Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

* O co chodzi w Akademii Opowieści?

* Wyślij zgłoszenie konkursowe

* Zapoznaj się z regulaminem

Po południu 14 lipca w mieszkaniu na ulicy Zwycięzców na warszawskiej Saskiej Kępie policja znalazła dwa ciała. Mężczyzna i kobieta leżeli na łóżku, trzymając się za ręce. Mieli rany postrzałowe, cztery kule w głowie kobiety, dwie w klatce piersiowej mężczyzny.

Saska Kępa. Zabił żonę, by ulżyć jej w cierpieniach?

Pamiętam, że jako dziecko często zakradałem się blisko sypialni rodziców i podsłuchiwałem, jak się kochają.

Czułem się dzięki temu spokojny - mówi mi kilka dni później ich syn Krzysztof Kruszewski. - Myślę, że wierność nie była w centrum wartości ani mamy, ani taty. Oboje mieli tu dużo za uszami. Mama bardzo podobała się mężczyznom, imprezowała, sporo piła, a do tego miała taką seksualną energię, której każdy mógłby jej pozazdrościć. Oczywiście ich romanse w żaden sposób nie zmieniały tego, że kochali się ponad wszystko i razem erotycznie było im wspaniale. Gdy obok mamy kręcił się mężczyzna, w którym mogłaby się mocniej zauroczyć, to wypowiadała hasło: nieśmiertelność chrabąszczy. Oznaczało ono, że tata musi natychmiast przyjechać i być przy niej. Nie wiem, dlaczego akurat takie hasło, chrabąszcze raczej długo nie żyją, ale rodzice kochali absurdy. Pamiętam, że profesorki w wieku mojego taty patrzyły na mnie z takim rozczuleniem. Mówiły: "Ale masz podobne dłonie, oczy". I robiły takie dziwne miny. Było dla mnie oczywiste, że z nim wcześniej romansowały. Ale tata zawsze mówił: "Jeśli połowa z tego, co myśli Ania, że zrobiłem, byłaby prawdą, to i tak dwa razy więcej, niżbym mógł".

Rodzice poznali się przy partii brydża w Warszawie w latach 50. Przeżyli razem 60 lat.

Mama pochodziła z najbardziej typowej lwowskiej rodziny, jaką można sobie wyobrazić - miłość, ogień, krzyki, awantury. Jej tata był narodowcem, ale takim pełną piersią, na prawo to już tylko ściana. Był oficerem, służył w Armii Krajowej, panicznie bał się Rosjan. Z wykształcenia prawnik i farmaceuta. Szalony wynalazca, któremu nic nie wychodziło. Zaprojektował nowoczesne, plastikowe guziki, ale paliły się pod wpływem żelazka. Potem było mydełko krawieckie, które robiło dziury w materiałach. Więc upragnionej fortuny nigdy się nie dorobił. Babcia kończyła uznaną "Szkołę dla przyszłych żon", w której miała zajęcia z tworzenia budżetu domowego, gotowania, opieki na dziećmi.

Lwowskie opowieści: Genialni z kawiarni Szkocka , Stefan Banach, kopernik matematyki , Przeklęte proste rachunki, czyli kim był genialny matematyk ze Lwowa? Krystyna Mazurówna o swoim ojcu Stanisławie Mazurze , Masakra we Lwowie , Dzieci bronią Lwowa

 

Mama była jedynaczką. Piękna kobieta. Blondynka, lekko pulchna, biust duży i sztywny. Kochała alkohol, papierosy, seks, jedzenie i taniec. Miała energii za pięcioro. W wieku lat 17 poznała tatę, który był jej przeciwieństwem - szczupły wysoki brunet, o oliwkowej cerze. Maniery arystokraty brytyjskiego. Spokojny i wycofany. A mama tak rozgadana, rozpiszczana, że nawet trudno powiedzieć, czy inteligentna. Spotkali się na przyjęciu u znajomych. Zostali wylosowani do pary w brydża. Mamie bardzo słabo szło i tata dostał szału. Był absolutnym miłośnikiem tej gry. Jak wiadomo, od złości do miłości jeden krok, więc z imprezy wyszli już razem.

