Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dr Maciej Wyrwa – historyk, bada represje sowieckie wobec Polaków, dzieje Polaków w Rosji i państwach b. ZSRS. Pracował m.in. w Urzędzie ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, Fundacji Ośrodka Karta, obecnie w Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia

Mirosław Maciorowski: Od kilku lat próbuje pan odtworzyć tzw. listę białoruską, czyli brakujący wykaz nazwisk ofiar zbrodni katyńskiej. Zanim zapytam, jak wyglądają te prace, wytłumaczmy, co w ogóle kryje się pod nazwą „lista białoruska”.

Dr Maciej Wyrwa: To nie jest, jak można by sądzić, jakaś jedna lista, jeden dokument, lecz co najmniej kilka. Chodzi o listy dyspozycyjne NKWD, które potocznie są nazywane listami śmierci, ponieważ znalazły się na nich nazwiska osób przeznaczonych przez władze sowieckie do rozstrzelania. W tym przypadku chodzi o Polaków, którzy po 17 września 1939 r. zostali uwięzieni na terenie tzw. zachodniej Białorusi, czyli części dawnych polskich ziem wschodnich zajętych przez Armię Czerwoną i włączonych do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Wiadomo, że zostali zamordowani, a ciała gdzieś ukryte, ale do dziś nie wiemy gdzie.

A skąd w ogóle wiemy o tych ludziach?

14 października 1992 r. specjalny wysłannik prezydenta Rosji Borysa Jelcyna, szef rosyjskiej służby archiwalnej prof. Rudolf Pichoja, przywiózł do Warszawy tzw. zamknięty pakiet nr 1, czyli dokumentację dotyczącą zbrodni katyńskiej. Dowiedzieliśmy się wtedy, że ofiarą NKWD padła znacznie większa grupa Polaków, niż dotąd sądziliśmy. W przekazanych dokumentach znalazła się notatka z 3 marca 1959 r., w której ówczesny szef KGB Aleksandr Szelepin zwrócił się do przywódcy ZSRS Nikity Chruszczowa z prośbą o pozwolenie na zniszczenie akt zamordowanych Polaków. Wynika z niej, że w 1940 r. rozstrzelano 14 552 polskich jeńców wojennych oraz 7305 więźniów przetrzymywanych na zachodniej Białorusi i zachodniej Ukrainie.

Dotąd uważaliśmy, że zbrodnia katyńska dotyczy jedynie jeńców, czyli Polaków osadzonych w trzech obozach – Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Z tej notatki dowiedzieliśmy się, że chodzi też o ponad 7 tys. więźniów. W sumie NKWD zamordowało więc nie ponad 14,5 tys., ale prawie 22 tys. Polaków.

Zbrodnia katyńska to zatem wiele miejsc kaźni i pochówku. Uporządkujmy: kto gdzie został zamordowany?

Co najmniej 4415 jeńców (głównie oficerów) z obozu w Kozielsku zostało przewiezionych do Smoleńska. Prawdopodobnie część tam zamordowano, a część na miejscu ukrycia ciał w lesie w Katyniu. 3820 jeńców ze Starobielska (również w większości oficerów) rozstrzelano w Charkowie i zakopano na skraju miasta, 1,5 km od wsi Piatichatki.

