Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Agentka bankowa

Ewa Mnich, 44 lata, cela nr 28, wyrok: rok i trzy miesiące.

Mataczyłam. Aczkolwiek teraz już nie muszę mataczyć, bo wszyscy wiedzą, co zrobiłam, i że siedzę. Mąż, synowie, znajomi. I mówię wszystko pod nazwiskiem. Zabrali mnie o 6.30, 26 lutego, w piżamie, jak przestawiałam moje auto, żeby mąż mógł wyjechać z garażu. Wiedziałam, że kiedyś przyjdą.

Po co mi były te pieniądze? Na nic, żeby się pokazać. Swarzędz to małe miasto, ale ludzie zamożni. Poszłam z mężem na przykład do znajomych na imieniny, wszyscy przy kasie. Nie żeby jacyś milionerzy, ale mają biznesy, eleganckie samochody, dom, jeżdżą wszędzie na wakacje. Inni ludzie niż my. Zaprosili, bo znamy się z podstawówki. Nalali drinka i pokazywali na komputerze swoje zdjęcia z Egiptu, basen, hotel i to, co kupili. Ci drudzy byli w Grecji. My z mężem to nigdy nigdzie nie byliśmy. Tylko jak panną byłam, zwiedzałam Pragę, bo ojciec był kierowcą autobusu wycieczkowego, to mnie zabierał.

Męża poznałam, jak miałam 25 lat, koleżanki już mężate i dzieciate... a ja jak stara panna mieszkałam u rodziców. Po liceum nic nie robiłam, czasem koleżance pomogłam w sklepie. Szłam z jednego osiedla na drugie z praniem bratowej, żeby u nas wysuszyć, bo oni balkonu nie mają. A on jechał samochodem i zapytał, czy podwieźć. Mąż jest tapicerem, pracuje w prywatnej firmie.

Potem w domu siedziałam i wychowywałam synów. Pracy zaczęłam szukać, jak miałam 35 lat. Właściwie to nie szukałam, bank szukał przedstawicieli handlowych. Było ogłoszenie. Przeszkolili, dali służbową komórkę, służbową toyotę. Budżet domowy się poprawił, bo 3,5 tys. pensji, no i paliwo służbowe bez limitu. Osiem lat w banku pracowałam, długo uczciwie.

Przy tych zdjęciach z Egiptu to ja sobie powiedziałam, że jak tylko znowu trafi się klient, co będzie chciał na lewo kartę kredytową, to zaraz z mężem gdzieś pojedziemy. Długo czekać nie musiałam, bo znajoma ze Swarzędza ciągle podsuwała takich bez zdolności kredytowej. Miała biuro doradztwa kredytowego i pokazała mi, jak się robi lewiznę. Przychodził ktoś, kto nie powinien dostać kredytu, a ja fałszowałam dokumenty, poświadczałam, że klient jest wypłacalny, i brałam lewiznę.

Ja wtedy nie wyglądałam jak teraz, włosy zawsze świeżo od fryzjera, cała opalona, do solarium, do kosmetyczki, chodziłam, wie pan, jak bankowcy: garsonki, buty na obcasach, okulary od Ewy Minge.

No i jak tylko wzięłam lewiznę, zarezerwowałam spa w Karpaczu i pojechaliśmy z mężem na weekend moim służbowym autem. Powiedziałam mężowi, że zarobiłam w banku ekstra pieniądze, i on się nie dopytywał. To było jesienią, trzy lata temu. Potem były Międzyzdroje, też hotel z basenem. Do Ambera poszliśmy, bo tam byli nasi znajomi, razem w basenie pływaliśmy. No gdzie jeszcze jeździliśmy, o, do Świnoujścia na zakupy w sklepie bezcłowym, z koleżankami do Berlina. Jak wchodziłam do Douglasa, to potrafiłam zostawić z tysiąc złotych. Nie mogłam sobie odmówić. Butów mam tyle, że do końca życia ich nie znoszę. Jak syn marzył o markowej czapce z daszkiem, to kupowałam za 250 zł. To uzależnia jak alkoholizm, czujesz, że jak nie zakombinujesz, to nie będziesz żyć. Żeby tylko te stówki z portfela wyciągać na lewo i prawo.

Nikt nic nie wiedział, mąż nie dopytywał, wiedział, że w banku pracuję, no to muszę zarabiać.

Potem też żadne pisma z sądu nie trafiały do domu, bo sobie założyłam skrytkę na poczcie. Tak mi podpowiedziała ta znajoma od kredytów. Jej ręka sprawiedliwości nie dopadła, bo umarła na zawał.

Mówiłam sobie: inni też tak kombinują. Przecież widzę, facet ma niby spółkę konsultingową czy handel materiałami, a wstaje w południe i tylko po to, żeby jechać do galerii na obiad. Widać, że ma lewą kasę. Ich nikt nie łapie, to i mnie się uda.

Jak wyrzucili mnie z banku, mąż i rodzina nic nie wiedzieli. Wychodziłam rano jak do pracy i się włóczyłam po mieście, po galeriach handlowych. Jak mnie wzywali na przesłuchania, to wyłączałam komórkę, a mężowi mówiłam, że miałam spotkanie z klientem.

Kłamałam jak pies. Potem był wyrok, poszłam sama, odpowiadałam z wolnej stopy, wróciłam do domu jak gdyby nigdy nic. Jeszcze cały miesiąc mataczyłam.

