Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Rozmowa z prof. Romualdem Dębskim

O panu profesorze dowiedziałam się od znajomej - ultrakatoliczki. Powiedziała, że warto zrobić z panem wywiad, jeśli chcę sportretować ikonę "tej ciemnej mocy". Pan podobno "afiszuje się", że jako ginekolog i szef kliniki Szpitala Bielańskiego "przestrzega prawa".

- To fajnie, jeśli w Polsce przestrzeganie prawa uznawane jest za bycie po ciemnej stronie mocy, prawda?

O najtrudniejszych i najwspanialszych momentach w pracy ginekologa przeczytaj w książce "Bez znieczulenia" >>



U pana w szpitalu wykonuje się dopuszczone prawem aborcje?

- Tak, nasz szpital jest jednym z niewielu w Polsce, gdzie możliwa jest terminacja ciąży ze wskazań medycznych. To oczywiście margines, wyolbrzymiany przez media, naszej działalności.

Proszę mi wierzyć, niemal wszystkie pacjentki, które przychodzą do mnie i proszą o przerwanie ciąży, mówią, że gdyby jeszcze rok temu ktoś je zapytał, co sądzą o aborcji, odpowiedziałyby, że nigdy by się na to nie zdecydowały. Jednak te kobiety zostały postawione przez życie w ekstremalnej sytuacji. A wtedy człowiek inaczej widzi i inaczej postępuje, niż teoretyzując w wygodnym fotelu.

Ja praktycznie nie prowadzę ciąż zdrowych. Do mnie przyjeżdżają lub są przysyłane kobiety z całej Polski, u których wstępnie zdiagnozowano poważne wady płodu. Ja i mój zespół robimy wszystko, by te matki i ich dzieci uratować. Przerwanie ciąży to ostateczność. Decydują się na nie kobiety, których dzieci nie da się wyleczyć, pomóc im w żaden sposób. Część tych kobiet kontynuuje ciążę i rodzi, a część woli zakończyć ciążę wcześniej. Kobiety same podejmują decyzję, mają do tego prawo, a my te decyzje, zgodnie z prawem, powinniśmy uszanować.

Lekarze z innych szpitali odsyłają do pana pacjentki zdecydowane na przerwanie ciąży, bo wiadomo, że prof. Dębski je przyjmie?

- Był taki czas, że regularnie przysyłano mi takie pacjentki z wielu regionów kraju. Na dodatek niemal regułą było, że bez żadnego pisemnego zaświadczenia, że tam kobiecie odmawia się pomocy ze względu na klauzulę sumienia. W końcu powiedziałem: dość, zacząłem wymagać od tych lekarzy, by zgodnie z prawem podpisali dokument, że odmawiają. I wtedy wielu przestało już do mnie podsyłać, bo najwygodniej jest umyć ręce, podrzucić problem komuś innemu, ale bez żadnego śladu w papierach.

Ja też wolę przyjmować poród różowego pięknego bobasa. Aborcja to naprawdę jest obrzydliwa rzecz. Ale powinienem być z pacjentką na dobre i na złe. Czasem wciąż przyjmuję te "zsyłki". Dzwoni do mnie kolega: "Przyjmij, wiesz, boję się, że u nas w miejscowości zrobią pikiety, będę miał piekło". Przyjmuję. Ja też miałem pod oknami demonstracje pro-life.

Od profesora Chazana też bym przyjął pacjentkę. Tę kobietę opisaną we "Wprost" [38-letnia Agnieszka w 22. tygodniu ciąży otrzymała diagnozę, że jej dziecko nie ma fragmentu czaszki, ma zanik mózgu i wodogłowie. Kobieta twierdzi, że prof. Chazan specjalnie zlecał niepotrzebne badania, by było za późno na legalną aborcję]. Teraz najprawdopodobniej z powodu zaawansowanego wodogłowia pacjentka będzie musiała mieć wykonane bezsensowne cięcie cesarskie, bo nie da się już tego dziecka urodzić drogami natury. To obciążanie jej organizmu niepotrzebną operacją, po której będzie musiała odczekać wiele miesięcy, żeby móc starać się o kolejną ciążę. Szanse na posiadanie upragnionego dziecka spadają. Ta kobieta swoje już przeszła, starając się 13 lat o dziecko, również metodą in vitro, roniąc poprzednie ciąże.

