanouska. Rozmawiałem z komisją wyborczą z mojego terenu i mówili mi, że zagłosowało na nią 90 procent wyborców. Nie znam prawie nikogo, kto głosował na Łukaszenkę. Mówiłem kolegom, że koniec końców funkcjonariuszy, którzy teraz przelewają krew, będą sądzić jak faszystów w procesach norymberskich. Niektórzy uważali podobnie jak ja, ale słyszałem głosy, że protestujących należy zabijać.

Po wizycie kierownictwa w domu wiedziałem, że pozostawanie na Białorusi jest niebezpieczne. Rano mogłem mieć wszczętą sprawę karną i wtedy wyważyliby drzwi i aresztowali. Ostatnio w Pskowie zatrzymano śledczego, który w raporcie o zwolnieniu i na Instagramie napisał: „Przegońmy dyktatora”. Ja powiedziałem praktycznie to samo. Od kolegów wiem, że próbują coś przeciwko mnie sfabrykować, ale na razie im nie idzie.

Poczekałem więc, aż moi „ochroniarze” przysną, i uciekłem. Wiedziałem, że jeśli za mną pojadą, wezwą drogówkę, będzie pościg i w końcu będę musiał się zatrzymać. Ale zaryzykowałem. Udało mi się przekroczyć granicę.

Nie zabrałem ze sobą prawie żadnych rzeczy, ale dzięki pomocy ludzi sobie radzę. I chcę powiedzieć funkcjonariuszom: „Nie bójcie się. Jeżeli będziecie uczciwi, ludzie wam pomogą. Ale jeśli będziecie traktować ich pałką, to na pomoc nie liczcie”. Jeszcze trochę czasu minie, zanim się przekwalifikuję i znajdę inną pracę. Interesuje mnie grafika, motion design. Na razie robię darmowe kursy i szukam nauczyciela.

W milicji odsłużyłem pięć lat. Z wykształcenia jestem nauczycielem WF-u, ale skierowano mnie do pracy na wsi, gdzie nie chciałem jechać. Wtedy zdecydowałem się na zmianę zawodu i poszedłem do organów ścigania. Zacząłem też drugie studia, prawo. Tak jak moi koledzy muszę oddać teraz pieniądze systemowi, ale nie wiem dokładnie ile. Nie wiem nawet, na jakiej podstawie mnie zwolniono. Przyszło jedynie powiadomienie, że już nie pracuję. Kiedy nagrywałem wideo, nie myślałem, że tak szybko mnie wyrzucą. Myślałem, że jeszcze jako pracownik dam radę więcej razy zaapelować.

MSW celowo wiesza na nas długi. Żebyśmy nie odchodzili. Nie wiem, jak ściągną mój. Mam na własność tylko samochód. Ani mieszkania, ani nawet garażu się nie dorobiłem. Widziałem, jak się żyje w Polsce, w Norwegii. Mam tam przyjaciela. Jak wróciłem, miałem wrażenie, że cofnąłem się o 20 lat.

Nasz prezydent nie chce żadnych reform, bo jemu jest dobrze, ograbia własny naród. Mleko u nas na rynku kosztuje 2 euro, a w Rosji, do której je importujemy – 1 euro. Jaka w tym logika? Łukaszenka sobie zbudował 18 rezydencji. W cywilizowanym świecie to nie do pomyślenia.

Wśród zatrzymanych byli głównie młodzi ludzie w wieku 25-30 lat. Młodzi podatnicy, którzy – jeśli władza się nie zmieni – szybko wyjadą z kraju. Nie wiem, za co Łukaszenka będzie utrzymywał wtedy swoje wojsko, na którym trzyma się jego władza. Wiem, że on się boi, podobnie boją się dowódcy służb, bo wiedzą, że dla nich są dwie drogi: pozostanie u władzy albo więzienie. Dlatego będą szli do końca. Ale zwykli funkcjonariusze nie są zakładnikami i nie muszą popierać bezprawnych działań.

Mam nadzieję, że białoruski naród będzie kontynuować protest. Czy Cichanouska mnie nie rozczarowała? Nie. I tak dużo zrobiła jak na osobę, która nie jest politykiem. Oczekiwałem oczywiście, że powie, że jest prezydentką, stworzy wokół siebie rząd, za którym ludzie będą mogli pójść. Ale rozumiem, dlaczego tego nie zrobiła.

Imiona anonimowych bohaterów zmieniłam na ich prośbę.

Ludmiła Anannikova: Zapraszam do kontaktu na Facebooku!

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.