Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Łódź, 2013

- Trzeba uważać: brudas gryzie.

Niech pan, broń Boże, ręki nie wyciąga. Pamięta pan tego z "Milczenia owiec" i jego seplenienie, ćmukanie takie, jakby miętówkę miał między jedynkami? To "se-se-se-se"? (naśladuje). Tamten gryzł jak nasz brudas, serio.

Gadatliwy strażnik jestem, co? O takich się mówi "klawiatura". Że gra, słychać ją. A jak mi robotę na nudzie ufundowali, to mówić lubię, żeby czas się szybciej przesuwał. Co pan tam ma? Zezwolenie na widzenie od dyrektora aresztu, dowód osobisty, kluczyki, długopis, notes, dyktafon, etui na okulary. Komórka u nas zostaje, na wartowni.

Chowa do szafki, wydaje pokwitowanie, siada, zaczyna wypełniać papiery.

- No śmiało, czemu stoi? - Naciska guzik otwierający okratowane drzwi. - Ostatecznie to nie Lucyfer.

Islamabad, 2008

Pracownicy polskiej ambasady spodziewali się, że będzie ciężko, ale takich trudności nie przewidzieli. Najgorszy jest wrzask. Kobiety i mężczyźni, których zaproszono na spotkanie, wciąż krzyczą: "Nie puścimy jej!", "Jak może tak kłamać!?", "Tyle dla niej zrobiliśmy". Konsul RP w Pakistanie Wiesław Kucharek zwraca uwagę, że podobno zrobili dużo złych rzeczy. Na przykład siłą odebrali paszport.

Krzyk: - Musieliśmy, to chyba normalne, chciała zabrać dzieci, które są własnością ojca!

Pracownik ambasady wspomina też o torturach.

Krzyk: - Kłamie, jak może tak łgać!

Pada pytanie, czy zebrani mieszkańcy miejscowości Kamoke w prowincji Pendżab zaprzeczą, że nigdy nie zmuszali obecnej na spotkaniu kobiety do:

picia wody wprost z kałuży lub miski stojącej na glinianej podłodze lepianki, w której ją przetrzymywano;

jedzenia resztek, które rzucano jej wprost na ziemię, ze słowami: "Niech żre";

podnoszenia koszuli tak, by odsłonić miejsca, które sama "wybrała" do codziennego biczowania;

używania starych szmat i ubrań w charakterze podpasek.

Pyta o to osobiście Asma Jilani Jahangir, działaczka ONZ, słynna pakistańska prawniczka, od lat walcząca o przestrzeganie praw kobiet w jej rodzinnym kraju.

Wrzask: - To chyba jakaś kpina! Ona jest naszą synową!

Synowa stoi z opuszczoną głową po drugiej stronie salki konferencyjnej. Przytula do siebie czwórkę małych dzieci. Na pomysł pojednawczego spotkania w polskiej ambasadzie wpadł konsul Wiesław Kucharek, ale już widać, że nic z niego nie będzie.

Asma Jahangir, którą w Pakistanie wielokrotnie próbowano zabić za działalność na rzecz praw człowieka, mówi krótko: - Cała piątka musi jak najszybciej wracać do Polski. Pozostawienie ich z tymi ludźmi tutaj to zagrożenie dla jej życia.

Trzeba zatem tej Polce z czwórką dzieci urodzonych na terytorium Rzeczypospolitej wyrobić tymczasowe paszporty, udzielić bezzwrotnej (w aktach nazwano ją potem oficjalnie "niegwarantowaną") pożyczki na zakup biletów lotniczych i jak najszybciej odesłać do kraju. Ubranie dla całej piątki można kupić z funduszu reprezentacyjnego ambasady. Zwłaszcza buty. Przecież te, które mają na sobie, to tylko kilka strzępów materiału.

Bałuty, 2006

Do Anity jest sporo chętnych. Młoda, szczupła brunetka, niezbyt droga. Od razu wpada w oko streetworkerom "robiącym" w łódzkiej "mieszkaniówce" na Bałutach. Mieszkaniówka, czyli prywatne lokale wynajmowane i zamieniane na agencje towarzyskie. Trzy, cztery dziewczyny i jeden alfons wpadający raz na kilka dni po forsę. Wykwalifikowany streetworker od razu dostrzeże nową dziewczynę w branży. Wchodzi jako klient, potem siada sam na sam z prostytutką, daje stos ulotek, prezerwatywy i rady: "Nie pozwól żadnemu klientowi wejść w siebie bez kondomu. Pieniądze nie grają roli". (To pierwsza, absolutnie podstawowa zasada. Świeżynkom, które chcą szybko zarobić i odejść, często ratuje życie).

Anita nie pozwala. Sama zakłada prezerwatywy klientom. Leży pod dziesięcioma facetami dziennie. Ale po stosunku nie odprowadza ich do drzwi, jak nakazuje burdelowy zwyczaj. Od razu ucieka do pokoju socjalnego dziewczyn, zawija się szczelnie w koc i płacze.

- A ty co tak ryczysz? - pytają koleżanki.

Nawet alfons się jej nie czepia, bo ma układ z jej "osobistym".

