Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ile lat pan żył jako agent pod przykryciem?


- Od 1973 roku.

Czyli 17 w PRL-u i 20 w III RP. 37 lat.

- O RP to państwo powiedzieli, ale gdyby dodawać, wyszłoby czterdzieści parę, bo za pracę operacyjną "w terenie", za granicą, doliczano dodatkowy okres wysługi lat.

Jak został pan szpiegiem?

- Zacznę od tego, kto mnie wychowywał. W niektórych publikacjach napisano, że mój ojciec był przedwojennym ideowym komunistą. To nieprawda. Ojciec był związany towarzysko z pułkownikiem Józefem Smoleńskim, ostatnim szefem II Oddziału Sztabu Głównego Wojska Polskiego, wywiadu wojskowego przed wojną. Miał na mnie poważny wpływ. To była bardzo silna osobowość, przed wojną należał do grupy literackiej Kwadryga, mieszkał w akademiku razem z Gałczyńskim. Był sędzią w Równem na Wołyniu, a potem sędzią Sądu Apelacyjnego w Warszawie. Po wojnie, do 1948 roku, był sędzią, ale widząc, co się w kraju dzieje, przekwalifikował się na adwokata.

Praca w wywiadzie PRL-u to był bunt przeciw ojcu?

- W dużym stopniu tak.

Jak ojciec to przyjął?

- Nie wiedział. Powiedziałem mu o tym dopiero krótko przed jego śmiercią. Dla niego to był szok.

Ja powiedziałem ojcu tak: "Jestem w wywiadzie polskim, wstąpiłem tam z pełną świadomością...".

Był przekonany, że pan chciał zostać jezuitą. Wybaczył panu trwające prawie ćwierć wieku kłamstwo?

- Powiedział: "Ja dokonywałem wyborów zgodnie ze swoim sumieniem w 1918 roku, kiedy wstępowałem do POW, ty dokonywałeś swoich wyborów, więc ja nie mam ci nic do wybaczenia ani nic do zarzucenia, ty się z tym rozliczasz sam".

I ja się z tym rozliczam sam.

Ja mu to powiedziałem oczywiście już po zmianie systemu. Wytłumaczyłem, że wstąpiłem do wywiadu wcześniej, ale jako pracownik wywiadu miałem świadomość, że dobre rakiety z atomowymi głowicami, należące do sprawiedliwych i dobrych krajów, były wymierzone w mój kraj. To pozwalało mi z dość czystym sumieniem pracować.

Przecież byliśmy częścią imperium sowieckiego, czyli pracował pan tak naprawdę nie dla swojego kraju.

- To uproszczenie. Jeśli chodzi o służby specjalne polskie, to XIV wydział I departamentu MSW, wywiad nielegalny, był oazą suwerenności. Rosjanie nie mieli do tego zasobu ludzkiego żadnego dostępu. Oczywiście byłoby naiwnością powiedzieć, że nie używali zdobytych przez nas informacji, ale nie było żadnej bezpośredniej ingerencji.

A matka?

- Była głęboko wierząca, lekarz okulista. Swego czasu, równolegle z medycyną na Uniwersytecie Jagiellońskim, studiowała w Akademii Sztuk Pięknych. Skończyła medycynę, ale ASP już nie. Nie była w stanie sprostać tylu obowiązkom.

Rodzice mieszkali przed wojną w Warszawie, gdzie ojciec był sędzią, na Senatorskiej 28. Tam też urodziła się moja siostra. Mnie nie było wówczas w planach, pojawiłem się na świecie w 1948 roku. Już po wojnie, gdy nie było do czego wracać w stolicy, rodzina przeniosła się do Zagłębia, do Dąbrowy Górniczej, skąd pochodziła mama. W tym mieście chodziłem z matką regularnie do kościoła. Tymczasem ojciec zostawał przed kościołem.

Przed śmiercią się zmienił, porozmawiał w cztery oczy krótko z moim kolegą jezuitą, który udzielił mu ostatniego namaszczenia.

Matce powiedział pan kiedyś prawdę?

- Nie. Trudno byłoby mi jej o tym opowiedzieć.

Nie zrozumiałaby?

