Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przemysłowa dzielnica Tychów: blaszane hale, kominy, setki tirów pędzących dwupasmówką. Wiozą towar do podwykonawców fabryki Fiata oddalonej o kilka kilometrów. Ludzi na chodnikach można spotkać tylko, gdy idą do pracy albo z niej wracają.

Czteropiętrowy budynek w żółto-szaro-czerwone pasy przypomina zwykły blok na osiedlu. Ale już parking mówi dużo więcej. Na miejscach zarządu - trzy porsche cayenne i terenowe bmw. Kadra kierownicza jeździ leasingowanymi toyotami avensis. Przedstawiciele handlowi - fiatami brava i punto oraz toyotami yaris. Naganiacze pożyczek - "maluchami", które zna prawie każdy kierowca w całej Polsce.

To fragment artykułu z najnowszego ''Dużego Formatu'' . Całość jest dostępna dla abonentów PIANO . Przejdź do pełnej wersji artykułu .

 

Pomalowane - jak wszystkie auta "chwilówek" (z wyjątkiem porszaków) - na czerwono-żółto, na dachach mają zainstalowane reklamowe skrzynki w kształcie trumienek. Do nich doczepione trzeszczące głośniki. Jeżdżą zawsze trójkami, w rzędzie, jeden za drugim.

Cała flota Czebotara liczy 800 samochodów, z czego 200 to wysłużone fiaty 126p.

Drzwi biurowca strzeże ochroniarz, w środku wre jak w ulu. Młode dziewczyny biegają po korytarzach ze stertami papierów. Salka, w której przyjmuje nas prezes, urządzona ascetycznie: stół, krzesła, ekspres do kawy, który wciąż się zacina, i dystrybutor wody mineralnej. Ścianę zdobi obraz "Żyd z pieniążkiem".

- Kiedy zbieramy pieniądze, wisi tak jak teraz, a kiedy inwestujemy w jakiś projekt, obracam go do góry nogami, żeby przynosił szczęście - Grzegorz Czebotar wita się mocnym uściskiem dłoni i zaprasza do stołu. Jest wysoki, bardzo szczupły, ma długie czarne włosy opadające na ramiona. Chodzi o kulach. 15 lat temu lekarze zdiagnozowali u niego stwardnienie rozsiane.

12 lat na nockach

Lata 80., rodzina Czebotarów klepała biedę. Ojciec pracował na dwóch etatach - po przyjściu z zakładu naprawiał samochody, a mama - oprócz wychowywania trójki dzieci - pracowała w fabrycznym laboratorium.

Grzegorz - jak sam mówi - był cichy i wycofany, miał problemy z nawiązywaniem kontaktów z rówieśnikami. Po podstawówce Grzegorz wybrał przykopalnianą zawodówkę w Bieruniu, 12 km od Oświęcimia. Chciał zostać elektromonterem górnictwa podziemnego. I zarabiać lepiej niż rodzice. W 1983 roku wielu młodych ludzi kalkulowało podobnie. Górnicy mieli wyższe pensje niż robotnicy w innych zawodach, kopalniana stołówka zawsze oferowała dobre i kaloryczne jedzenie. Do tego: deputat węgla, nagroda barbórkowa i wizja wczesnej emerytury.

- Motywacją były pieniądze. Chciałem żyć lepiej niż w dzieciństwie - przyznaje Czebotar.

Wziął odprawę, stanął za barem

Pod ziemią Czebotar marzył o prywatnym biznesie. Chciał otworzyć bar. Był rok 1998, premier Jerzy Buzek ogłosił wielką reformę górnictwa.

Czebotar wziął 30 tys. zł gotówki i zaprosił kolegę z szychty - również z odprawą - do spółki. Otworzyli na osiedlu w Oświęcimiu bar Żuczek. To zwykła kuflandia oferująca tanie piwo i wódkę, bez aspiracji kulinarnych. Żuczek pochodził od nazwisk wspólników: Żurek i Czebotar. Interes kręcił się znakomicie. Klientami były głównie ofiary kolejnych zwolnień w okolicznych fabrykach oraz górnicy, którzy swoich odpraw nie zainwestowali, tylko przepijali.

Czebotar szukał nowych wyzwań. W uszach brzmiały mu opowieści bankowego ochroniarza. Mówił o handlowaniu kredytami. Że to podobno świetny biznes, ale jeszcze słabo rozwinięty.

