Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

31 grudnia opublikowaliśmy reportaż „Chcemy nauczycieli z pasją, reszta może odejść”. Dotyczy on konfliktu rodziców i nauczycieli w Zespole Szkół w Kamionce. Funkcję przewodniczącej rady rodziców pełni tam Katarzyna Świerszcz-Dobosz, która jednocześnie jest prokuratorem Prokuratury Rejonowej w pobliskim Lubartowie.

Po tym gdy egzaminy gimnazjalne w szkole wypadły słabo, na zebraniu zażądała od dyrekcji przygotowania i przedstawienia rodzicom programu naprawczego, powiedziała też o możliwości pozwów cywilnych rodziców wobec nauczycieli za niewłaściwe wykonywanie swoich obowiązków. Po jej interwencjach w placówce odbyły się liczne kontrole, na wniosek rady kilku nauczycieli, co do których jakości pracy miała wątpliwości, zostało poddanych ocenie.

Świerszcz-Dobosz domaga się też od wójta odwołania dyrektorki szkoły, zarzucając jej brak odpowiedzialności za dobro uczniów. Kadra pedagogiczna Zespołu Szkół w Kamionce czuje się zastraszona przez przewodniczącą rady rodziców. Ona sama w rozmowie z reporterem „Wyborczej” wyjaśnia, że walczy o jak najlepszą szkołę, taką, w której nauczyciele mają świadomość wagi swojego zawodu, spoczywających na nich obowiązków, a jednocześnie są rozliczani ze swojej pracy. 

Reportaż spotkał się z wielkim zainteresowaniem Czytelników, na fanpage’u „Wyborczej” na Facebooku oraz na naszej stronie pojawiło się kilkaset komentarzy, zarówno ze strony rodziców, jak i nauczycieli.

Katarzyna Świerszcz-Dobosz wiosną 2017 roku, kilka miesięcy przed głośnym wystąpieniem na zebraniu w szkole, została szefową Prokuratury Rejonowej w Lubartowie. Wkrótce po publikacji reportażu zrezygnowała z funkcji.

- Wysłaliśmy wniosek o odwołanie do prokuratora generalnego. Czekamy na decyzję - mówi Agnieszka Kępka, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie.

Andrzej Zieliński, nauczyciel historii, były dyrektor I Liceum Ogólnokształcącego w Lubartowie i lubelski wicekurator oświaty, od dziesięciu lat kieruje Lubelskim Samorządowym Centrum Doskonalenia Nauczycieli.

PAWEŁ PIOTR RESZKA: „Drodzy nauczyciele, jasno Wam mówimy – żądamy, żebyście wzięli się do pracy, bo bierzecie za to publiczne pieniądze. To nie komuna, gdzie każdy, obojętnie jaką ma wydajność, bierze po równo”. Jak by pan zareagował na takie stwierdzenie wygłoszone przez rodzica podczas wywiadówki?

ANDRZEJ ZIELIŃSKI*: Oburzeniem oczywiście.

Rodzic nie ma prawa wymagać od nauczyciela i go rozliczać?

– Ma prawo wymagać. A nauczyciel powinien z rodzicem rozmawiać. Ale metody polegające na szantażu: proszę zrezygnować, bo jak nie, to będą wszczęte postępowania karne, są absolutnie niedopuszczalne. I kiedy mówi to rodzic prokurator, ja słyszę prokuratora. Nie dziwię się pani dyrektor, że czuje się szykanowana, rozumiem też emocje nauczycieli. 

Oczekiwania rodzica sformułowane w formie nakazu: macie zrobić to i to, bo pracujecie dla nas, rodziców, a jak nie, to się nie nadajecie do zawodu, wywołują strach i opór. Od kontroli i rozliczania nauczyciela jest nie rodzic, lecz nadzór pedagogiczny, czyli dyrektor i kuratorium oświaty.

A czy spotkał się pan kiedyś z przypadkiem, że nauczyciel został zwolniony ze szkoły, bo nie przykładał się do pracy?

– Co to znaczy nie przykładał? Chodzi o wyniki egzaminów zewnętrznych?

Na przykład.

– Przecież nie można wykluczyć, że nauczyciel jest zaangażowany w swoją pracę, tylko wybiera złe metody. I najpierw trzeba odpowiedzieć na pytanie: co się dzieje? Dobrze zorganizowany dyrektor powinien móc wychwycić, co jest nie tak. W jaki sposób? Jest kilka metod, choćby obserwacja lekcji.