Pobrali się rok później. Tata pochodził z bardzo zamożnej, wojskowej rodziny, z korzeniami jeszcze w XV wieku. Dziadkowie mieli hurtownię, drukarnię, niczego im nie brakowało. Tata szybko zbuntował się przeciwko narodowym wartościom ojca. Przeżywał zafascynowanie ideologią komunistyczną i gardził własnością prywatną. Pieniądze rozdawał znajomym, sam zamieszkał z mamą i jej rodzicami. Oboje oddawali się z pasją karierze naukowej. Mama od dziecka kochała zwierzęta. Studiowała weterynarię na Akademii Rolniczej, później prowadziła badania na temat wścieklizny. Tata zajmował się pedagogiką i psychologią. Wyjeżdżali w góry, imprezowali, podróżowali. Urodziłem się dopiero dziewięć lat po ich ślubie. Pamiętam, że każdy aspekt naszego życia był z góry zaplanowany przez tatę. Gdy jechaliśmy na narty do Zakopanego, to nasze walizki były spakowane i wysłane na miejsce miesiąc przed nami. Tata poświęcał mi bardzo dużo czasu. Do tej pory każdą chwilę spędzali razem. Postanowili to zmienić, bo ojciec uznał, że powinienem mieć jak najdłuższe wakacje. Dlatego najpierw jechałem na urlop z mamą, a później z tatą. Miałem kilka lat, jak byliśmy z mamą w Kołobrzegu. W trzecim tygodniu przyjechał pociągiem tata. Wbiegł do pokoju hotelowego i rzucił się na mamę. Zaczęli się całować. Ale jak! Matko Boska! To była jakaś pornografia. Nawet na filmach nie widziałem takiej namiętności.

Jak Polka 43 lata czekała na Bułgara. Historia miłosna

Wychowywałem się z bulterierami. Chodziliśmy na spacery, a mama przystawała przy każdym ptaszku czy wiewiórce.

Miała prawdziwą obsesję na punkcie zwierząt. Znała wszystkie psy na Saskiej Kępie. Najpierw zaprzyjaźniała się z psami, a dopiero później z ich właścicielami.

Tata był uprzejmy i trzymał fason w każdej sytuacji. Pamiętam, jak poznał moją przyszłą żonę. Mieliśmy po 18 lat, kochaliśmy się w wannie na jeźdźca. Tata przyszedł wcześniej z pracy i zastał nas w łazience. Magdalena była jego studentką. - Dzień dobry, pani Magdaleno - powiedział tym samym wyważonym tonem co zawsze i zamknął drzwi.

Magdalena, żona Krzysztofa, która weszła właśnie do ogrodu: - Mama Krzysztofa powiedziała mi na drugim spotkaniu, że jeśli zostanę z ich synem, to będę miała prawdziwy, ciepły dom u boku kochającego mężczyzny. "Staraliśmy się go wychować tak, żeby potrafił zbudować szczęśliwą rodzinę", powtarzała. I jak powiedziała, tak się stało.

Krzysztof: - Rodzice byli oczarowani Magdaleną. Wcześniej jako nastolatek sypiałem z wieloma starszymi kobietami. Zwykle mężatkami. Więc bali się, że zostanę jakimś dziwkarzem. A tu nagle zobaczyli młodą, ambitną kobietę, która chwyciła syna za psyk i robi z nim, co zechce. Od razu zapragnęli, żeby była ich synową. Zresztą sam na drugim spotkaniu powiedziałem jej, że zostanie moją żoną, i szybko się pobraliśmy.

