Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Wygląda jak ćma - mroczna i delikatna. To popatrzy w niebo, to spuści głowę. Wierci stopą w ziemi. Ma 15, może 16 lat. Jest czarna - makijaż ma czarny, ubranie czarne, usta czarne zaciśnięte.

- Bardzo ładny makijaż - mówię, kiedy ją mijam.

A ona taaakie oczy robi.

- Dziękuję - mówi wreszcie.

Kiedy jestem już po drugiej stronie ulicy, ona woła: - Bo wie pani co? Ja jestem gotką.

I za pięć sekund pyta, czy może ze mną podejść tam, gdzie ja idę. Pewnie, że może. A gdzie ja idę? Na przystanek. To ona też tam pójdzie.

I zaczyna mówić. Że ten makijaż robi już po wyjściu z domu, na klatce. Staje przy lufciku i smaruje oczy na czarno. Kiedy wraca do domu, makijaż zmywa; też przy tym lufciku.

- Mama by zdechła, gdyby widziała ten makijaż. A pani by nie zdechła?

No sama nie wiem.

Mówi, że ma na imię Nanna. To znaczy takie imię ma, odkąd jest gotką. Nanna to nordycka bogini dobra, piękna i wiosny, czyli w sumie dość radosna. Oczywiście ona ma też zwyczajne imię, ale uważa, że Zuzia do niej nie pasuje. Na przystanku mówi, że fajnie tak iść i rozmawiać; tak fajnie, że właściwie wsiądzie ze mną do autobusu, pojedzie w tym samym kierunku.

Opowiada w autobusie: że mama jest dobra, ale zupełnie nierozumiejąca jej; że jest czepiająca się o drobiazgi; że niesłuchająca jej; że skupiona na kasie; że za wzór stawiająca starszego brata, który właściwie już urodził się pod krawatem; że nieakceptująca jej wyborów i mówiąca w kółko, że patologii w domu tolerować nie będzie. A przecież ona, Nanna, widziała zdjęcia mamy z młodości - widziała tę punkówę. Więc nie rozumie hipokryzji dorosłych.

- Przecież goci nie mordują, nie czczą szatana, nie obdzierają kotów ze skóry - tłumaczy mi gdzieś w połowie drogi. - To ludzie wrażliwi, inteligentni, inaczej widzą świat. Mają swoją muzykę, poezję, są romantyczni.

Nanna chce być moją znajomą na Facebooku, więc chce wiedzieć, czy i ja chcę. Oczywiście. Daje mi też swój numer telefonu, mówi, że taki makijaż, jak ma ona, to by mi pasował. Bo jej zdaniem oczy mam całkiem niemałe. To ona kiedyś pokaże mi, jak takie cudo zrobić. Wychodzi.

Wieczorem pyta mnie na FB, dlaczego właściwie ją zaczepiłam, o co tak naprawdę mi chodziło z tym makijażem, że ładny.

Nie mam pojęcia. Nie umiem jej odpowiedzieć.

Żaden to wyczyn

Nannę spotkałam w marcu 2013 roku. Wtedy pomyślałam, że skoro takie jedno dobre słowo, no może trzy (1. bardzo, 2. ładny, 3. makijaż) może ludziom sprawić przyjemność, a mnie powiedzenie ich niewiele kosztuje, to dlaczego nie mówić? Nie myślałam, że przeprowadzam jakiś eksperyment. Po prostu mówiłam miłe rzeczy: ludziom w autobusach, w kolejkach na poczcie; ludziom na spacerze; ludziom dzwoniącym do mnie i próbującym sprzedać mi rzeczy, których absolutnie nie potrzebuję (co takim powiedzieć, skoro ich się nie widzi? że mają ładny głos, ciekawy); urzędnikom w urzędach, paniom i panom czekającym w niemiłosiernie długich ogonkach do lekarzy pierwszego kontaktu i do specjalistów (nie wiem czemu, ale ci stojący do specjalistów chętniej przyjmowali dobre słowo).

Ładnie się ksiądz uśmiecha
Ładnie panu z tą kierownicą
Niech się pani odpierdoli


Później już pomyślałam o eksperymencie. Takim na własny użytek. Bo najciekawsza stała się dla mnie reakcja ludzi (tak, moja też).

