Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Bakija ma 25 lat, ciemne włosy do ramion. Jest najstarszą z ośmiorga rodzeństwa i samotną matką półtorarocznej córki. Mieszka w Uzbekistanie na granicy z Kazachstanem, w górniczo-przemysłowej krainie. W 2003 roku poznaje Żansułu - niewysoką, o skośnych oczach i farbowanych blond włosach rodaczkę, która szuka w Kazachstanie rąk do pracy.

- Mam sklep w Moskwie, płacę 800 dolarów miesięcznie. Przyjedź - słyszy Bakija. To pięć razy więcej, niż zarobiłaby w uzbeckim sklepie.

Zostawia córkę matce. Trzęsie się w pociągu dwie doby, powtarzając sobie: Żansułu też Kazaszka, swój swego nie oszuka. Żansułu czeka na moskiewskim dworcu, zawozi ją do sypialnianej dzielnicy Moskwy - Goljanowa.

Jest jezioro, park, dużo bloków. Brudno, brzydko. Idą do sklepu na parterze jednego z bloków. Nad drzwiami szyld "Produkty". W środku białe kafelki, działy: warzywa, alkohole, mleko, słodycze. Za szklanymi ladami pracownice w zielonych fartuchach. Żansułu zabiera Bakii dokumenty, mówi, że musi ją zameldować.

To było dziesięć lat temu. Bakija siedzi dzisiaj w poczekalni dentystycznej. Tamte lata wspomina bez emocji, jakby dotyczyły kogo innego. - Za każde przewinienie Żansułu biła nas rolką folii, pięściami. Mówiła, że dopóki nie zobaczy krwi, to nie przystanie. Raz tłukła mnie trzy dni. Miałam twarz czarną od siniaków, trafiłam do magazynu, żeby klientów nie straszyć. Jak nie miała sił bić, wołała ochroniarza.

Dentysta woła, Bakija przerywa rozmowę. Przyszła wstawiać wybite w sklepie zęby. Po wyjściu wciąż bez zębów, bo to była tylko konsultacja. Opowiada o systemie sklepowych kar. - Biła za każdy grosz brakujący w kasie, zbyt długą rozmowę z klientem. W sklepie było 40 kamer.

Bakija i inne dziewczyny ze sklepu nie były wiązane, a właścicielka dbała o pozory. By rodziny ekspedientek niczego nie podejrzewały, pozwalała zadzwonić do domu. Włączała mikrofon na tryb głośno mówiący. Dziewczyny mówiły, że wszystko w porządku, pieniądze będą później.

Nie ufały sobie, bo właścicielka napuszczała je, kazała się bić. Kto odmawiał, był karany. Do jedzenia, raz dziennie, niewolnice dostawały przeterminowaną żywność. Spały w małym, brudnym pokoju w piwnicy, wśród półek z towarem, na wilgotnej gąbce, po sześć, dziesięć osób. - Układałyśmy się na boku, w rządek. Spać wolno było trzy godziny i do pracy. Zasypiałam potem na kasie, więc znów bicie. Czasem przy klientach.

Bakija żałuje, że nie robiła ukradkiem zdjęć. Miałaby dowód. Ale każdy myślał tylko, by przeżyć.

Odbicie

Oleg Mielnikow, lider moskiewskiego ruchu Alternatywa, 30-latek, potężny brunet. Z wykształcenia dyplomata, na co dzień pomaga zagranicznym firmom połapać się w zawiłym rosyjskim prawie handlowym. Uważa się za nacjonalistę. Chce zmienić Rosję na lepsze. Poglądy nie przeszkadzają mu więc ratować zniewolonych imigrantów.

31 października 2012 z grupą znajomych, w biały dzień, czai się pod sklepem Produkty. Kilka dni wcześniej dostał sygnał od matek ekspedientek, że w sklepie dzieje się coś złego. Od lat nie widziały córek, nie rozumiały, dlaczego nie mogą ich odwiedzić. Mielnikow jedzie do Goljanowa, za ladą widzi kilka smutnych kobiet. Uciekają spłoszone, gdy chce zagadać. Dlatego zbiera znajomych, dzwoni po media. Wpadają do sklepu, wyrywają ekspedientki z rąk ochroniarzy. Matki uprowadzonych dziewczyn czekają już na ulicy. Kamery telewizyjne rejestrują, jak rzucają się sobie w ramiona. Wśród nich 35-letnia Bakija, jej zapłakana matka: - Patrzcie! Moja córka ma połamane palce!