Czasem myślę, że powinnam być w psychiatryku, leczyć się. Bo nie wiem, skąd u mnie mataczenie. Chyba z domu, zawsze trzeba było nakłamać, jak chciałam gdzieś wyjść. Synów inaczej uczę: byłeś na wagarach, trudno, ale powiedz, nic się nie stanie. I wszystko mówią. Ja ich ciągle przytulam, bo matkę miałam chłodną.

Jestem katoliczka wierząca, praktykująca. Zawsze na mszę chodziłam, męża też nauczyłam, bo on był z rodziny niepraktykującej i przed ślubem musiał bierzmowanie uzupełnić. Synów też wychowałam po katolicku.

Jak kradłam i mataczyłam, to też chodziłam co niedziela na mszę, tylko do komunii nie szłam, bo siódme przykazanie łamałam. Czasem na mszy sobie myślałam: Ewa, opamiętaj się, to przestępstwo jest. Ale nic nie działało. Przychodził piątek i się imprezowało, mnie wystarczą dwie whisky z colą i już jest luz, już się zapominało.

Dwa tygodnie po rozprawie wyjęłam rzeczy z szafy, męża garnitur i synów, wyprasowałam białe koszule, napisałam list pożegnalny. Chodziłam z paskiem po domu, patrzyłam, gdzie się powiesić. W sypialni nie, przecież nie u syna, w salonie też nie, będzie się rodzinie przypominało. Musiał być jakiś palec boży, bo mąż po coś wyskoczył z pracy. Zobaczył list. Wtedy wszystkiego się dowiedział.

Ofiara czy wspólniczka?: ''Pani Amber Gold. Utracona cześć Katarzyny P.'' Z domu to mam w celi tylko trzy kubki, czarny do kawy, biały na ziółka na uspokojenie i duży w czerwone maki do herbaty z cytryną. I jeszcze kalendarz z pejzażami. Codziennie przed śniadaniem skreślam w nim dzień, który się zaczyna.

Pan pyta, czy mi się kiedyś jakaś krzywda w życiu stała? Tak. Jak miałam sześć lat, wyleciałam z karuzeli na placu zabaw. W głowę się uderzyłam, oko zaczęło mi lecieć na boki. Jedyna w klasie nosiłam okulary, nie dosyć, że okularnica, to jeszcze zezowata. Mogli mi zeza zoperować, ale mama się bała podjąć decyzję. Obiecałam sobie, że jak tylko skończę 18 lat, to sama pójdę na operację. I poszłam, 13 grudnia 1987 roku naprawili mi te oczy. Teraz śladu nie ma.

Może dlatego potem chciałam tak jeździć do Karpacza czy Międzyzdrojów, żeby był basen, sauna, szampan i truskawki. Dlaczego truskawki? No do szampana się podaje - pan tego nie wie? Seks nam się podobał w hotelowym łożu, chociaż w domu też mam wielkie łóżko, przecież mąż tapicer.

Kiedy pojechaliśmy do Egiptu? Co pan? Nigdy. Na taki Egipt z całą rodziną to trzeba mieć ze 20 tys. zł, a ja przecież tu siedzę za 22 tysiące. Taką szkodę łącznie zrobiłam. Teraz spłacam miesięcznie po 100--200 zł, które mąż mi przysyła.

Nie siedzę za niewinność, wiem, ale społeczeństwo nas spycha. Na przykład ta kuratorka sądowa. Miała zrobić wywiad, bo staram się o przerwę w karze, a nagadała mężowi, że jak dojdą te sprawy w toku, to nawet sześć lat posiedzę, i mąż się zdenerwował, chce się ze mną rozwieść. W głębi serca mam żal do męża, że korzystał z tego, a teraz nie potrafi zrozumieć. Napisałam do niego list, że go kocham i żeby mi wybaczył. Jeszcze nie wysłałam.

Wysłuchał Włodzimierz Nowak

Pracownica poczty

Agnieszka K., 30 lat, cela nr 8, wyrok: rok i cztery miesiące

Całą moją winą jest to, że nie prosiłam o pomoc. Nie potrafię. Ojciec był maszynistą, zginął w wypadku kolejowym, kiedy miałam cztery lata. Mama zastąpiła nam ojca. Zawsze dawała sobie radę. Ja i siostra też byłyśmy zaradne.

Wymyśliłam, że będę taka idealna jak mama. Chciałam mieć idealny dom, idealne małżeństwo, czyli takie, w którym on nie musi się o mnie martwić. Idealne pod względem finansowym też.

Mama wiedziała, jaki on jest, nie zgadzała się na ślub. Ale urodził się Daruś. Minęło kilka lat i zaczął pytać, dlaczego tata z nami nie mieszka. Za wesele zapłaciliśmy razem. Wzięliśmy pożyczkę i ją spłaciliśmy. To był mój pomysł. Nie chciałam obciążać rodziców. Na weselu było 70 osób. Nie byłam zachwycona przeprowadzką na wieś. Wolałam kawalerkę w mieście i święty spokój. Ale Kuba nalegał. W zamian za opiekę nad dziadkami dostaliśmy ich dom na wsi (krewnym męża do dzisiaj się to nie podoba). Sześć lat po Darku urodziła się Danusia.

Z początku wydawało się, że wszystko jest w porządku. Wyjazdy, grille, wakacje. Szybko zostaliśmy rodzicami. Dopiero teraz do mnie dotarło, że mąż wciąż nie dorósł do własnej rodziny. Wracał po pracy i szedł grać w piłkę. Nie musiał się martwić o obiad, o pranie, nawet o węgiel.

