Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Minister zdrowia zapewnia, że jesteśmy przygotowani do epidemii koronawirusa. Zapytaliśmy lekarzy, czy też tak uważają.

Przychodzą i mówią: „Duszę się”. Czy to już koronawirus?

– COVID-19 prawdopodobnie od wielu dni krąży po Polsce – uważa dr hab. Maria Ciesielska. Do zeszłego roku była lekarzem rodzinnym w Zielonce pod Warszawą. Dziś wykłada historię medycyny na Uczelni Łazarskiego w Warszawie. – Moi koledzy mówią, że objawy tegorocznej grypy są inne niż w latach ubiegłych. U pacjentów dominuje duszność. A to nie jest typowy objaw w grypie. Są to osoby młode, 30- i 40-letnie, które przychodzą i mówią: „Duszę się”. Być może mamy do czynienia z łagodnymi postaciami zakażenia koronawirusem. A wokół nas rzeczywistość skrzeczy. Pozamykano szpitale zakaźne. We wszystkich szpitalach na co dzień brakuje personelu na oddziałach, a cóż dopiero w przypadku epidemii. Premier mówi, że mamy wojsko w rezerwie. Ale wojak nie założy tracheotomii, gdy pacjent będzie się dusił. Nawet ja musiałabym najpierw zobaczyć, jak to robią moi koledzy, bo jako lekarz rodzinny nigdy tego nie robiłam. Słyszę też o powszechnym braku na oddziałach aparatury wspomagającej oddychanie. Jak w razie najgorszego scenariusza utrzymać przy życiu ludzi, których płuca nie będą funkcjonować? W Chinach w ciągu dziesięciu dni wybudowano szpital dla tysiąca osób. U nas to nierealne. Nawet gdybyśmy postawili szpitale polowe, nadal nie mamy aparatury. Jeśli istnieje jakiś tajny magazyn rezerw państwowych, w którym stoją nieskończone ilości respiratorów, to jest to głęboko nieetyczne w sytuacji, gdy w szpitalach brakuje ich na co dzień. Ale nie ma takiego magazynu w Polsce.

Zamknięto również laboratoria, na przykład zajmujące się gruźlicą. Kiedy ja w gabinecie lub mój mąż w szpitalu mieliśmy chorego z podejrzeniem gruźlicy, to był to najtrudniejszy pacjent. Dlaczego? Bo zostaliśmy pozbawieni dostępnej dla pacjenta diagnostyki. Jeśli ktoś nie mieszka w pobliżu Otwocka i Warszawy, musi pokonać szmat drogi, by wykonać odczyn tuberkulinowy. Badamy dzisiaj geny wirusów, przeszczepiamy twarz i dłonie, a jednocześnie ludzie umierają na gruźlicę, bo mają za daleko do laboratorium diagnostycznego. Badanie w kierunku koronawirusa również jest ograniczone do dużych ośrodków.

Na biały papier nie starcza

Internista, klinika w Warszawie: – W moim szpitalu jest codzienna walka o respirator. Karetki z pacjentami z zawałem krążą po całej Warszawie, bo na mieście nie ma wolnego respiratora. Dyspozytor dzwoni do mnie na nocnym dyżurze i pyta, czy mam miejsce. Nie mam. A jak mam, to profesor wyrzuca mi rano, że przyjąłem pacjenta z miasta. Przez to nie mamy w rezerwie respiratora dla naszych pacjentów, gdyby się im pogorszyło.

Nie jesteśmy przygotowani na epidemię choroby, w której trzeba wspomagać płuca. Nie mamy dodatkowych zespołów pielęgniarek, które potrafią obsłużyć aparaturę na OIOM-ie. Choćby z powodu braku respiratorów i personelu uważam, że koronawirus jest groźniejszy niż zwykła grypa.

– Ile kosztuje respirator?

– Od 140 do 180 tysięcy.

– To dużo dla szpitala?

– To pytanie do dyrektora, który zlikwidował biały papier toaletowy, a wprowadził dziurawy szary.

Podejrzewasz u siebie koronawirusa? Nie wchodź, naciśnij dzwonek

Marek Chroń jest kierownikiem do spraw technicznych szpitala powiatowego w Pucku. To na kierownikach technicznych ciąży odpowiedzialność walki z chińskim wirusem w obrębie szpitala.

– W jaki sposób pan walczy? – pytam Chronia.

– Przed drzwiami oddziałów zamontowałem dozowniki z żelem dezynfekującym. Dla osób z podejrzeniem wirusa mamy przy recepcji stanowisko wywoławcze.

– Co to jest?