W ciągu roku przekazałam dobre słowo prawie 600 osobom, może było ich więcej. Czyli średnio dwie dziennie. Żaden to wyczyn, żaden wysiłek. Mówiłam po prostu:

- Czy ktoś już kiedyś pani powiedział, że jest pani bardzo podobna do Michelle Pfeiffer? (ciąg dalszy był taki: "A kto to?").

- Świetne sznurówki (do mężczyzny ze śmieciarki, który właśnie zabierał się do opróżniania kubła na śmieci).

- Przepraszam, że na panią patrzę, ale w życiu nie widziałam tak intensywnie rudych włosów. Są piękne. I pewnie naturalne (do kibicki na meczu derbowym Wisła - Cracovia).

- Ładnie się ksiądz uśmiecha. To rzadkość, żeby ksiądz uśmiechał się do ludzi bez powodu (ksiądz jechał tramwajem i przyznał mi rację).

- Przepraszam, jak to się robi, żeby mieć taką pogodną twarz? (do sprzedawczyni w cukierni; odpowiedziała: "W słodkim robię, to jest mi słodko").

- W szarym jest panu bardzo ładnie (do mężczyzny w pociągu, który nerwowo poprawiał krawat co pięć sekund).

- O rany, ile trzeba ćwiczyć, żeby być takim cierpliwym? (do farmaceutki w aptece; odpowiedziała: "I dlatego ludzie lubią farmaceutów bardziej niż księży i lekarzy").

- Taką talię to miała chyba tylko Marilyn Monroe (do kobiety z salonu "sprzedaży drzwi i stolarki okiennej").

- Ma pani ładny charakter pisma, dziś to wyjątkowa rzecz (do rejestratorki w przychodni).

- Ładnie panu za tą kierownicą (do kierowcy autobusu, bardzo zmęczonego kierowcy; odpowiedział, że słyszał to już raz, w 1999 roku).

- Te perfumy pachną niesamowicie. Nie znam pani, ale wydaje mi się, że do pani pasują (do starszej pani w autobusie, która czytała biografię Hemingwaya).

- Rewelacyjne dredy (do sprzedawcy w McDonaldzie).

- Nie wiem, czy wypada coś takiego mówić policjantce, ale naprawdę robi to pani z gracją (do policjantki kierującej ruchem na skrzyżowaniu; jechałam wtedy na rowerze).

W ciągu tego roku (marzec 2013 - marzec 2014) poznałam dobrze sześć osób, dzwonimy do siebie, piszemy na Facebooku; 15 innych znam słabiej, mam ich numery, od wszystkich dostałam życzenia na święta. Wiem, że trzy modliły się za mnie.

Jedno miłe słowo sprawiło, że: dostałam kilogram jabłek, wyjętych prosto z siatki, na ulicy ("Niech pani sobie weźmie, to najlepszy ligol w mieście, wiem, gdzie kupować"); drożdżówkę ("Nie wiem, po co kupiłem aż cztery, przecież tego nie przejem w dwa dni"); kilka porad, a najcenniejsza z nich to ta, gdzie znaleźć najlepszego ginekologa, który leczy bezpłodność (znajoma nie mogła zajść w ciążę od siedmiu lat, teraz jest w piątym miesiącu; może rzeczywiście dzięki tej poleconej ginekolożce, a może to czysty przypadek); trzy zaproszenia na kawę (z dwóch skorzystałam, od starszych pań - wciąż nie mogę się nadziwić, że zaprosiły mnie do domów po 20 minutach rozmowy); jedną historię życia, która nadaje się na reportaż, ale nie mam odwagi jej wykorzystać.

Do kogo mówiłam? Znajoma psycholog tłumaczyła mi kiedyś, że zwracamy się z dobrym słowem do ludzi, którzy na pierwszy rzut oka czują się gorzej niż my.

Rozmowa z prof. Bogdanem Wojciszkem: Jesteśmy nieufni i patrzymy na obcych spode łba



Niech się pani odpierdoli!

W autobusie naprzeciw mnie siedziała kobieta, 70 lat (może 75). Cała była ażurowa. Prześwitująca, zwiewna. Ażurowy kapelusik, ubranko, nawet broszkę miała ażurową. Delikatny makijaż na oczach, usta podkreślone szminką (później dowiedziałam się, że rubinową), na dłoniach koronkowe rękawiczki. Siedziała i patrzyła w okno. Kobieta idealnie przedwojenna, może nawet XIX-wieczna.

To ona pierwsza się uśmiechnęła.