- Miałaby pewnie kłopoty. Pewnie poszłaby do kościoła i się wymodliła za mnie.

Kiedy przyznał się pan żonie i córkom?

- W 2010 roku, kiedy zostałem zdekonspirowany przez IPN. Moja żona jest Hiszpanką. Hiszpanie mają do tego nieco inny stosunek, na szczęście.

Nie czuła się oszukana?

- Nie. Miałem cały czas pełne wsparcie.

Wróćmy do początku.

- Po szkole wstąpiłem do Związku Młodzieży Socjalistycznej, potem pojechałem na studia do Krakowa, na filologię rosyjską.

Pana studia przypadły na marzec 1968 roku.

- Na studiach robiłem szybką karierę w ZMS-ie. W 1968 roku byłem już wiceprzewodniczącym zarządu uczelnianego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Piszę też wiersze i publikuję w "Studencie", "Życiu Literackim", "Poezji".



A wydarzenia marcowe w Krakowie?

- Byłem ideowo zaangażowany - i to nie był wybór konformisty - po stronie władzy, jako członek ZMS-u. Ale jako działacz studencki byłem zaangażowany po stronie studentów.

W 1968 roku, chyba 11 marca, byłem na demonstracji razem z kolegami i byłem w pierwszym szeregu. Przygotowywałem też ulotki na powielaczu zarządu uczelnianego ZMS-u, bo wierzyłem, że ten system da się jakoś zreformować. I przez to miałem poważne kłopoty.

Najpierw zadzwonili do mnie z placu Wolności w Krakowie, z siedziby Służby Bezpieczeństwa, żebym się tam zgłosił. Powiedziałem, że jestem działaczem politycznym i że zapraszam do siebie. Przyszli i mówią: "Powiedziano nam, że brał towarzysz udział w demonstracjach, a nawet robił ulotki, podobno pan nawet pisał teksty ulotek".

Ja im na to: "Panowie, jestem działaczem studenckim i muszę być tam, gdzie są studenci, tam jest moje miejsce". Wyraźnie nie byli usatysfakcjonowani tą odpowiedzią.

Mój przyjaciel Wiesiek Wismont, repatriant z Lidy, był wtedy aresztowany, siedział w więzieniu na Montelupich, bo wpadł z tymi ulotkami.

Wtedy zaczęły się moje poważne kłopoty na uczelni. Dostałem sygnał, że nie będzie wielkiego skandalu, jeśli sam odejdę. Byłem wtedy na III roku.

Starałem się zdać egzaminy, na przykład z gramatyki opisowej. Pewien profesor - wtedy doktor ledwie, nie będę wymieniał jego nazwiska - przyjął mnie u siebie w gabinecie, kładłem indeks, on otwierał gazetę i czytał, po czym brał mój indeks i wpisywał mi dwóję. No i tak podchodziłem dwa czy trzy razy do tego egzaminu. Oczywiście nie zdałem.

Wtedy zgłosiłem się do prorektora, profesora Mieczysława Karasia, złożyłem podanie o egzamin komisyjny z wyłączeniem pana, który mnie egzaminował. Zdałem na dobrze, ale potem profesorowie powiedzieli mi, że nie mam przyszłości na uczelni.

A co z ZMS-em?

- Powiedziano mi, że nie będzie sądu kapturowego i mnie nie usuną, ale lepiej, żebym zrezygnował z funkcji wiceprzewodniczącego.

Miałem wilczy bilet, nigdzie nie mogłem studiować. Wróciłem do rodziny do Sosnowca, uczyłem rosyjskiego w technikum kolejowym. Zgłosiłem się do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie. Profesor Ferdynand Rajchman, filolog klasyczny, człowiek wielkiej wiedzy, głębokiej kultury, bardzo lubiany przez studentów, znał moją pracę o mistycznym wymiarze poezji Aleksandra Błoka i uważał, że powinienem napisać magisterium na ten temat. Wziął wobec rektora odpowiedzialność za mnie.

Zbliżamy się do momentu werbunku?