- Stanąłem przed tym bankiem, zapaliłem papierosa, poprosiłem ochroniarza, żeby umówił nas z panią prezes. Kilka dni później wyszedłem z banku już jako pośrednik w handlu kredytami.

Pierwsze 300 zł dla pielęgniarki

Rok później pęczniejące imperium Czebotara przeniosło siedzibę z Oświęcimia do Tychów. Mieli już 30 punktów sprzedających kredyty nie tylko na Śląsku, ale również w Małopolsce. Jednak wciąż pracowali na kogoś, przecież na kredytach zarabia głównie bank, a nie pośrednik.

Inspiracją stał się brytyjski Provident, gigant na światowym rynku chwilówek - niewielkich pożyczek udzielanych na bardzo krótki termin. W 2001 roku sieć weszła do Polski. Ludzie walili drzwiami i oknami, nie przerażały ich wysokie koszty pożyczki, uświadamiali sobie je dopiero, kiedy do drzwi walił windykator.

Czebotar skopiował sukces Brytyjczyków. Najpierw sam wziął pieniądze z Providenta - dzięki temu miał wzór umowy. Przeczytał dokumenty uważnie i na ich podstawie stworzył własną. Pierwszej chwilówki firma GREDAN udzieliła 9 października 2003 roku. 300 zł pożyczyła pielęgniarka z Tychów. W ciągu miesiąca miała oddać 390 zł. I oddała.

Oryginał umowy oprawionej w antyramę stoi dzisiaj na podłodze w pokoju konferencyjnym prezesa.

Windykator - raczej psycholog niż osiłek

Kredyty-Chwilówki dzisiaj to 1,7 tys. etatowych pracowników, 300 punktów w całym kraju i 143 mln zł przychodu rocznie. Pieniądze pochodzą ze spłat pożyczek od setek tysięcy klientów. Profil pożyczkobiorców przez lata się zmienił - to już nie są emeryci, tylko 40-latkowie, głównie z dużych miast.

- Na co pańscy klienci pożyczają?

- Przypuszczam, że na życie. Nie sprawdzamy ich wiarygodności w Biurze Informacji Kredytowej. Pożyczamy na podstawie wiarygodnego zaświadczenia o zarobkach.

- Nawet nadmiernie zadłużonym?

- A kto ma im pomóc? Wszyscy się na nich wypięli, my nie.

- Ilu windykatorów zatrudniacie?

- Dwustu.

- To osiłki w dresach walący o szóstej rano pięścią w drzwi?

- Mit. Takich chwytów nigdy nie stosowaliśmy, zresztą dzisiaj one by się nie sprawdziły. Ludzie są świadomi swoich praw.

- Jeśli ktoś przychodzi po chwilówkę, najczęściej ma mnóstwo innych długów. Bierze chwilówkę, żeby je spłacić, potem kolejną, bo musi spłacić pożyczkę. To pętla, która kończy się egzekucją.

- To argumenty ludzi, którzy nie chcąc być odpowiedzialni za swoje czyny, próbują przerzucić tę odpowiedzialność na innych. Nie tędy droga. Dajemy pożyczkę tylko tym ze stałym dochodem. Sprawdzamy, czy pracują, dzwonimy do zakładu albo jedziemy. Mamy czyste sumienie. Jesteśmy dla wielu ostatnią deską ratunku.

- Co z tego, że pracują, jeśli wypłaty nie wystarczy im na kredyty.

- To ich wybór, na co przeznaczają pensję. Nie biorę odpowiedzialności za cały świat.

W czwartek w ''Dużym Formacie'' czytaj też:

 

Szatan

 

''Ona była delikatniuchna on dzieciakowaty''. Surmiak-Domańska szuka księdza G., który wyszedł z więzienia

Biała siła, Białystok

 

Gdzie indziej w Polsce nacjonalistom przeszło, a u nas świętowali rocznicę śmierci Hessa. Jedno jest pewne: kiedyś było trochę lepiej

Wejdź w ich buty

 

Amerykanka Shannon Jensen doszła do wniosku, że nic tak nie odda trudu podróży uchodźców w Sudanie jak ich buty. Sfotografowała ponad 250 par

Interwencje: Jak zrobili ze mnie wariatkę

 

Psychiatra szpitalny skierował zdrową kobietę na oddział zamknięty wbrew jej woli. Wyszła dopiero, gdy zgodziła się na leczenie

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.