Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czy James Bond wyciągnie z polskiego ZASP-u pieniądze za tantiemy?

Jude Law, Daniel Craig, Wagner Moura, Nathalie Emmanuel, Gerard Butler, David Hasselhoff, a także ponad sto innych zagranicznych aktorek i aktorów próbuje odzyskać od Związku Artystów Scen Polskich co najmniej milion złotych.

A Maja Ostaszewska, Artur Barciś, Borys Szyc, Maciej Stuhr, Magdalena Różczka i Cezary Pazura oraz 651 innych polskich aktorów podpisało się pod listem otwartym, w którym prezesowi ZASP-u zarzucają m.in. „nieprzejrzystość finansową" i „niegodne piastowanie funkcji".

– Wolałbym, żeby reprezentował nas ktoś, kto ma jakieś osiągnięcia artystyczne, a nie zajmuje się sprzedażą broni – mówi aktor z Warszawy.

W ZASP-ie się gotuje.

Prezes ZASP Krzysztof Szuster: – Zarzucają mi aktorzy, że mnie nie znają? Przecież reżyseruję. Ale nie będę tego promował, stojąc na ściankach i opowiadając, że dostałem klimakterium.

– Naprawdę sprzedaje pan broń? – pytam prezesa Szustera.

– Syn i żona kierują firmą – moduluje głosem, jakbyśmy byli na deskach Teatru Narodowego. – Autorzy listu nie wiedzą, kim jestem? Przeszedłem pełną drogę zawodową. Jeszcze przed studiami aktorskimi byłem: statystą, maszynistą sceny, suflerem, inspicjentem, kaskaderem, treserem zwierząt. Po czterech latach zootechniki wreszcie dostałem się na wydział aktorski do łódzkiej Filmówki i skończyłem go. I to już jest powód, że mogę być prezesem związku. Reżyserowałem spektakle, dubbingi, słuchowiska. Tak, to było 30 lat temu. I co? Świadomie na jakiś czas zrezygnowałem i poszedłem do biznesu – mówi.

– A w jaki sposób aktor zaczyna sprzedawać broń?

– Przypadkiem. Byłem i jestem myśliwym, to tradycja rodzinna.

Reportaż Grzegorza Szymanika

W ZASP-ie się gotuje.W ZASP-ie się gotuje. Rys. Krzysztof Ostrowski

Ludzie, którzy ściemniają

Dlaczego? Bo Polska z ciemnego kraju stała się jednym z jaśniejszych obszarów Europy. Oni zajęli się ochroną ciemnego nieba. Wymieniają latarnie, by nie posyłały światła w górę. Organizują warsztaty oświetleniowe i namawiają mieszkańców na zmianę żarówek. Bo zwykły LED przy domu może zrobić więcej złego niż trzy lampy uliczne. Przygasili też kościół, ostatni ostro oświetlony punkt we wsi. Do zmiany przekonali proboszcza.

Piotr Nawalkowski z Sopotni Wielkiej: – Kiedyś byliśmy sami. Patrzono na nas jak na takich, co chcą walczyć z postępem. Ale to tak, jakby powiedzieć, że z postępem walczą ci, którzy dokręcają krany, żeby woda nie ciekła.

Tomasz Zaraś z Izdebna: – Niektórzy patrzyli na mnie jak na szarlatana. Ludzie nie mieli żadnej wiedzy o zanieczyszczeniu światłem, ciemne niebo brzmiało im jak czarna magia. Myśleli, że ja im te wszystkie lampy we wsi powygaszam.

Reportaż Violetty Szostak

Piotr Nawalkowski: - Spotykaliśmy się z drwinami, widziano w nas Don Kichotów, którzy walczą z wiatrakami. Jak się okazuje, niesłuszniePiotr Nawalkowski: - Spotykaliśmy się z drwinami, widziano w nas Don Kichotów, którzy walczą z wiatrakami. Jak się okazuje, niesłusznie Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl

Bestie języka polityki

Pozwolę sobie zacząć od skandalu, uwaga: aby wygrać z PiS, należy przekonać niektórych wyborców PiS, by na PiS nie głosowali, a raczej na opozycję.

Tych czytelników, których bezczelność tego stwierdzenia (przekonywać do czegokolwiek osoby tak odrażające, a fe!) nie przyprawiła o zawał, zapraszam do dalszej lektury felietonu, zmarłym dziękuję za poświęcenie mi ostatniej chwili życia, będę o was myślał ciepło.