Bakija przytula się do matki. Wszystkie niewolnice mają ślady pobić, krzywo zrośnięte palce, powykręcane uszy. Jest ich osiem. Sześć pracowało w sklepie Żansułu. Dwie w sklepie jej siostry, kilka ulic dalej.

Kobietami zajęła się organizacja Obywatelskie Wsparcie. Gulnara Babadżanowa, adwokatka, reprezentuje kobiety z obu sklepów: - Bicie to jedno, ale były też gwałty.

Życie pod podłogą

Czytam zeznania kobiet ze sklepu: "Właścicielka zbiera wszystkich pracowników w swoim gabinecie i wyznacza winnej przewinienia partnera. Decyduje, w jaki sposób ma się odbyć stosunek".

Kobiety były też gwałcone pod wpływem alkoholu. Bakija: - Zmuszano nas codziennie do picia wódki. Po dwie, trzy szklanki, czasem butelkę.

Gwałci też mąż właścicielki. Jego ofiarą pada 20-letnia Mutabar. Przyjechała do Moskwy z Kazachstanu, bo powiedziano jej, że będzie kręcić teledysk, a marzyła o karierze piosenkarki. O tych marzeniach dowiedziała się Żansułu od jednej z pracownic. Zadzwoniła do Mutabar, obiecała pomóc w karierze.

Bakija najpierw urodziła w sklepie córkę. Rozłączono je, jak mała miała kilka tygodni. Policja nie chce jednak badać tego wątku, bo w szpitalu, w którym rodziła, nie ma dokumentów potwierdzających poród.

Siergiej Niewskij z Obywatelskiego Wsparcia: - Mogła pomylić szpital, przecież nie zna Moskwy, przez dziesięć lat nie wychodziła na zewnątrz. Gdy odzyskała wolność, bała się ruchomych schodów.

Kilka tygodni po porodzie córkę Bakii wywieziono do Kazachstanu.

- Oddałaś czy zabrali? - pytam.

- Oddałam. Żansułu mówiła, że muszę pracować, a ona zaopiekuje się dzieckiem. Obiecała zawieźć córkę moim krewnym. Po półtora roku usłyszałam, że mała zmarła. Innej dziewczynie też zabrali córkę. Potem powiedzieli, że wypadła z okna i jest w śpiączce, a potem, że nie żyje.

Kilka lat później Bakija rodzi w sklepie chłopca. Trzymany jest w mieszkaniu nad sklepem. Widywała go raz na trzy miesiące, źle wyglądał, ale rozkłada ręce. - Co miałam robić?

Teraz chodzi z 6-latkiem po lekarzach, bo dzieci rodzone w niewoli były bite, nie wychodziły na spacer, karmiono je tylko zupą. Kiedy aktywiści wpadli do sklepu, właścicielka kazała je wywieźć. Policja, która przyjechała na miejsce, widziała odjeżdżający samochód, wszczęła pościg. Kiedy jednak auto zatrzymano, dzieci w nim nie było. Kierowca przyznał się, że zostawił je na jednym z moskiewskich dworców. Kilkanaście godzin później razem z matkami przyjechały do biura Obywatelskiego Wsparcia.

Niewskij: - Syn Bakii najbardziej ucierpiał. Wygląda na trzy, a nie sześć lat. Zamówiliśmy ekspertyzę medyczną, bo policji to nie interesowało. Miał złamaną nogę, źle się zrosła, ma niedorozwój umysłowy i krzywicę. Lekarze napisali, że to prawdopodobnie efekt złej opieki i okrutnego traktowania.

Kiedy aktywiści zobaczyli go po raz pierwszy, byli przerażeni: - Rzucał się, dziki, agresywny, nie mówił, pełzał - wspomina jedna z kobiet.

Kto jest ojcem twoich dzieci? To efekt gwałtu? - pytam Bakiję.

- Nie. To pracownik sklepu. W piwnicy toczyło się życie, każda kobieta potrzebuje mężczyzny. Do porodów nas nie zmuszano, kto chciał, mógł zrobić aborcję. Ja chciałam urodzić.

"Nie ma takiej sprawy"

Adwokaci współpracujący z Obywatelskim Wsparciem złożyli na policji doniesienie przeciwko Żansułu i jej mężowi.

Komitet śledczy (agencja złożona ze śledczych) wszczął postępowanie z paragrafu "bezprawne przetrzymywanie dwóch i więcej osób". Ale dwa dni później zostało ono zamknięte przez nadzorującą je prokuraturę.