Chazan: Nie znam lekarza, który wykonuje aborcje



Kiedy, według pana profesora, zaczyna się życie ludzkie?

- W momencie zapłodnienia komórki jajowej, tu zgadzam się z prof. Chazanem. Chociaż nauka wyróżnia kilka zasadniczych progów, które warto mieć w pamięci. Przez mniej więcej cztery doby po zapłodnieniu komórki namnażają się wyłącznie przy użyciu białek od matki (z komórki jajowej), białka ojca (z plemnika) nie są jeszcze w ogóle używane. I po tych czterech dobach nawet do 80 proc. (!) zarodków samoistnie obumiera, kobieta nawet nie wie, że była w ciąży. Po czterech-sześciu dobach po zapłodnieniu dochodzi do implantacji zarodka w macicy. Są naukowcy, choć w mniejszości, którzy twierdzą, że dopiero wówczas zaczyna się ciąża. To, kiedy uznajemy, że życie się "zaczęło", zależy też od kultury i warunków. Są dziś kraje, np. azjatyckie, gdzie dziecku nadaje się imię dopiero miesiąc po narodzinach, bo śmiertelność noworodków jest tak wysoka. Być może społeczeństwo w ten sposób chroni rodziców przed zbytnim przywiązywaniem się do dziecka.

Chcę podkreślić jedno: moim zdaniem życie ludzkie zaczyna się od zapłodnienia, ale nie można zaprzeczyć, że do pewnego momentu jest to życie zależne, zależne od organizmu matki.

W jakich sytuacjach wyraża pan zgodę na przerwanie ciąży?

- Zazwyczaj są to bardzo poważne uszkodzenia płodu. Proszę podejść do mojego komputera, pokażę pani zdjęcia, żeby pani wiedziała, o czym mówimy. To są na przykład ciąże akranialne - płód nie ma kości pokrywy czaszki, z czasem dochodzi też do zaniku mózgu. Nie ma głowy, jest tylko szyja. Albo tylko nos, nie tam, gdzie powinien, bo wszystko jest źle. W takich akurat konkretnie przypadkach powód uszkodzenia bywa banalny. Brak odpowiedniej ilości kwasu foliowego w diecie matki. Powinna była łykać tabletki trzy miesiące przed zapłodnieniem, ale przecież nie każda kobieta planuje ciążę. Takie dziecko, jeśli przeżyje poród, zazwyczaj umiera w pierwszej lub drugiej dobie po porodzie, bardzo rzadko w piątej-szóstej.

Nie da się przedłużyć mu życia?

- Nie! Uważa pani, że etyczne byłoby nawet próbować? Słyszała pani o uporczywej terapii? Współpracujemy z hospicjum domowym, które mieści się przy ulicy Agatowej w Warszawie. Jego założyciel, docent Tomasz Dangel, jest największym przeciwnikiem uporczywej terapii. Hospicjum służy do tego, żeby nieuleczalnie chore dziecko mogło z godnością, możliwie bez bólu i cierpień, odejść z tego świata. Dla niego opieka ofiarowana przez hospicjum jest alternatywą dla respiratora i rurek intubacyjnych. Ale nie każdy wie, że działanie hospicjum domowego polega na tym, że zespół lekarsko-pielęgniarski przyjeżdża do domu, gdzie mieszka to dziecko, i tam pomaga rodzicom się nim zajmować. To nie jest tak, że dziecko się gdzieś oddaje, że ono sobie będzie żyło w wygodnym hospicjum i po problemie. Czy może pokazać pani kolejne zdjęcia?

Nie.

- Pojechałem z komputerem do Sejmu, gdy chciano zaostrzyć ustawę antyaborcyjną. Po obejrzeniu zdjęć tych płodów część posłów przestała nalegać na zradykalizowanie ustawy. Wielu ludzi po prostu nie wie, co to znaczy głębokie uszkodzenie płodu. Przecież na ścianach w szpitalach położniczych wszędzie wiszą obrazki różowiutkich bobasów w pastelowych ramkach. A tu nie o tym mówimy, w ogóle nie o tym.