Wcześniej robiła to jego matka. Potem ja ją zastąpiłam. A teraz znów robi to moja teściowa. Odbiera dzieci ze szkoły, daje im obiad, kładzie spać, za wszystko płaci. On nie ma żadnych obowiązków.

Tego, co zrobiłam, z jednej strony żałuję, a z drugiej nie, ponieważ to było dla dziecka. Nie cierpię pracy przy biurku. Wcześniej łapałam się dorywczych zajęć. Sprzedaż zniczy i tym podobne. Zgodziłam się dla świętego spokoju. Mówili, że praca na poczcie to jest coś, bo to państwówka. Wiejski punkt pocztowy. Byłam jedyną jego pracownicą. Jak ja nienawidziłam tej pracy. Ale przez półtora roku było w porządku. Do pierwszej komunii syna.

Przyszedł ze szkoły i pyta, jaką on będzie miał komunię, bo kolegów imprezy komunijne będą wyglądać tak i tak. Obiecałam mu, że też będzie miał taką jak koledzy.

Mąż ze wszystkim zostawił mnie samą. Nie pytał, czy starczy pieniędzy, a ja nie miałam odwagi mu mówić. Oddawał mi swoją pensję, czasem tysiąc, czasem dwa, a z nimi całą odpowiedzialność. Zawsze musiało wystarczyć. Jak zgłaszałam problemy, mówił: "Wymyśl coś". Albo: "Załatw to". No to załatwiłam.

Przyjmowałam wpłaty na poczcie. Podbijałam dowód, ale nie wprowadzałam do komputera. Najpierw wzięłam 300 złotych, bo w lokalu, w którym miała być komunia Darka, trzeba było wpłacić zaliczkę. Oddałam z kolejnej wypłaty, ale data wpłaty już się nie zgadzała. Na początku to ogarniałam, chciałam tylko pożyczać, ale później straciłam kontrolę. Uzbierało się 6400 zł. Ludzie, których pieniądze zabrałam, zaczęli dostawać upomnienia.

Darek miał ładną komunię. W lokalu, jak inne dzieci.

Na knajpę, tort i inne dodatki wydałam 3500 złotych. Dwa dni przed komunią jechaliśmy po garnitur dla męża. A skąd pieniądze weźmiemy, to go nie interesowało. Na garnitur i sukienkę dla mnie wydałam 600 złotych. 960 złotych na rower, prezent dla Darka. Za resztę pojechaliśmy latem do Mielna.

Na wczasach miałam masakryczne wyrzuty sumienia. Zaraz po powrocie trafiłam do psychiatry.

W lipcu o wszystkim powiedziałam przyjaciółce. Trudno jej było uwierzyć. Ostro mi nawciskała. Do dzisiaj mi pomaga. Zabiera moje dzieci na weekend, chociaż sama ma synka.

W lipcu wszystko się wydało. A zaczęło podpadać to, że psychicznie tego nie wytrzymywałam. Nie mogłam się skupić, miałam wyrzuty sumienia. Nie byłam w stanie na koniec dnia zaewidencjonować, ile przyjęłam listów. Chciałam się przyznać, za każdym razem strach był silniejszy. Kiedy kierowniczka przyjechała i wszystko odkryła, zapytała: "Dlaczego?". Przyznałam się, przeprosiłam, kamień spadł mi z serca. Nie dawała mi odczuć, że uważa mnie za złodziejkę.

Miałam dwa lata na spłatę długu. W ratach po 300 złotych. Nie byłam w stanie. A ile mogę? Mogłam po 50 złotych. Komornik mnie wyśmiał. Zadrwił, czy nie znam sposobów, jak wyciągnąć pieniądze od męża.

Kiedy wszystko wyszło na jaw, moje relacje z mężem tylko się pogorszyły. W ogóle nie mogłam liczyć na jego pomoc. I to jest w tym wszystkim najgorsze, nie więzienie. Nie obchodziło go, za co żyję. Mówił, że nie jest moim sponsorem. Myłam ludziom okna. Pomagali mi obcy. Jedni drugim mnie sobie polecali. Starczało na jedzenie dla rodziny, chemię, ubrania dla dzieci. Mąż rzucił najwyżej 50 złotych na tydzień, nie wiem, co robił z resztą. Wiem, że bez problemu odłożyłby te 6 tysięcy, żebym nie musiała iść do więzienia. Załatwiłby u pracodawcy. Ale nie chciał. Zostawił mnie samą, chociaż wiedział, że zrobiłam to dla naszego syna.

Rodzice, teściowie i rodzina dowiedzieli się po dwóch latach, kiedy na spłatę było już za późno. Mój błąd. I mama by pomogła, i teściowa, wciąż mają do mnie żal, że nie poprosiłam o pomoc.

Czekałam, aż po mnie przyjdą. Zaczęłam oglądać reportaże, programy o więzieniach. Bałam się. W areszcie przekonałam się, że nie jest tak źle.

Polak potrafi:

''Ze szpitala to nie grzech''

 

Bezpieczny biznes - policjant z Opola o przestępczości gospodarczej

Mam szczęście, że mam tu pracę. W kuchni wszystko potrafię. Tylko kiedyś przygotowywałam cztery, teraz 50 porcji. Pracuję na trzy zmiany. Pierwszą wypłatę w części zabierze komornik. Napiszę do dyrektora prośbę, by oddać więcej, szybciej spłacę dług. Zostawię sobie tylko na papierosy. Zgłaszam się do sprzątania. Nie cierpię sama być w celi. Zrobiłam kurs komputerowy. W domu powiedziałabym: po co mi to? A teraz wiem, że kiedyś się przyda. Zawzięłam się, że założę firmę: mycie okien, sprzątanie. Już kiedyś mówiłam o tym mężowi. Wyśmiał mnie. A gdybym ją otworzyła, na pewno nie zrobiłabym tego, co zrobiłam.

