Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

 

Wybory w Algierze, 26 grudnia 1991r.

Aby zapalić papierosa, Dżamila, lektorka języka angielskiego na uniwersytecie w Buza-rea, zamyka się w pokoju profesorów na klucz, zaszywa w najciemniejszy kąt i zgięta w pół wydmuchuje dym pod krzesło.

Jeszcze pięć lat temu wykładowcy, którzy nie przestrzegali ramadanowego postu, zbierali się wspólnie na papieroska. Dziś każdy pali samotnie, w ukryciu. Dlaczego? "Bo można mieć kłopoty" - mówi Dżamila i opowiada mi o dziewczynie, którą uniwersytecki strażnik spoliczkował za to, że jadła ukradkiem sandwicza.

Hidżab daje wolność

Siedzimy z Dżamilą w pustawym pokoju profesorskim. Z okna widać palmy, dziedziniec i kamienne ławy, na których przysiadły, jak wróble na drucie, dziewczyny ubrane w hidżabszare długie suknie i chusty starannie kryjące włosy.

W czasach, gdy Dżamila była studentką, na całej uczelni tylko jedna dziewczyna nosiła taki strój. Dziś jest ich więcej, niż dziewcząt ubranych po europejsku. Pytam, czy hidżab jest wyrazem uczuć religijnych, czy przekonań politycznych młodych kobiet

- "Często noszą je dziewczęta z biednych rodzin, których nie stać na modne ciuchy. Paradoksalnie też hidżab daje więcej wolności: rodziny chętniej wypuszczają z domu dziewczęta ubrane tak aseksualnie. Czy to oznaka przekonań politycznych? Może. Ale kiedy w ubiegłym roku, tłumacząc studentom historię Wielkiej Brytanii, odwołałam się do algierskiego przykładu i powiedziałam: są ludzie, którzy uważają, że islamiści nie wygrają wyborów, to przytakiwały mi również dziewczęta ubrane w hidżab".

Dżamila, drobna brunetka, najchętniej chodzi w dżinsach, tenisówkach i kolorowym sweterku. Ma 40 lat, prestiżową pracę na uczelni, dobrą pensję i własne trzypokojowe mieszkanie - luksus niebywały w mieście w którym przeciętnie na jeden pokój przypada siedem osób. Któregoś dnia pojechałam na jej odległe osiedle. Mieszka w jednym z czteropiętrowych bloków rozsianych jak grzyby na wzgórzu. W rogu przestronnego living roomu ma telewizor z anteną satelitarną (sześć kanałów telewizji francuskiej). Na półce - Baudelaire i Aragon . Na ścianie - plakat feministyczny. W tym urządzonym po europejsku mieszkaniu jedynymi elementami egzotycznymi są obrus przetykany złotą nitką i zdobny tradycyjnym ornamentem metalowy kubek, z którego Dżamila nalewa mi kawę.

Lepsza dziewczyna z maturą

Dżamila wychowała się w wielodzietnej rodzinie w Bab El Ued , ubogiej dzielnicy Algieru . Szkolę podstawową zaczęła w roku, gdy wybuchło powstanie przeciw Francji, skończyła w roku uzyskania przez Algierię niepodległości.

Rodzice łączyli tradycjonalizm z nowoczesnością. Gdy ojca Dżamili proszono o rękę jednej z pięciu córek, odpowiadał, że najpierw muszą skończyć szkołę. Gdy jednak Dżamila chciała studiować na uniwersytecie, zabronił: na uczelni przecież dziewczęta siedzą w jednej sali z chłopcami! Zaszantażowała wtedy rodziców mówiąc, że w takim razie nie podejdzie do matury. Ojciec ustąpił: dziewczyna z maturą ma w Algerii większą wartość, jako kandydatka na żonę.