W sytuacji gdy płód ma poważne wady, pan namawia pacjentkę do kontynuacji ciąży, coś jej pan sugeruje?

- Ja się zajmuję diagnostyką prenatalną, czyli badam dzieci przed urodzeniem, żeby ich rodzice mogli wiedzieć, czy są zdrowe, czy nie. Najfajniej jest powiedzieć, że wszystko jest dobrze. Ale czasem okazuje się, że dziecko jest chore. Dobrze, gdy można je leczyć - ale co, jeśli nie można? Gdzie miałbym tych rodziców odesłać? Prowadzę w tym gabinecie kilka rozmów miesięcznie z parami, które mają postawioną diagnozę, że płód jest bardzo poważnie uszkodzony. Mówię im: macie dwa wyjścia, oba złe.

Bywa, że decydują się urodzić?

- Oczywiście! Tak robi nie taka mała grupa kobiet. Zależy to też od rodzaju wady, choroby. Znacznie łatwiej jest podjąć decyzję o porodzie dziecka nieuleczalnie chorego, które umrze wkrótce po porodzie lub nawet w ciąży, niż dziecka, które będzie ciężko upośledzone, niepełnosprawne, przeżyje rodziców i nadal będzie wymagało opieki. Miałem niedawno pacjentkę, u której dziecka nie wykształciły się nerki. Co za tym idzie, nie rozwinęły się również płuca. Mówiąc wprost, wiedzieliśmy, że dziecko, tuż po przyjściu na świat, udusi się. Ta kobieta postanowiła donosić ciążę. Jak tylko urodziła, owinęliśmy dziecko pieluszką i położyliśmy jej na brzuchu. Tuliła je do piersi, aż ono usnęło. Wszystko, co mogliśmy zrobić, to stworzyć pacjentce jak najbardziej intymne warunki, nie przeszkadzać. Ale nie potrafię odpowiedzieć, co w takiej sytuacji jest lepszym wyjściem czy co jest mniejszym złem. Bo ktoś może powiedzieć tak: im mniej rozwinięty płód, tym mniej czuje bólu. A to dziecko się przecież po prostu dusi.

Dębski: Nie mówię o aborcji. Mówię: Ma pani wybór



A zespół Downa? Czy takie pacjentki też pan przyjmuje?

- To decyzja pacjentki.

Jeśli ona zdecyduje, że tak?

- To tak. Wie pani, ja jako chłopiec wychowywałem się blisko osoby, która miała zespół Downa, i traktowałem to jako coś zupełnie naturalnego. Jako lekarz wpadłem lata temu na pomysł, że jeśli zdiagnozuję zespół Downa, będę wysyłał tych rodziców do przedszkola, gdzie takie dzieci się wychowują. Myślałem: popatrzą, oswoją się, porozmawiają z innymi rodzicami, może będzie im łatwiej. Ale niemal wszyscy wracali do mnie z tego przedszkola z decyzją o zakończeniu ciąży.

Drugi przypadek, gdy prawo dopuszcza terminację ciąży, to zagrożenie życia matki.

- Tak. Chociaż medialna ikona takiej sytuacji została źle dobrana. To ja odmówiłem Alicji Tysiąc zabiegu. Jej życie i zdrowie wcale nie było zagrożone. Tutaj każdy znający się na rzeczy lekarz odpowie pani tak jak prof. Chazan: w przypadku tej pacjentki wystarczyło wykonać cięcie cesarskie, aby nie narażać jej na pogorszenie czy utratę wzroku. Uściślijmy: trybunał w Strasburgu wcale nie orzekł, że jej życie było narażone i w związku z tym jako lekarz naruszyłem polskie prawo. Trybunał orzekł jedynie, że polskie państwo powinno zapewnić pacjentce możliwość odwołania się od decyzji lekarza. I dziś ta instancja odwoławcza jest, powołano komisję przy Ministerstwie Zdrowia. Inna rzecz, że chyba nikt o jej istnieniu nie słyszał. Ja nie słyszałem, żeby kiedykolwiek obradowała. Prawda jest taka, że do Strasburga pojechały razem z Alicją Tysiąc elokwentne, władające biegle angielskim feministki i z drugiej strony prof. Chazan i profesor okulistyki, którzy zaczęli się przed trybunałem "modlić". "Modlących" się przed sędziami lekarzy trybunał nie mógł potraktować poważnie. Nie było nikogo, kto przedstawiłby tę sprawę obiektywnie.

