Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Żeby zrobić sobie dziecko przez internet, wystarczy wejść na pewne forum, w zakładkę "Rozmnażanie". W dziale "Chcę zostać zapłodniona" pani szuka pana, w dziale "Chcę zapłodnić" pan szuka pani, w kolejnym surogatki "pilnie wynajmują brzuszek", w jeszcze innym pary "poszukują pani, która urodzi im kruszynkę, maleńki wyczekany cud".

A w dziale "Oddam / sprzedam / poszukuję komórkę jajową" panie chętnie "podzielą się jajeczkami życia".

Kobieta, która sprzedaje

Napisała, że jest szczęśliwą mamą trzech maluchów. Ma 23 lata, zielone oczy, 168 cm wzrostu, szczupła, zdrowa, bez obciążeń genetycznych w rodzinie. Że sprzeda swoje komórki jajowe odpowiedzialnym ludziom.

Piszę mail z zapytaniem, za ile sprzedaje.

Odpowiedź: "Za zwrot kosztów i jakąś niewielką odpłatność. Robię to po to, aby pomoc ludziom w spełnieniu marzeń, bo znam małżeństwa niemogące mieć dzieci i to jest straszne. Sama jestem mężatką już 5 lat, moje dzieci mają 6, 4 i 1 rok. Wiem, ile zmartwień, ale i szczęścia daje ich posiadanie. Po długich rozmowach z mężem stwierdziliśmy, że fajnie się dostaje, ale jeszcze lepiej pomaga, stąd mój pomysł, żeby zostać dawczynią. Chcę uszczęśliwić inną parę, ale i sama będę szczęśliwa, wiedząc, że gdzieś na świecie pojawiło się nowe życie. Kiedyś miałam zostać dawczynią komórki, lecz niestety tamci państwo się rozmyślili i adoptowali psa".

Dopytuję, ile konkretnie wynosiłaby ta "niewielka odpłatność":

"Wszystko jest do dogadania, ale na pewno nie będzie to kosmiczna kwota".

Nalegam, by podała konkretną sumę.

Chce 2000-2500 zł. "Wiem, że zawodowe dawczynie biorą nawet 5000 zł" - przekonuje.

Następna nie napisała nic o pieniądzach. Jest dwudziestoletnią studentką, inteligentną, błyskotliwą i w pełni zdrową. Nie jest obciążona chorobami genetycznymi. Kolor włosów ciemny blond, oczy zielone, 165 cm i 50 kg. Grupa krwi 0 Rh (-). Pisze, że była już dawczynią komórki jajowej w 2010 roku ze skutkiem pozytywnym za drugim razem. Odległość nie jest dla niej problemem.

Wysyłam mail z prośbą, by opowiedziała coś o sobie.

"Jestem tak zwanym dzieckiem Unii Europejskiej - rodzice już od dawna przebywają za granicą. Studiuję dwa kierunki. Co do zainteresowań, to są dość rozległe - począwszy od literatury i filmu, na nowinkach z zakresu biologii i anatomii kończąc :)".

W następnym mailu pytam, czy oczekuje zapłaty za komórkę.

"Tak, to 5 tysięcy. Proszę napisać, czy ta cena pani odpowiada. Możemy się dogadać i rozłożyć to na raty :)".

Piszę, że to za drogo, i dziękuję za poświęcony czas. Odpowiedź przychodzi błyskawicznie: "A jaką kwotę byłaby pani w stanie zapłacić? Ja jestem otwarta na wszelkie negocjacje".

Proponuję 2,5 tysiąca. Już nie odpisuje.

Kolejna napisała krótko, że pragnie oddać za darmo komórkę potrzebującej parze.

"Czy naprawdę za darmo?" - dopytuję. Odpowiedź przychodzi po godzinie. Dawczyni ma 19 lat. Chodzi do dwóch szkół, marzy o tym, żeby studiować farmację lub medycynę. Nie ma własnych dzieci ani partnera. "Nie chcę za to naprawdę żadnych pieniędzy, będę szczęśliwa, że mogłam się przydać i pomóc komuś. Zdecydowałam się na to już trzy lata temu, niestety musiałam czekać do czasu ukończenia osiemnastu lat".