Może to ktoś przeczyta i nie popełni moich błędów? Moim błędem jest chora miłość. Dopiero w areszcie wiele rzeczy zrozumiałam.

Większość mojej rodziny nic nie wie. Mama im nie powiedziała. Chyba się wstydzi. Ale wujek znalazł mi pracę w Poznaniu. Długo się nie mógł do mnie dodzwonić. Jego syn znalazł mojego na Skypie. Wszystkiego się dowiedział. Wujek przysłał mi list. Był pełen złości. Dlaczego nic nie powiedziałam? Przecież by pomógł. Odwiedził mnie w niedzielę. Przywiózł wędliny, proszki do pieczenia, śnieżki, budynie, krem czekoladowy, marmoladę, ciastka. Chyba nie zdawał sobie sprawy, jaką mi radość sprawił.

Mama jest zagoniona, może teraz przyjedzie z moją młodszą siostrą. Jeśli siostrze przejdzie, bo na razie to jest na mnie wściekła. Wiele razy mi pomagała przy dzieciach. Pieniądze też by pożyczyła.

Najczęściej odwiedza mnie teściowa. Jak tu trafiłam 20 maja, w poniedziałek, to już w czwartek u mnie była. Przewiozła higienę, jedzenie, wszystko miała ze sobą. Teściowie przyjeżdżają raz w miesiącu, na dwie godziny.

Nie od razu chciałam, żeby mnie ktoś odwiedzał. Początek był straszny. Córka ma teraz sześć lat. Myśli, że tu pracuję. Syn - 12 lat - wie, że jestem w więzieniu, ale nie wie, za co.

Teść jest wściekły na mojego męża. Dziwi się, że od niego nie odeszłam. Za to, że taki jest, obwinia teściową. Teściowa udaje, że wszystko jest idealnie. Myśli, że jak wrócę, to będzie sielanka.

A mąż? Mąż zachowuje się, jakby miał 18 lat. Telefonów nie odbiera, bo tak jest mu łatwiej.

W szkole o wszystkim wiedzą. Szkoła zachowała się cudnie. Nawet dopłaciła i namówiła Darka na wycieczkę, bo z początku nigdzie nie chciał jeździć. Napisał mi, że nie pozwoli, żeby ktoś coś złego mówił o jego mamie. Myślę, że przyjdzie taki czas, że będę potrafiła mu powiedzieć, jak tu trafiłam.

Gdyby mąż chciał, mogłabym widzieć się z dziećmi każdego tygodnia. Ale on chce mnie ukarać.

Wcześniej też mnie karał, ale nie wiem, czy warto o tym mówić. Mąż wiedział, jak boję się policji. Wykorzystywał to. Zaczął podnosić na mnie rękę. Raz nie chciałam, żeby jechał na ten swój zasrany mecz. No i skończyło się tak, że nie mogłam się ruszać. Rano wezwali pogotowie. Teściowa powiedziała, że spadłam ze schodów. Mąż przyjechał do szpitala. Powiedział tylko, że może się teraz zastanowię nad sobą. Czasami nie wracał na noc. Nie miałam odwagi pytać go, gdzie był. Piłki nożnej teraz nienawidzę.

Zaszłam w trzecią ciążę. W listopadzie mieliśmy o coś wojnę. Mąż dostał szału. Bił. Mówił, że jak nie przestanę beczeć, dostanę jeszcze. Poroniłam. Potem opowiadał, że usunęłam ciążę. I że w ogóle to nie było jego dziecko. Kiedy wróciłam ze szpitala, zamknęłam się w łazience, chciałam nałykać się tabletek, ale córce zachciało się siusiu. Oprzytomniałam: powiedziałam sobie, że nie mogę zostawić dzieci.

Boję się powrotu. Założę tę firmę. Udowodnię rodzinie, że wcale nie jestem skreślona.

Wysłuchał Mirosław Wlekły

Pisarka

Ewa K., 25 lat, cela nr 8, wyrok: cztery lata

Co ja robiłam przedtem, przed aresztem? No, pisałam. Strasznie dużo wierszy, opowiadania, książki. I przez to pisanie jestem w areszcie.

Jak miałam sześć lat, to dyktowałam mamie, a ona pisała. W drugiej klasie napisałam pierwsze opowiadanie o Zielonym Króliczku, który stał u mnie na półce, potem nasz chomik go zjadł. Wymyśliłam, że w nocy ożywa i psoci, cały zeszyt 16-kartkowy zapisałam.

Mieszkaliśmy w niewielkiej miejscowości, w bliźniaku z ogródkiem, mama, tata i ja. Ja wracałam ze szkoły, zamykałam się na górze i pisałam, noc, dzień nieraz. Aż laptop parzył na kolanach. Pierwszego laptopa dostałam od taty.