Media niestety czasem nie trafiają z tymi ikonami. Inny przykład to słynna swego czasu sprawa z Łomży. Małżeństwo miało już jedno dziecko cierpiące na dysplazję kostną. Gdy kobieta drugi raz zaszła w ciążę, rodzice obawiali się, że ich drugi potomek będzie dotknięty tą samą chorobą, prosili więc na wszelki wypadek o terminację ciąży. W mediach krzyk, że żaden lekarz nie chciał dać zaświadczenia o wskazaniu do aborcji. A medycyna nie potrafi jeszcze wykryć tej postaci dysplazji kostnej u płodu w okresie, gdy możliwa byłaby ewentualna aborcja. Więc lekarze postąpili tak, jak powinni.

Trzeci przykład: teraz "Newsweek" opisał kobietę, która rzekomo zbyt późno wymogła na szpitalu aborcję, w wyniku czego straciła macicę. Łożysko zagnieździło się w bliźnie po poprzednim cięciu cesarskim, co, jak opisano w gazecie, miałoby być zagrożeniem życia kobiety. Wszystko w tej historii jest nie tak. Fakt lokalizacji łożyska w bliźnie po cięciu cesarskim nie jest bezwzględnym wskazaniem do terminacji ciąży. Taką ciążę można utrzymać. Dziecko musiałoby przyjść na świat w wyniku kolejnego cesarskiego cięcia, w takim wypadku niezwykle skomplikowanego. Niewykluczone, że kobieta straciłaby przy tej operacji macicę. Od kilku lat są już w literaturze fachowej doniesienia mówiące o technikach usunięcia ciąży w sytuacji, gdy łożysko umiejscowione jest w bliźnie po cięciu cesarskim. Ale nie każdy ginekolog potrafi bezpiecznie przeprowadzić taki zabieg. Ale jeśli nie umie, powinien odesłać do takiego, który to potrafi wykonać.

Niestety, po latach spędzonych w szpitalnym oddziale mógłbym podać znacznie bardziej adekwatne przypadki, które mogłyby stać się ikonami ruchu w obronie praw pacjenta.

Proszę podać.

- Dzwoni do mnie lekarz z innego szpitala i prosi o poradę. Przywieziono mu kobietę, 34. tydzień, płód nie ma głowy, to, co pani pokazywałem na zdjęciach. Ta pacjentka zgłosiła się pierwotnie w jakimś innym szpitalu na izbę przyjęć, krwawiła. I ponieważ groziło jej poronienie, założono szew na szyjkę macicy i położono na podtrzymywanie ciąży. Natura sama chciała zakończyć tę ciążę, ale jakiś lekarz postanowił do tego nie dopuścić! Tej pacjentce nikt nie wytłumaczył, jaka jest sytuacja, jaka jest prawda.

Co pan doradził?

- Żeby przestali tę ciążę sztucznie podtrzymywać! Wkrótce pacjentka urodziła. Inni kazali pacjentce kontynuować taką ciążę, żeby dziecko mogło być dawcą narządów Znam też przypadki, gdzie pacjentkę próbowano przekonać, żeby nie zgodziła się na usunięcie ciąży pozamacicznej, zlokalizowanej w jajowodzie, a przecież to stan bezpośredniego zagrożenia życia.

Pozostaje jeszcze aborcja, gdy ciąża jest wynikiem gwałtu.

- Tak, ale to margines, we wszystkich polskich szpitalach w sumie to kilka zabiegów rocznie.

Tylko że tu już nie mówimy o ciężko uszkodzonych płodach, tylko właśnie o ślicznych różowych bobasach. Nie ma pan profesor wątpliwości?