Nauczyciel wie, że pan ma przyjść?

– Tak, zawsze zapowiadałem obserwację lekcji.

To co to za kontrola?

– Chciałby pan nagonki robić na nauczycieli? Z dyrektora kontrolera? Nadzór pedagogiczny polega na wspomaganiu i wzmacnianiu nauczyciela. Nawet jeżeli nauczyciel, uprzedzony o mojej wizycie, spręży się i przygotuje dobrze na tę lekcję, a na pozostałych nie będzie się przykładał, wciąż będą napływać skargi od rodziców. Wtedy mogę zapowiedzieć, że owszem, lekcja, na której byłem, wypadła dobrze, ale w związku z uwagami rodziców będę częściej przychodził i wtedy już nie muszę się zapowiadać.

Ale rozumiem, do czego pan zmierza. Faktycznie, nie znam przypadku zwolnienia nauczyciela ze szkoły publicznej z powodu niezadowalających wyników pracy. Nawet ci bardzo przeciętni mogą uczyć dalej. Przyznaję też, że miałem bardzo przeciętnych uczniów w liceum, a po latach okazywało się, że uczą w różnych szkołach. Negatywna selekcja do zawodu jest faktem. Ale są również rodzice, którym jest na rękę, gdy nauczyciel nie wymaga zbyt wiele. Rodzic wie, że jego dziecko nie jest rewelacyjne, i gdyby poprzeczka była postawiona wyżej, nie poradziłoby sobie w liceum.

To, co mnie uderzyło w komentarzach pod reportażem, to też w wielu przypadkach bardzo swobodny stosunek komentujących do nauczycieli, lekceważenie, czasem pogarda. „Być może kij to jedyny sposób, by wyegzekwować od państwa to, co należy się nam i naszym dzieciom za podatki, które płacimy?”.

– Prestiż zawodu jest coraz niższy. Choć znam wielu nauczycieli, którzy nie przyjmują do wiadomości, że czas Siłaczek jakoby się skończył, i wciąż podchodzą do swojej pracy z wielkim zaangażowaniem. Ale wyższe pensje nie spowodują od razu, że prestiż nauczyciela wzrośnie. System wymaga zmian.

Jakich?

– Choćby konkursów na stanowiska nauczycielskie. Byłbym za ich wprowadzeniem. Dziś często nie ma nawet rozmowy kwalifikacyjnej – jest wakat, jest nauczyciel z kwalifikacjami, sprawa załatwiona. A prawo oświatowe konkursów nie zabrania. Jeszcze w latach 90., gdy kierowałem liceum, zorganizowałem taki na stanowisko nauczyciela języka polskiego. Powołałem komisję konkursową, zgłosiły się trzy osoby, odbyły się przesłuchania. I to był strzał w dziesiątkę, bo polonistka, którą wtedy zatrudniłem, okazała się doskonałym, bardzo zaangażowanym nauczycielem. Oczywiście dotyczyło to sytuacji, w której „popyt” przewyższał „podaż”. Jest jednak wiele szkół, gdzie brakuje nauczycieli.

Zmiany powinny nastąpić już na etapie kształcenia nauczyciela. Dziś w Polsce na studiach o charakterze pedagogicznym praktyka pedagogiczna wynosi sześć miesięcy, a np. w Luksemburgu – od 24 do 40, i kończy się egzaminem państwowym z przydatności do zawodu. To jest wystarczający czas na stwierdzenie, czy ktoś się nadaje do zawodu, czy nie. Albo doskonalenie zawodowe. U nas nie ma obowiązku doszkalania się, jest tylko ten związany z awansem zawodowym. Często okres doskonalenia kończy się, gdy pedagog osiągnie najwyższy stopień nauczycielski.

Nauczyciel dyplomowany już nic nie musi?