– Dzwonek, który przyzywa lekarza. Przy dzwonku jest informacja, że jeśli podejrzewasz u siebie koronawirusa, to nie wchodź do przychodni, tylko naciśnij dzwonek. Lekarz zejdzie, przyprowadzi taką osobę do izolatki, zbada. Jeśli objawy faktycznie będą przypominały koronawirusa, to karetka przewiezie pacjenta do szpitala zakaźnego. Nie wiem tylko, czy w przypadku epidemii starczy miejsca w zakaźnych.

– Nie ma pan problemu z kupnem płynów dezynfekujących? W wielu sklepach się skończyły.

– Dostawca płynów dla spółki Szpitale Pomorskie zrezygnował, bo nie jest w stanie zdobyć towaru na rynku. My mieliśmy zapasy. I umowę z innym dostawcą. Na razie nie zmienił umowy.

Wyszła na spotkanie z koronawirusem

Doktor Marek Skoczylas prowadzi na YouTubie kącik medyczny, który cieszy się dużą oglądalnością. Nie dają mu żyć hejterzy po tym, gdy powiedział, że na koronawirusa dobra jest lukrecja.

– Naprawdę pomaga? – pytam Marka Skoczylasa.

– Koronawirusy znamy nie od dziś. W 2003 roku dowiedziono, że substancja, która nazywa się glicyryzyną, zawarta w lukrecji, działa przeciwwirusowo lepiej niż leki syntetyczne z aptek. Badania opublikowano w najważniejszym czasopiśmie naukowym „The Lancet”. Niewiele później opisano, w jaki sposób glicyryzyna wykazuje działanie przeciwwirusowe.

– Lukrecję można kupić w aptekach?

– Też. Ale bardziej w sklepach zielarskich i ze zdrową żywnością.

– Słyszałem, że w warszawskich aptekach już jest nie do kupienia.

– Nie uważam, że to z powodu mojego filmu. Ale rzeczywiście mam sygnały, że była, a jej nie ma.

– W jakiej postaci przyjmuje się lukrecję?

– Napary ze zmielonych liści, korzeni, łodyg. Nie wolno stosować dłużej niż cztery tygodnie.

– Pijmy herbatki z lukrecji, a nie złapiemy koronawirusa?

– Nie. Lukrecja nie uchroni nas przed chorobami. Ale spowoduje, że jak już zachorujemy, to glicyryzyna zahamuje przenikanie wirusów przez błony komórkowe.

O lukrecję pytam w czterech warszawskich aptekach i dwóch sklepach zielarskich.

„Nie ma”.

„Postaram się ściągnąć z hurtowni”.

„Wyszła na spotkanie z koroną”.

Ograniczajmy się przez dwa miesiące

Lekarka z Małopolski, na kierowniczym stanowisku w szpitalu: – Jeśli we Włoszech z czterech zakażonych robi się czterystu, to jest się czego bać. Nasze szpitale nie są przygotowane na epidemię. Niewielka liczba ciężko chorych może być leczona w oddziałach intensywnej terapii wyposażonych w respiratory, ale trudno o taką opiekę w oddziałach zakaźnych, które dotąd zajmowały się głównie leczeniem wirusowego zapalenia wątroby. Lżej chorzy, tak jak przy zwykłych infekcjach dróg oddechowych, niech się leczą w domu – tak będzie dla nich bezpieczniej, a w razie pogorszenia zawsze mogą zadzwonić po pogotowie. Tym ciężko chorym w oddziale zakaźnym możemy dać leki przeciwgorączkowe, tlen, sterydy. Jednym pomoże, dla innych będzie za mało. Na ciężkie wirusowe zapalenie płuc umierają nawet młodzi ludzie.

Przeżyłam dwie epidemie grypy w naszym szpitalu. Układaliśmy pacjentów na korytarzach, a najciężej chorych na pulmonologii, żeby nie zakażali innych. Ale przy dużej epidemii jak możemy odizolować pacjentów, skoro nie mamy nawet jednej sali pojedynczej? Kiedy zaraziłam się ciężką grypą, przez półtora tygodnia leżałam w domu zamknięta w pokoju. Nie pozwalałam nikomu wchodzić do mnie, rozmawiałam tylko przez telefon, leki i napoje były zostawiane przy drzwiach. Cały czas wietrzyłam i miałam włączony oczyszczacz powietrza. A kiedy szłam do łazienki, wkładałam maseczkę i rękawiczki. Wołałam, że idę, i wszyscy domownicy chowali się w innych pokojach. Nikt się nie zaraził. Jako świadomy pacjent robiłam wszystkie te rzeczy związane z izolacją. Ale zwykły pacjent leży ledwo żywy i nie myśli o tym, jak nie zakażać innych.