- Nie, to nie jest takie łatwe. Byłem wtedy w okresie zamętu duchowego. Nie miałem nic do powiedzenia w ZMS-ie, miałem problem ze studiami, walił się mój system wartości. Jednocześnie brałem aktywny udział w życiu kulturalnym Krakowa, działałem w grupie Teraz, spotykałem się z Wisławą Szymborską, z jej przyjaciółką Beatą Szymańską, która była opiekunką koła młodych literatów na Krupniczej.

A trochę wcześniej, pod koniec 1969 roku, byłem na wieczorze autorskim Stanisława Wałacha, partyzanta Armii Ludowej z Zagłębia.

Wałach po wojnie walczył z podziemiem, między innymi na Podhalu z "Ogniem".

- Tak. Przyszedłem na ten wieczór autorski, bo napisał książkę o działalności w okresie okupacji hitlerowskiej na terenie Zagłębia, Dąbrowy, Sosnowca, Trzebini i okolic. Mnie to zaciekawiło. Podszedłem do niego i powiedziałem, że urodziłem się w Sosnowcu. I zaczęła się rozmowa, trwała jakieś dziesięć minut. Dał mi książkę z dedykacją. Na koniec rzucił: "Wie pan co, niech pan kiedyś do mnie wpadnie". "Dokąd mam wpaść?" - pytam. Nie wiedziałem, kim jest, nie miał na czole napisane: "Jestem krakowski Moczar i jestem szefem SB". On zaprasza na plac Wolności. Mówi, że jest zastępcą komendanta wojewódzkiego MO do spraw Służby Bezpieczeństwa.



To był początek werbunku?

- Niewątpliwie pierwsze zainteresowanie mną.

I pan poszedł go odwiedzić.

- Tak, przypuszczałem, że nie będziemy rozmawiać o poezji czy literaturze. Liczyłem, że ta rozmowa pozwoli mi wyjaśnić moją sytuację. Ale on mi wtedy powiedział, że nie ma czasu, ale może się potem zobaczymy na mieście. Wałach nie był głupi. Istnieje przekonanie, że bezpieka to była banda debili. Nie, to nie była banda debili.

Po jakichś trzech miesiącach Wałach zaprosił mnie do mieszkania kilkaset metrów od placu Wolności. Poszedłem. Dla mnie było jasne, że nie jestem w prawdziwym mieszkaniu. Miało wystrój typowo mieszczański. Trzy pokoje z kuchnią. Panował tam idealny porządek na półkach, idealny porządek w kuchni, prawie aseptyczny.

I Wałach mówi do mnie tak: "Doszedłem do wniosku, że pan mógłby służyć Polsce, mógłby pan naprawdę coś dobrego dla Polski zrobić. Zastanawiam się, czy pan nie nadawałby się do pracy w wywiadzie". Odpowiedziałem, że ja się też w tej chwili nad tym zastanawiam.

Dał mi 24 godziny. I zastrzegł, że jeśli postanowię, że nie chcę, to po prostu zapominam o tej rozmowie.

Mógł się pan kogoś poradzić?

- Nie. Musiałem to sam w sobie rozważyć. Pomyślałem sobie tak: jestem poza systemem, w którym funkcjonowałem, bo poza uczelnią, poza ZMS-em, nie mam w tej chwili wpływu na nic i obawiam się, że już nie będę miał.

Wiedziałem, że w opozycję się nie zaangażuję, nie widziałem szans, by była w stanie dokonać zmian w ramach systemu. I pomyślałem, że jeśli będę w wywiadzie, to będę pisał meldunki wywiadowcze; jeśli będą dobre, to przeczytają je ludzie z establishmentu politycznego, z górnej półki. A jeśli tak, to będę miał wpływ na najważniejsze decyzje w kraju.

Zaimponowało panu, że będzie pan agentem wywiadu, że stanie się pan kimś.

- No nie, przecież nie mogłem o tym nikomu powiedzieć, nikt nie mógł naprawdę wiedzieć, co robię. Nie czekała mnie luksusowa sytuacja dyplomaty pracującego jako wywiadowca. Więc gdybym został nakryty, nie groziła mi ekstradycja, tylko ciężkie więzienie. No i wiedziałem, że nie będę miał normalnego życia rodzinnego.

Fascynował się pan wtedy służbami specjalnymi?

- Nie.