Oczywiście przekonywanie kogoś, kim się gardzi i kto wzbudza obrzydzenie, musi być potwornie trudne, no ale nie ma innego sposobu, głosy z nieba nie spadną, nawet jeśli bardzo, bardzo tego chcemy. Nawet jeśli mocno zaciśniemy oczka i zaczniemy tupać nóżkami. Idźmy więc dalej tą ścieżką trudną: czy da się przekonać wyborców PiS, krzycząc: „Jebać PiS"?

Felieton Szczepana Twardocha

Szczepan TwardochSzczepan Twardoch Fot. Zuza Krajewska / Warsaw Creatives

Wlazłok, czyli Shuty wraca do gry

W połowie poprzedniej dekady byłeś pisarską gwiazdą. Tęsknisz za tym?

– Nie. Było – minęło, a było męczące.

Rzuciłeś wszystko i wyjechałeś w Beskid Niski. W Stasiuka się bawisz?

– To nie tak.

Gotujesz obiady gościom?

– Nie, tym akurat zajmują się panie ze wsi. My zaś serwujemy śniadania.

Odkąd się tu przeprowadziłem, zapomniałem, co to znaczy nuda. O ile w Krakowie zdarzało się, że przez trzy godziny przewijałem Facebooka, znudzony i sflaczały, tak tutaj, jak zaczyna się dzień, tak zaczyna się praca, która kończy się też wtedy, kiedy kończy się dzień. Cały czas trzeba coś robić: drewno naszykować na zimę, chodnik ułożyć, zupę ugotować, porobić na grządkach, posadzić drzewo, umocnić brzeg rzeki. No i w tym wszystkim jeszcze mamy córkę w wieku szkolnym.

Zostaliście tu zaakceptowani jako „wlazłoki"?

– Ja wchodziłem w to miejsce powoli, tu kupiłem ser, tam jaja, tu wypiłem z kimś piwko. I od kiedy tu mieszkamy, nie spotkało nas tu nic przykrego. Nikt nie dał znać, że skoro jesteśmy z miasta, to jesteśmy gorsi. Albo lepsi.

Ze Sławomirem Shutym, pisarzem, filmowcem, performerem, malarzem, fotografem i muzykiem, rozmawia Jędrzej Słodkowski

Sławomir ShutySławomir Shuty Fot. Monika Stolarska

Brzydka prawda, czyli multiversum dla głupich zj...

Kilkanaście lat temu, gdy Facebook dostępny był tylko dla studentów, Mark Zuckerberg napisał do przyjaciela: „Jeśli kiedyś będziesz potrzebować informacji o kimkolwiek z Harvardu, po prostu spytaj. Mam ponad 4 tysiące maili, zdjęć, adresów...".

„Skąd to masz? Jak ci się to udało?" – spytał przyjaciel. „Ludzie po prostu mi to dali. Nie wiem dlaczego. »Ufają mi«. Głupie zjeby [oryg. dumb fucks]".

Ów „przyjaciel" w 2010 anonimowo przekazał tę korespondencję mediom. Jose Antonio Vargas z „New Yorkera" dotarł wtedy do samego Zuckerberga, który potwierdził autentyczność przecieku. Dodał zdawkowe przeprosiny w stylu, który potem stosował jeszcze wielokrotnie – powiedział, że „absolutnie tego żałuje" i że myśli, że od tego czasu „dorósł i wiele się nauczył".

Kolejny kryzys wizerunkowy Facebook usiłuje wygasić obietnicami nowych miejsc pracy przy tworzeniu „mutiversum", czyli medium społecznościowego w 3D. I ta wizja ma sprawiać, że zapomnimy już firmie jej grzechy. Ja nie zamierzam.

Felieton Wojciecha Orlińskiego

Mark ZuckerbergMark Zuckerberg fot. Shutterstock

Kot z niewyparzonym językiem, czyli jak wychowano Kotańskiego

Zgrywał się już w dzieciństwie.

Wychowywał się na warszawskim Żoliborzu jako jedyne dziecko Ludwiki i Wiesława Kotańskich.

– Kto się nie odleje, temu chuj sparszeje! – krzyczał głosem zarzynanego barana, wracając z kolegami ze szkoły. I choćby miał któryś z nich zdechnąć, musiał wydusić z siebie przynajmniej kropelkę. Zima, nie zima, sikali więc z kolegami na śniegu, stojąc w rzędzie jeden obok drugiego.

Chodził do szkoły Towarzystwa Przyjaciół Dzieci na Żoliborzu przy ulicy Felińskiego 5, a potem do istniejącego przy niej I Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Limanowskiego, czyli do tak zwanej Jedynki.