Magdalena: - Tata Krzysztofa był bardziej spektakularny od mamy. Wykłady, publikacje, przyjaźnie z wybitnymi intelektualistami. Ale to jego żona Ania była siłą napędową dla nas wszystkich. Nigdy nie spotka pani kobiety tak zachwyconej światem. Gdy patrzyła na nasze zwierzęta [w ogrodzie Kruszewskich jest pełno żab, ptaków, ryb], to jej oczy aż błyszczały z radości. Jak była piękna pogoda, to krzyczała: "Mój Boże jaki słoneczny, piękny dzień". Gdy zrobiło się deszczowo mówiła: "O, jak dobrze, że chłodniej. Uwielbiam deszcz!". W ogóle nie widziała wad w ludziach. Idealizowała wszystkich, obdarowywała prezentami. Nie szanowała się. Nie uprawiała sportu, za to bardzo lubiła papierosy. Jadła wszystko, aż jej się uszy trzęsły. Pamiętam, jaka była szczęśliwa, gdy robiła dla nas kanapki z awanturką. "Ale to pyszne! No zjawiskowe!". Tworzyli bardzo silne małżeństwo. Tata to rozum, rozsądek, plan na życie, a mama taka witalność, dynamika. Cała radość życia była po jej stronie. Bez niej Krzysztof by zgasł.

Krzysztof: - Mama dla całej rodziny wymyślała zwierzęce pseudonimy. Tata był Borsukiem z bajki "O czym szumią wierzby". Mrukowaty, zamknięty w sobie, ale dzielny i można na nim polegać. Mój starszy syn został Tygrysem, bo uwielbiał postać Tygryska z "Kubusia Puchatka". Na młodszego mama mówiła "Tygrynio". Ale pewnego dnia się pokłócili. Tygrynio chciał colę z lodówki, a babcia powiedziała, że nie będzie pił zimnych napojów gazowanych. Miał trzy lata, ledwo mówił, ale kłótnia był zacięta. Jak wróciłem do domu, to jakby ktoś siekierę w gęstym powietrzu zawiesił. Pytam: "Tygrynio, co się stało?". "Nie jestem już Tygrynio. Jestem Wilkiem - odparł. - Wilk jest mądry, babcię zjadł" - dodał szybko. Bardzo nam się spodobało to symboliczne odreagowanie na babci i już został tym Wilkiem. Moi synowie także mają na imię Krzysztof. Więc mieliśmy czterech Krzysztofów w domu i przydomki zwierzęce ułatwiały nam prowadzenie rozmów bez pomyłek. Ja dostałem najbardziej żenujący przydomek. Mama nazywała mnie Chomikiem. Niestety, sporo jadłem jako dziecko i zawsze miałem policzki wypełnione jedzeniem, więc przezwisko było trafione.

Tata mówił o mamie Felek, a później Feluchna, ale nie wiemy dlaczego. Ona zdrabniała Borsuk na Bobinek. W domu nigdy nie było słychać kłótni, bolesnych wymówek. Rodzice darzyli się cielęcym wręcz zachwytem, nawet nie podnosili na siebie głosu. Przez kilka lat po ślubie z Magdaleną za każdym razem, gdy podniosła na mnie głos, myślałem, że chce się ze mną rozwieść.

Z podróży przywiozła kochanka. Ich związek trwa 14 lat, więc mąż miał czas, żeby znaleźć miejsce w tym układzie. Rozmowa Katarzyny Brejwo

Tata zaczął wyjeżdżać na wykłady, głównie na Uniwersytet Michigan w Stanach Zjednoczonych, już w latach 60.

A tam jego komunistyczne poglądy jeszcze się zradykalizowały. W takim zachodnim stylu, czyli nie znosił pieniędzy i własności. Działał w PZPR. Od 1977 był sekretarzem w warszawskim Komitecie Miejskim, a w latach 1980-81 ministrem oświaty i wychowania. Niektórzy ludzie dobrze dobierają cele, inni potrafią wybierać drogi do ich realizacji. Tata był mistrzem w wyborze dróg. Jego plany były niezawodne. Natomiast cele czasem chybione. Tak było z fascynacją komunizmem. Wiem, że wielu inteligentów też dało się nabrać, ale jak zauważyli, że to bagno, to tak jak Leszek Kołakowski przeprosili i dali dyla. A tato do końca wierzył w komunistyczne ideały. Jako minister dostawał talony na samochody, które od razu rozdawał. Pieniądze dawał studentom czy znajomym. Mamie się to nawet podobało, bo razem wspierali różne schroniska dla porzuconych zwierząt. Ale gdy tata ogłosił, że chce oddać mieszkanie biedniejszym, a sami coś wynajmą, to mu zabroniła. Mało rozmawialiśmy o polityce, bo byłem po przeciwnej stronie barykady. Działałem na rzecz "Solidarności", później pracowałem w sztabie Lecha Wałęsy i robiłem badania dla ugrupowań postsolidarnościowych. Tata nigdy mnie nie pouczał, nie mówił, że idę złą drogą. Też nie chciałem go przekonywać do swoich racji. Wiem, że chciał dobrze. Mówił, że popiera państwo kapitalistyczne, ale z silną partią komunistyczną, bo ludzie muszą mieć pracę i dobrą służbę zdrowia. Po 1989 roku zaczęła się krytyka taty. Mówiono, że inspirował napady na słuchaczy opozycyjnego Towarzystwa Kursów Naukowych. Część krytyki była uzasadniona, bo tata z pełną wiarą budował ten system i nadal w niego wierzył. Ale był też pacyfistą, wiem, że nigdy nie wyrządziłby drugiemu człowiekowi krzywdy. Wiedzieli o tym też opozycjoniści, których często bronił. Chyba dzięki temu przeszedł przez zmianę systemu suchą nogą i nadal ceniono go jako jednego z najlepszych wykładowców na Uniwersytecie Warszawskim.