W szkole językiem wykładowym był wtedy francuski. Francuzi wykładali na uniwersytecie. Francuski stał się, więc drugim podstawowym językiem Dżamili po algierskiej odmianie arabskiego. Z matką i sklepikarzami rozmawia po arabsku, ze studentami i znajomymi - po francusku. Literackiego arabskiego, którego dziś uczą w szkołach, dopiero się uczy - telewizję rozumie, ale gazet ani książek nie czyta. "Jestem typowym produktem epoki post kolonialnej. Taką hybrydą, która łączy w sobie dwie kultury".

Do żadnej partii nie należy i nie należała. Nie jeździła też ze studentami na wieś, żeby tłumaczyć chłopom zasady rewolucji agrarnej. Mówi o sobie, że jest ateistką (dla przeciętnego Algierczyka, który w rozmowie często odwołuje się do Koranu , a swoją wypowiedź często przeplata wyrażeniem Insz Allah - "Jeśli Bóg pozwoli", słowo ateizm znaczy to samo, co komunizm). Fundamentaliści budzą w niej strach.

Pod koniec lat 70. zaczęła pracować w liceum i wtedy dopiero spostrzegła, że coś wokół niej się zmienia. Uczniowie nie chcieli się uczyć języka angielskiego - którego jest lektorka -bo "to język imperialistów". Wypracowania coraz częściej ozdabiali mottem: "w imię łaskawego i miłosiernego Boga, oddajemy się w Twoje Boże ręce". Gdy zwracała im uwagę, że motto nie ma nic wspólnego z tematem pracy, słyszała, że "nie jesteśmy komunistami".

Potem, w połowie lat 80., gdy już pracowała na uczelni, nie mogła studentom wytłumaczyć pewnej odmiany czasu przyszłego w języku angielskim.

- "Stosujemy go, gdy wiemy, że coś wydarzy się na pewno" - mówiła.

- "Taki czas to haram , rzecz zakazana, grzech. Jeden tylko Bóg zna przyszłość" - odpowiadali studenci.

Kartka wyborcza Pana Boga

Przyszedł 1988 rok, rozruchy, zmiana konstytucji, wprowadzenie wielopartyjności, rejestracja Islamskiego Frontu Ocalenia . "Powstawały nowe partie, niezależna prasa, coraz to nowe stowarzyszenia walczące o prawa kobiet i dzieci, walczące przeciw torturom. Tego u nas wcześniej nie było."

Jednocześnie miasto zaczęło się zmieniać. "W dzielnicy mojej matki dziewczynom, które chodziły w krótkich spódniczkach, islamiści oblewali kwasem nogi. Atakowano restauracje podające alkohol. Kafejkom, w których sprzedawano piwo, zamalowywano szyby, by przechodnie nie widzieli pijących. Ze strachu przed islamistami nikt nie śmiał wyjść na plażę. Ale myślałam: powstaje tyle wspaniałych ruchów demokratycznych, one postawią zaporę fundamentalizmowi. Dopiero, kiedy IFO zdobył większość gmin w wyborach samorządowych w 1990 roku, wtedy zrozumieliśmy, że niebezpieczeństwo staje się realne".

Przyszedł grudzień, pierwsze demokratyczne wybory do Zgromadzenia Narodowego. "Kiedy ogłoszono pierwsze wyniki i zwycięstwo IFO, byłam u siostry. Mijał dzień za dniem, a ja bałam się wrócić do domu. Dla nas był to szok. Jak to możliwe - myślałam. Zrozumiałam, że nie znam tego społeczeństwa".

Pytała ludzi, dlaczego głosowali na islamistów. Na przykład 20 - latka Ahmeda, który lubi głośną muzykę, szybkie motory i który najpierw zamierzał głosować na Zgromadzenie na Rzecz Kultury i Demokracji (zupełne przeciwieństwo IFO, islamiści zwą tę organizację "Zgromadzeniem Przeciwko Bogu"). Powiedział jej: "Na dzień przed wyborami siedziałam przed domem, gdy nadjechał mercedes, za kierownicą dziewczyna - cici (tak nazywa się w Algierii złotą młodzież). Pomyślałem:, choćbym sobie żyły wypruł, to ja takiego samochodu nie będę miał. I postanowiłem glosować na IFO: oni mówią o sprawiedliwości społecznej".