Natomiast 6295 – jak ustalili badacze moskiewskiego Memoriału – osadzonych w obozie w Ostaszkowie (w dużej części funkcjonariuszy policji, straży granicznej i więziennej, KOP i urzędników) zamordowano w Kalininie (dziś Twer) i pogrzebano w Miednoje. Z tych trzech obozów zginęło zatem co najmniej 14,5 tys. jeńców. Natomiast gdy tylko polska strona dowiedziała się o zamordowanych więźniach, zaczęła poszukiwania. Podjęli je Stefan Śnieżko, ówczesny zastępca prokuratora generalnego, i prokurator Aleksander Herzog. Pomógł przypadek, ówczesny minister spraw wewnętrznych Andrzej Milczanowski poszukiwał informacji o swoim ojcu, pozyskał dokument, który okazał się fragmentem listy dyspozycyjnej. Następnie w 1995 r. zastępca szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Andriej Chomicz przekazał listy, na podstawie których rozstrzelano Polaków na zachodniej Ukrainie. Wynika z nich, że zgładzono tam 3435 osób, które zostały pogrzebane m.in. w Bykowni. Umownie nazywamy te spisy ukraińską listą katyńską. Z prostego rachunku wynika, że jeśli w sumie było 7305 więźniów (tak w notatce pisał Szelepin), a tam zamordowano 3435, to 3870 musiało zginąć na zachodniej Białorusi. To jest właśnie tzw. białoruska lista katyńska. Nie znamy ich nazwisk, nie wiemy, gdzie zostały ukryte zwłoki.

A nazwiska ofiar z obozów w Ostaszkowie, Starobielsku i Kozielsku znamy?

Tak, prawie wszystkie. Zawdzięczamy to przede wszystkim rosyjskiemu stowarzyszeniu Memoriał i w szczególności pracującemu w nim Aleksandrowi Gurjanowowi. Dane wciąż są uszczegóławiane. Niedawno ukazała się praca poświęcona pochowanym w Miednoje, w której Gurjanow uaktualnił liczby. Są to jednak zmiany jednostkowe. W przypadku obozów możemy posługiwać się już liczbami z dokładnością do dziesięciu osób.

A co w przypadku Ukrainy? Chyba współpraca układa się dobrze?

Tak mogłoby się wydawać. Ale czy słyszał pan, żeby ktoś tam poszukiwał ofiar zbrodni katyńskiej?

Nie, ale specjalnie tego nie śledzę.

Ja śledzę, ale też nie słyszałem. Polski IPN prowadzi poszukiwania, ale dla jego ukraińskiego odpowiednika to raczej nie jest priorytetem.

W ilu miejscach więźniowie mogli być tam pochowani?

Wiemy o Bykowni, ale historycy wymieniają co najmniej dwie inne lokalizacje związane z więzieniami w Charkowie i Chersoniu.

Więźniowie z zachodniej Ukrainy i Białorusi zostali zamordowani na podstawie tego samego rozkazu co jeńcy z trzech obozów?

Tak, o ich losie Biuro Polityczne KC WKP(b) zdecydowało oficjalnie 5 marca 1940 r. – wiemy jednak, że Stalin podjął tę decyzję kilka dni wcześniej. Rozkaz oprócz Stalina podpisali: ludowy komisarz obrony Kliment Woroszyłow, komisarz spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow i komisarz handlu zagranicznego Anastas Mikojan, a później dopisano też nazwiska komisarza transportu Łazara Kaganowicza i przewodniczącego Rady Najwyższej Michaiła Kalinina z adnotacją o głosowaniu „za”.

Kilkanaście dni później, 22 marca 1940 r., komisarz ludowy spraw wewnętrznych Ławrientij Beria wydał rozkaz nr 00350 „O rozładowaniu więzień zachodniej Ukrainy i zachodniej Białorusi”, w którym pod słowem „rozładowanie” kryło się oczywiście mordowanie.

Sprawa jeńców i więźniów miała być rozpatrzona w trybie specjalnym „bez wzywania aresztowanych, bez przedstawienia zarzutów, decyzji o zakończeniu śledztwa i aktu oskarżenia”. Mieli zostać rozstrzelani, ponieważ byli „zatwardziałymi i nierokującymi poprawy wrogami władzy sowieckiej”.

Przy czym w tym rozkazie jest mowa o 14,7 tys. jeńców z obozów i aż o 11 tys. więźniów. Nie wiemy, dlaczego ta liczba ostatecznie była mniejsza.

Jak wyglądało to rozpatrywanie sprawy „bez wzywania aresztowanych i bez przedstawienia zarzutów”?