Jego wykłady były dopieszczone w każdej sekundzie. Nawet ja czułem się oczarowany perfekcjonizmem ojca.

Mama miała z tatą romantyczny związek jak z XIX-wiecznej literatury, ale ja także byłem z nim zżyty nienaturalnie mocno. Był nie tylko moim ojcem, ale przede wszystkim przyjacielem i mentorem. Wybrałem go sobie, postawiłem za wzór. Szedłem trochę jego ścieżkami. Studiowałem psychologię, socjologię, pedagogikę. Na swoich zajęciach zrobił dla mnie egzamin komisyjny, żeby nikt nie miał cienia wątpliwości co do moich kompetencji. Dostałem szóstkę.

Czytam Krzysztofowi to, co napisał na facebooku Jacek Dehnel, pisarz i były uczeń profesora Kruszewskiego:

"Pamiętam, jak zobaczyłem profesora przed pierwszymi zajęciami: wysoki, wyprostowany jak struna starszy pan, niezwykle elegancki, w dobrze dobranej marynarce; wyglądał, jak przyniesiony prosto z Oksfordu. Do tego bardzo piękna, pociągła twarz, jak z XIX-wiecznych portretów. Potem okazało się, że jest również ujmująco grzeczny, błyskotliwy i dowcipny.

Jego zajęcia były zawsze intelektualną przygodą; szkołę opisywał cynicznie jako system opresji, w którym kształtuje się jednostki - i w którym trzeba je, dla ich dobra, niewolić, nie stroniąc od manipulacji. Równocześnie jednak sposób, w jaki o tym opowiadał, świadczył, że zdaje sobie doskonale sprawę, że w tym systemie jest miejsce na partnerstwo, współpracę, "ratowanie ofiar edukacji", gdzieś pomiędzy przepisami i zasadami. Uwielbiał paradoksy, gry słów, anegdoty.

Przez te wszystkie lata od mojego magisterium, czyli przez dekadę prawie, utrzymywaliśmy kontakt. Trochę listów, blisko dwieście maili, długich i króciutkich - Jego zawsze były ogromnie zabawne i pouczające, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, a mimo to zawsze lekkie, jakby same z klawiatury spływały. Miał mnóstwo dystansu do starości i choroby; wiedziałem, że jego żona ciężko choruje, ale zawsze na ten temat był nadzwyczaj dyskretny, natomiast żartował z siebie, że może pić już tylko herbatę, i to cienką i schłodzoną, więc z wiekiem zdał sobie sprawę, że człowiek jest tylko myślącą naroślą wokół kiszki .

Pamiętam, jak kiedyś rozmawialiśmy o przyjmowaniu różnych zleceń, które nie są może szczególnie ważne czy ciekawe, ale bywają kuszące - powiedział wtedy: "Wie pan, pan jest młody, to ma pan inne poczucie czasu, jeśli przyjmie pan zlecenie na książkę, której pisanie zajmie rok pracy, to ujmie to jakąś znikomą część czasu, który panu pozostał; a kiedy jest się w moim wieku, to te proporcje wyglądają zupełnie inaczej". I to chyba najbardziej mi się z nim kojarzy: pozycja dystansu, która nie wyklucza uwagi ani serdeczności. Po prostu odejście o parę kroków i spojrzenie na sprawę szerzej, bez użalania się nad sobą ani przypisywania samemu sobie przesadnej ważności. Fason, aż do końca".