"Osobisty" czeka, aż Anita skończy pracę. Każdego dnia jego peugeot 307 parkuje w bezpiecznej odległości od mieszkania zamienionego na burdel. Anita wychodzi z klatki schodowej, przechodzi na drugą stronę ulicy, wsiada. Mężczyzna wychodzi z wozu tylko raz na kilkanaście dni, żeby zapłacić prowizję alfonsowi.

Sytuacja powtarza się niemal codziennie przez ponad dwa lata.

- Leżała zawinięta w ten koc jak w kokon, więc ją pytam: przylał ci klient? Kręci głową, że nie. Kondom pękł? Nie. Dopytywałyśmy się, bo mamy taką solidarność. I ona wtedy zaczynała mówić, że o tęsknotę chodzi. Za trójką czy czwórką, nie pamiętam, ile tych dzieci było. Jeden chłopiec, to na pewno.

West Side, 1997

Naeem Abbas, 30-letni Pakistańczyk, właściciel hurtowni ubrań w Łodzi z prawem stałego pobytu w Polsce, wygląda na przeciętnego imigranta. Wyróżnia go jedynie znakomita znajomość języka polskiego. Ale to tylko pozory. Tak naprawdę jest mężczyzną niezwykłym.

Naeem nie pije alkoholu, nie używa wulgarnych słów, nie usiłuje za wszelką cenę zaciągnąć do łóżka na pierwszej randce. Dobrze pachnie. Ładnie się ubiera, czyli nie stara się szpanować paskiem z ogromnym emblematem Dolce & Gabbana, ale nie wybiera również kraciastych, grunge'owych koszul (bardzo wtedy popularnych).

Mówi cicho, jest uważny, słucha, zapamiętuje i wykorzystuje to, czego się dowiedział, kiedy (po pewnym czasie) prawi komplement. A to ma wielką siłę, bo udowadnia, że Naeemowi nie umknęło ani jedno słowo z tych, które tamtego wieczoru wypowiedziała dziewczyna.

Dziewczyna to Agnieszka Fojtuch, 18-latka, którą w łódzkiej dyskotece West Side do tamtego wieczoru adorowali pijani kolesie wpychający podczas tańca język do ucha. Naeem jest inny. Tamtego wieczoru stwierdza, że chyba obydwoje nie pasują do tego miejsca, do tej hałaśliwej dyskoteki z gigantycznym różowym cadillakiem zamiast baru, na którego masce kręcą tyłkami (wcale nie ładniejsze od Agnieszki) dziewczęta.

Już nigdy tu nie przyjdą.

Pokój Agnieszki, 1997

- Ale dlaczego ty, córeczko, musisz się w kukłę zamieniać z tego zauroczenia? - pyta półżartem zdumiona Halina Fojtuch, kiedy po raz pierwszy widzi Agnieszkę ubraną w tak zwaną pełną burkę, czyli czarny strój zakrywający szczelnie całe ciało (oprócz maleńkiego obszaru wokół oczu, zasłoniętego siatką).

Agnieszka spokojnie tłumaczy, że to tradycyjny strój muzułmańskiej kobiety. Informuje także, że związała się z Łódzką Ligą Muzułmańską i wkrótce zamierza dokonać konwersji na islam. Jej pokój w rodzinnym mieszkaniu wygląda jak sanktuarium. Na biurku piętrzą się książki o islamie. W szafie - niemal wyłącznie burki i chusty. Niektóre kolorowe (na bardziej luźne okazje). Na ścianach - plakaty z fragmentami koranicznych sur (po arabsku) i fotografie przemawiających imamów.

- Przecież ty jesteś ochrzczona, tu, u nas, w kościele na Bałutach, córciu, naprawdę w to wierzysz?

Wierzy. Agnieszka wie także, że nigdy nie kochała tak mocno. Ponad samą siebie, bez cienia egoizmu; nigdy tak szczelnie nie otulał ją kokon dobra i bezpieczeństwa. Pierwszy raz od dawna widzi drogę, którą powinna iść, porzucając tę szarość, beznadzieję i brak perspektyw spowijające dotąd cały znany jej łódzki świat.

Kiedy się poznali, Agnieszka była uczennicą technikum. Uczyła się nieźle, nigdy jednak nie wiedziała, ile potrafi. Język urdu jest jednym z najtrudniejszych na świecie, ale Agnieszka nauczy się go w dwa miesiące. Na tyle dobrze, że bez trudu będzie mogła rozmawiać z rodziną Naeema w Pakistanie. To przemili ludzie, z radością powitają Agnieszkę w rodzinie. Będzie miała wspaniałe wakacje w wiecznie słonecznym kraju! Matka Naeema, siostra, brat i jego żona mieszkają w Kamoke, w prowincji Pendżab. Agnieszka wie dobrze, gdzie to jest: na wschodzie kraju jej ukochanego, 248 kilometrów od stolicy, Islamabadu.

Piętro, 2004

- Mamo, ta decyzja jest już podjęta - Agnieszka wychodzi na klatkę schodową, przeciskając się przez wąsko uchylone drzwi. Nie zaprasza matki do środka.

- Ale to nie znaczy, że musisz spełniać wszystkie jego zachcianki.

- Mam to, czego chciałam, mamo.

- Co ty mówisz, córeczko, nie jesteście przecież nawet małżeństwem.