Kto szuka komórek jajowych w internecie?

Przez forum docieram do Katarzyny, która opisuje mi swoją historię: "Jesteśmy parą w nieformalnym, ale dobrym i stabilnym związku. Mam 34 lata, mój partner 35. On jest całkowicie zdrowy, jednak ja cierpię na translokację zrównoważoną chromosomów. Wada ta powoduje, iż zarodki są obciążone chorobami genetycznymi. Zarodek nie rozwija się i najczęściej ciąża kończy się poronieniem lub urodzeniem chorego dziecka. Zdarzyły mi się oba te przypadki - najpierw martwa ciąża, później urodzenie ciężko chorego dziecka, którego nie udało się uratować. Zdecydowaliśmy się na poszukiwanie dawczyni, bo to nasza jedyna szansa, a nie wyobrażamy sobie życia bez dzieci. Dawaliśmy już ogłoszenie. Oferowaliśmy zapłatę i to przyciągało do nas osoby o biznesowym nastawieniu do sprawy, dobrze znane w warszawskich klinikach. To niekoniecznie nam odpowiadało. W końcu ta osoba przekazuje swoje geny".

Skorupka

Dominika właśnie jechała do Ikei z kolegą po półki, kiedy on nagle spytał, czy nie oddałaby jajeczka. Nie zrozumiała:

- Jakiego jajeczka?

- No tego, co wylatuje co miesiąc. Kamila - mama kolegi ze Szwecji - potrzebuje do in vitro. Szuka i szuka, a nikt nie chce oddać.

Na początku Dominika pomyślała, że to nielegalne. Bo gdyby było legalne, to czy ktoś szukałby tego przez znajomych? Ale zaraz potem pomyślała, że aborcja też jest nielegalna, ale gdyby koleżanka powiedziała, że chce usunąć ciążę i potrzebuje wsparcia, to przecież Dominika by jej pomogła szukać lekarza. Są takie przestępstwa, które trzeba popełniać w imię własnych przekonań. - Tak - powiedziała i pojechali wieszać półki.

Dominika ma 27 lat (to podobno idealny wiek dla jajeczek), brązowe włosy i niebieskie oczy (tak samo jak Kamila S.), skończyła filozofię i kulturoznawstwo (dobre geny), pracuje w fundacji. Rodzicom nic a nic o jajeczku nie mówiła. Mieszkają w małym miasteczku, są emerytowanymi urzędnikami, dorabiają w prywatnej firmie. Uważają się za najbardziej liberalnych na osiedlu, gdzie wszyscy kupują "Dziennik Polski", a oni "Gazetę Wyborczą". Gdyby ich spytać o stosunek do in vitro, to są za, ale jakby Dominika powiedziała, że to ona sama oddaje jajeczko obcej kobiecie, zaczęliby się dopytywać, kto to jest, martwić, że to niezdrowe.

Za to w pracy powiedziała wszystkim. Już wiedziała, że to legalne, i chciała sprawdzić reakcję. Warszawa niby taka otwarta i liberalna, a jak Dominika weszła do tej swojej wyluzowanej fundacji i od progu wypaliła, że potrzebuje dnia wolnego, bo ma badania w związku z donacją jajeczka, to się istne piekło rozpętało. Tylko dwie koleżanki powiedziały "Wow!" w takim pozytywnym sensie. Ale chyba trochę nie zrozumiały, bo potem dopytywały się, czy Dominika będzie z brzuchem przychodzić do pracy.

Trzecia koleżanka to się w ogóle popłakała i urządziła histerię, że Dominika swoje dziecko obcej osobie oddaje. No to Dominika mówi, że jajeczko to nie dziecko, że przecież wegetarianie też czasem jedzą jajka, bo to jeszcze nie jest stworzenie żywe.