- Chciałaby pani zmusić kobiety do rodzenia niechcianych dzieci, gdy do zapłodnienia doszło w wyniku przemocy? Lekarz powinien traktować pacjenta jak człowieka dorosłego, który musi sam pewne decyzje podjąć i wziąć za nie odpowiedzialność. Główny zarzut, jaki mam do lekarzy "deklarujących wiarę", jest taki właśnie, że nie traktują pacjentów jak dojrzałych partnerów, chcą im narzucać swoją wolę, dyktować, jak mają postępować.

Moje wątpliwości wynikają z doświadczenia jako matki. Będąc w ciąży, czytałam niezliczone opracowania o tym, jak twoje dziecko ssie palec. A gdy mowa o aborcjach, o takim samym kilkunastotygodniowym płodzie mówi się zupełnie inaczej, jak gdyby nic nie czuł. Czy możemy ustalić fakty?

- Myślę, że nauka nie umie jeszcze dokładnie odpowiedzieć na pytanie, na ile dziecko w brzuchu ma życie wewnętrzne, na ile ssie tego palucha bezmyślnie, odruchowo. Po części to są nasze projekcje, związane z naszymi uczuciami do tego dziecka, wyobrażeniami o nim.

A ból? Płód cierpi podczas aborcji?

- Pewnie cierpi. Im jest mniejszy - tym chyba mniej. Nie wiemy dokładnie, w jakim stopniu rozwój systemu nerwowego przekłada się na odczuwanie bólu. Np. gdy przeprowadza się zabiegi ratujące zdrowie u płodów 20-tygodniowych, w brzuchu matki, to te płody najprawdopodobniej czują już ból, dlatego na wszelki wypadek podaje im się środki przeciwbólowe. Ale przerwanie ciąży w polskim szpitalu to nie jest rąbanie dziecka metalowymi szczypcami, tak jak to pokazują działacze pro-life na swoich plakatach. Już od bardzo wielu lat tak nie jest. Kobiecie podaje się leki, po których następuje poronienie. Dziecko się rodzi drogami natury, w całości, podobnie jak podczas normalnego porodu, tylko kilkanaście tygodni wcześniej. Czy to bardziej boli? Pacjentkę boli na pewno. Taki niedojrzały płód zwykle obumiera, jest to prawie zawsze konsekwencją skurczów podczas poronienia, czy, w zależności od terminu, samego wcześniactwa.

Działacze pro-life pokazują przypadkowym dzieciom płody po aborcji. I są zachwyceni ich reakcją



Prawie zawsze?

- Granicę między poronieniem a porodem WHO wyznacza na 22. tydzień. W Polsce, gdy płód jest głęboko uszkodzony, terminacja ciąży dozwolona jest do ukończenia 24. tygodnia. Zdarza się, ekstremalnie rzadko, ale się zdarza, że dwudziestokilkutygodniowy płód przeżywa. "Polityka" jakiś czas temu opisała taki przypadek. Dziecko przeżyło, pomimo wrodzonych wad, które miało, mimo przedwczesnego przyjścia na świat. W tamtej sytuacji myślę, że przyczyną był brak porozumienia w szpitalu. Ktoś zawołał neonatologa, ten zaczął reanimować dziecko. W efekcie podłączono je do strasznie skomplikowanej aparatury, bez szans, że stamtąd wyjdzie.

Czy pan jest za tym, żeby w Polsce zliberalizować ustawę antyaborcyjną?

- Nie jestem za tym, żeby aborcja była na żądanie. Pamiętam to z czasów PRL-u. Kiedyś przyjechała do nas 26-letnia dziewczyna na 12. w jej życiu zabieg. Powszechnie traktowano aborcję jak metodę antykoncepcji, szło się do przychodni, proste skierowanie i buch do szpitala. Sposobem na to, by zmniejszyć liczbę niechcianych ciąż, jest powszechna porządna edukacja i dostępność środków antykoncepcyjnych. Niestety, w Polsce te same osoby, które najostrzej walczą z aborcją, nie chcą też słyszeć o edukacji i antykoncepcji, więc nie wiem, jakie tacy ludzie widzą realne rozwiązania.

A podziemie aborcyjne kwitnie.