Krzysztof: - Ten fason i szacunek dla ludzi był dla taty niezwykle ważny. Był człowiekiem chorobliwie odpowiedzialnym. W filmie "Osaczeni", z Seanem Connery i Catherine Zetą-Jones, główny bohater mówi: Jeśli się spóźnię, to znaczy, że nie żyję". Taki był mój tata. Jak się umawialiśmy, to wiedziałem, że przyjdzie minuta, dwie przed czasem. Gdyby nie odebrał telefonu, to znaczy, że nie żyje.

Jadwiga i Jerzy Tomaszkowie. Miłość na życie

Pierwszy zawał serca mama przeżyła w latach 90. Później czekały ją dwa kolejne.

Przeszła na wcześniejszą emeryturę. Była coraz słabsza. A kolejne choroby atakowały. Nadciśnienie tętnicze, choroba wieńcowa, osteoporoza obu stawów biodrowych, która zakończyła się wprowadzaniem implantów. Wiele zabiegów. Ale dalej miała w sobie radość życia. Jak odebraliśmy ją z żoną po zabiegu by-passów, to krzyczała: "Kroili mnie jak kurczaka". I się śmiała. Nigdy nie narzekała. Od przejścia na emeryturę żyła telewizją satelitarną, a właściwie programem o zwierzętach Animal Planet. Lubiła czytać literaturę międzywojenną, romantyczną i książki dla dzieci. Miała zaprzyjaźnionych bukinistów, antykwariaty.

Tata w tym roku skończył 76 lat. Umysł jak u słonia, żadnych demencji, chorób. Uczył mnie i synów nowinek technicznych. Był spamerem. O Jezu! Wszystkich atakował śmiesznymi mailami, obrazkami, a miał znajomych na całym świecie. Dla mamy kupował książki przez Allegro, dla siebie sprowadzał herbaty z różnych krajów. Nadal uprawiał strzelectwo sportowe. Nawet parę tygodni temu startował w zawodach. Nie wychodziło mu to rewelacyjnie, kończył w połowie stawki. Ale zawsze tam kończył, czyli nie strzelał gorzej niż kiedykolwiek.

Kilka miesięcy temu wykryto u mamy niedrożność nerki, później okazało się, że w drugiej nerce jest guz. Bardzo się bała. Miała zbyt kruche naczynia krwionośne, żeby przeprowadzić ewentualne dializy, wiedziała, że jej stan będzie się pogarszał. Nastąpiła seria bardzo nieprzyjemnych i inwazyjnych badań. W czasie jednego z nich wprowadzono sondę do cewki moczowej mamy i coś poszło nie tak. Nerki przestały odprowadzać mocz moczowodami. Przebito jej bok, aby odprowadzać mocz rurką. Mama próbowała z tego żartować, mówiła: "Patrzcie, jaki mam ogonek".

Magdalena Kruszewska: - Mama nie narzekała, a jednak jej załamanie widać było bardziej niż u innych ludzi. Jej piękno, radość z każdej drobnej rzeczy, stały się dla nas tak naturalne, że przestaliśmy zwracać na nie uwagę, a gdy tego zachwytu zabrakło, powstała jakaś ogromna wyrwa. Niczym nie dało się jej wypełnić. Czuła się tym workiem upokorzona, próbowała żartować, ale ja to widziałam. Pamiętam, jak poprosiła pielęgniarkę, czy pokaże jej, jak obsługiwać woreczek. A ta zaczęła na nią krzyczeć: dziewięćdziesięciolatki sobie radzą, a ja będę pani pomagać! A potem tak zamaszyście zaczęła jej to pokazywać, że cały mocz wylała na mamę. Lekarze rozmawiali o mamie jak o jakimś przedmiocie. W Polsce jest bardzo mało lekarzy, przez to pacjenci stają się niewolnikami. Boją się zapytać o swój stan zdrowia, boją się zbyt dużo wymagać, bo jeszcze lekarz się na nich zemści. Mama się bała. Była całkowicie załamana. Pamiętam, jak przyniosłam jej nagranie wideo naszych żabek z ogrodu. Zawsze tak cieszyła się na ich widok. I nagle zobaczyłam, że jej już to nie obchodzi. Tata zajmował się nią cały czas. Prawie nie wychodził z domu. Centrum jego życia była żona. Gotował, sprzątał, prał.