A jednak powiedział pan: tak.

- Po tych 24 godzinach myślenia się zgodziłem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będę pracował jako nielegał.

Na kolejnym spotkaniu usłyszałem tylko, że mam normalnie kończyć studia na WSP, bo jeśli nie skończę, to nasza rozmowa jest po prostu nieważna. Potem przyjdzie do mnie kolejny człowiek i podejmę ostateczną decyzję. I przez kolejne trzy lata mnie obserwowali i sprawdzali. Dało się to zauważyć, bo przeprowadzano nawet wywiady środowiskowe na mój temat wśród sąsiadów.

Przez dwa lata nie było żadnego kontaktu. Aż do 1972 roku. Podczas sesji, gdy po egzaminie wychodziłem z uczelni, zgłosił się do mnie pan Jan Jakowiec. Mówi, że jest pułkownikiem wywiadu i znajomym mojego rozmówcy Stanisława Wałacha. I mówi jasno, że ponieważ zbliżam się do magisterium, to muszę się ostatecznie zdecydować, czy godzę się na pracę w wywiadzie, bo jeśli tak, muszę przejść szkolenie oficerskie.

Rozmowa z nim trwała dwa dni, w hotelu Cracovia. Jakowiec powiedział, że przeszkolą mnie indywidualnie, czyli nie pojadę do ośrodka szkolenia kadr wywiadu, tylko "profesorowie" zgłoszą się do mnie.

Pytam go: "A czemuż to takie wyjątkowe traktowanie?".

Jakowiec: "Przeanalizowaliśmy pana postać, zrobiliśmy profil psychologiczny, charakterologiczny, według nas pan nadaje się do pracy w elitarnej jednostce wywiadu, czyli jako nielegał".

Podpisał pan zobowiązanie o zachowaniu tajemnicy?

- Tak, i podpisałem jednostronną umowę, co mi grozi w razie zdradzenia tajemnicy.

Co?

- Można się domyślić.

Śmierć?

- ...

Przeraził się pan tym, że zawsze będzie pan wieść podwójne życie, czy raczej był pan tym podekscytowany?

- Pomyślałem, że to może być ciężkie, ale ponieważ podjąłem takie zobowiązanie wobec samego siebie, trudno mi było się z tego wycofać.

U profesora Rajchmana obroniłem pracę magisterską w 1973 roku i od razu przeniosłem się do Warszawy. Zamieszkałem u rodziny. Ojciec jeszcze przed wojną był w bardzo dobrych relacjach z matką Urszulą Ledóchowską, bywał w Rzymie, spotykał się z nią.

Ledóchowscy to nie tylko hrabiowska rodzina, ale też bardzo kościelna, jedyny generał zakonu jezuitów pochodzący z Polski to właśnie członek tej rodziny, Włodzimierz Ledóchowski.

W Krakowie moja rodzina była dobrze zakotwiczona, moja ciotka Irena Turowska była przez pewien czas dyrektorem działu Jagiellonki, biblioteki UJ. Znała tutejsze środowisko intelektualno-naukowe, a także rodzinę Ledóchowskich i kręgi krakowskiej kurii biskupiej. Biskupa Wojtyłę poznałem w 1959 roku, jako jedenastoletni chłopak. Pamiętam, że to była uroczystość rodzinna, ślub. Odbywała się na Wawelu, gdyż rodzic pana młodego, profesor politechniki, specjalista od termodynamiki, pracował przy zabezpieczeniu zamku przed wilgocią i miał tam mieszkanie służbowe. Usiłowałem w kącie wypić kieliszek wina. Wojtyła podszedł do mnie i mówi: "No, no, ciekawe, co z ciebie wyrośnie?".

Takie było moje pierwsze spotkanie z Karolem Wojtyłą.

Jak KGB inwigilowało Watykan: ''Papieże i szpiedzy''



Rodzina pomogła panu znaleźć pracę z Warszawie?

- Sam znalazłem pracę w kierowanym przez Janusza Zabłockiego Ośrodku Dokumentacji i Studiów Społecznych (ODiSS), który wydawał pismo "Chrześcijanin w Świecie", przez dwa lata byłem tam publicystą. Zajmowałem się tematyką niemiecką i rosyjską, pisałem recenzje, adaptowałem przekłady tekstów z prasy rosyjskiej.