W szpitalu zrobiliśmy analizę, ile mamy maseczek i rękawiczek. Zrobiliśmy małe zapasy środków do dezynfekcji podłóg i klamek. Nieprawda, że maseczki nic nie dają. WHO zaleca ich używanie przez personel medyczny, bo ograniczają mechanicznie dotarcie wirusa do nas. Powiedziałam: „Dawajcie wszystkim kaszlącym i zakatarzonym pacjentom w poczekalni maseczki”. Powiedziałam również: „Myjcie trzy razy dziennie klamki alkoholowym środkiem dezynfekcyjnym”, oraz: „Nie przychodźcie do pracy, jeśli macie jakiekolwiek objawy grypy, jakoś sobie bez was poradzimy”.

Mówienie, jak szpitale są przygotowane, jest nieistotne, bo przede wszystkim jako społeczeństwo musimy być przygotowani do wydłużenia dystansu między człowiekiem a człowiekiem, zrezygnowania z kina, teatru, nart. Do tego trzeba przestrzegać podstawowych zasad: szorować ręce po przyjściu do domu, przed jedzeniem i po użyciu chusteczki do nosa, nie brać w sklepie bułek gołymi rękami, zrezygnować czasowo z podawania ręki na powitanie, po przyjściu z pracy wrzucić ubranie do pralki, nie kasłać na rękaw, tylko do chusteczki. Naszej niani daliśmy żel antybakteryjny, bo dojeżdża autobusem.

Nie można bagatelizować śmiertelności powyżej 15 procent u osób powyżej 80. roku życia. Ci, którzy podróżują, nie myślą o tym, że są zagrożeniem dla ludzi starszych, przewlekle chorych. A oni są bezbronni wobec kaprysów młodych, którzy wiedzą, że jest wirus, ale jadą do Włoch. Ograniczajmy się przez dwa miesiące, a później będzie dobrze.

Ośmielę się powiedzieć, że zatrzymanie wirusa łatwiejsze jest w państwach niedemokratycznych. Chińczykom nie narasta obecnie dzienna liczba zgonów, bo wojsko pilnuje, aby ludzie nie wychodzili na ulice, 200 milionów Chińczyków nie pracuje, zamknięte są szkoły i urzędy. A u nas każdy robi, co chce, bo jesteśmy bardzo przywiązani do swojej wolności.

Robienia zapasów uczmy się od Niemców

Pediatra Marta Śledzińska pracuje w Pomorskim Centrum Chorób Zakaźnych i Gruźlicy w Gdańsku. W województwie jest tylko pięciu lekarzy specjalizujących się w chorobach zakaźnych dzieci. Jak mówi, na szczęście COVID-19 dużo rzadziej atakuje najmłodszych. Na Facebooku przestrzega przed paniką. „Dzisiejszy widok w osiedlowej Biedronce, gdzie koszyki wypełniały się kaszami, makaronami, mąkami w ilościach hurtowych, daje smutny obraz armagedonu, jaki nas czeka, nie z powodu wirusów, które były, są i będą, ale z powodu paniki. Myjcie ręce, używajcie łokci i kolan, co tam komu wygodnie, nie całujcie się na powitanie z ciocią, zachowajcie zdrowy dystans, rozmawiając ze sobą (minimum 1,5 m), nie ładujcie dzieci do basenów z kulkami, unikajcie basenów, maseczki flizelinowe są do luftu, inne trzeba zmieniać, unikajcie zamkniętych pomieszczeń, nie szturmujcie w związku z tym placówek POZ z byle powodu”.

– Może lepiej być spanikowanym niż wyluzowanym?

– Dziękuję za to pytanie. Trzeba odróżnić strach o bliskich od paniki. Panika paraliżuje zdrowy rozsądek, zabija empatię i solidarność.

– Jak wtedy, gdy wydzieramy sobie w sklepach ostatnie paczki mąki, makaronu i ryżu?

– Chociażby. Zapasy należy przygotować, ale niekoniecznie w ostatnim momencie i w takim szale. W Niemczech Urząd Ochrony Ludności i Pomocy na Wypadek Katastrof dawno sporządził wykaz produktów, które obywatele powinni mieć w domach, określoną objętość wody czy ilość suchych roślin strączkowych na osobę. My, z epoki postkomunizmu, robimy zakupy z dnia na dzień.

– Czyli koronawirus pomógł zrozumieć, że warto mieć w domu kilka paczek więcej makaronu i mąki?

– I nauczył nas myć ręce.

– Czy pani oddział i szpital mają respirator?

– Nie. W ciężkich przypadkach musimy przewozić pacjentów do innych szpitali. Ale nieraz słyszymy, że tam nie ma miejsca. Wtedy szukamy do skutku i tracimy cenne dla pacjenta minuty. Zarząd szpitala ogłosił przetarg i prawdopodobnie doczekamy się miejsc intensywnej opieki medycznej, a więc również respiratora. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie sprzęt zawita do szpitala. Szkoda tylko, że dopiero w obliczu epidemii.