- Jestem muzułmanką. Od sześciu lat mieszkamy razem. Naeem wynajął mieszkanie, utrzymuje mnie razem z dziećmi. Wszystko mu zawdzięczam. Nie mam wyboru.

- Dlaczego nie wpuścisz mnie do środka? Dlaczego sama prawie nie wychodzisz? - pyta matka.

Na klatce schodowej gaśnie "minutówka".

- Jako muzułmance nie wolno mi iść do szkoły ani pracy. On sobie tego nie życzy. Tak, dlatego z matury i studiów nic nie wyszło, jeśli znowu wrócisz do tego tematu - Agnieszka zapala światło.

- Jak dzieci?

- Amir trochę ostatnio chorował, ale to tylko przeziębienie. Sonia, Roksana i Anita mają się świetnie.

Halina Fojtuch zamierza walczyć o córkę:

- Agniesiu, ja wiem, dlaczego ty te decyzje wszystkie podejmujesz życiowe takie, jak on chce. I dlaczego ty w swoim odczuciu nie masz wyboru.

Wyciąga kartkę, na której sporządziła notatki. Usłyszała o podobnej sprawie w telewizji. Zapisała, ile zapamiętała. Czyta na głos (później podobna analiza znajdzie się w aktach sprawy) o tym, kiedy człowiek staje się bezbronny.

Chodzi o wyrwanie z gleby, stworzenie wrażenia całkowitej samotności i niesamodzielności. Aby właściwie "wykorzenić" drugą osobę, należy skoordynować wiele działań jednocześnie: izolować ofiarę od świata zewnętrznego, osłabić w ofierze wolę walki: krzykiem, biciem, bombardowaniem naprzemiennie bardzo pozytywnymi i skrajnie złymi emocjami). Związać zależnością materialną. Budować w ofierze fałszywy obraz jej samej: bezradnej, zależnej, słabej.

- Jezu, daj spokój, mamo, z tymi swoimi teoriami. Jestem już spakowana. Jutro rano lecimy z dziećmi do Pakistanu.

Pod Haliną Fojtuch uginają się nogi.

- Tylko nie krzycz, mamo, nie rób scen. Zadzwonię. Będę prowadziła pamiętnik.

Kamoke, luty 2005

"Teraz nazywam się Agnieszka Abbas. Przyjechałam do Pakistanu 20 stycznia 2004 roku. Zamieszkałam w Kamoke, rodzinnej miejscowości mojego narzeczonego Naeema Abbasa, razem z jego rodziną: matką, siostrą, bratem i jego żoną. Traktowano mnie dobrze do momentu oficjalnego ślubu z Naeemem. Kiedy przyjechałam, przywitali mnie roześmiany, szczęśliwy Naeem i serdeczna rodzina. Zaproszono mnie od razu na obiad, prawiono komplementy: że jestem piękna, mądra, że każdy spośród członków rodziny Naeema cieszy się na moją wizytę. Dzień po tradycyjnej pakistańskiej uroczystości wylądowałam na podłodze. Jako ostatnia w tradycyjnej hierarchii rodzinnej dostawałam resztki jedzenia rzucane mi na ziemię, miałam ograniczony dostęp do wody. W czasie choroby córki Soni byłam zmuszona sprzedać złoty pierścionek. Pieniądze przeznaczyłam na lekarza. Dziewczęta nikogo tu nie obchodzą. Słyszałam, jak Naeem ze swoją rodziną dyskutowali o sprzedaży naszych trzech córek. Za owce, materiały budowlane czy motorower. W tej kulturze liczy się tylko chłopak, tylko mężczyzna. Wyzywana od najgorszych, bita i upokarzana przez rok, postanowiłam uciec. Najpierw mówiłam o wyjeździe. Naeem nie zgodził się na wyjazd dzieci. Powiedział, że jak chcę, to mogę spierdalać sama. Uciekam więc z tego koszmaru. Choćby na jakiś czas. Zapisuję te słowa jeszcze w Pakistanie. Nie wiem, co będzie z moimi dziećmi, nie wiem, co będzie ze mną. Mam to, o co się sama prosiłam".

Zapiski z podręcznego pamiętnika Agnieszki Abbas będą jednym z najważniejszych dowodów prokuratury w sprawie.

Mieszkaniówka, 2007

Agnieszka dostanie pseudonim od męża. Będzie miała na imię Anita, po najmłodszej córce.

Tak jest pragmatycznie, łatwiej jej się będzie przyzwyczaić do nowego imienia, szybciej nauczy się reagować na słowa tych, którzy będą tak teraz na Agnieszkę wołać.

Po jej samotnej ucieczce z Pakistanu Naeem ma ją w garści. Dzieci: Amir (urodzony 2000), Sonia (2001), Roksana (2002) i Anita (2003), zostały z jego rodziną w Kamoke. Agnieszka chce jeszcze kiedyś zobaczyć dzieci?

To kosztuje. Musi je wykupić. Ile? No, Naeem nie wie 50 tysięcy od dziecka?

Potem w aktach prokuratury pojawi się zapis: "Naeem Abbas, wykorzystując krytyczne położenie Agnieszki Fojtuch i stosunek zależności, nakłonił [poszkodowaną] do uprawiania prostytucji, z której czerpał korzyści majątkowe. Wszystkie działania Agnieszki Fojtuch miały na celu sprowadzenie dzieci do Polski".