Kot, jak nazywali Kotańskiego szkolni koledzy, nie celował, jak mówią, ani w nauce, ani w sporcie, był za to pierwszy do każdej draki i na tym polu miał spore osiągnięcia.

– To Kot był motorem tych naszych zabaw – opowiadają dzisiaj jego kumple z podstawówki.

Tłuściutki, różowiutki i grzeczniutki. Zadbany i rozpieszczony przez mamusię jedynak. I wszystko mu się zawsze należało – wspomina szkolny kolega Damian Damięcki.

Przedpremierowy fragment książki „Kotański. Bóg, Ojciec. Konfrontacja" Anny Kamińskiej

Marek Kotański, twórca 'Monaru'.Marek Kotański, twórca 'Monaru'. Fot. Marek Skorupski / Forum / Marek Skorupski / Forum

Czy humanistyka może pomóc pozbierać świat, ten w kryzysach i w pandemii

Humanistyka jest mi bardzo potrzebna, nazywa dziedzinę, w której pracuję. Nawet posthumanistom i transhumanistom potrzebny jest ten rdzeń w słowie, oznaczający zajmowanie się człowiekiem. Tu sięgam do encyklopedycznego hasła, bo sama już nie wiem, jak deszyfrować „humanus", czyli ludzki. I encyklopedia mi podpowiada, że to zespół nauk i dyscyplin, których przedmiotem jest człowiek poznawany w aspekcie racji i uwarunkowań jego decyzji i działań z uwagi na ich doniosłość kulturową. Ech. No tak. Ale jednak, wątpiąc w doniosłość i celowość w obliczu horrendalnych zdarzeń z człowiekiem w roli głównej, tym samym, który w imię uwarunkowań „uszczelnia" granice, skazując bliźnich na śmierć w lesie, zajmuję się rozpamiętywaniem tekstów kultury i produkowaniem kolejnych. To mój fach. Chciałabym przyczyniać się do zrozumienia, co się z nami dzieje.

Felieton Ingi Iwasiów

Granica polsko - białoruskaGranica polsko - białoruska Fot. Grzegorz Dąbrowski / Agencja Gazeta / BIALYSTOK

Jak pan tutaj dotarł bez opiekuna?!

– No, proszę pana, normalnie. Jak miałem dotrzeć? Zamówiłem taksówkę i doszedłem, mam przecież dwie nogi.

Agencja marketingowa, do której złożyłem CV, zaprosiła mnie na spotkanie twarzą w twarz. Ucieszyłem się – może akurat to będzie moja praca marzeń? Ubrałem się stosownie do sytuacji – w marynarkę, do której dobrałem elegancką koszulę.

Dotarłem piętnaście minut przed czasem, bo nie cierpię się spóźniać. Z pomocą kobiety z recepcji poszedłem pod wskazany gabinet i czekałem na zaproszenie do środka.

Drzwi się otwierają. Jestem.

I czuję w powietrzu konsternację.

– No tak, pan na rozmowę, ekhem, tak, tak, zapraszam… – zaczął facet, który miał sprawdzić, czy moje kompetencje odpowiadają jego firmie. A potem wypalił: – Ale proszę zawołać opiekuna, może być tu z panem…

– Jakiego opiekuna? Z kontekstu wywnioskowałem, że jego zdaniem pani z recepcji, która pomogła mi dojść pod drzwi, jest bliską mi osobą, z którą tu przyszedłem.

– Ta pani poszła już na dół – odpowiedziałem.

– Proszę zadzwonić! Nie mam z tym żadnego problemu!

- Ale jak mam zadzwonić? Przecież nie mam do niej numeru.

Był zszokowany, że przyszedłem sam. Od razu wiedziałem, że jestem tu spalony.

No bo jakim cudem poważną funkcję w swojej firmie ma mi powierzyć gość, który zakłada, że nie potrafię samodzielnie się poruszać po mieście? Pomyślałem, że skoro już przyjechałem, nie będę wychodził po minucie. Zostanę choćby po to, by zmienić jego myślenie o osobach niepełnosprawnych. Pokazać mu, że niewidomy to nie żaden niedołęga, który niczego nie potrafi ogarnąć.

Przedpremierowy fragment książki „Nie widzę przeszkód" Marcina Ryszki i Jakuba Białka

Marcin RyszkaMarcin Ryszka Fot. Adam Mikołajczyk / Pracownia Męskich Portretów

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.