– Musi przychodzić do pracy i realizować podstawę programową, ale są też tacy, którzy tę wiedzę, którą mają, powielają z roku na rok, nie angażują się w przedsięwzięcia innowacyjne. Z obserwacji wiemy, że nie potrafią korzystać na przykład z zasobów edukacyjnych w chmurze, tworzyć publikacji elektronicznych, nie mają potrzeby i nie odczuwają presji, by się dalej rozwijać. A tymczasem w wielu krajach Europy jest określony obowiązkowy wymiar godzin uczestnictwa w doskonaleniu zawodowym, do końca pracy w szkole. Świat przecież się zmienia, szkoła musi nadążać. Jak bym wyglądał wobec uczniów, gdybym dziś na lekcje przyniósł rzutnik i wyświetlał slajdy z przezroczy. Tymczasem ciągła nauka w tym zawodzie powinna być rozwiązaniem systemowym. Dziś nawet z koleżeńskim doszkalaniem jest kłopot. Kiedyś zaproponowałem stworzenie w jednym z powiatów sieci matematyków – niech bardziej doświadczeni pokazują tym początkującym, jak dobrze prowadzić lekcje. Ale nic z tego nie wyszło. Okazało się, że ci dobrzy nauczyciele się boją.

Czego?

– Myślą tak: skoro jestem dobry, podzielę się swoją wiedzą i doświadczeniem, swoim know-how z innymi, to stracę. Bo ktoś inny będzie wyróżniany, kogoś innego będą nagradzać, druga szkoła będzie lepsza. To problem mentalności. Poza tym jest coś jeszcze. Jeżeli nauczyciel chciałby pojechać do innej szkoły na taką lekcję koleżeńską, musi poprosić dyrektora o zgodę, a dyrektor powie mu na to: jeżeli ciebie zwolnię, będę musiał dać zastępstwo, a nie mam na to pieniędzy, a wójt zabrania mi generować dodatkowych kosztów.
I kółko się zamyka. Mimo to jest pewne światełko w tym tunelu. W całej Polsce właśnie tworzy się system doradców metodycznych, w każdym województwie będzie ich kilkuset, będą oczywiście dodatkowo opłacani z budżetu, nauczyciele zyskają możliwość konsultacji.

Niezależnie od wszystkiego rzeczą podstawową są wyższe pensje. Szacunek do zawodu też buduje się w ten sposób, że nauczyciela stać na garnitur albo przygotowanie się do zajęć, również z laptopa i książek, które sobie kupił. Choć w wielu krajach prestiż zawodu nie wynika z tego, że pedagodzy dużo zarabiają.

W takiej Finlandii, której fenomen systemu edukacji podziwia cały świat, nauczyciel zarabia od 2 do 3 tysięcy euro miesięcznie i jak na tamtejsze warunki jest nieco wyższa niż płaca przeciętna w kraju. Ale prestiż zawodu jest ogromny, o przyjęcie na studia pedagogiczne stara się po 10 osób na miejsce. Szacunek nauczyciel wyrobił sobie przez dobre metody uczenia i dobre relacje z rodzicami. Pedagodzy nie są niepokojeni koniecznością przeprowadzania testów, konkurencją pomiędzy szkołami czy poleceniami administracji. Co więcej, ich praca nie jest kontrolowana przez nadzór pedagogiczny, ponieważ w Finlandii nie ma urzędów jak polskie kuratoria oświaty. Jest ministerstwo, które określa ramy, jednak nie narzuca szkołom, w jaki sposób mają realizować podstawę programową. Tam system oparty jest na ogromnym zaufaniu do szkoły. Po prostu nauczycielom się wierzy, że ich metody są dobre.

Przykład współpracy rodzica z nauczycielem na podstawie Kamionki: przewodnicząca rady rodziców dzwoni po południu do nauczyciela i mówi: „Ma pani wykonać stroiki bożonarodzeniowe, bo będziemy je sprzedawać jako rada”.

– No nie, tak nie może być. Rodzic nie powinien organizować pracy nauczycielowi. I odwrotnie, nauczyciel nie powie przecież do rodzica: proszę dziś od 18 do 19 popracować nad matematyką z synem. Relacje muszą być partnerskie. Dyrektor nie powinien też bezrefleksyjnie ulegać rodzicom, a u nas jest to niestety częste. Choćby w przypadku sposobu naboru do klas. Wśród rodziców przyjęło się np., że w liceum są klasy dla uczniów zdolniejszych, a pozostali idą do klas „słabszych”. To bardzo szkodliwe zjawisko i w wielu krajach są przepisy, które zabraniają takiej selekcji. W Finlandii do każdej klasy bądź grupy trafia uczeń słabszy, przecięty i uczeń dobry. I to jest wielka wartość tego systemu. Przekonanie, że rozwój ucznia nie jest jego sprawą indywidualną ale wysiłkiem zbiorowym, a uczeń w grupie rozwija się lepiej niż sam. Nie ma wyścigu szczurów, nie ma porównywania. I to się wspaniale sprawdza.