Te działania to:

oddanie się tysiącowi mężczyzn w łódzkiej agencji towarzyskiej na Bałutach (od marca 2005 do kwietnia 2007 roku);

przekazanie Naeemowi kilkudziesięciu tysięcy złotych na wykupienie dzieci, co cały czas - zdaniem mężczyzny - stanowiło tylko mały procent kwoty, która mogłaby pozwolić na ich powrót do Polski;

zgoda Agnieszki na wyjazd do Niemiec w celu podpisania przez nią dokumentów kredytowych, w efekcie czego została obciążona długiem kilkunastu tysięcy euro;

zgoda na kontrolowaną rozmowę z dziećmi raz w miesiącu, za którą Agnieszka każdorazowo musiała płacić Naeemowi 200 złotych. Jeśli rozmowa przebiegała nie po myśli mężczyzny, wyrywał Agnieszce telefon. Nie po myśli było na przykład pytanie, czy dziewczynki są traktowane dobrze, bo przecież oczywiste, że rodzina Naeema traktuje dzieci swojego syna z najwyższą troską.

W marcu 2007 roku Agnieszka wsiada do peugeota 307 po raz ostatni. Oddaje Naeemowi plik pieniędzy i mówi, że więcej już nie da rady (wiadomo to z pamiętnika). Błaga, by pozwolił jej na spotkanie z dziećmi.

On to rozumie. Głaszcze "Agniesię" po głowie i przekonuje, że już nie musi dłużej pracować, już po wszystkim. "Ćsiii" - uspokaja, przytulając ją do swojej piersi. W skrytości serca marzy o wspólnym życiu z nią i maluchami. W Kamoke. Umowa jest taka: spróbują od nowa w Pakistanie. A jak się Agnieszce nie spodoba, to weźmie dzieci i wróci. Po europejsku. Przecież on, ojciec, potrafi dostrzec, że ona, matka, jest chora z tęsknoty za pociechami.

Ambasada, 2008

Polska ambasada w Pakistanie leży kilkaset metrów od zachodniego przedgórza Himalajów. Na peryferiach Islamabadu, w małej dzielnicy dyplomatycznej.

Agnieszka w obecności konsula i Asmy Jahangir opowie teraz, co się stało po drugim wyjeździe do Pakistanu, czyli od kwietnia 2007 roku. Specjalistka ONZ doradzi najlepsze rozwiązanie. Spotkanie z rodziną Naeema odbędzie się za kilka dni. Agnieszka ma czas, żeby ujawnić wszystko. Po kolei.

Zaraz po przyjeździe do Kamoke rodzina jej męża zamknęła ją w małej lepiance. Spędzała w niej większość dnia. Była wypuszczana tylko po to, by zająć się dziećmi lub przyjąć codzienną porcję batów. Z rozmów, które podsłuchała, dowiedziała się, że Naeem między 1998 a 2004 rokiem prowadził równoległe życie z trzema innymi zakochanymi w nim łodziankami. Spłodził jeszcze troje dzieci.

Zobaczyła ją, przyciskając głowę do szczelin między deskami w drzwiach lepianki. Zobaczyła ją tak, jak gdyby widziała siebie podczas pierwszej wizyty w Pakistanie, jeszcze przed tradycyjnym muzułmańskim ślubem. Ładna Polka, dwoje dzieci. Roześmiany, szczęśliwy Naeem i serdeczna rodzina. Dziewczyna słabo mówiła w języku urdu, ale rozumiała podstawowe słowa. Zrozumiała zaproszenie na obiad i proste komplementy: że jest piękna, mądra, że każdy spośród członków rodziny Naeema cieszy się na jej wizytę. Będzie miała wspaniałe wakacje w wiecznie słonecznym kraju.

Kilka godzin później ubrana w pełną burkę postać otwiera drzwi lepianki:

- Bierz dzieci i uciekaj. Twój czas minął. Dziewczynki zostaną sprzedane. Skorzystaj z zamieszania. Rodzina i Naeem są zajęci tamtą kobietą.

Ani konsulowi RP w Pakistanie Wiesławowi Kucharkowi, ani Asmie Jahangir, ani nikomu z Amnesty International (które zaangażowało się w sprawę) nigdy nie uda ustalić się tożsamości człowieka, który uratował Agnieszce życie. Najprawdopodobniej był to ktoś z rodziny Abbasa. Nie wiadomo nawet, mężczyzna czy kobieta.

Ruszają w nocy. Agnieszka pomaga ubrać się dzieciom. Wie, że muszą dotrzeć do polskiej ambasady. Ma przed sobą 248 kilometrów. Dla wprawnego piechura, według Google Maps, 50 godzin drogi non stop. Zakładając po osiem godzin marszu na dobę - sześć dni. Matce z czwórką dzieci, uciekających od najgorszego koszmaru swojego życia, droga ta zajmie cztery dni i pięć nocy.

Agnieszka pamięta nazwy miejscowości, które czekają na trasie: Kamoke - Gujranwala - Gujrat - Dźhelam - Rawat. Przekłada w głowie linijkę.