- Dlaczego? - pytam w stołecznej prokuraturze.

- Bo nie ma takiej sprawy jak niewolnicy z Goljanowa - mówi mi stanowczo Jelena Rossochina, rzeczniczka.

- Jak to?! - pytam zdziwiona.

Ale rzeczniczka każe pytania przysłać na piśmie. Odpowiedź dostaję po dwóch tygodniach. Czytam, że prokuratura nie dopatrzyła się przestępstwa: "Pozbawienie kogoś wolności polega na bezprawnym przetrzymywaniu człowieka wbrew jego woli. Tymczasem pracownice sklepu niejednokrotnie wyjeżdżały poza terytorium Federacji Rosyjskiej, rozmawiały z rodziną, odwiedzały szpitale, a nawet posterunek policji. (...) Poza tym pracowały w miejscu publicznym, którego klientami także byli policjanci, a więc mogły poinformować o swojej sytuacji nieograniczony krąg osób".

Komitet śledczy odwołał się od tej decyzji u kolejnego prokuratora. Dokumenty blisko rok wędrowały z biurka na biurko, aż dotarły do prokuratury generalnej, która kazała sprawę zbadać ponownie. Śledztwo ruszyło wiosną ubiegłego roku. Wyjaśniany był też gwałt. Ale znów sprawę zamknięto. Bo w paszportach niewolnic znaleziono stemple, że przekraczały granicę; tylne drzwi sklepu były zamykane na słaby zamek, co dawało możliwość ucieczki; kilku sąsiadów widziało "niewolnice" na klatce schodowej sąsiedniego bloku. A Żansułu zeznała, że zatrudniała rodaczki, by im pomóc, regularnie wypłacała pieniądze, wynajmowała mieszkania, a nawet... wysyłała na wakacje do Egiptu.

- Dziewczyny nigdzie nie jeździły! Na ich paszporty mógł jeździć ktoś inny, to znana praktyka - oburzają się w Obywatelskim Wsparciu.

Bakija zapewnia, że jej paszport przez dziesięć lat leżał w sejfie Żansułu.

Irina Szelekietowa z Obywatelskiego Wsparcia: - Ucieczka? Gdzie? Bakija próbowała, ale dobiegła tylko do sąsiedniej klatki schodowej. Jak nie masz paszportu, telefonu, pieniędzy, dostępu do informacji, a w mieszkaniu nad sklepem jest twoje dziecko, to jak uciekniesz? To prawda, że tych kobiet nikt nie przykuwał do kaloryfera, ale dlaczego prokuratura nie wzięła pod uwagę przemocy fizycznej i psychicznej?

Adwokatka Babadżanowa: - Uwierzono właścicielkom. A co z ranami na ciele niewolnic?

Niewskij: - Dziewczyny badał psychiatra. Mają zespół stresu pourazowego, jak po wojnie. Ale nasze organa ścigania nie lubią spraw, które nie są oczywiste. To samo dzieje się z przestępstwami na tle nienawiści.

Przewodniczącą Obywatelskiego Wsparcia jest Swietłana Gannuszkina. Profesor matematyki, znana obrończyni praw człowieka. Uchodźcom i imigrantom pomaga od lat 80. Jest również jedną z założycielek stowarzyszenia Memoriał. Broniła praw Czeczenów podczas pierwszej i drugiej wojny czeczeńskiej.

Gannuszkina: - Rosyjski wymiar sprawiedliwości nie chce zajmować się niewolnicami, bo nie są Rosjankami. Przyjezdni nikogo tu nie obchodzą, a duża część społeczeństwa ich nienawidzi. Władze nakręcają tę spiralę, podając zafałszowane dane co do liczby przestępstw popełnionych przez imigrantów.

Po sieci krążyło wideo, na którym rosyjscy nacjonaliści odcinają Tadżykowi głowę, a potem rozstrzeliwują Dagestańczyka, dumnie krzycząc: "Chwała Rosji". Rok trwało, nim prokuratura ustaliła, że to nie był fotomontaż. Rodziny rozpoznały w zabitych swoich krewnych. Sprawę zawieszono, bo nie wykryto morderców.

Mecenas Babadżanowa chce wysłać skargę w sprawie sklepu do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Nie poddaje się też Bakija. Mieszka teraz w Taszkiencie, 3,5 tys. km od Moskwy. Chce być fryzjerką i czeka, kiedy zobaczy Żansułu w więzieniu. - Traktowała mnie gorzej niż zwierzę, dorobiła się kilku mieszkań w Moskwie. Proponowała mi pieniądze za wycofanie zeznań, nie wzięłam.