A czwarta koleżanka, taka najbliższa, wyciągnęła ją na papierosa i poprosiła, żeby Dominika jeszcze przemyślała tę decyzję, bo przecież jest dużo dzieci, które można zaadoptować, i niech ta pani ze Szwecji sobie weźmie takie dziecko, a nie jajeczko Dominiki. Że przecież jej geny idą w świat i potem w Szwecji urodzi się dziewczynka, która będzie jak Dominika kochała koty, cekiny i kolor różowy i nie będzie wiedziała, po kim to, bo jej mama woli skandynawski minimalizm. A Dominika na to podała przykład jedynego chłopaka w fundacji, że on to sobie może zaimprezować przez weekend, rozsiać swój genotyp w pięciu miejscach i nikomu nie przeszkadza, że poszedł w świat. A z jajeczkiem od razu jest afera.

Kobieta, która szuka

W dniu badań Kamila podjechała po Dominikę samochodem. Prowadził jej syn Piotrek. "Stanowcza i elegancka" - pomyślała Dominika, sadowiąc się na tylnym siedzeniu. "Sympatyczna i oryginalna" - pomyślała Kamila, przyglądając się niewyspanej Dominice w różowym futerku. "Taka trochę jak ja w jej wieku".

Piotrek zawiózł je do kliniki i tam zostawił. Spędziły godzinę na czerwonych plastikowych krzesłach w korytarzu, bo coś się opóźniało. Rozmawiały o kotach, bo obie mają koty.

- Razem staramy się o dziecko! - śmiała się Kamila, kiedy recepcjonistka zrobiła wielkie oczy i zapytała: "To panie są dwie?".

Ginekolog zbadał Dominikę, przepisał tabletki antykoncepcyjne, żeby sterować cyklem, bo w momencie przekazania jajeczka obie muszą być w tej samej fazie. Zlecił badania krwi, żeby sprawdzić, czy nie ma chorób genetycznych. Zapisał obu kwas foliowy i witaminy.

Po wszystkim Kamila zaprosiła Dominikę na śniadanie. Przypilnowała, żeby wypiła dużo świeżego soku. Pożegnały się.

Dominika nie wypytywała o życie Kamili, bo w sumie to obca kobieta i było jej głupio, ale gdyby zapytała, dowiedziałaby się, że pierwszy raz w ciążę zaszła z pierwszym mężem 26 lat temu. Studiowała naraz dwa kierunki, z pomocą rodziców założyli z mężem małą firmę produkującą przybory szkolne. Rano z Piotrkiem do przedszkola, potem na jedne studia, w międzyczasie firma, potem następne studia. To nie było świadome macierzyństwo, mierzyła się z nim na bieżąco - po prostu robiła rzeczy, które były do zrobienia. Mama i koleżanki pomagały, mąż nie bardzo. Rozwód był po dwóch latach.

Drugi raz w ciążę zaszła 21 lat temu z drugim mężem. Poznała go, kiedy po studiach wyjechała na wakacje do Sztokholmu. Wyszła na spacer, a on akurat szedł do bankomatu i zaprosił ją na colę, bo piwa nie piła. Pobrali się po dwóch tygodniach i tak już na tych wakacjach została. Potem dostała obywatelstwo i dojechał do niej Piotrek. Kiedy okazało się, że jest w ciąży, mąż przestraszył się, że mu dziecko przeszkodzi w karierze. Poprosił, żeby usunęła, i potem już nie chciała poruszać tematu. Zaczęła pracę w międzynarodowej firmie - podróże po świecie, projekty. Małżeństwo trwało 12 lat.

Trzeci raz w ciążę zaszła sama, w klinice in vitro, pięć lat temu. Nie miała wtedy mężczyzny, który by jej odpowiadał. To znaczy tak zupełnie sama w życiu nie była, bo z synem. Są z Piotrkiem jak rodzeństwo, jeżdżą razem na wakacje. Ale wiedziała, że on po studiach zacznie pracę, swoje życie. Bała się, że na emeryturze zostanie sama, że życie stanie się puste.