Wywiad zaakceptował, że pracuje pan w "Chrześcijaninie..."?

- Tak, ale oczywiście musiałem to z nimi uzgodnić.

Jednocześnie się pan szkolił.

- Przez trzy lata, do 1975 roku.

Pierwszy stopień - starszego sierżanta sztabowego - dostałem w 1974. Wtedy częściowo mieszkałem u rodziny, potem - legendując - wynająłem mieszkanie na Saskiej Kępie. Mogę o tym mówić, to mieszkanie jest nieużywane, o innych nie będę opowiadał.

Legendując?

- Tak mówimy, gdy tworzymy przykrywkę dla naszej pracy. Taki żargon szpiegowski. No więc legendując wobec osób trzecich, wobec rodziny, mieszkałem na Saskiej Kępie. Tam zaczęły się intensywne szkolenia. Wykładowcy przyjeżdżali do mnie. Zajęcia trwały nawet dziesięć godzin dziennie.

Gotowaliście sobie sami?

- Nie, ktoś z personelu administracyjnego wywiadu przynosił gotowe jedzenie i się pracowało.

Miałem intensywny kurs niemieckiego, znałem rosyjski i francuski jako tako. Uczyłem się alfabetu Morse'a, doszedłem do pięciuset znaków na minutę.

Biskupa Wojtyłę poznałem w 1959 roku, jako jedenastoletni chłopak. Pamiętam, że to była uroczystość rodzinna, ślub na Wawelu. Usiłowałem w kącie wypić kieliszek wina. Wojtyła podszedł do mnie i mówi: "No, no, ciekawe, co z ciebie wyrośnie?"


Uczyłem się szyfrów, chemii. Znajomość chemii w pracy operacyjnej, jeśli się przesyła meldunki, jest niezbędna. To była głównie kwestia fotografii i ukrytego przesyłania informacji. Tzw. technika mikrokropki. Robi się zdjęcie mikrofilmowe, po czym poprzez obróbkę kliszy filmowej zdejmuje się miękką część, która jest elementem nośnym obrazu, z podłoża plastikowego, a potem z tego się formuje malusieńką kropkę i podkleja na przykład pod znaczek na kopercie. Albo pod słowami "Droga ciociu, pięknie tutaj, słońce świeci". I się wysyła.

I takie rzeczy pan potrafił robić?

- To były dobre służby, nie robiło się błędów. Wtedy rzemiosło było dobre, czego dziś często brakuje.

Uczył się pan zabijać?

- Nie. Uczyłem się sztuk walki. Dostałem broń osobistą, uczyłem się strzelania, ale nie zabijania. To są głupie opowieści. Nielegała nie szkoli się na egzekutora.

Uczyli pana, jak kamuflować to swoje drugie życie?

- Oczywiście. Miałem psychologiczne szkolenia. Mogę was zapewnić, że jeszcze dzisiaj na wariografie moja linia byłaby zupełnie spokojna.

Czyli uczyli pana prawdziwie kłamać?

- Uczono mnie właściwie zabezpieczać źródła informacji.

Jak oszukuje się wariograf?

- To byłoby nieprzyzwoite, gdybym to teraz powiedział.

Umie pan?

- Na pewno umiem.

Teraz pan kłamie?

- Nie, teraz nie muszę.

Wywiad płacił panu w czasie szkoleń?

- To były śmieszne pieniądze, 1600 złotych czy coś takiego. W ogóle w wywiadzie nie zarabiało się żadnych wielkich pieniędzy. Jakby dzisiejszy urzędnik bankowy dowiedział się, jaką miałem pensję jako nielegał, który pracuje w terenie i ryzykuje życie, to zapewne byłaby to pierwsza moja ofiara śmiertelna, bo umarłby ze śmiechu.

Jako nielegał nie zarabiał pan dużo?

- Nie. No może jakieś 5-6 tys. zł w latach 70.

To mało?

- Zależy, za jaką pracę. Za taką, w której ryzykuje się życie, zdrowie i wolność osobistą - chyba niewiele. Ale one były deponowane, ja ich nigdy nie widziałem.