Trzy siostry

Stoję przed marketem Produkty. Za ladą cztery Rosjanki. Idę do drugiego sklepu spożywczego, w którym także trzymano niewolnice. Prowadzi go siostra Żansułu. Na drzwiach nalepka "obiekt monitorowany". W środku śmierdzi, bo wszystko, od porzeczek po suszoną rybę, leży na wierzchu, w upale. Zaplecze zasłonięte firanką. Sklep trzy razy mniejszy niż Produkty, ale sprzedawców aż sześcioro. Przyjezdni. Kobiety w domowych kapciach. Patrzą podejrzliwie, bo nic nie kupuję. Chcę zacząć rozmowę, ale idą na zaplecze.

Siadam na ławce w podwórzu obok starszej kobiety. Słyszała o niewolnicach. - Te kobiety długo tam pracowały, jedna nagle straciła zęby, widziałam jej siniaki. Ale one często były pijane. Myślałam, że to choroba asfaltowa. (Tak w Rosji mówi się na alkoholików, którzy chodzą poobijani).

- A policjanci z Goljanowa nic nie widzieli? - pytam.

- Stałam kiedyś na przystanku naprzeciw rynku. Podjeżdża policyjny wóz, wychodzi mundurowy, otwiera bagażnik i czeka. Przychodzą sprzedawcy, Azjaci, niosą mu owoce, warzywa. Siatkami. I dają pieniądze. Nic mnie już nie zdziwi.

Żansułu ma jeszcze jedną siostrę. Założyła pierwszy sklep w Moskwie w połowie lat 90. Przywiozła ze sobą niepełnoletnich Uzbeków i Kazachów. W 2001 r. znaleziono w jej sklepie ciało kobiety z nożem w sercu. Winę wzięła na siebie jedna z pracownic, a inna uciekła. Trafiła do młodzieżowego centrum pomocy, którego pracownicy zauważyli świeże rany na jej ciele. W 2002 r. sąd skazał tę trzecią siostrę na pięć lat więzienia za znęcanie się na pracownikami, ale po roku decyzją podpisaną przez Putina wyrok został skrócony o połowę. Uzasadnienie do ułaskawienia jest krótkie: "Kierując się zasadami najwyższego humanitaryzmu".

Wyrok śmierci

Niewolnikami zostają też Rosjanie. W ciągu ostatniego roku Alternatywa odbiła ich ponad stu.

Mielnikow: - Przyszedł do mnie znajomy i mówi, że w Dagestanie w fabrykach cegieł pracują niewolnicy. Pojechaliśmy. Udawaliśmy kupców. W każdej fabryce było 20-40 pracowników, w większości Rosjan. Normalni, kryminaliści i bezdomni.

W Dagestanie jest nawet 600 takich fabryk. To kraina bez lasów, więc nawet płoty są z cegieł. Mielnikow widział nieludzkie warunki, w jakich mieszkali niewolnicy. Jedynymi oznakami cywilizacji były tu kałasznikowy ochroniarzy.

Za pierwszym razem Mielnikow pomógł uciec trzem mężczyznom i dwóm kobietom. Mężczyźni produkowali cegły, kobiety pracowały w saunie jako prostytutki. Mielnikow dotarł do nich przez miejscowego, którego poznał w autobusie do Machaczkały. Do dziś współpracuje z Alternatywą. W nocy zorganizowali ucieczkę. Znajomi w Moskwie pomogli zebrać pieniądze na bilety, by uwolnieni mogli wrócić do domów.

Uwolnieni mówili aktywistom o stawkach: 1,5 tys. zł za białego robotnika, a kobieta za 7-15 tys. zł w zależności od wieku i urody. - Kobiety są droższe, bo na prostytucji większy zysk niż na cegłach.

36-letni Władimir pochodzi spod Saratowa (800 km od Moskwy). Dwa lata temu stracił pracę na roli, pojechał do stolicy. Na dworcu zaczepił go mężczyzna, zaproponował pracę w fabryce mebli pod Astrachaniem, to miasto przy ujściu Wołgi. Obiecał 11 tys. rubli, czyli 1000 zł miesięcznie. Po wspólnym piwie Wołodii urwał się film. Obudził się w autobusie, w Dagestanie. Bez dokumentów i telefonu. Przez dwa lata pracował w kilku fabrykach. W każdej słyszał, że zapłacą, jak skończy się sezon. A potem dawali grosze na papierosy, piwo i wysyłali dalej, do nowego właściciela.