Nasienie wzięła z banku - wpisuje się wymagania i wyskakuje dawca. Chociaż dla niej wygląd czy kolor oczu dawcy był bez znaczenia - najważniejsze, że to miało być jej dziecko, z jej własnej komórki.

Wybrała polską klinikę, bo w Szwecji in vitro jest dozwolone do 37. roku życia. Niestety, zarodek nie chciał się zagnieździć - w jej wieku komórki nie są już najlepsze. Lekarz powiedział, że potrzebna jest dawczyni. Kamila zapisała się do kolejki w banku komórek jajowych - pięć lat temu była na 70. miejscu, dzisiaj jest na szóstym. Może dlatego, że postawiła wymagania - żeby dawczyni miała jak ona ciemne włosy i niebieskie oczy, pochodziła z ustabilizowanego środowiska, miała wyższe wykształcenie i to nie jako pierwsza w rodzinie.

Czwarty raz zaszła w ciążę metodą naturalną dwa lata temu z trzecim mężem - był jej instruktorem jazdy konnej. Niestety, poroniła. Postanowili spróbować in vitro z komórką dawczyni i jego nasieniem.

Kamila myślała o adopcji, ale doszła do wniosku, że jeżeli może urodzić, to woli urodzić. Żeby to było jej dziecko w tak dużym stopniu, jak się da. Jak się nie uda, to będzie myśleć o innych rozwiązaniach. Teraz największym problemem była kolejka do banku komórek.

Kamila: - Pomyślałam, że nawet jak za rok, dwa doczekam komórki, to z banku dostanę kota w worku - nie będę wiedziała, jak ta kobieta wygląda, kim jest. A ja chciałam ją poznać. Rozpoczęłam poszukiwania dawczyni na własną rękę.

Kamila przeglądała ogłoszenia w internecie, ale ją odrzuciły - uznała, że to nie są kobiety, które sprostałyby jej wymaganiom. Gdzie szukać? Przecież nie wywiesi ogłoszeń na słupach! Zaczęła rozmawiać ze znajomymi, prosić, żeby spytali swoich córek albo synowych. Pomyślała też, że może by tak syn spróbował popytać znajomych. Od kilku lat mieszka w Polsce, ma koleżanki w odpowiednim wieku, wykształcone, otwarte. Wie o wszystkich wymaganiach. To właśnie jego kolega pomagał Dominice powiesić półki.

Białko

- Tutaj na korytarzu odbywają się "łapanki", pacjentki pytają inne kobiety, czy nie oddałyby im komórki - mówi profesor Krzysztof Łukaszuk, kierownik Klinik Leczenia Niepłodności INVICTA w Warszawie i Gdańsku. Szacuje, że obecnie w Polsce na komórkę jajową czeka około tysiąca kobiet. Jego zdaniem, gdyby in vitro było bardziej dostępne, ta liczba mogłaby wzrosnąć nawet dziesięć razy. Potrzebujące to kobiety, które nie mają własnych komórek jajowych, mają ich za mało albo ze względów genetycznych nie mogą być zastosowane. A banki komórek jajowych, w przeciwieństwie do banków spermy, świecą pustkami.

Profesor Łukaszuk wymienia trzy przyczyny: - Po pierwsze, plemniki mrożą się bez problemu, a komórki jajowe łatwiej w czasie mrożenia uszkodzić. Po raz pierwszy zamrożono komórkę w 1998 roku, ale dopiero od 2003 roku można było w Polsce realnie myśleć o tworzeniu banków. Po drugie, w jednej porcji nasienia jest kilkadziesiąt milionów plemników, a komórek jajowych za jednym razem od zdrowej 30-letniej kobiety można pobrać kilka, maksymalnie kilkanaście. Po trzecie, dla mężczyzn rozprzestrzenianie nasienia jest naturalne i raczej przyjemne, dlatego chętnie oddają spermę do banków. Kobieta często nie wyobraża sobie, że dziecko - w połowie mające jej geny - będzie wychowywane przez nieznane osoby. Pojedyncze kobiety zgłaszają się "z ulicy", żeby oddać komórki do banku i komuś pomóc, ale niewiele wie, że jest taka możliwość.