– Kto go obiecał?

– Urząd wojewódzki dał pieniądze. Do zarządu szpitala należy teraz ich rozdysponowanie.

Gruźlica wraca, szpitali brak

Zbigniew Kubisz, lekarz rodzinny z przychodni w Ryczywole w Wielkopolsce: – Miesiąc temu byłem na urlopie w Afryce. Po wylądowaniu wszyscy pasażerowie mieli mierzoną temperaturę. Gdy wróciłem, na lotnisku w Polsce nikt tego nie robił. Bagatelizuje się, że grypa jest gorsza. Tylko że przy zwykłej grypie mamy leki i mniejszą śmiertelność. Dostaliśmy wytyczne, aby pacjentów z podejrzeniem koronawirusa wysyłać do szpitali zakaźnych. Ale ci pacjenci siedzą w naszej przychodni i nie wiedzą, co im dolega. Zanim trafią na zakaźny, zakażą tych, którzy siedzą obok. Do tego mają jechać na własną rękę, z temperaturą i osłabieniem. Od nas do Poznania jest 60 kilometrów. Czym dojadą? Pociągiem? Autobusem? Samochodem? Dla ciężko chorych możemy wezwać karetkę, ale dla tych lekko? Czy w domu się wyleczą? Nie zakażą innych?

– W małych miastach nie ma szpitali zakaźnych?

– Zlikwidowane. W małych miejscowościach szpitale są prowadzone przez powiat. Starosta zdecydował, że zamyka zakaźny, bo jest niepotrzebny, do tego nie ma lekarzy. Nie da się na już odbudować tych oddziałów. A obserwujemy powrót odry i gruźlicy. Kilka lat temu rocznie mieliśmy jedną osobę z gruźlicą, teraz to jedna osoba na trzy miesiące. Państwo ogłosiło, że gruźlicę pokonaliśmy. Ale ona wróciła.

Pracujemy normalnie

Dawid Ciemięga, pediatra z Tychów: – W przychodniach nie ma specjalnych mobilizacji, pracujemy normalnie, ponieważ póki co sytuacja jest spokojna. Przygotowania tyczą się raczej izb przyjęć, SOR-ów i szpitali z oddziałami zakaźnymi. Pod względem logistycznym nikt nie jest dobrze przygotowany na dużą epidemię choroby zakaźnej, bo w szpitalach zwyczajnie może zabraknąć miejsc, zwłaszcza na intensywnej opiece. Gdyby epidemia miała dotyczyć dzieci, to oddziałów zakaźnych dla dzieci jest garstka. Najbliższy nas jest w Krakowie. To ponad 80 kilometrów.

Jedna karetka na województwo

Rozmawiam z Elżbietą Weinzieher z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Warszawie.

– Czy jeśli zadzwonię na pogotowie, że mam duszności i kaszel, to przyjedziecie?

– Jeśli będzie pan miał kaszelek, temperaturkę i tak troszeczkę będzie panu duszno, to nie przyjedziemy, bo w tym czasie może zabraknąć karetki dla kogoś, kto ma zawał. Przyjedziemy wtedy, kiedy usłyszymy, że nie łapie pan powietrza.

– A jak powiem, że wróciłem wczoraj z Chin?

– Jeśli dyspozytor usłyszy, że pana życie jest zagrożone, to bez względu na to, skąd pan wrócił, przyjedziemy. W dalszej kolejności dyspozytor przyjmie również do wiadomości, że wrócił pan z obszaru zagrożonego, że objawy wskazują na koronawirusa, i dlatego wyśle zespół ratowników w kombinezonach i maskach. Po powrocie zespół się odkazi, a samochód pojedzie do dekontaminacji.

– Do czego?

– Dezynfekcji.

Okazuje się, że każdy wojewoda ma do dyspozycji karetkę. – Na razie jest jedna, ale jak będzie trzeba, to znajdzie się więcej. Te karetki różnią się od innych tym, że jest możliwa ich szybka dezynfekcja – mówi Adrian Mól, rzecznik prasowy wojewody kujawsko-pomorskiego.

Dzwonię do prywatnej przychodni Medicover. Najpierw proponują wideoczat z lekarzem. Po wideoczacie mogą przysłać karetkę. A dla pacjenta w przychodni z każdą infekcją wirusową lekarz ma przygotowaną maseczkę. Do tej pory były przy wejściu. Od dwóch tygodni już ich nie ma, bo natychmiast znikały.

Pani w innej prywatnej przychodni, Lux Medzie, też proponuje wideoczat. Jeśli po konsultacji lekarz stwierdzi, że to może być koronawirus, przyśle karetkę z ratownikami w kombinezonach, którzy dowiozą do szpitala zakaźnego. Pod warunkiem że pacjent ma taką usługę w abonamencie.

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.