Będą szli niemal bez przerwy - w skwarze dnia i chłodzie nocy, przez góry i 50 kilometrów pustyni. O wodę i jedzenie będą prosić przypadkowo napotkane kobiety (nigdy mężczyzn). Każdej nocy Agnieszka rozpali małe ognisko, żeby mogli się ogrzać.

Wie, że muszą unikać głównych dróg. Autostop nie wchodzi w grę. Samotna Europejka z dziećmi to na wschodzie Pakistanu zbyt łatwy łup.

W Islamabadzie, kiedy ich buty będą już tylko strzępami materiału, Agnieszka odnajdzie kawiarenkę internetową: Diplomatic Enclave II, Street 24, Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej. Daleko, na peryferiach, wciśnięta pod same Himalaje. Dwie godziny drogi przez ruchliwy, zatłoczony Islamabad.

Później jest spotkanie z rodziną Naeema. I krzyki, których polscy dyplomaci się nie spodziewali.

Kiedy Naeem wraz z rodziną opuszczają teren ambasady, Asma Jahangir tłumaczy dokładnie, dlaczego Agnieszka musi natychmiast wyjechać. W detalach wyjaśnia, że wedle tradycji pakistańskiej próba ucieczki od męża poślubionego w obrządku muzułmańskim to sprowadzenie hańby na całą rodzinę. Naruszenie zasady subordynacji przez kobietę godzi tu w honor mężczyzny. Świadczy, że nie zadbał o moralne i społeczne wychowanie żony. Staje się kimś w rodzaju społecznego impotenta, na skutek czego wypada poza nawias społeczności. Zhańbiony mężczyzna może uratować twarz i odzyskać honor w jeden tylko sposób: zabijając osobę, która okryła go hańbą. To "zabójstwo honorowe" znane w Pakistanie jako karo-kari. Według ONZ - dane podaje Asma Jahangir - w jednym tylko roku w samej prowincji Pendżab odnotowano 1261 zabójstw honorowych.

Agnieszka wedle tej tradycji, będącej starym plemiennym zwyczajem, umocnionym przez prawo szariatu, jest winna i musi umrzeć. Wyrok na nią już zapadł.

- Buty, paszporty, bilety i do Łodzi - mówi Asma Jahangir.

Łódź, 2008

Halina Fojtuch odbiera córkę na warszawskim Okęciu.

Pierwsze słowa Agnieszki to: - Przywiozłam ci dzieci.

Dziś Halina Fojtuch mówi: - Moja córka wiedziała.

W pamiętniku napisze, że karo-kari to jakby zabójstwo w obronie własnej, niezbywalne prawo mężczyzny umotywowane tradycją i religią. A prawo Allaha rozciąga się na cały świat, bowiem jest On wszechmocny, należy doń każde ziarnko piasku na ziemi, nie tylko Pakistan.

- Mamo, ja umrę - mówi Agnieszka kilka dni po powrocie. - Musisz się zająć dziećmi. Wszystko ci spiszę: choroby, szczepienia, na co które jest uczulone. Amir ma wysypkę po cytrusach. Takie uczulenie to paradoks, prawda?

Halina siada obok córki, głaszcze ją po głowie, mówi:

- Wszystko się ułoży, jesteś w Polsce, koszmar się skończył.

Nie skończył się, nie mają z czego żyć. Agnieszka nie jest zdolna do podjęcia pracy, ma lęki. Całymi dniami leży zwinięta w kłębek na łóżku i tłumaczy matce, jak ma się zajmować dziećmi po jej śmierci.

Znajdzie w sobie jednak siłę i zacznie wychodzić na prostą. Otrzyma wsparcie materialne z Caritasu i Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Będzie coraz lepiej.

Aż w końcu, przełamując lęk, zadecyduje:

- Trzeba walczyć o alimenty.

Tyle że jej muzułmański mąż wcale nie jest pewien, czy Amir, Sonia, Roksana i Anita to jego dzieci. Uzna je dopiero 4 lutego 2009 roku. W sądzie wykaże minimalne dochody. Zostanie zobowiązany do płacenia 150 złotych miesięcznie na każde dziecko.

Na sali rozpraw po raz pierwszy od kilku miesięcy spojrzą sobie w oczy. Agnieszka - dumna, z podniesioną głową. Naeem - pogodny, wyluzowany, uśmiechnięty:

- Będę płacił. Nie mam do mojej żony pretensji.

Pobocze, 2009

Naeem ma nadzieję, że jego zachowanie w sądzie zwróciło Agnieszce wiarę w to, że potrafi być dobrym, odpowiedzialnym ojcem. Po tygodniu dzwoni z propozycją: wie, jak ciężko pomieścić się jej z dziećmi i matką na tych kilku bałuckich metrach kwadratowych. (Na 34). Dzwoni więc, żeby ofiarować "dar": wynajmie Agnieszce i dzieciom oddzielne mieszkanie. Sam nie będzie w nim mieszkał.

- Skąd masz na to mieszkanie? - pyta Agnieszka. - I dlaczego nie ujawniłeś tych pieniędzy w sądzie?

- Na moje dzieci i żonę zawsze mam. Nie bądź niewdzięczna.

Agnieszka godzi się na propozycję męża wbrew błaganiom matki.