Dlatego Klinika INVICTA wprowadziła specjalny program - jeżeli kobiety, które mają zdrowe komórki i same podchodzą do in vitro, zdecydują się oddać część potrzebującym, klinika obniża lub refunduje im koszty zabiegu. Kobieta, która otrzymuje komórkę z banku, nie spotyka dawczyni, poznaje tylko jej grupę krwi, wiek, kolor oczu i włosów oraz wykształcenie.

Prof. Łukaszuk: - Czasem pacjentki po prostu przyprowadzają do kliniki siostrę, kuzynkę albo znalezioną przez siebie dawczynię. Niestety, podejrzewam, że nie zawsze to jest całkowicie altruistyczny układ.

Kobieta, która oddaje

- Dzień dobry, czy pani już wstała? - usłyszała Dominika w słuchawce. Była szósta rano. Od kilku dni nie udawało jej się zdążyć na badania krwi przed pracą i pani Kamila stwierdziła, że będzie ją budzić. - Tak, dziękuję - wymamrotała i poszła do łazienki. To było miłe - mama ją czasem tak budzi, jak ma coś ważnego i nie może zaspać.

Dominika w domu bywa raz w miesiącu, żeby się najeść, nabrać kosmetyków i kotlecików w słoikach. W fundacji zarabia 1700 zł - starcza na styk. Na buty zimowe musi już pożyczać po znajomych.

Lubi to, co robi, ale fajnie by było dorobić z tysiąc złotych, pisząc albo pracując przy jakimś festiwalu. Rodzice zarabiają dużo, ale praca to dla nich męczarnia. Za to potem zasiadają w pięknym mieszkaniu i delektują się smacznym jedzeniem. Dominika woli swoje życie. Rodzice chcieliby, żeby miała umowę o pracę i narzeczonego, a ona jest singielką i nie chce chłopaka na stałe. Śmieje się, że instytucję chłopaka ma rozbitą na dziesięciu kolegów - teraz z jednym mieszka, bo został chwilowo bezdomny, z drugim chodzi na obiad, z trzecim na piwo, czwarty pomaga jej robić zakupy. Parę razy była zakochana, ale pomyślała, że jak zrobi z tej relacji związek, to zakochanie ucieknie.

Dominika: - To jest uczciwe, nie trzeba się nawzajem okłamywać. Mam kogoś przez kawałek dnia, a nie przez cały czas, nie jestem za nikogo odpowiedzialna. Jak budzę się rano i jest mi źle, to nie mam człowieka, dla którego muszę wstać z łóżka. Muszę to zrobić dla siebie. Czy się boję odpowiedzialności? - Dominika wybucha śmiechem - Jakby gdzieś pogrzebać, to pewnie się boję, jestem niedojrzała emocjonalnie. Ale ja myślę, że raczej boję się rutyny. Że się obudzę rano, a tu ten sam chłop, przedszkole, praca. Chcę, żeby wszystko było takie nie do końca na zawsze. Jak mi pani z Playa zaproponowała supertelefon za 60 złotych miesięcznie, to pomyślałam, że teraz mogę płacić, ale może za kilka miesięcy nie będę mogła. Wolę taki na kartę.

Dzieci też są na zawsze, więc też się ich boi. Prawie wszyscy ludzie mają żal do rodziców, że zostali źle wychowani, że było im ciężko. Dominika nie chce, żeby ktoś miał taki żal do niej. A ludzie często rodzą dzieci bezmyślnie, tylko dlatego, że to już ten wiek, nie mają zielonego pojęcia o ich wychowaniu. No i dziecko strasznie dużo kosztuje. Musiałaby mieć umowę o pracę i kogoś, kto by ją utrzymywał przez kilka miesięcy, kiedy byłaby wyłączona z życia. W tym momencie jest to nierealne i Dominika nie wie, czy w ogóle będzie realne. Ale jak nie będzie miała dzieci, to nie będzie żałować. Może adoptuje.