- Paradoksalnie, polskie podziemie aborcyjne jest bardzo bezpieczne. Ponieważ w naszych realiach na wykonywanie nielegalnych zabiegów decydują się niemal wyłącznie doświadczeni lekarze, ci, którzy wiedzą, że potrafią bardzo dobrze wykonać ten zabieg i pacjentka nie trafi do szpitala z powikłaniami.

Tylko że to bezpieczne podziemie dostępne jest dla zamożniejszych.

- To prawda. Ja wiem, że jak kobieta chce mieć dziecko, to zrobi wszystko, żeby je mieć, a jak nie chce mieć dziecka, to zrobi wszystko, żeby go nie mieć. Trzydzieści klika lat temu pojawiały się w szpitalach pacjentki, które wlewały sobie do macicy żrący płyn jako środek poronny. Pamiętam taką, która po tego typu działaniu zmarła.

Nikt pani nie chciał? - westchnął ginekolog, gdy zobaczył, że jego trzydziestoletnia pacjentka jest dziewicą. Przychodzi Polka do ginekologa



W PRL-u lekarze też powoływali się na klauzulę sumienia?

- Byli tacy, którzy nie wykonywali zabiegów przerwania ciąży. Ja to szanuję, uważam, że prof. Chazan ma prawo nie wykonywać zabiegów, nie powinien tylko być z takim podejściem dyrektorem państwowego szpitala. Natomiast za komuny jak lekarz zabiegów nie wykonywał, to nie wykonywał naprawdę. Nie tak jak dziś, że wielu państwowo nie robi, ale w prywatnych gabinetach już bardzo chętnie. Jakiś czas temu zostałem zaproszony do telewizji, zrobili prowokację dziennikarską, poproszono mnie, bym skomentował. Otóż dziennikarka tej stacji zadzwoniła na numer jednego z lekarzy, co to ogłaszają się w gazetach, że w prywatnym gabinecie "wywołują miesiączki". Przez telefon bez problemu umówiła się na zabieg. Rozmowę nagrała. Widzom puszczano to nagranie ze zmodyfikowanym głosem lekarza, ale mnie, tam, w studiu, ktoś puścił bez tej przykrywki. Od razu rozpoznałem głos kolegi. Kolega pracował wtedy w szpitalu, którego dyrektorem jest profesor Chazan. Znam też trochę lekarzy, którzy "nawrócili się", przestali przerywać ciąże, jak już "wyskrobali" sobie dwa porządne mieszkania w Warszawie albo piękną willę. Teraz są już bardzo przeciw. O jednym lekarzu, znane nazwisko, przez lata mówiło się nawet "złota łyżka". A teraz jest publicznie przeciw i pierwszy chce rzucać kamieniem. Nie wypada mi lub wręcz nie wolno mi wymieniać nazwisk, zwłaszcza kiedy obowiązuje mnie tajemnica lekarska, ale bardzo drażni mnie ta hipokryzja. Żonie jednego znanego przeciwnika diagnostyki prenatalnej robiłem amniopunkcję, w wielkiej tajemnicy, żonie obrońcy życia terminowałem ciążę z zespołem Downa. Pytałem: jak to jest, przecież jesteście przeciw? A oni mówili: słuchaj, to naprawdę "wyjątkowa sytuacja" Wyjątkowa, bo dotyczyła ich osobiście, a nie ich pacjentek. Bo dla pacjentek zawsze mają żelazne sumienie. Podobne refleksje miałem kiedyś, dyskutując z kobietą, słuchaczką jakiegoś programu, do którego mnie zaproszono. Ona opowiedziała, że miała pięć aborcji, ale teraz zrozumiała, że to grzech, i żąda, aby aborcji całkowicie zakazać. Ale ona do tego wniosku doszła, jak już była w menopauzie. Teraz chce nawracać młode dziewczyny. Czy to ma sens?

Syndrom postaborcyjny istnieje czy jest mitem?

- Zależy od kobiety. Są takie, które do końca życia będą pamiętały, że poroniły kilkutygodniową ciążę, i dla nich, niezależnie, czy to samoistne, czy sztuczne poronienie, jest ciężką traumą. Ale tamta pani, która przyjechała do naszego szpitala 30 lat temu na 12. aborcję? Śmiem wątpić. Pamiętajmy, że noszenie ciąży z nieuleczalnie chorym dzieckiem, poród tego dziecka, pożegnanie z nim to też ogromne obciążenie. Myślę, że ważenie tego bólu, który jest większy, jest bezcelowe, nie do nas to należy, to indywidualna sprawa każdej kobiety.