Z opinii prokuratora dowiemy się, że: "Działanie to umożliwiło Naeemowi Abbasowi realizację kolejnego elementu planu, tj. uzyskanie swobodnego dostępu do Agnieszki, bowiem posiadał własny komplet kluczy i w dowolnym czasie przychodził i przebywał w wynajętym kobiecie mieszkaniu pod pretekstem płatności alimentów, przynosząc jednorazowo niewielkie kwoty".

7 czerwca 2009 roku Naeem parkuje swojego peugeota 307 blisko klatki schodowej mieszkania wynajętego dla dzieci i Agnieszki. Wchodzi po schodach, otwiera drzwi własnym kluczem. Zdecydowanym krokiem, nie zdejmując butów, idzie prosto do kuchni, sięga po nóż i dwukrotnie wbija go Agnieszce w brzuch. Pierwszy cios o milimetry mija najważniejsze narządy. Drugi powoduje przecięcie ściany przedniej aorty. Naeem odkłada nóż, bierze kurtkę i zakłada ją na plecy zszokowanej, stojącej w powiększającej się kałuży krwi Agnieszki.

- Musimy iść - mówi spokojnie.

(Dowiemy się tego od świadka, innego Pakistańczyka, Safdara).

Wedle biegłego sądowego z zakresu medycyny, doktor Ewy Meissner: "Po otrzymaniu ciosu Agnieszka była w stanie przejść samodzielnie od kilku do kilkunastu metrów, a podtrzymywana, przebyć dłuższy dystans".

Idą do zaparkowanego tuż obok klatki peugeota. Agnieszka opiera się na ramieniu męża, który cały czas tuli ją i uspokaja. Zanim wsiądą do samochodu, Naeem zatrzyma się, spojrzy żonie w oczy i powie:

- Jeszcze tylko chwila.

Rzeczywiście już niedługo. Sadza Agnieszkę na siedzeniu obok kierowcy. Wyjeżdża na krajową czternastkę. Po kilkunastu minutach, w okolicach Dobronia, zjeżdża na pobocze. Otwiera drzwi i ciągnie dziewczynę w głąb lasu. Rzuca na nią kilka gałązek, trochę mchu. Nagarnia butem na głowę żony ziemię i piasek. Otrzepuje spodnie, wraca do samochodu, odjeżdża.

Agnieszka umiera z wykrwawienia na poboczu szosy w nocy z 7 na 8 czerwca.

Potem w sądzie biegły lekarz stwierdzi, że gdyby Naeem opamiętał się i pojechał do szpitala, można by ją uratować.

Naeem zawraca i jedzie do swojego kolegi Safdara, z którym łączą go wspólne interesy. Opowie mu w szczegółach o tym, co się stało, i pod groźbą śmierci zmusi do udzielenia alibi na czas morderstwa.

Sąd, 2009

Na sali sądowej Safdara bez trudu złamie Jolanta Szkilnik, wybitna prawniczka z Prokuratury Okręgowej w Sieradzu. Oskarżenie wykaże, że rozbryzgowe plamy krwi na spodniach znalezionych w mieszkaniu Naeema to krew Agnieszki Fojtuch-Abbas. Wedle badań DNA spodni nikt nie nosił poza oskarżonym. Wedle opinii z zakresu badań biologicznych plamy na końcu prawej nogawki powstały na skutek zetknięcia się jej z leżącym ciałem ofiary (podczas nagarniania butem ziemi na głowę Agnieszki).

Naeem Abbas przez cały proces będzie utrzymywał, że jest niewinny.

Prokurator Jolanta Szkilnik opowie w sądzie o ewentualnych motywach morderstwa. Powoła się na słowa Asmy oraz na badania biegłego z Wydziału Orientalistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Stwierdzi jasno, że sposób zadania śmierci Agnieszce przez Naeema sugeruje zabójstwo honorowe. Reprezentująca sieradzką prokuraturę Szkilnik podniesie sprawę karo-kari i postara się przekonać sąd, że ona właśnie była powodem morderstwa. To pionierska linia oskarżenia.

Sąd Okręgowy w Łodzi, IV Wydział Karny, skaże Naeema Abbasa na 15 lat więzienia za zabójstwo.

Artykuł 148 kodeksu karnego ma dwa paragrafy. Pierwszy brzmi: "Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy niż 8 lat, karze 25 lat albo karze dożywotniego pozbawienia wolności". Paragraf drugi mówi o zabiciu ze szczególnym okrucieństwem oraz o motywacji zasługującej na szczególne potępienie (sankcja: nie mniej niż 12 lat więzienia). Naeem Abbas został skazany z paragrafu pierwszego. Długość wyroku nie wynika z żadnych okoliczności łagodzących. Można było skazać oskarżonego na osiem lat, można było mu dać dożywocie. Uznano, że kara "pośrodku" będzie w sam raz. Tak działa polski wymiar sprawiedliwości.

Sąd, ogłaszając wyrok, przyjął do wiadomości argumentację prokurator Szkilnik. Wskazał na istnienie zabójstwa honorowego i podniósł, że ucieczka kobiety spod władzy mężczyzny mogła spowodować pojawienie się swoistego nakazu moralnego popełnienia takiego czynu. Pakistańskie obyczaje nie mogły jednak mieć bezpośredniego wpływu na wyrok. Nie istnieje w polskim prawie zapis, który mógłby spowodować zaostrzenie bądź złagodzenie kary za zabójstwo ze względu na obce kulturowo zwyczaje plemienne.