Krzysztof: - Tata zasuwał jak mały samochodzik. Odizolował się od przyjaciół. Wstawał wcześnie rano i robił zakupy nie tylko dla mamy, ale też dla bardziej schorowanych sąsiadów. Jak jeszcze mama była w lepszej formie, to raz w tygodniu wychodzili do kawiarni. Mieli ulubione miejsca na Saskiej Kępie - Herbaciarnię, Maskę, Toscanę. Później tata przynosił mamie jej ulubione jedzenie z tych kawiarni do mieszkania. Na co dzień katował ją bardzo zdrowymi dietami, bez masła, bez śmietany, choć mama od zawsze chciała jeść nie zdrowo, ale smacznie. Zaczął kształcić się w kwestiach medycznych. Mówił, że każdy lekarz mamy zajmuje się innym kawałkiem jej ciała i nie bardzo zwraca uwagę na całość, więc on będzie takim internistą. Co drugi dzień przesyłał do mnie i Magdaleny obszerny e-mail zatytułowany "Raport o stanie zdrowa Felka". Pisał o tym, co mówią lekarze, jakie są rokowania i jakie on ma pomysły, by poprawić jej stan zdrowia przez dietę, ćwiczenia. Podpisywał się pod nimi żartobliwie, na początku "młodszy asystent medyczny" później "całkiem doświadczony asystent medyczny". Żartował, choć teraz wiem, że te wiadomości pisał już przez łzy.

Miłość i eutanazja. Historia Stanisławy Umińskiej

Rodzice zawsze mówili, że jedno nie będzie umiało żyć bez drugiego. Jak odejść, to tylko razem.

Spodziewałem się takiej wersji: mama, schorowana, umrze pierwsza. Tata, odpowiedzialny jak zawsze, załatwi wszelkie formalności, pójdzie na pogrzeb, a po paru dniach będzie chciał popełnić samobójstwo, ale ja mu nie pozwolę i pożyje jeszcze 15-20 lat z nami. Przygotowałem już nawet dom na jego przybycie, zrobiłem remont piętra, miał tam swój pokój. Mamę kochałem tak, jak każdy kocha swoją mamę. Była cudowna, ciepła, radosna. Ale robiła się coraz starsza, słabsza. To tragedia, ale każdy przez to przechodzi. A tata był nie tylko ojcem, przede wszystkim był dla mnie druhem, powiernikiem. Chciałem mieć go na co dzień, dyskutować, jeździć z nim na ryby, zadbać o jego zdrowie. Przyznam się, że myślałem z pewnym rozrzewnieniem o czasie, gdy znów będę miał tatę tylko dla siebie. Z mamą zawsze rywalizowaliśmy o tatowe uczucia. Uważałem, że mama ma święte prawo do niego aż do jej ostatniego oddechu, ale potem miał być znów mój czas. Wymyśliłem już całą mowę, w której powstrzymuję tatę od samobójstwa. Wiedziałem, jakich argumentów nie zbije i jak podejść go emocjonalnie. "Zawsze trzeba mówić prawdę", powtarzał mi ojciec. Tylko prawda powiedziana w odpowiedni sposób [od ang. powiedzenia "Truth well told"] daje gwarancję skuteczności. Więc zacząłbym od tego, jaką rolę może odegrać w życiu wnuków. Chłopcy byli w dziadka wpatrzeni. Uwielbiali z nim rozmawiać, przebywać. A on miał siłę do zmieniania ludzi na lepsze. Potrafił uczyć takich wartości jak słowność, odpowiedzialność, męstwo. Pokazałbym mu, że może odegrać podstawową rolę w ich rozwoju. Potem odwołałabym się do jego poczucia odpowiedzialności za innych - mamie już nie pomożesz, a mnie i mojej rodzinie możesz zrobić ogromną krzywdę. Wpędziłbym go w wir poczucia winy i obowiązku. Na końcu chciałem mu powiedzieć o sobie, o tym, jak bardzo go potrzebuję, jako doradcy, przyjaciela. Ustrzeliłbym go jak kawkę, po kilku rozmowach porzuciłby myśli o odejściu za mamą. Miałby u nas wygodny pokój, taras i dwóch zakochanych w sobie wnuków.