Autobus huczał godziną szesnastą - ludźmi wracającymi z pracy, dzieciakami, które o tej porze robią się śpiące; nastolatkami umawiającymi się na wieczór (większość umawiała się na spotkania w sieci, nie poza domem). A ona siedziała i na każdym przystanku kiwała głową - tak jakby w głowie powtarzała nazwy przystanków.

- Pani jest bardzo ładna - powiedziałam.

Najpierw był jej uśmiech, a potem:

- Dziękuję.

Później krótkie zerknięcie na mnie.

- To, że jestem stara, nie oznacza, że przestałam dbać o siebie.

- Ładnie pani dba.

- Tylko dla siebie, już tylko dla siebie.

- Dla mnie też trochę.

Uśmiechnęła się znowu. Pięć przystanków później wysiadła. Wzięła torebkę, a do drugiej ręki torbę. W torbie, ogromnej, takiej typowej bazarowej torbie w kratkę, miała kilkadziesiąt par majtek. Zwykłych, bawełnianych, żadne cudo. Wysiadła, odwróciła się i zrobiła pa pa. Nie machnięcie, ale eleganckie pa pa.

U tej pani - Celiny - byłam potem na kawie.

Miesiąc później spotkałam mężczyznę (grubo po sześćdziesiątce), też w autobusie. Miał oczy nastolatka. Młode, jaskrawo niebieskie. Czytał gazetę, po paru sekundach czytania robił przerwę. Patrzył wtedy przez okno i wzdychał. Patrzyłam na niego, zauważył to. Obrócił się bokiem. Czyli znak dla mnie, że mam nie wtrącać się, nie przekraczać granicy. W końcu zapytał, czy poplamił się pastą do zębów, nie wytarł buzi po śniadaniu czy co?

- Po prostu ma pan takie mądre oczy - powiedziałam. - Proszę się nie gniewać.

Mężczyzna (pan Stefan) przesiadł się obok mnie. Po 15 minutach wiedziałam już, że do niedawna prowadził zakład pogrzebowy, ale przekazał go synowi.

- Mądre oczy, proszę pani, to biorą się stąd, że człowiek dużo napatrzył się w swoim życiu na ludzi, którzy już nic nie muszą. A teraz jadę do żony, na cmentarz. Brakuje mi tego codziennego mówienia do niej "mojaś ty, moja". W domu jej tego nie powiem, no bo jak? To mówię dwa razy w tygodniu na cmentarzu.

Z panem Stefanem byłam jakiś czas później u jego żony. Nigdy w życiu nie widziałam tak wypucowanego grobowca.

Może tydzień później, znowu autobus - kobieta obfita w kształtach, lekko po pięćdziesiątce. Krzyczy do słuchawki, pewnie na faceta, bo zakładam, że kobiety nie nazywałaby darmozjadem. Krzyczy i się nadyma. Kiedy kończy rozmowę, zaczyna pochlipywać.

- Jakoś się ułoży - mówię.

- Niech się pani odpierdoli! - odpowiada ona.

Robię, co mi zaleciła, wracam do książki.

- Przepraszam, musiałam się wyżyć - tłumaczy.

- Nie ma problemu - odpowiadam.

- To buc jest, musi pani wiedzieć.

- Ja też nie lubię buców.

- Ale ten to jest szczególny. Razem wzięliśmy kredyt na kawalerkę, a on teraz oznajmia, że płacić nie będzie, bo w sumie to nie mamy ślubu.

- Aha.

- No on by chciał, ja nie bardzo. Już mężatką byłam. W sumie to go kocham...

- Może nie jest taki zły?

- A ja powiedziałam, że jest zły?

- Oczywiście, że nie.

- Ale z ludźmi trzeba ostrożnie, bardzo ostrożnie.

Kobieta ma na imię Maria. Pracuje w ubezpieczeniach.

- Mam do niego zadzwonić?

Rozmowa z prof. Anną Gizą: Polacy są schowani i przestraszeni



Jest pani wariatką?

Była jeszcze urzędniczka na poczcie, która nerwowo poprawiała włosy - bach pieczątką, ręka we fryzurę; bach pieczątką i kolejne poprawienie. Coś nie tak miała z tymi włosami. Dziwne, bo włosy śliczne, grube, lśniące. Kobieta odbiera ode mnie list, przybija pieczątkę na przekazie. I dalej grzebie w tych włosach.