Nigdy?

- Po zakończeniu pracy straciły wartość, więc jak w końcu je zobaczyłem, to był wręcz śmieszny widok.

A ile to było?

- Nie pamiętam.

Kiepska wymówka.

- Powiem szczerze, warunki materialne nie były najistotniejszą rzeczą, którą bym pamiętał. W każdym razie na pewno starczyłoby na kupienie dobrego samochodu, na przykład wówczas, w latach 80., poloneza.

W każdym razie, gdy byłem nielegałem, nie miałem prawa dotykać tych pieniędzy. Zresztą jak by to wyglądało, gdybym jako zakonnik ubogi - może nie duchem, ale finansowo - siedział w paryskiej dzielnicy Saint-Germain-des-Prés i pił szampana?

Jak wyglądała przysięga?

- Składałem ją w Warszawie, w pobliżu skrzyżowania Puławskiej z Wałbrzyską, w siedzibie wydziału XIV. Był koktajl, kierownictwo, sztandar i złożenie przysięgi.

Jak brzmiała?

- Jak wojskowa, bez odniesień do systemu ideologicznego, ale do państwa i ojczyzny.

A pan w mundurze?

- Tak, który potem wracał do magazynu. I wręczenie dokumentów, które oczywiście natychmiast szły do sejfu.

Przysięgał pan bronić socjalizmu?

- Nie, proszę wyobrazić sobie, że socjalistyczne elementy w tej przysiędze nie istniały. Były elementy dotyczące lojalności i służby państwu polskiemu.

Ile osób wiedziało, że pan będzie nielegałem?

- Tyle, ilu było szkoleniowców, przynajmniej siedem, ale żadna z nich nie znała moich prawdziwych danych. Posługiwałem się tzw. wtórnikowymi dokumentami.

Jak pan się wtedy nazywał?

- Dzierżoń Tomasz, syn Stanisława. Pod takim nazwiskiem składałem przysięgę.

W "Chrześcijaninie w Świecie" publikował pan jako Turowski?

- Jako Tomasz Turowski, to oczywiste. To były dwa równoległe istnienia. Gdyby nie daj Boże - przepraszam, że użyję takiego sformułowania - doszło do połączenia tych dwóch osób, mógłbym sobie strzelić w łeb.

Krzysztof Kozłowski o książce Zbigniewa Siemiątkowskiego ''Wywiad a władza'': ''Komu służył wywiad?''
Jak werbowano agentów: ''Kiszczak ujawnia metody SB''



Czego jeszcze nauczył się pan podczas tych szkoleń, które pan przechodził?

- Studiowałem kazusy dotyczące operacji wywiadowczych różnych krajów. Na podstawie błędów obcych wywiadów można było opracowywać fikcyjne terenowe sytuacje, które potem się ćwiczyło w celu uniknięcia takich samych błędów już podczas właściwej pracy.

Uczyłem się też dość intensywnie języka włoskiego. Bo pracując w środowisku ODISS-u, w środowisku laikatu kierowanym przez posła i redaktora Janusza Zabłockiego, musiałem znać włoski. Ta organizacja utrzymywała dobre relacje zarówno z chadecją zachodnioniemiecką, jak i z włoską. Kursy organizował "Chrześcijanin...", a wywiad je dofinansowywał. W moim przypadku plus był taki, że pracując w "Chrześcijaninie...", mogłem te lekcje odbywać w redakcji. To było o tyle istotne, że gdy pojawiła się kwestia wyjazdu na stypendium na dalsze doskonalenie języka włoskiego w Universita per stranieri - dla obcokrajowców - w Perugii, to już miałem dobre relacje z Instytutem Kultury Włoskiej w Warszawie. Więc wszystko było przyzwoicie zalegendowane, nie było żadnego tworzenia sztucznych dokumentów, wszystko było naturalne.

Ile języków pan zna?

- Rosyjski, hiszpański, angielski basic, niemiecki, francuski, włoski, no łacinę też oczywiście i w pewnym stopniu klasyczną grekę.

Składanie przysięgi odbyło się w siedzibie wydziału XIV. A potem przyjęcie?