O czym pisałam? O JP2 na 25-lecie pontyfikatu, refleksje o jego autorytecie, teraz powiedziałabym, że to esej. O Auschwitz, o getcie warszawskim. Opowiadanie o Irenie Sendlerowej wisiało w internecie, na stronie polskich Żydów, nie wiem, czy jeszcze wisi, bo od dwóch lat nie mam dostępu do internetu. Pisałam dużo streszczeń książek, na przykład "Potop", jakieś wydawnictwo to zbierało i wydawali bryki. Dużo wysyłałam na konkursy, wygrałam plecak, zegarek, discmana, wieżę hi-fi. Mama wycinała z gazety, jak gdzieś o mnie napisali.

Tacie zależało, żebym coś wydała, chciałam spełnić jego marzenia, więc w drugiej klasie liceum zaczęłam pisać książkę. Najpierw konspekt, a po trzech miesiącach książka była gotowa. Jest o kobiecie. W pierwszym rozdziale ona ma szczęśliwe życie, wielu przyjaciół. Kiedy umiera, ma piękny pogrzeb, przychodzi tłum bliskich. W drugim rozdziale poznajemy jej prawdziwe życie, smutne i samotne. Okazuje się, że ten pierwszy rozdział to tylko marzenia tej kobiety o tym, jak by chciała żyć. Jej prawdziwy pogrzeb to zwykły pochówek, tylko ksiądz i grabarz.

To książka o tym, że w życiu ciągle wybieramy i że złe wybory prowadzą do samotności i cierpienia.

Uwielbiam pisać o samotności, cierpieniu, przemocy. Wszystkie moje wiersze są takie. Skąd mi się to bierze? Nie wiem. Ciągle się śmieję. Ludzie uważają mnie za duszę towarzystwa, bo dużo gadam. Ale w środku jestem smutna.

Jestem jedynaczką adoptowaną. Rodzice wzięli mnie zaraz po urodzeniu. Prawdziwych rodziców widziałam tylko raz, na giełdzie samochodowej, szli obok, tata mi ich pokazał. Udali, że mnie nie znają.

Tata był wielki, 130 kg, zawsze z posępną miną, jakby się ciągle wściekał, sąsiadki straszyły tatą dzieci. A tata taki nie był i dla mnie był najważniejszy. Prowadził zawsze jakąś działalność gospodarczą, na przykład sprzedaż węgla, skup złomu albo produkcja europalet. Chorował na serce, przeżył trzy zawały. Był głową rodziny, mama stała z boku. Nigdy nie pracowała. Piła, odkąd pamiętam. Chodziła w ciemnych okularach, w pufach ukrywała butelki. Raz pijana jechała ze mną w wózku i wózek wtoczył się jej na ulicę, samochody mnie jakoś ominęły.

Łatwy zarobek: ''Coraz więcej wyłudzeń w bankach i firmach ubezpieczeniowych''

Druga moja książka to historie różnych ludzi: o zdradzie, o samotności, o przyjaźni... i na koniec okazuje się, że tych ludzi coś łączy, a historie splatają się w jedną całość.

Czytam ciągle i wymyślam sobie bohaterów, zwykle kobiety. Bo kobiety bardziej krytycznie postrzegam. Bardziej szanuję facetów.

Trzecia książka jest o prostytutce. Miała trudne dzieciństwo, była bita. Stara się ukryć to, co robi, zerwać z tym, ale nie może.

Pierwsza książka ma prawie 400 stron, rozmiar czcionki 12, kartka A-4, druga jest najgrubsza - 800 stron, a ta o prostytutce 620 stron.

Tata wszystko czytał, był zawsze zachwycony, czasem miał uwagi, na przykład w sprawie gwałtu na stole, że nie przystoi osobie w moim wieku tak pisać. Ale nie usunęłam tej sceny, to z drugiej książki, tam są drastyczne sceny, bo to historia zgwałconej kobiety.

To nie jest literatura z dolnej półki. Grocholę czytam i zaraz zapominam, a moich książek, myślę, nie da się zapomnieć.

Nie mam żadnych wzorów, ulubionych pisarzy. Podobały mi się "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Llosy, albo "Sceny z życia za ścianą" Wiśniewskiego. Mendozy nie lubię. Byliśmy z ojcem w kinie na "Wojnie polsko-ruskiej", potem mówił mamie, że chce przeczytać tę książkę, bo Masłowska zdobyła Nike, a to też sukces finansowy. Masłowska podobała mi się, ale to nie mój styl.

Jak czytam książki, to zakreślam sobie to, czego chcę uniknąć w moim pisaniu i życiu. Na przykład w "Samotności w sieci" zakreśliłam "Z wszystkich rzeczy wiecznych miłość trwa najkrócej". Bo miłość, rodzina, związek, wszystko jest nietrwałe. Ja sobie wyobrażałam tak głupio, że te książki wydrukują po mojej śmierci, bo są smutne i nie dla wszystkich. Taka 40-latka z trójką dzieci tego nie może czytać, bo się zapłacze w poduszkę. Bo tam jest tęsknota i ból, ludzie się krzywdzą. Potem pisałam już tylko wiersze. Do wierszy mam taką rękę, że potrafię 40 wierszy dziennie napisać. Ale musi być smutna muzyka, najlepiej psychodeliczna. Pobudza mnie do poezji. Ostatnio napisałam wiersz o kobiecie, która dźgnęła nożem męża. Też siedziała w naszym areszcie. W naszej bibliotece są zeszyty z moimi wierszami, one są bardzo, bardzo smutne, bo ja nie wierzę w szczęśliwe zakończenie. Dziewczyny je wypożyczają i przepisują w listach do swoich chłopaków na wolności.