- Piękna fryzura - mówię.

Znowu wsadza rękę we włosy.

- No nie wiem właśnie... Niedawno ścięłam włosy, a miałam takie po pas. Nie mogę się przyzwyczaić. A rodzina to już w ogóle. Mąż powiedział, że przedtem było lepiej. Nie podoba mu się teraz, że niby całą kobiecość mi odjęło. Mamie też nie.

- Jest bardzo, bardzo ładnie. Kolor też świetny.

- Naprawdę? Sama wymyśliłam tę fryzurę.

Moja sprawa na poczcie załatwiona, mogę już iść, kolejka za mną spora, a urzędniczka mówi, że przejrzała 100 katalogów fryzur, szukając takiej, która ją zainspiruje. Dziwna sytuacja. Uśmiecham się. Odchodzę. Ludzie w kolejce prychają. Urzędniczka uśmiecha się do nich i woła przez korytarz: "Miłego dnia!".

Dowiedziałam się o Polakach, że lubią ludzi. Większość z nich. Ale nie lubią ludzi w większym zestawie, za to pojedynczo, owszem. Lubią miłe słowa. Od obcych bardziej niż od znajomych i bliskich. Jak tłumaczył mi pan Stefan: coś miłego od bliskiego zawsze jest jakoś interesowne (wyjątkiem była, oczywiście, jego żona), a obcy interesu nie ma, bo niby jaki?

W 10 procentach nic nie zdziałałam - albo zero reakcji, albo reakcja ostra. Usłyszałam, że jestem wariatką, że pojebana, że co się wtrącam. Dwa razy ktoś próbował mnie bronić: ta pani chciała być miła (tego się nie spodziewałam!). Usłyszałam też, że tym "moim" ludziom również zdarza się mówić coś miłego innym. Oj rzadko, bo wiadomo, jacy ludzie są, ale jednak się zdarza.

U sąsiadki szok

W moim bloku mieszka starsza pani. Ma maciupeńkiego pieska, ona też jest maciupeńka. Nie wiem, jak wygląda jej twarz, bo zawsze przemyka schylona. Wraca z zakupów z siatką ciężką, a zasuwa tak szybko, jakby miała 16 lat.

Dużo złego słyszałam o tej starszej pani. Że jest złośliwa, ponieważ podlewa kwiatki wtedy, gdy sąsiedzi piętro niżej umyją okno; że trzepie dywany, przewieszając je przez balustradę na balkonie; że najwyraźniej hoduje grzyba w domu, bo straszna wilgoć bucha z jej mieszkania, kiedy tylko otworzy drzwi; że drze się na dzieciaki, które bawią się na podwórku; że donosi na policję za każdym razem, kiedy ktoś głośno puści muzykę; że wystarczy jedno mocniejsze sapnięcie, a ona już stuka w sufit, żeby sąsiedzi się "nie ciupciali w dzień"; i tak dalej, i tak dalej.

Lista grzechów starszej pani jest długa.

Poza tym wiem, że jest sama.

Czy jest samotna, tego nikt nie wie.

A czy jest jakaś różnica? - usłyszałam kiedyś od jednego z sąsiadów.

Starsza pani, której twarzy nigdy nie widziałam, nie reaguje na moje "dzień dobry". Wiem, że zawsze reaguje na swojego psa, na jego niedomaganie ("Mysiu, a co ci to, nóżka boli, oj, oj; pani weźmie na rączki").

Któregoś dnia sąsiadom z góry zatkał się odpływ w wannie. Mój sufit w łazience zrobił się ciężki od wody. Niedługo potem przyszła sąsiadka z góry, zapłakana. Przepraszała.

- Pokryję koszty, wszystkie. Tak mi przykro.

- Ale nic się w sumie nie stało. Wyschnie.

Zgłupiała.

- Jak to się nic nie stało?! Ja bałam się tu przyjść. Bo wie pani, ta nasza starsza sąsiadka, ona cały czas wszystkich zalewa i ma o to pretensję do innych. Wredna, strasznie wredna jest.

- Nie można z nią porozmawiać?

- Ona w ogóle drzwi nie otwiera.

- To napisać jej list i wsunąć pod drzwi.

U sąsiadki szok. Jeszcze raz przeprasza i mówi, że jeżeli się namyślę co do własnego sufitu, to ona jest gotowa... Więc kładę jej rękę na ramieniu i zapewniam: może iść spokojnie do siebie, nie będę jej ciągać po sądach. Kręci głową, bo wierzyć jej się nie chce.