A to dziecko, co być może urodzi się z jej jajeczka w Szwecji? To nie będzie jej dziecko, Dominika nie zamierza się nim interesować. Ta historia z jajeczkiem była spontaniczna, trochę z przekory i trochę też dla idei. Na dziesięć koleżanek dwie zmieniły zdanie i mówią, że może też kiedyś oddadzą, a to już jest spoko. Dominika ma potrzebę pomocy innym, ale bez szału.

A pieniądze? Kiedy Dominice ostatnio koleżanka powiedziała, że w internecie kobiety sprzedają jajeczka za wiele tysięcy złotych, to przez chwilę nawet pomyślała o pieniądzach. Ale przecież na początku nie było o tym mowy, więc teraz już nie ma co kombinować. Zgodziła się za darmo, to odda za darmo.

Najgorsze było to, że do ostatniej chwili nie wiedziała, jak takie oddanie jajeczek przebiega.

Żółtko

Dominika dostała wyniki badań krwi - jest zdrowa i może oddać komórki. Potem pani Kamila co tydzień przyjeżdżała na kontrolę, czy może zachodzić w ciążę. Dominika zawsze jeździła z nią do kliniki. Po trzech miesiącach Kamila była gotowa. Dominika podpisała mnóstwo papierów - oświadczenie, że się zrzeka praw do swoich komórek i że nie ma partnera, bo gdyby miała, potrzebna jest także jego zgoda. Dostała zastrzyki z hormonów. Musiała je robić sobie sama rano i wieczorem przez dwa tygodnie. Zastrzyki robi się w brzuch - najlepiej wbić igłę pod fałdkę tłuszczu. Jeden pobudza produkcję komórek, drugi działa na przysadkę mózgową, żeby ich jeszcze nie wypuszczała.

Czuła się paskudnie - opuchnięta i rozbita.

O 7 rano przyszła do kliniki z plecakiem z dopiętą karimatą i śpiworem. O 18 wsiadała w pociąg i jechała na wakacje pod namiot. Myślała, że to taki zabieg jak pobranie krwi. Tydzień wcześniej dostała informację, że ma przyjść z koszulą nocną, z klapkami i szczepieniem na żółtaczkę, ale wciąż była pewna, że to znieczulenie miejscowe.

Ani razu nie padło słowo "narkoza". A tu pani anestezjolog mówi, że podepnie wenflon, będzie paracetamol i środki uspokajające, a potem maska. No bo trzeba wbić igłę przez pochwę do jajnika i stamtąd te jajeczka wyciągnąć.

Dominika odstawiła plecak i pomyślała, że nigdy nie miała narkozy, więc zobaczy, jak to jest. Jeszcze szybko zadzwoniła do koleżanki, żeby ją odebrała z kliniki, bo ktoś musiał podpisać papiery.

Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła Kamilę, która przyszła zobaczyć, jak się czuje.

O 18 siedziała w pociągu.

Epilog

Dominika oddała 14 jajeczek, z czego z dwóch zrobiono w klinice zarodki. Pozostałe jajeczka Kamila poleciła zamrozić, przez pięć lat będzie płacić za ich przechowywanie. Oczywiście Dominika też może z nich korzystać, jeżeliby potrzebowała. Aha, no i Kamila zabukowała już bilety dla Dominiki do Sztokholmu na parę dni przed świętami. Wtedy Sztokholm jest najpiękniejszy, a ona mieszka parę minut samochodem od centrum. Piotrek też przyjedzie, więc Dominika nie będzie się nudzić. Bo Kamila nie za bardzo może chodzić. Ale od początku wiadomo było, że ciąża będzie leżana. Wszyscy trzymają kciuki, żeby ją donosiła.

Imiona bohaterów zostały zmienione. Autorka jest studentką Polskiej Szkoły Reportażu

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.