Tata zaczął szukać wydawnictwa, żeby wydać moje książki, ale został oszukany przez kontrahenta, który wziął europalety za 1,5 mln i zniknął. Policja szuka go do dziś. Byliśmy wtedy dość bogatymi ludźmi, dom, dwa samochody, a ja planowałam, że po liceum zrobię sobie rok przerwy na pisanie. Potem chciałam iść na dziennikarstwo i komunikację społeczną.

Tata próbował jeszcze ratować firmę, ale straciła płynność finansową, sprzedawał, co się dało, samochody i poszedł do pracy fizycznej, coś ze styropianem, nie mówił o tym, bo się wstydził. Zaczęłam pracować w odzieżowym jako ekspedientka. Zaraz po mojej maturze tata miał trzeci zawał. W stanie krytycznym trafił do Katowic, operacja na otwartym sercu.

Mama ma 59 lat i całe życie żyła dzięki tacie. Teraz była jak marionetka, której odcięli sznurki, kompletnie nie nadawała się do życia.

Zwolniłam się z pracy, żeby zająć się ojcem. Trzeba było uczyć go chodzić, jeść. Mówił, ale miał kłopoty ze składaniem zdań.

Zaczęły się problemy finansowe. I wtedy tata wpadł na pomysł, żeby pożyczyć od znajomych pieniądze na wydanie moich książek. Mówił, że jak wyjdzie książka, to dobrze zarobią. Najpierw nic o tym nie wiedziałam. Mówił nam, że ma pieniądze z różnych interesów. Potem zaczął mnie angażować w te rozmowy. Okazało się, że pożycza na wydanie książki po 50-60 tys.

Nasz dom był wystawiony na licytację, ale on mówił, że wyjdziemy z tego, że musi komuś oddać pieniądze, dlatego pożyczał od następnych. Żadna książka nie była w stanie spłacić takiego zadłużenia, ale tata miał dziwne wyobrażenia.

Ja cały czas taty broniłam. Wierzyłam mu, ja w ogóle myślę, że był dobrym człowiekiem. Ale wszyscy żyliśmy z jego wyłudzeń.

Chyba całe życie chciałam być kimś, kim on chciał, żebym była.

Po co pojechałam do Warszawy? Po nic. Tata mnie tam wysłał. Żebym była bardziej wiarygodna dla osób, od których wyłudzał pieniądze. Mówił im, że Ewa musi być w Warszawie, bo wydawnictwo przygotowuje książkę do druku i autorka musi być pod ręką. Co robiłam? Nic, przejadałam to, co on wyłudził. Kupowałam książki i w walizkach przywoziłam do domu. Najpierw rok mieszkałam w hotelu Marriott, ile tam pieniędzy poszło, potem w takich drogich apartamentowcach. Czasem tata z kimś podjechał, ja wychodziłam z hotelu, pokazywał mnie, mówił o książce, ja potwierdzałam i tyle. Tata traktował mnie jak maszynę do pisania, nie zmuszał, ale oczekiwał, że mam pisać, pisać, pisać. Chciałam, żeby był ze mnie dumny, jak mała dziewczynka. Warszawy nie lubiłam. Jak mogłam, to jechałam do domu.

Wtedy weszłam do garażu, bo zadzwonił mój chłopak z Warszawy. Zawsze tata wiózł mnie do Warszawy samochodem. Chciałam zapytać tatę, kiedy wyjeżdżamy, nie było go w pokoju, w garażu też go nie zauważyłam, dopiero jak się odwróciłam. Wisiał na pasku, jeszcze spojrzał na mnie i oczy mu uciekły. Mój tata nie powiesił się tak, jak to zwykle ludzie robią, że skoczą z czegoś albo odkopną stołek. Tata stał na ziemi i podciągał nogi. Bardzo chciał się powiesić. Zaczęłam go podnosić. Odcięłam go, reanimowałam, ale pas wciął mu się mocno w gardło i tata przez półtora roku leżał w śpiączce.

Aresztowali mnie w czerwcu 2011, a tata umarł 22 października 2012. Ile wyłudził? Nie mam pojęcia. Nie zdążył mi tego powiedzieć, ale łącznie w sprawie jest 500 tys. zł szkody. Czytałam swoje akta, siedem tomów. Oskarżyli mnie o współudział w siedmiu wyłudzeniach. Tak naprawdę sama wyłudziłam tylko ostatnie 50 tys., jak tata już leżał w śpiączce.

Większość tych ludzi to znajomi taty, z którymi przez wiele lat robił interesy. Niektórzy brali moje książki do czytania, podobały im się. "Sponsoring dla pisarki na wydanie książki", tak tata zawsze mówił. Obiecywał udział z zysku, jaki książka przyniesie. W dziesięciu największych miastach Polski miały być imprezy promocyjne z udziałem gwiazd i znanych polityków. Pokazywał listę gości: Szymon Wydra, prezydent Komorowski, Cezary Pazura... "No i ciebie też wpisuję" - mówił tym, którzy dawali mu pieniądze.

W pewnym sensie czułam się pisarką i myślałam, że tata rzeczywiście szuka wydawnictwa. Raz nawet rozmawiałam już przez telefon z panią prezes wydawnictwa spod Poznania, ale się wszystko przeciągało, że korekta, że chcą przedyskutować zmiany i tata kazał zrezygnować, że to za małe wydawnictwo.

Moich książek tu nie mam, bo są zatrzymane jako dowód w sprawie.

