Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Jesteś 86. w kolejce, proszę o cierpliwość". Jak przebić się do lekarza przez telezapory

– Ci, których teleporady nie wyleczyły, przychodzą do mnie – opowiada Monika, farmaceutka ze średniego miasta powiatowego. – Moja apteka zamienia się w przychodnię. „Pani magister, pokażę pani zdjęcie w telefonie. Miałam teleporadę, lekarz zapisał tabletki, ale nie skutkują. Pani coś poradzi” – słyszę to codziennie. Mówię wtedy, że konieczna jest wizyta osobista u lekarza i pacjent musi ją wywalczyć, albo wydaję coś na podstawie swojego doświadczenia.

Przyszedł do mnie stały klient, pokazuje spuchnięty jak balon łokieć. Miał teleporadę, ale: „Pani magister, jest piątek po południu. Szpital nie przyjmuje, przychodnia zamknięta, lekarzy nie ma, kto mi tu cokolwiek pomoże?”. Dałam mu leki przeciwzapalne, tylko tyle mogłam zrobić. Albo jeszcze inaczej: „Złożyłem prośbę o receptę, będę ją miał za półtora tygodnia, nie wiedziałem, że trzeba będzie tak długo czekać, a zostały mi tylko dwie tabletki”. Tak się dzieje w niektórych wiejskich przychodniach. Lekarz przyjmuje tam na przykład trzy dni w tygodniu, więc pacjent wrzuca prośbę o receptę do specjalnej skrzynki, a potem czeka. Bywa, że otrzymuje ją nawet po dwóch tygodniach. Najczęściej dotyczy to osób starszych. Oni gubią się w nowej sytuacji.

Reportaż Agnieszki Kawuli i Rafała Grądzkiego

Lekarka z dużego POZ-u:  - Patrzę w dokumentację pacjenta i widzę:  teleporada, jedna, druga, trzecia. Ból. Lek. Ból. Lek. Poprosiłam, żeby przyszedł. Potrzebował leczenia onkologicznegoLekarka z dużego POZ-u: - Patrzę w dokumentację pacjenta i widzę: teleporada, jedna, druga, trzecia. Ból. Lek. Ból. Lek. Poprosiłam, żeby przyszedł. Potrzebował leczenia onkologicznego Rys. Barbara Niewiadomska

***

Przystanek Polska. Białorusini szukają schronienia

Andriej Ostapowicz, 27 lat, były śledczy w Mińsku: – Zaczęło się od raportu, który napisałem, gdy odchodziłem ze służby pod koniec 24-godzinnego dyżuru. Pisałem, że kierownictwo łamie konstytucję, a postępowania w sprawie tortur i pobić nie są wszczynane. Doszło do tego, że przy mnie, śledczym, siłowicy namawiali poszkodowanych, żeby nie składali zawiadomienia. Widziałem, że ludzie są okaleczani i nikt tego nie bada. Nie potrafiłem się z tym pogodzić.

Zdążyłem zadzwonić do znajomych, powiedzieć, że mnie wypuścili, i nagle zobaczyłem jadący samochód służb białoruskich. Wyrzuciłem telefon i pobiegłem do lasu.

Biegłem co sił. Trochę mnie ścigali, ale odpuścili. Mam dobre przygotowanie fizyczne, w ubiegłym roku zająłem drugie miejsce na zawodach sportowych spośród wszystkich śledczych Białorusi.

W sumie w lesie spędziłem około pięciu dni, byłem w różnych obwodach, próbując wydostać się za granicę. Nie było łatwo, bo pogranicznicy mieli moje zdjęcie i rysopis. Nie powiem, jak mi się udało, bo nie chcę podpowiadać służbom.

Reportaż Ludmiły Anannikovej i Wiktorii Bieliaszyn

Andriej Ostapowicz, śledczy z Białorusi: Napisałem w raporcie o 16-latku pobitym, ze złamaną szczęką. Do ust wsadzano mu policyjną pałkę, kazano śpiewać.Andriej Ostapowicz, śledczy z Białorusi: Napisałem w raporcie o 16-latku pobitym, ze złamaną szczęką. Do ust wsadzano mu policyjną pałkę, kazano śpiewać. Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

***

„Idziemy po was, lewaki z PiS-u”. Byłem przy narodzinach Klubu Konfederacji

Zapisałem się do powstających właśnie Klubów Konfederacji. Siedzimy w ponad 20 osób przy stole w piwiarni. Od dziś to ma być nasze stałe miejsce spotkań.

Lidera łatwo poznać – jako jedyny na spotkanie włożył garnitur. Przedstawia się: ma na imię Dominik, jest działaczem Konfederacji, libertarianinem, wolnorynkowcem, konserwatystą, fanem austriackiej szkoły ekonomii, pasjonatem historii oraz tegorocznym maturzystą. Wita nas w szeregach Klubów Konfederacji.