Ginekolodzy katolicy ostatnio dużo złego powiedzieli o antykoncepcji hormonalnej. Na przykład, że powoduje nowotwory.

- Proszę nie mówić o lekarzach, którzy podpisali "Deklarację wiary", że to "lekarze katolicy", bo w ten sposób może obraża pani tych lekarzy, którzy są katolikami, a nie podpisywali żadnych deklaracji. Jak pani doskonale wie, takich jest ogromna większość. Sugeruje pani, że są gorszymi katolikami? Proszę się zastanowić, o czym pani mówi. Sygnatariusze deklaracji, którzy są przeciwnikami antykoncepcji hormonalnej, mówią, że tabletka antykoncepcyjna wywołuje nowotwory, a nawet, że działa wczesnoporonnie, co już jest oczywistym wprowadzeniem w błąd, manipulacją. Prawidłowo przyjmowana tabletka antykoncepcyjna działa poprzez zahamowanie jajeczkowania, w ogóle nie ma możliwości, aby doszło do zapłodnienia. Tabletki rzeczywiście zwiększają ryzyko raka szyjki macicy, ale tylko - uwaga - u tych kobiet, które są nosicielkami wirusa HPV. Za to zmniejszają ryzyko raka trzonu macicy, jajników i jelita grubego. Jak to położyć na szali? Rozwiązaniem jest robienie cytologii raz na rok, jeśli się przyjmuje pigułki (jeśli się nie stosuje hormonów, wystarcza raz na trzy lata). Zresztą za kilka lat schemat profilaktyki raka szyjki chyba się zmieni. Podstawą będzie nie cytologia, ale badania w kierunku nosicielstwa onkowirusów. Ale na to jeszcze trochę musimy poczekać.

Ważne, by lekarz dowiedział się, zanim przepisze receptę, czy nie ma przeciwwskazań, bo jeśli takie są, to warto pomyśleć o innej metodzie.

Swojej córce zapisałby pan profesor pigułki?

- Tak, oczywiście!

Czy zdaniem pana profesora ta "Deklaracja wiary", podpisana przez 3 tys. lekarzy, coś w naszej rzeczywistości zmienia?

- Niespecjalnie. Ma pani dwoje dzieci, tak? Jak będzie pani chciała mieć więcej, a nie będzie mogła zajść w ciążę, to przynajmniej może sobie pani sprawdzić, do którego lekarza nie iść. Żeby nie trafić na naprotechnologię na trzy lata.

Naprotechnologia jest ściemą?

- Naprotechnologia to uczenie ludzi, jak naturalnie zajść w ciążę. Pięknie. Ale jeśli kobieta jest mocno po trzydziestce, a takie najczęściej pukają do gabinetów leczenia niepłodności, to zazwyczaj już doskonale wie, jak się zachodzi w ciążę. Ona zwraca się po pomoc, bo jej się nie udało zajść tymi naturalnymi sposobami. Tu już każdy miesiąc się liczy. Jeśli lekarz przez kolejne trzy lata uczy wpatrywania się w kalendarz i w śluz, a pacjentka ma niedrożne jajowody albo mąż nie ma plemników, to mentor polskich ginekologów, prof. Szamatowicz, wielki specjalista od leczenia niepłodności, nazywa to "kradzieżą czasu reprodukcyjnego". Prof. Pawelczyk mawia: "W leczeniu niepłodności najistotniejszy jest PESEL". Lekarz zerka na PESEL i to jest podstawowa wskazówka, jakie są szanse na ciążę. Niestety, dziś kobiety odkładają dziecko na koniec, jak już będzie mieszkanie i kariera. Ja to oczywiście rozumiem, ale biologia tego nie rozumie, zegar biologiczny tyka. Więc jeśli już leczyć niepłodność, trzeba to robić sensownie, skutecznie, żeby nie ukraść kobiecie tego czasu i ostatecznie nie pozbawić jej szansy na dziecko.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.