- Istnieją legendy o luksusowych ucztach, wielkich alkoholowych libacjach. Może to śmiesznie zabrzmi, ale wydział "N" ("enka", nielegałowie) to był taki trochę zakon. Grupa ludzi, którzy zakładali, że się poświęcają, że mają misję. I dlatego libacji nie było, tylko lampka szampana.

Kawior?

- Nie. Były flaczki, stek i dobre wino. Bo ja nie lubię wódki i koledzy o tym wiedzieli.

To ile osób wiedziało o panu?

- Kilka. Szef wywiadu, czyli I departamentu MSW, niektórzy szkoleniowcy i oficer prowadzący. Bo w ogóle tu trzeba uściślić: oficer prowadzący to najważniejsza osoba w życiu nielegała. Nielegał jest takim wilkiem samotnikiem, nie działa w grupie. Oficer prowadzący jest jego kontaktem, to jest oparte na głębokim zaufaniu. Jeśli nie wierzysz, że stoi za tobą ktoś, kto jest gotów dać za ciebie głowę, to najlepiej się z takiej zabawy wypisać.

Kogo lustrował IPN: ''Oficer dwóch wywiadów?''
''Sprawa Turowskiego: kompromitacja IPN''



Zaraz po złożeniu przysięgi dostał pan instrukcję wyjazdową?

- To był koniec września, początek października 1975 roku. Mieszkałem wtedy na Saskiej Kępie. W sumie mieszkałem chyba w dziesięciu miejscach, co parę miesięcy zmieniano mi mieszkanie, żeby za bardzo ktoś się mi nie poprzyglądał i nie zaczął zadawać sobie pytań, na przykład sąsiadka emerytka.

Nadal pracował pan w "Chrześcijaninie w Świecie"?

- Tak, tak, prowadziłem tam działkę o Rosji.

W instrukcji wyjazdowej są zadania, podstawowe elementy dotyczące systemów łączności, haseł wywoławczych i alarmowych. Jestem już po przysiędze, mam stopień starszego sierżanta sztabowego i otwartą drogę do patentu oficerskiego. I dowiaduję się, że mam wchodzić w struktury zakonu jezuitów. Dlatego że jezuici są kapelanami we włoskich służbach specjalnych i u karabinierów włoskich. A Włochy to południowa flanka NATO, w sztolniach skalnych klifowego brzegu Sardynii w okolicach Perdasdefogu, na południe od granicy prowincji Ogliastra, stacjonują podwodne okręty atomowe USA, VI flota amerykańska - na Morzu Śródziemnym. Oczywiście to jest domena służb amerykańskich, ale ochrona kontrwywiadowcza i wywiadowcza po części spoczywała na wywiadzie i kontrwywiadzie włoskim. Na przykład bezpieczeństwo niektórych obiektów strategicznych i radarów. I w tych jednostkach byli kapelani, a kapelanami byli jezuici.

Pan dostał zadanie zostania członkiem zgromadzenia? Duchownym?

- Mój oficer prowadzący, analizując mój profil psychologiczny... uznał, że ja się do jezuitów nadam, że mój pobyt u nich będzie dobrym legendowaniem.

To już nie tylko legendowanie. To od pana wymagało naprawdę bycia kimś, kim pan przecież nie był.

- Rozumiem, o co wam chodzi. Dla mnie to nie była decyzja, która by angażowała moje sumienie. Ja wyniosłem znajomość religii i teologii z domu. Religii ze strony matki, teologii ze strony ojca, który był agnostykiem i opowiadał mi o teologii nie jako o rzeczy do wierzenia, tylko do rozumienia. Ale kiedy wstępowałem do służb, byłem niewierzący.

A chrzest, bierzmowanie?

- Chrzest i sakrament bierzmowania otrzymałem. Chodziłem też na religię, która skutecznie mnie od wiary odsunęła.

Jak pan przyjął to zadanie?

- Oczywiście myślałem, jak by to przyjęła matka. Jak by to przyjął ojciec, się nie obawiałem.

Miałem świadomość, co to jest zakon jezuitów, wiedziałem, że nowicjat jest bardzo ciężki, dwuletni, wymaga życia w izolacji, a ja byłem jednak z rodziną silnie związany.