Pytam, czemu nie uciekał. Mówi, że nie chciał wracać do domu bez pieniędzy, ciągle się łudził, że zapłacą. W domu pod Saratowem czekali na niego siostra i niepełnosprawny ojciec.

W innej fabryce aktywiści znaleźli Romana z Białorusi. Zaginął na dworcu w Moskwie, w drodze do brata, gdy wypił z nieznajomym herbatę. Po dziesięciu dniach zadzwonił do rodziny, że jest w Dagestanie, a jego uwolnienie kosztuje 3 tys. zł.

Mielnikow: - Brat Romana zgodził się wysłać pieniądze pocztą. Zaczailiśmy się we wskazanym oddziale pocztowym. Po trzech godzinach widzimy Romana z jakimś facetem. Podchodzimy z policją, a porywacz też wyciąga odznakę policyjną! "Nasi" policjanci go zwinęli, trwa postępowanie.

Działacze Alternatywy długo wyliczają mi przypadki niewolnictwa: Dagestan; obwód wołgogradzki, gdzie na granicy z Kałmucją ludzi wykorzystują do wypasania owiec; Orenburg, gdzie były milicjant 12 lat trzymał w niewoli Białorusina, aż w ojczyźnie uznano go za zmarłego.

Władze Dagestanu próbują walczyć. Zamykają fabryki cegieł, nakładają kary. Gorzej w Moskwie i okolicach. Mielnikow: - Znamy wiele spraw o niewolnictwo. Ale policja bierze się do tego niechętnie. Słyszałem o trzech śledztwach w całej Rosji, z czego dwa w Dagestanie.

Pytam prokuraturę w Moskwie o statystykę. Nie odpowiada. Dane znajduję w raporcie Departamentu Stanu USA z lipca 2013 r. Według niego w stolicy Rosji i jej obwodzie pracowało w 2012 roku 130 tys. niewolników. Rosja znalazła się w grupie krajów, które ignorują problem handlu ludźmi, podobnie jak Arabia Saudyjska, Iran i Korea Północna. Kilka miesięcy wcześniej raport opublikowała organizacja Human Rights Watch. Przeprowadziła wywiady z imigrantami budującymi obiekty olimpijskie w Soczi. Znalazła przypadki odbierania dokumentów i niewolniczej pracy. Nowszych danych na razie nie ma. W Rosji niewolników nie liczą, a w Stanach jeszcze nie opublikowano nowego raportu.

- Nie boicie się o życie? - pytam aktywistów.

Gannuszkina: - Gdy uwolniliśmy dziewczyny ze sklepu, jeden z adwokatów dostał wiadomość od organów wymiaru sprawiedliwości, że mamy się w to nie mieszać. Do mnie zadzwonił mężczyzna, mówiąc, że jest na mnie wyrok śmierci. Na stronie jednej z organizacji nacjonalistycznych wisiały dane moje i pracowników organizacji, że "jak nie nas, to trzeba zabić choćby nasze rodziny". Policja uznała, że to nie są poważne groźby, prokuratura umorzyła śledztwo z powodu niewykrycia sprawcy. Strona, na której pojawiły się dane Gannuszkiny, to legalna organizacja mająca swoją nazwę i władze.

Zakup kontrolowany

Przewodnicząca Obywatelskiego Wsparcia zastraszona jednak się nie czuje. Nie boi się także Mielnikow. W październiku sam wcielił się w rolę niewolnika. Przez tydzień mieszkał na dworcu w Moskwie, udając bezdomnego. Czekał, aż zostanie zwerbowany. W końcu jakiś Musa zaproponował mu pracę. Zapewniał, że od dwóch lat pomaga bezdomnym. Mielnikow i Musa dojechali do dworca autobusowego, z którego odjeżdżają autobusy do Dagestanu. Tam Musa przekazał Mielnikowa innemu mężczyźnie, a ten wręczył Musie paczkę banknotów.