Zadzwonił do mnie we wtorek o czwartej nad ranem. "Mama chora, przyjedź i pomóż", powiedział.

Przyjechałem. Leżała na ziemi i nie mogła wstać. Jestem silny, ale mama była całkiem bezwładna, trudno było ją podnieść. Zaniosłem ją na łóżko. Przyjechało pogotowie, powiedzieli, że to reakcja alergiczna na kontrast podany podczas badania nerek. Przejdzie i będzie w porządku. Po kilku godzinach pocałowałem mamę w policzek, a tatę w nos. To nasze rodzinne pożegnanie. Zasnęła, miała akcję serca i ciśnienie w normie. Czuła się dużo lepiej. Powiedziałem do taty, żeby dzwonił, gdyby coś się działo. Poszedłem choć na chwilę się przespać. A później do biura. Po południu zadzwoniła do mnie żona. Dzwonię do taty, a on nie odbiera, powiedziała. Wiedzieliśmy już, że stało się coś złego. Tata zawsze odbierał.

Żona pracuje bliżej Saskiej Kępy, więc od razu do nich pojechała, a ja w ślad za nią. Magda zobaczyła na drzwiach list. Tata pisał, żeby nie wchodzić, tylko zadzwonić po policję, bo wewnątrz czeka na nas drastyczny widok. Policja przyjechała szybko. Rodzice leżeli razem na łóżku w sypialni. Nadzy. Tata najpierw strzelił do mamy cztery razy. Później dwukrotnie w swoje serce. Wcześniej nałożył sobie worek na głowę. Musiał to zaplanować, przygotowywać się, czytać. Użył swojej broni sportowej, mały kaliber i niewielkie kule. Gdyby strzelił w głowę, to zasięg działania pocisku mógłby być zbyt mały, a strzał by go otumanił. Strzały w serce i worek utrudniający oddychanie gwarantowały śmierć. W liście napisał: "W Polsce nie ma możliwości prawnej eutanazji, co skazuje moją żonę na agonię i cierpienie. Wybieram zatem podwójną eutanazję. Broń palna to jedyny wybór, który nie odbierze mi w tej sytuacji godności".

Kontakt z autorką przez stronę www.justynakopinska.pl

NAJWAŻNIEJSZY CZŁOWIEK W MOIM ŻYCIU

to temat Akademii Opowieści, akcji, do której "Gazeta Wyborcza" zaprasza swoich czytelników, widzów i internautów. Namawiamy do opisania najważniejszego dla Was człowieka.

Autorom opowieści, które będą podobały się nam najbardziej - zaoferujemy pomoc dziennikarzy "Dużego Formatu" w przygotowaniu tekstów do druku. Najlepsze opublikujemy.

W nowym roku nasi mistrzowie Mariusz Szczygieł, Michał Nogaś i Włodzimierz Nowak zapraszają na warsztaty Akademii do 12 miast w Polsce. Będziemy uczyć, jak dobrze opisać Waszego bohatera.

Do Akademii będziemy powracać w "Dużym Formacie", a szczegóły znaleźć można w naszym serwisie wyborcza.pl/akademiaopowiesci.

O opisanie "Najważniejszego człowieka w moim życiu" poprosiliśmy kilkoro znanych szczecinian. Ich opowieści drukujemy w świątecznym piątkowym "Magazynie Szczecińskim". Mamy nadzieję, że zainspirują Was do własnych przemyśleń i nadsyłania opowieści.

Termin nadsyłania prac: od 12 stycznia do 31 marca 2017 roku

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.