Co mógł pan jej powiedzieć?

- Że jadę na kurs języka włoskiego do Perugii. O tym, że wstępuję do nowicjatu, rodzina dowiedziała się od jezuitów polskich. Zgłosił się do nich lokalny przełożony zakonu i powiedział, że syn podjął decyzję o "wstąpieniu do nas".

Pan się nie wahał ani chwili? Musiał pan z tylu rzeczy zrezygnować. Właściwie ze wszystkiego, co najważniejsze dla dwudziestolatka.

- Nie wahałem się. Oczywiście, jak człowiek jest nielegałem, a ja od początku byłem szkolony na nielegała, to jest przygotowany na każde zadanie.

Miał pan wtedy dziewczynę?

- Owszem. Ale na szczęście nie musiałem tutaj niczego legendować, bo się akurat rozstaliśmy. Nie chcę podawać jej nazwiska, żyje, ma rodzinę.

Co panu pomogło dostać się do jezuitów i dosyć szybko wyjechać do Włoch?

- Po marcu 1968 roku odbyło się spotkanie kardynała Karola Wojtyły z osobami, które w jakiś sposób zostały pośrednio czy bezpośrednio represjonowane. I ja tam byłem, w krakowskiej kurii na ulicy Franciszkańskiej. Wojtyła mnie sobie przypomniał z tamtej rodzinnej imprezy na Wawelu i powiedział do mnie: "No to dobrze wyrosło w sumie".

Turowski zbliża się do papieża: ''Wyznania szpiega PRL w Watykanie''



Zapamiętał jedenastolatka, który dziesięć lat wcześniej w kącie pił wino?

- Tak. Zaproponował mi nawet, żebym się zaangażował w laikat, w świeckie życie Kościoła.

Ale pan był w ZMS-ie.

- Tak, ale nie byłem w PZPR. Dla Wojtyły to, że ktoś był w ZMS-ie, nie miało żadnego znaczenia.

Jako agent musiał się pan zapisać do partii?

- Nie, to nie był element przysięgi. Do partii wstąpiłem już na odległość, w 1977 roku.

Dlaczego?

- Ideowo byłem przekonany.

Do czego?

- Do tego, że system posiada rezerwy wewnętrzne pozwalające na ewolucję, a prosocjalne nastawienie na zapobieganie rozwarstwieniom ekonomicznym da się połączyć z postępem społecznym i gospodarczym.

Żeby dostać się do jezuitów, trzeba było mieć listy polecające. Pan miał od kogo?

- Od kardynała Wojtyły i od biskupa Rubina, potem kardynała zresztą, i od biskupa Wesołego, a więc od tych, którzy zajmowali się polską emigracją w Rzymie. Kardynał powiedział: "Jakby ci cokolwiek było potrzebne, masz tu listy, glejty, idź jak w dym".

Wojtyła był osobą bardzo złożoną, teologicznie był dość zachowawczy, ale po ludzku bardzo otwarty i ciepły.

Jak to się stało, że Karol Wojtyła napisał panu listy polecające?

- Poszedłem do niego i powiedziałem, że jadę na kurs języka do Włoch, nie mam jakichś specjalnych warunków finansowych i gdyby można było prosić o wsparcie na miejscu, to proszę. I Wojtyła napisał otwartym tekstem, że przyjdzie człowiek i żeby okazać mu wszelką potrzebną pomoc.

Nie powiedział mu pan, że chce pan wstąpić do jezuitów?

- Nie. Kardynał nie bardzo kochał jezuitów i już jako papież powiedział mi: "Mogłeś wstąpić do seminarium i być >>przyzwoitym<< księdzem".

Po wyborze Karola Wojtyły na papieża jezuici przypomnieli sobie, że miał pan list od niego?

- Tak.

Komentarz jezuity, ojca Wacława Oszajcy: ''Któż ja jestem, żebym osądzał brata?''

Kret w Watykanie
- wywiad rzeka z Tomaszem Turowskim, z którym rozmawiają Agnieszka Kublik i Wojciech Czuchnowski (wyd. AGORA). Od dziś w księgarniach i salonach prasowych



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.