Jednak sąd Rzeczypospolitej Polskiej po raz pierwszy w swojej historii oficjalnie przyjął do wiadomości, że wedle prawa szariatu kobieta jest winna i zasługuje na śmierć, jeśli:

rozmawia z innym mężczyzną;

zostaje zgwałcona przez kogoś spoza rodziny;

uporczywie nie chce zakrywać głowy i twarzy;

wyraża chęć odejścia od męża;

podejmuje próbę ucieczki od życia wedle pakistańskiego modelu rodziny.

Obyczaje te nie miały wpływu na Sąd Apelacyjny w Łodzi - utrzymuje wyrok sądu okręgowego w mocy.

Naeem Abbas wciąż twierdzi, że nie zabił swojej żony. Nie mógłby. Kochał Agnieszkę, a miłość do drugiego człowieka to odblask miłości bożej.

Złożył wniosek o kasację do Sądu Najwyższego. Jeśli i to nic nie da, będzie dowodził swojej niewinności w Strasburgu.

Kobieta, którą Agnieszka widziała przez drzwi lepianki w Kamoke, to Malwina Balcer. Udało się jej bezpiecznie wyjechać z Pakistanu. Mieszka w Łodzi. Walczy w sądzie z Naeemem o prawo do wychowywania dwójki dzieci, którymi Pakistańczyk bardzo chce się zająć po wyjściu z więzienia.

Historia związku z Abbasem to jej sprawa. Nazwisko i imię to dane osobowe, które w reportażu należy zmienić. Było, minęło, nie chce mieć z tym człowiekiem nic wspólnego.

Cela Naeema, 2013

Nie-Lucyfer od prawie czterech lat siedzi w areszcie śledczym w Łodzi. Mimo że oba wyroki wydano bardzo szybko, a sądy nie miały co do winy oskarżonego wątpliwości, nie można przenieść go do zakładu karnego. Naeem Abbas wciąż jest stroną w dwóch procesach. Walczy o prawo do opieki nad dziećmi, zarówno z Malwiną Balcer, jak i Haliną Fojtuch. (Matka Agnieszki po śmierci córki stała się prawną opiekunką Amira, Soni, Roksany i Anity).

Ponadto nakazano dokładne badania psychiki i osobowości Naeema Abbasa. Wedle informacji, którymi dysponuje prokuratura i sąd: "Wykazano, że pokazuje się on [Abbas] w lepszym świetle. Zaprzecza nawet drobnym wadom czy słabościom charakteru. Stosuje agresję słowną. Jego samoocena jest wielkościowa. Bardzo zależy mu na zachowaniu się w sposób społecznie akceptowany". Biegli psychiatrzy ustalili, że skazany: "Jest pobłażliwy wobec siebie, ale od innych wymaga, by okazywali mu więcej uwagi. Reaguje urazą na najmniejsze wymagania stawiane mu przez otoczenie. Jest nieufny wobec motywów, jakimi kierują się inni ludzie". Ponadto ustalono, że Abbas: "Jest odporny na sytuacje stresowe, nie ujawnia lęków społecznych, nie choruje na depresję, wykazuje chłód emocjonalny, działa bardzo racjonalnie. Ekstrawertyczny, pewny siebie, towarzyski. Naeem Abbas nie jest chory psychicznie ani upośledzony umysłowo. Nie stwierdzono u niego organicznego uszkodzenia ośrodkowego układu nerwowego".

"Trzeba uważać: brudas gryzie"? Ależ on nigdy nikogo nie ugryzł. Nigdy nie okazał agresji. Siedzi w kilkuosobowej, niegrypsującej celi. W łódzkim areszcie śledczym więźniów "pakuje się pod klucz" według poziomu demoralizacji i odpowiedzialni za selekcję funkcjonariusze uz-nali, że poziom demoralizacji Naeema jest niski.

Zachowuje się wzorcowo. Całymi dniami układa pasjanse. Śpi dużo i dobrze, je obficie. Nie choruje. Nad pryczą przykleił sobie fotografie sześciorga swoich dzieci. I plakat Widzewa.

Areszt śledczy, 2013

Ubrał się na biało. Wstaje pierwszy. Drobne zmarszczki wokół ust gęstnieją mu w przyjaznym uśmiechu. Wyciąga (nieprzykutą) dłoń. Zaczyna od razu, jakby miał gotowe oświadczenie (kasacja w toku): - Kobieta jest piękną rzeczą. Jak kwiatek, który trzeba upiększać. Marku, ja od dziecka byłem uczony miłości do nich. W mojej prowincji Pendżab najważniejszy był szacunek do kobiet. Nie krzyczeć, nic złego im nie robić. A jeśli chcą odejść - zrozumieć, puścić, zaakceptować.

- Co pan poczuł, kiedy dowiedział się o śmierci Agnieszki?

- Smutek, wielki. To była matka moich dzieci. Dobra, bardzo dobra żona.

- Bo?