Bijemy brawo. Możemy być dumni, mówi Dominik, bo jesteśmy największym klubem dzielnicowym, przebiliśmy w liczebności nawet ten organizowany przez asystenta Janusza Korwin-Mikkego. Tłumaczy, jakie mamy cele: przede wszystkim to promocja naszych idei. Jak będziemy promować? Skoro media są w rękach starych elit, ignorują nas albo po prostu kłamią, to sami zostaniemy nośnikami informacji. To znaczy, każdy z nas będzie od dziś szerzył ideę w sieci – na przykład rozsyłał artykuły wśród znajomych na Facebooku, którzy na co dzień nie interesują się polityką.

Ktoś z końca stołu:

– Wrzućmy sobie wszyscy na Fejsa zdjęcia profilowe z jakimś fajnym hasłem!

– Bardzo dobry pomysł – zgadza się Dominik. – Proponuję: „Walczymy o wolność gospodarczą i tradycyjne wartości”.

– E, trochę długie…

– To może: „Walczymy o wolność gospodarczą”? – ktoś pyta.

– „Ku wolności”! – rzuca ktoś inny.

– Ale czekajcie! Czekajcie! – przerywa mężczyzna w kucyku. – Bo mamy problem! „Wolność” to już, niestety, zawłaszczyła lewica. Oni o tych swoich chorych wolnościach ciągle ględzą i ludziom się to już bardziej z nimi kojarzy. To musimy tę naszą wolność jakoś odróżnić od ich wolności, żeby się nie myliły.

Nad stołem podnosi się wrzawa. Każdy chce rzucić jakąś propozycję.

– Przepraszam! To ja mam pytanie – odzywa się tubalnym głosem wysportowany mężczyzna spod ściany. – Czy my w ogóle będziemy robić cokolwiek poza internetem?

Reportaż Grzegorza Szymanika

Klub KonfederataKlub Konfederata Ilustracja Piotr Chatkowski

***

Na Berlin! Rowerem, bez mapy, bez języka

– Postanowiłem, że na swoje sześćdziesiąte urodziny pojadę rowerem do Berlina i wrócę. Niestety, nie wziąłem mapy papierowej. Uległem wzorcowi naszych czasów i, proszę pana, miałem tylko smartfon z mapami Googla’a. Smartfon się zepsuł.

Mariusz Szczygieł poluje na prawdę

BerlinBerlin fot. Roman Jocher / Agencja Gazeta

***

„Nie potrafię kochać, umiem tylko kaleczyć”. Coraz więcej uzależnionych od porno i seksu

Tego się nie spodziewałeś, co? Mówisz: „nimfomanka”, myślisz: „ładna, chuda, żądna przygód dziewczyna”. W pończochach albo kabaretkach, na szpilkach. Rozwiane włosy, czerwone usta i wyuzdane spojrzenie. Ludzie wciąż tak myślą. Nie zmienił tego nawet głośny film Larsa von Triera, który całemu światu pokazał, do czego prowadzi takie uzależnienie.

Film znam na pamięć. Z jednej strony traktowałam go jak terapię, a z drugiej oglądałam, bo mnie podniecał. Głównej bohaterce trochę współczułam i trochę zazdrościłam. Bo jest ładna, odważna i może sobie pozwolić na te wszystkie romanse. Kiedy ona kocha się z kolejnym facetem, ja jestem z nimi, jak w trójkącie, przy zgaszonym świetle, przed ekranem. To lepsze niż porno, z którym spędziłam całe lata. Tu oprócz erotyki jest stan umysłu bohaterki. Kiedy oglądam film, jesteśmy w tym razem. Ja i ona, ona i ja. Nasze potrzeby, bóle, nasz smutek i nasza samotność. Z orgazmem próbuję wytrzymać, tak byśmy skończyły równo. Krzyczymy razem i tak samo ściskamy poduszkę. A potem też czujemy to samo. Pustkę i wstyd.

Reportaż Kacpra Sulowskiego

Fot. Getty Images

***

Obłąkańcy i oportuniści, czyli pięknem bij Niemca!

Jako że od dawna nie peregrynowałem po akermańskich stepach polskiej sztuki serialowej i poczułem przemożny głód zmierzenia się z nową produkcją, i to telewizji publicznej, zasiadłem do oglądania serialu „Ludzie i bogowie”, poświęconego heroicznej walce Polaków z niemieckim okupantem. Mówiąc wprost: postanowiłem się dowiedzieć, jakie to arcydzieła powstają dzięki legendarnej dwumiliardowej dotacji dla telewizji publicznej.

Felieton Krzysztofa Vargi

Kadr z serialu 'Ludzie i bogowie'Kadr z serialu 'Ludzie i bogowie' fot. Olaf Tryzna, Marcin Kustra/TVP

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.