A co z ocenianiem? Z pracą domową?

– W fińskich szkołach dzieci nie dostają ocen przez pierwszych sześć lat nauki, a do ukończenia 16. roku życia nie zdają żadnych egzaminów. Dopiero na koniec nauki w liceum zdają egzamin maturalny. Przyjęcie na studia odbywa się na podstawie konkursu świadectw oraz wewnętrznych egzaminów przygotowanych przez daną uczelnię.

Prace domowe, to, co wywołuje w Polsce od lat dyskusje, są zadawane rzadko. Nauczyciele tak planują zajęcia, aby uczniowie maksymalnie dużo skorzystali na lekcji. Nikt nie odpytuje uczniów pod tablicą. Wszyscy są na takim etapie świadomości, że mają ogromne zaufanie do nauczyciela i szkoły.

A jaka w tym systemie jest rola rodzica?

– Rodzice są partnerami, nie ingerują w zasadzie w pracę nauczyciela, nie ma wywiadówek, bo nie ma takiej potrzeby, na ocenę ucznia składa się też ta, którą on sobie sam wystawia, więc rodzice mają świadomość, na jakim jest poziomie. No i jeszcze korepetycje. Gdyby fiński nauczyciel zaprosił do siebie do domu uczniów i za pieniądze udzielał im lekcji, wyleciałby z zawodu. Gdy pedagog widzi, że uczeń odstaje od grupy, do klasy w czasie lekcji przychodzą dodatkowi pedagodzy i pracują z uczniem. To wewnątrzszkolny system korepetycji opłacany przez państwo. Fiński rodzic po prostu wie, że szkoła wyedukuje jego dziecko w odpowiedni sposób i na odpowiednim poziomie. Polski rodzic często wysyła dziecko na korepetycje, by zagłuszyć wyrzuty sumienia, że nie pracował z nim tak, jak powinien, i by móc potem powiedzieć: zrobiłem, co tylko się dało. 

Niedawno NIK sprawdził, jak rodzice współpracują ze szkołą. Kontrolerzy przyglądali się między innymi funkcjonowaniu rad rodziców w 20 placówkach w Polsce. Żadna z rad nie korzystała z możliwości wnioskowania o ocenę nauczycieli, najbardziej widocznym przejawem ich działalności było zbieranie składek od rodziców. Za pieniądze rodziców remontowano nawet szkolne sale, co jest niedopuszczalne, bo to przecież rola organu, który prowadzi szkołę.

– Owszem. Rady rodziców często pełnią funkcję służebną wobec szkoły, a ich rola ogranicza się jedynie do zakupów pomocy pedagogicznych. Zamiast być ciałem doradczym, jest usługowym. I trzeba też powiedzieć, że w przypadku szkoły w Kamionce, od której zaczęliśmy rozmowę, rada rodziców ma też duże osiągnięcia – organizuje konkursy, zajęcia, stara się zaktywizować rodziców. W wielu szkołach natomiast rodzicom często po prostu się nie chce angażować w życie szkoły. Bo to dodatkowa praca, dodatkowa odpowiedzialność, a przecież czasu zawsze tak mało. A w ilu szkołach zbadanych przez NIK funkcjonowała rada szkoły?

W jednej na dwadzieścia.

– No właśnie. W całym kraju jest znikomy odsetek placówek, które ją mają. W systemie oświaty rada szkoły ma większe kompetencje niż rada rodziców. W jej skład wchodzą przedstawiciele rodziców, nauczycieli i samorządu uczniowskiego. Może działać w danej szkole, choć nie musi. Uprawnienia rady szkoły w zasadzie dotyczą każdego aspektu funkcjonowania szkoły. Rada może występować do kuratorium z wiążącym wnioskiem o zbadanie i dokonanie oceny działalności szkoły lub jej dyrektora albo innego nauczyciela zatrudnionego w szkole. Instytucja rady szkoły funkcjonuje w prawie oświatowym od wielu lat – tylko co z tego wynika? Dobrze by było, by w końcu też rodzice wzięli odpowiedzialność za szkołę, porównywalną do nauczycieli.

Wracając do konkursu na nauczyciela języka polskiego, który pan ogłosił w swoim liceum. Jaka była główna motywacja do podjęcia tej pracy? Finansowa?

– Skąd. Głównie ambicjonalna.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.