Mam manię dokładności, jak składam rzeczy, to zawsze na teczkę, taką tekturową w środek się kładzie, jak przed aresztem zamiatam liście klonu, to wybieram noski z bruku. Książki muszą stać równo.

Sąd kazał mnie zbadać psychiatrycznie. Nic nie znaleźli, tylko że mam problem z adaptacją w areszcie.

Inteligentni i przekonywujący: ''Oszuści. Badania terenowe i naukowe'' Ja nie jestem recydywa, jestem petka - ta, co siedzi pierwszy raz. Mama nie przyznała się do winy. Udawała, że o niczym nie wiedziała. Więc dostała tylko rok w zawieszeniu. Namawiała mnie, żebym się przyznała, bo jak obie nas zamkną, to tata trafi do hospicjum. I ja wzięłam winę za siebie i za rodziców. Ojca przesłuchiwali w śpiączce. Takie procedury, podobno jest protokół z przesłuchania. Też by go skazali.

Ja wszystko poświęcałam pisaniu i dopiero tutaj się zorientowałam, że jestem sama. Marzenie taty też się nie spełniło - ja jako pisarka.

Wysłuchał Włodzimierz Nowak

Księgowa

Elżbieta D., 32 lata, cela nr 28, wyrok: dwa lata

Kiedy mama zaczęła brać kredyty, ja kończyłam finanse na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Siedem lat temu łatwo dawali kredyty, wystarczył dowód osobisty i słowo honoru. Mama brała na lodówkę, meble, remont, a potem na życie. Zaczynała spłacać jeden kredyt i mogła dostać następny. W Deutsche Banku dali jej 30 tys. Kiedy wróciłam do naszego miasta i w dużej prywatnej firmie z branży spożywczej zostałam księgową - nie główną, ale ważną - mama zaczęła brać kredyty na mnie, bo jej już nie dawali. Szłyśmy do banku, załatwiałam kredyt, a pieniądze oddawałam mamie. Jest prostą robotnicą w fabryce, ale ja powinnam już wtedy wiedzieć, czym grozi życie na kredyt. Jestem przecież zawodową księgową, nawet zaczęłam doktorat na temat międzynarodowych standardów w rachunkowości. Ale mama mówiła, że teraz powinnam jej pomóc, bo oni płacili za moje studia.

Tata nie miał pojęcia, że mama wpada w spiralę zadłużenia. Nic mu nie mówiła o kredytach. Niczego się nie domyślał, bo w naszym życiu nic się nie poprawiło, jedne kredyty zżerały następne, żyliśmy skromnie w dwóch pokojach, ja ze starszą siostrą i siostrzenicą w jednym, w drugim rodzice.

Dopiero jak mama nałykała się tabletek, bo przestała sobie radzić, to powiedziałam tacie, wszystko, wszystko. Tata wrócił z fabryki, zapalił papierosa, nie mógł uwierzyć. Masakra. Ale on jest taki jak ja, nie mówi o swoich uczuciach, na zewnątrz pokazuje, że będzie dobrze. Zaczął liczyć, wyszło, że na mamę jest 200 tys. zadłużenia, na siostrę 15 tys., a na mnie 60 tys. Sprzedał używanego opla, musiał wziąć kredyt konsolidacyjny na siebie. To taka kwota, którą się spłaca do końca życia. Teraz komornik bierze im 40 proc. wynagrodzenia, tata ma emeryturę i moi rodzice spokojnie żyją. Tylko ja tu siedzę. No ale sama sobie jestem winna.

W pracy nic nie wiedzieli o długach mojej rodziny. Tylko jakiś namolny windykator straszył mnie, że przyjdzie pod firmę z transparentem, że jestem dłużnikiem, ale zapłaciłam ratę i się uspokoił.

Pierwszy lewy przelew zrobiłam w sierpniu 2007 roku. Miałam zapłacić jakiejś firmie za fakturę na 732 zł. A co będzie, pomyślałam, jak zostawię nazwę kontrahenta, a wpiszę swoje konto? Nic. Nikt nie zauważył. Bo też nikt mnie tam specjalnie nie sprawdzał, lubili mnie i ufali, główna księgowa szykowała mnie na następczynię.

Codziennie robiłam wiele przelewów, a potem to sama księgowałam. Jak dzwonili z tamtej firmy, że brakuje wpłaty, to tłumaczyłam, że faktura pójdzie jutro, i przelewałam za następną fakturę, itd., nie chce mi się tego tłumaczyć i tak pan nie zrozumie. Ja wszystko potrafię zaksięgować. Potem, jak się wydało, biegły rewident nie mógł się nadziwić.

Nikt z rodziny nie wiedział, narzeczony, a potem mąż, też nie, zaczęłam pomagać rodzicom, myśleli, że tak dobrze mi się wiedzie. Mężowi mówiłam, że to dochody z biura rachunkowego, że mam wielu klientów. A biura w ogóle nie otworzyłam.

W ciągu trzech lat zrobiłam z 50 lewych przelewów, razem na 500 tys. zł. Największy przelew to 50 tys., poszło na nowego renault scenica. Chciałam zrobić mężowi przyjemność. Na ślub też przelałam lewe 40 tys. Po każdym przelewie mówiłam sobie, że już nigdy, ale potem znowu mnie kusiło. I jakoś siebie usprawiedliwiałam, że przecież wszyscy kantują, szef płacił nam część pensji pod stołem, że podwykonawcom się nie płaci, albo po terminie.