Tuż przed wyjazdem Oleg powiedział nowemu pracodawcy, że jednak się rozmyślił. Wtedy usłyszał, że za niego już zapłacili i albo zwróci pieniądze, albo wsiądzie do autobusu. Mężczyzna zaproponował Mielnikowowi, żeby coś wypili i omówili ten "problem". Zaprowadził go do kiosku z papierosami, gdzie sprzedawczyni podała kieliszek dziwnie pachnącego alkoholu. Ze 100 mililitrów Oleg wypił 20, ale to wystarczyło, by zaczął tracić przytomność. Już z autobusu, leżąc pod siedzeniem, gdzie wsadził go pośrednik, wysłał SMS-a do kolegów z Alternatywy i dziennikarzy. Autobus zatrzymano na pierwszym punkcie kontrolnym przy wyjeździe z Moskwy. Nieprzytomny Mielnikow trafił do szpitala. Diagnoza - zatrucie barbituranami.

Prowokacja przyniosła efekty. Autobusy do Dagestanu zaczęto sprawdzać częściej, a personel dworców baczniej przygląda się stałym bywalcom.

Ale niewolnictwo się nie skończyło. Nie ma tygodnia, by Alternatywa nie wrzuciła na swój profil na W Kontaktie (rosyjski odpowiednik Facebooka) kolejnej historii.

Dwa tygodnie temu Mielnikow opisał przypadek dwóch Ukrainek. Babcię Żannę przywieziono z Odessy. Chciała dorobić do głodowej emerytury. Miała być niańką dla dzieci, ale w Moskwie zrobiono z niej żebraczkę. Kiedy próbowała odmówić, usłyszała, że odetną jej nogi i wsadzą na wózek. Będzie więcej zarabiać. Dostała karton z napisem "Zbieram na chleb". Stała z nim po 12 godzin dziennie przy stacji metra, swoim właścicielom przynosiła dziennie 300-400 zł. Po trzech dniach próbowała uciec. Właściciel złamał jej nogę. Ale Żanna się nie poddała, uciekła ze złamaną. Znalazła się w prawosławnym centrum pomocy, z którego Mielnikow zawiózł ją na komisariat. Tam jednak nikt jej historią się nie przejął. Usłyszała, że mają pół sejfu takich zgłoszeń.

Inna Ukrainka jechała do Rosji pracować w przedszkolu. Miała problemy z okiem, pośrednik obiecał, że załatwi operację. Ale zamiast operacji oko zaszyli. I wysłali żebrać. Tak stała trzy miesiące.

Mielnikow pisze na portalu W Kontaktie: "Do niej nieraz podchodził policjant, ale nie po to, by się dowiedzieć, dlaczego z zaszytego oka sączy się ropa, tylko by odebrać haracz za zajmowane miejsce. W Moskwie nie ma ani jednego punktu, gdzie żebracy nie płaciliby policji. Z rąk takiej mafii ginie znacznie więcej rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy niż na samej Ukrainie od zamieszek.

Dziś wielu z pianą na ustach mówi, że trzeba bronić rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy. A ja chcę powiedzieć o innej, cichej wojnie, w której giną nie żołnierze, ale bezbronne staruszki. I nie ma komu ich uratować.

Złapaliśmy tych, na których babcia Żanna poskarżyła się policji, ale pięć godzin później ci ludzie znów byli na wolności. Musimy zatrzymać niewolnictwo w Rosji, ale mamy za mało sił. Jeżeli chcecie pomóc, wstępujcie w nasze szeregi. Wygrajmy tę wojnę razem".

W tym numerze "Dużego Formatu" przeczytasz też:

Trochę potęgi. Zabójstwo honorowe w Polsce Nagarnia butem na głowę żony piasek. Otrzepuje spodnie, wraca do samochodu, odjeżdża

Skarb państwa głęboko schowany Sędzia po pięciu miesiącach oddalił wniosek, tłumacząc, że wybite zęby nie są wystarczającym powodem do kompensaty, a pobity nie przedstawił zwolnienia od lekarza

Sędzia z mieczem, Polak bez tarczy Sędziowie tylko pozorują wymierzanie sprawiedliwości, a w rzeczywistości maskują bezradność i banalizują swoje powołanie. Rozmowa z prof. Tomaszem T. Koncewiczem

Wojownik w klatce Osiem tygodni przed walką zawodnik musi przestać uprawiać seks ze swoją dziewczyną. Albo inną

Cha, cha, cha, cha, chi, chi, chi, chi Trzeba świrować, żeby nie zwariować. Tomasz Kwaśniewski uczy się śmiać.

Wybierz człowieka 25-lecia We wspólnym plebiscycie "Gazety Wyborczej" i TVN szukamy wybitnych postaci, które odmieniły Polskę w ciągu ostatnich 25 lat i nadal chcą ją zmieniać. Dziś nominują autorzy "DF"

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.