Parę dni później widzę ją, jak rozmawia przed blokiem ze starszą sąsiadką.

Zapytałam sąsiadkę od zalanej łazienki, co z tą starszą panią. Odpowiedziała, że jest postęp: babcia przyniosła jej ciasto; co prawda nie dało się go już jeść i nawet muszki owocówki na nim przysnęły, ale gest doceniła.

Rozmowa z psychologiem Bartłomiejem Dobroczyńskim: Człowiek nie może zrealizować siebie bez innych



To wy się nie uśmiechacie?

Znajoma psycholog Irena Michalewska (35 lat w zawodzie, pracuje z trudnymi dzieciakami, ale z dorosłymi też) opowiada mi historię o tym, jak przyjechali do niej znajomi z innego miasta. Chodzili po Krakowie, przyglądali się światu i w końcu zapytali ją: a dlaczego ta kobieta się do ciebie uśmiecha? Znasz ją? No, psycholog Michalewska jej nie znała. Nie znała jej?! To dlaczego tamta się do niej uśmiechała? Jak tak można? To wy się nie uśmiechacie? - chciała wiedzieć psycholog. Nie do obcych, odpowiedzieli. A co robicie, kiedy spacerujecie po mieście? - drążyła. No każdy patrzy pod nogi, swoje nogi, wyjaśnili.

- Niech pani eksperymentuje - mówi mi Michalewska. - Tylko proszę pamiętać, żeby nigdy nie przekraczać granicy intymności. Z mówieniem komplementów, miłych słów jest tak jak z dawaniem prezentów - największą przyjemność sprawiają tym, którzy je dają.

Psycholog Michalewska mówi też, że trzeba umieć przyjmować komplementy, a nie zaprzeczać im, bo to niegrzeczne; na szczęście Polacy już tego się uczą.

Właśnie napisała do mnie Nanna. Bo Nannie powiedziałam, że będę pisać tekst taki a taki, no trochę też o niej. Ucieszyła się. Nigdy nie była bohaterką niczego, a już na pewno nie tekstu.

No i pisze Nanna, że też postanowiła poeksperymentować. Stała pod sklepem, paliła papierosa, uśmiechała się do ludzi. Do jednej z pań, która mogłaby być jej babcią, rzekła: "Naprawdę śliczny kapelutek". Pani na Nannę spojrzała najpierw ze strachem, a potem z żałością, wreszcie otworzyła portfelik mniejszy niż puderniczka i wręczyła jej 5 zł.

I pyta mnie Nanna: "Pewnie przesadziłam z tym kapelutkiem, co?".

Jak pozytywnie wpływać na innych? Czy mówienie czułych słówek ma większy sens? Odpowiedź znajdziesz w "Głaskologii" >>

W ''Dużym Formacie'' czytaj też:

Psy na Klacie. Dlaczego Kraków nie chce w Starym Jana Klaty?
Kiedy aktor Starego Teatru spotyka znajomych, nie usłyszy zwykłego: "Co u ciebie?", tylko od razu: "Co tam się u was wyprawia?"

Piekło na Okęciu
Kierownik kas groził: "Pomyl się, a wylecisz!". Opowieść o związku zawodowym w sklepie wolnocłowym

Wniebowzięta singielka na wakacjach
Podszedł podczas obiadu. Zobaczyłam te jego oczy z bliska i aż się przeraziłam. Takie piękne, wielbłądzie. Zapytał chyba we wszystkich językach, czy mi się tu podoba. Tak, tu są verybeautifulpeople

Żyć na konto Nowickiego
Zmienić nazwisko byłoby najprościej - mówi Roman Nowicki. Od półtora roku jeździ po komisariatach i sądach, traci fortunę, by udowodnić, że nie jest tym Nowickim

Wierz albo fuck off. Kalwas o ateistach w Egipcie
Bili mnie kijem: brat, siostra i matka. Od pierwszego dnia, kiedy im powiedziałam, że wątpię w Boga

Sto dni walki z grawitacją. O dzieci
Czułam, jak cały personel mi kibicuje, byłam tą, która najdłużej leżała na oddziale. Rozmowa z rodzicami Szymka i Rysia [zdjęcia]

Obsesja profesora K.
Fabjański idzie i filozofuje [odcinek 7]



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.