Wiedziałam, że jak długo jestem w firmie, potrafię te swoje przelewy tuszować. Ale zaszłam w ciążę. Jak szłam na porodówkę, to przelałam sobie ostatnie 21 tys., na nic, tak na rezerwę, na macierzyński.

Kubusia urodziłam w czerwcu 2010, a w sierpniu zadzwoniła główna księgowa: Ela, już wiem. A odkryła tylko jeden mały przelew. Potem wyszły następne.

Szef z szefową przyszli do mojego domu. Nie wpuściłam ich, powiedziałam, że najpierw muszę powiedzieć mężowi. Dali mi godzinę. A mężowi nakłamałam, że nie ukradłam tych pieniędzy, tylko to taki układ z szefem, żeby on mógł wyprowadzić lewe pieniądze z firmy. Ja dostanę zarzuty, ale szef mi za to dobrze zapłaci.

Współpracowałam z policją, dobrowolnie poddałam się karze, więc dostałam dwa lata z zawieszeniem na pięć, zakaz księgowania plus naprawienie szkody - 500 tys. zł. Dopiero w sylwestra powiedziałam mężowi całą prawdę. Na pewno nie wybaczy mi, że tak go zawiodłam. Oddaliśmy scenica, mąż stracił pracę, siedział z dzieckiem, a ja dalej księgowałam w coraz mniejszych firmach na umowę-zlecenie, tylko ukrywałam w CV, że byłam księgową w tamtej firmie.

Szkody nie naprawiłam i odwiesili mi karę. Zadzwonił dzielnicowy, że ma jakieś pismo. Czekali pod blokiem. Mąż oczywiście nie wiedział, że ja nic nie spłacałam i że mi grozi więzienie. Nie chciałam mu mówić, żeby nie sprawiać mu przykrości. Z czego miałam płacić, z tych 500 tys. nic nie odłożyliśmy, traciliśmy na bieżąco przez trzy lata. Z czego miałam oddawać? Nigdy nikogo nie prosiłam o pomoc, błąd. Teraz wiem, wystarczyło spłacać po 100 zł miesięcznie i udowodnić, że nie stać mnie na więcej, a sąd by to uznał.

Z tego miejsca już nic się nie da zrobić. Przez rok nie widziałam Kubusia. Walczyłam o przerwę w karze, żeby go zobaczyć, to sędzia powiedziała: po co dziecku taka matka. Dla sądu jesteśmy gorsze niż morderczynie, bo jak się zabije człowieka, to wiadomo, chwila, czyn w afekcie, a my, finansówki, to już działanie z premedytacją, bezczelność i wyrachowanie. Dla nas nie ma litości.

Łatwo nas oceniać ludziom z zewnątrz: a, to te złe z aresztu. Ale życie jest pełne takich sytuacji, dajesz lekarzowi łapówkę, żeby operacja była szybciej, bo rodzic, bo dziecko... A to może się też tak skończyć. Pracodawca płaci pracownikowi pod stołem, podpisujesz papiery, że było się na urlopie, a się nie było, albo jak podpisywało się hurtem, że były badania lekarskie okresowe, a nie było. Tu dopiero zrozumiałam, że jest cienka granica między tym, że jesteś tam, a tym, że tu.

Ale jak wyjdę, to chciałabym znów księgować, i żeby ten, co mnie zatrudni, wiedział, że byłam księgową oszustką.

Teraz codziennie uczę się niemieckiego, bo koleżanka z celi jest germanistką. Może się przydać.

Wypisałam sobie tych, którym zrobiłam krzywdę, nadużyłam zaufania i zawiodłam. To dużo ludzi.

Prawie rok pisałam dziennik dla Kubusia, ale jak szłam pracować, to dziewczyny z celi czytały. Dałam mężowi. Mąż nie chce tu przychodzić, ma z tym problem.

Byłam na pierwszej przepustce. To nagroda za pracę w kuchni i sprzątanie kibli na oddziale.

Mąż ma ciągle żal. Koleżanki rzucają słuchawką, jak mąż im coś powie, a ja mówię: przecież my jesteśmy winne. Chciałabym, żeby mi znowu zaufał i znów czuł się ze mną bezpiecznie, ale nie tak, że nie wie, co się dzieje, że ja muszę znowu coś ukrywać, żeby go nie denerwować. Uważam, że w życiu nic nie dzieje się przypadkiem. To, że tu jestem, też ma jakiś sens. Jestem pewna, że sama bym się w tym, co robiłam, nie zatrzymała. Bo nie potrafiłam rozmawiać z mężem, odsunęłam go od problemów. Teraz jemu się oczy też otworzyły, że musi w tym związku więcej z siebie dawać.

Mąż zawsze mnie podziwiał, że ja taka wierząca jestem, rodzice nie chodzili do kościoła, a ja co niedzielę i na majowe, i każdego 13. różaniec fatimski. Spowiadałam się albo sama siebie rozgrzeszałam i szłam do komunii, mówiłam sobie, że te lewe przelewy to dla rodziców albo dla męża. Może to szatan? On tak działa, że każdy zły uczynek usprawiedliwia dobrymi chęciami. A wie pan, że ten obraz dziewczyna anioł, co wisi u nas w domu, też kupiłam za lewy przelew?! Straszna jestem. Malarz, który specjalizuje się w aniołach, sprzedawał w internecie, 10 tys. zł.

Ja bym wreszcie chciała wiedzieć: dlaczego źle zrobiłam? I czy ja jestem złym człowiekiem, czy tylko dobrym na złej drodze?

Wysłuchał Włodzimierz Nowak

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.