- Mądra, tolerancyjna, tak jak inne moje Polki. Dla mnie rzuciła palenie, picie i przeszła na islam. Nie siłą - podnosi palec. - Z miłości. Dzięki potędze miłości. Modlę się o jej duszę pięć razy dziennie w stronę Mekki.

- Ale kiedy zaginęła i rozwieszono plakaty z jej zdjęciem, zanim 17 czerwca przypadkowo znaleziono jej zwłoki, pytali pana o nią dziennikarze "Gazety Wyborczej". Pamięta pan, co im powiedział?

Prostuje się nagle, zdejmuje łokcie ze stołu, jak gdyby cofał się przed ciosem, który nieuchronnie spadnie. - Już nie pamiętam.

(Była o tym mowa w sądzie: "Nie wiem, co się z nią dzieje, i nie interesuje mnie to. Nie troszczyła się o dzieci. Chcę ją pozbawić praw rodzicielskich. Może poszła się zabawić").

- Jak pana zdaniem zginęła Agnieszka?

- Była handlarką narkotyków. - Podnosi głos. - Narkomanką! Nie dbała o dzieci. To były porachunki gangów i mafii. I jeszcze jedno: była prostytutką. - Przysuwa się trochę za szybko, żeby powiedzieć coś w zaufaniu. Łagodnieje. - Kurwą była, Marku.

- To warto się o nią modlić w stronę Mekki?

- Do pewnego momentu była dobra. A modlić się zawsze warto.

- Wie pan, czym jest prawo szariatu?

- O, tak.

- Wedle niego ta, która cudzołoży, musi umrzeć?

- Musi.

- Agnieszka była prostytutką. Musiała umrzeć?

- Nie zabiłem jej.

- Dowód pierwszy z brzegu: plamy rozbryzgowe na pana spodniach.

- Sypiałem w spodniach. Taki mam styl. Agnieszka i inne moje Polki też lubiły się do mnie tulić w czasie miesiączki. Lubiły mnie okrwawiać. - Całkiem się uspokaja. - U was, w Starym Testamencie, nie ma przypadkiem, żeby nierządnice kamienować?

- Uważa pan, że mężczyźni powinni mieć władzę nad kobietami?

- A nie mają? Na całym świecie mają. W Niemczech załatwiałem sprawę w banku. Brałem sporo pieniędzy i kobieta nie umiała się ze mną obejść. Musiałem wezwać jej przełożonego. A on do mnie oko puszcza, że ona jest nowa. I od razu widzę, że on jest w tym banku królem. On ma nad nią trochę potęgi. I załatwił mi sprawę. Pokazał tę potęgę.

- Zakłada pan, że wyjdzie na wolność przed końcem zasądzonej kary?

- Jeśli sąd najwyższy nie okaże się tak nieuczciwy jak dwa poprzednie, to za kilka miesięcy będę wolny.

- Planuje pan założyć rodzinę?

- No, naturalnie. Z polską dziewczyną. Ale najpierw muszę odzyskać prawo do opieki nad sześciorgiem moich dzieci. Bo one są najważniejsze. Muszę odebrać prawo do opieki matce Agnieszki za wszelką cenę. Wiesz, Marku, co ona mi napisała, jak poprosiłem, żeby odwiedziły mnie te dzieci? Że jak kiedyś przyjdę do nich, do tego małego mieszkanka, to ona otworzy okno i całą piątką wyskoczą.

To czy ona się na opiekunkę nadaje?

Dziękuję za pomoc prokurator Jolancie Szkilnik oraz major Dorocie Wątłej-Bechaj. Bez ich pomocy ten tekst by nie powstał

Tekst pochodzi z książki "Grzech jest kobietą" (PWN), która jest częścią reporterskiej trylogii opowiadającej o życiu polskich kobiet. W księgarniach od 7 kwietnia

Dwie części tryglogii - "Grzech jest kobietą" i "Odwaga jest kobietą" - do kupienia w promocyjnej cenie na Publio.pl >>

W tym numerze "Dużego Formatu" przeczytasz też:

Supiermarkiet z niewolnikiem Na półkach warzywa, cukierki, mleko i wódka. Pod podłogą ekspedientki. Bite, gwałcone, rodzące dzieci...

Skarb państwa głęboko schowany Sędzia po pięciu miesiącach oddalił wniosek, tłumacząc, że wybite zęby nie są wystarczającym powodem do kompensaty, a pobity nie przedstawił zwolnienia od lekarza

Sędzia z mieczem, Polak bez tarczy Sędziowie tylko pozorują wymierzanie sprawiedliwości, a w rzeczywistości maskują bezradność i banalizują swoje powołanie. Rozmowa z prof. Tomaszem T. Koncewiczem

Wojownik w klatce Osiem tygodni przed walką zawodnik musi przestać uprawiać seks ze swoją dziewczyną. Albo inną

Cha, cha, cha, cha, chi, chi, chi, chi Trzeba świrować, żeby nie zwariować. Tomasz Kwaśniewski uczy się śmiać.

Wybierz człowieka 25-lecia We wspólnym plebiscycie "Gazety Wyborczej" i TVN szukamy wybitnych postaci, które odmieniły Polskę w ciągu ostatnich 25 lat i nadal chcą ją zmieniać. Dziś nominują autorzy "DF"

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.