Drugi znajomy powiedział: "Głosując na islamistów, chciałem uderzyć w partię rządzącą". To były głosy sprzeciwu. Dla tych ludzi IFO była jedyną wiarygodną partią opozycyjną. Inne nie liczyły się: jedna miała charakter regionalny, druga określała się, jako laicka, co w tym państwie jest absurdem.

Byli też ludzie, którzy mówili: - "Jestem muzułmaninem, więc muszę głosować na partię islamską". Pewna starsza kobieta wchodząc do lokalu wyborczego krzyknęła od progu: "Dajcie mi kartę wyborczą Boga!". Ale są tacy, którzy wierzą w państwo islamskie. Wśród nich zdarzają się nawet naukowcy. - Dlaczego? Ja tego zrozumieć nie mogę -twierdzi Dżamila.

 

Fot. ABDELHAK SENNA AFP

 

Po pierwszej turze wyborów koleżanki z uniwersytetu zaczęły jej mówić, że psychicznie przygotowują się już do noszenia hidżab. I tego nie mogła zrozumieć: - "Przecież ja nie włożę tego stroju. Ja w hidżab, to nie byłabym ja. Koleżanki pytały, czemu nie wyjedziesz. We Francji potrzebują nauczycieli języka angielskiego. Dziwiłam się, że pytają: przecież to jest mój kraj!

W tym czasie, po 1988 roku, zaczęły wyjedżać moje sąsiadki -znajome z uczelni. Jedna wyszła za mąż w Anglii, została. Druga od trzech lat nie wraca z Francji. Na osiedlu czułam się coraz bardziej osamotniona. Po pierwszej turze wyborów w telewizji zaczęto mówić o mieszkaniach, które stoją puste i o kobietach, które mają kilka pokojów tylko dla siebie. Coraz częściej zostawałam na noc u siostry."

Pani whisky, pani jest brudna

Co by wolała: zwycięstwo islamistów czy obecny stan rzeczy?

- "Nie wiem. Utworzenie republiki islamskiej, to najgorsze, co może się przydarzyć. Z jednej strony, więc cieszę się, że armia temu zapobiegła. Z drugiej strony myślę: trzeba było, choć raz pójść na całość. Miały to być nasze pierwsze demokratyczne wybory, niechby odbyły się do końca, ze wszystkimi konsekwencjami. A tak, znów powróciliśmy do sytuacji sprzed pięciu lat. Znów mamy władzę narzuconą z góry, klany, które nami rządzą, prezydenta, którego nikt nie zna. Znów historia się powtarza: ta władza nie jest nasza."

Są ludzie, którzy nienawidzą islamistów - mówi Dżamila. Uważa, że ona do nich nie należy:, "Kiedy widzę, jak idą w pochodzie, mam ochotę płakać. Mówię sobie: oto, co zrobiono z tym pokoleniem. Jakaż to porażka dla Algerii... Dla całego dotychczasowego systemu, dla polityki ekonomicznej, kulturalnej, edukacyjnej!"

Czasem dokuczają jej dzieci sąsiadów. Jest niezależna, chodzi modnie ubrana, więc uważają, że jest Francuzką. W czasie wojny w Zatoce krzyczały za nią: "Mitterrand zabójca". Gdy podlewała kwiaty na balkonie butelką po whisky, wołały z podwórka: - "Pani whisky, pani jest brudna".

"To są tylko drobne incydenty - zapewnia. - Ale zastanawiam się, dlaczego ludzie wychowują dzieci do nienawiści? Dlaczego uczą je nietolerancji? W efekcie, tylko, dlatego, że jestem trochę inna od wszystkich, we własnym kraju czuję się jak cudzoziemka."

Tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej nr 855, wydanie z dnia 07/04/1992 , str. 8

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.