Ten pseudoproces nie miał nic wspólnego z praworządnością. Cała procedura wymagała wyłącznie wysiłku mięśni dłoni przy podpisywaniu list śmierci. Robiło to Kolegium Specjalne, tzw. centralna trójka: Wsiewołod Mierkułow i Bachczo Kobułow, czyli dwaj zastępcy Berii, oraz naczelnik 1. Wydziału Specjalnego NKWD Leonid Basztakow – zawodowi mordercy zza biurka, którzy od czasów Wielkiego Terroru w latach 30. decydowali o życiu i śmierci tysięcy ludzi.

Polaków skazali na śmierć hurtem jedynie na podstawie krótkich notatek, tzw. sprawek, sporządzanych w obozach i więzieniach. Na ich podstawie spisywano listy, które po podpisaniu przez „centralną trójkę” stanowiły podstawę do wykonywania egzekucji.

Wcześniej zadbano o logistykę – 21 marca Beria zwrócił się do ludowego komisarza transportu Kaganowicza o przygotowanie stosownej liczby wagonów.

Mordercy zza biurka, czyli tzw. centralna trójka NKWD: Wsiewołod Mierkułow, Bachczo Kobułow i Leonid BasztakowMordercy zza biurka, czyli tzw. centralna trójka NKWD: Wsiewołod Mierkułow, Bachczo Kobułow i Leonid Basztakow Fot. domena publiczna

Z dokumentów wynika, że w przypadku zachodniej Białorusi było ich ponad 150.

Tak. Zapadła decyzja, że wszystkich więźniów z tego terenu, przetrzymywanych w różnych miejscach, należy przywieźć do więzienia w Mińsku. Przetransportowano tam więc 1500 osób z Brześcia, 550 z Wilna, 500 z Pińska i 450 z Baranowicz. To daje 3 tys. osób, a wiemy, że było 3870. Domyślamy się, że pozostali musieli już być na miejscu.

W Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie Sowieci przetrzymywali oficerów, policjantów i urzędników, a kogo w więzieniach?

Beria określił to w rozkazie: chodziło o „członków kontrrewolucyjnych organizacji”, czyli konspiracji, która szybko pojawiła się po 17 września. Dalej: fabrykantów i „obszarników”, jak sowiecka propaganda nazywała właścicieli ziemskich i bogatszych rolników. Ale oczywiście również oficerów, policjantów i urzędników, którzy w czasie działań wojennych uniknęli niewoli i nie znaleźli się w którymś z trzech obozów.

Wiadomo, gdzie mordowano więźniów z „listy białoruskiej”?

Prawdopodobnie w więzieniu wewnętrznym NKWD przy ul. Zachariewskiej 15, zwanym potocznie „amerykanką”, oraz w więzieniu przy ul. Wołodarskiego, gdzie do dziś mieści się zakład karny. Ale oczywiście tego do końca nie wiemy. W przypadku „listy białoruskiej” skazani jesteśmy wyłącznie na domniemania.

W Mińsku enkawudziści zabijali w taki sam sposób jak w obozach – strzałem w tył głowy?

Nie sądzę, by stosowano inną technologię, bo ta była sprawdzona i dopracowana od czasu Wielkiego Terroru. Pomieszczenie, w którym wykonywano egzekucje, miało zwykle dwoje drzwi i obite było jakimś wojłokiem, żeby wytłumić hałas. Na podłodze leżały trociny ułatwiające sprzątanie. Oprawcy wprowadzali człowieka jednym wejściem i po postrzale prawdopodobnie zawijali czymś jego krwawiącą głowę. Następnie ciało wynosili drugimi drzwiami, a pierwszymi wprowadzali następną ofiarę.

Mówił pan, że skazani jesteśmy na domniemania, ale wiele wskazuje na to, iż Polacy z „listy białoruskiej” mogą leżeć w uroczysku Kuropaty na obrzeżach Mińska.

Tak przypuszczamy. Podstawą są ekshumacje, które wykonano tam w ramach białoruskiego śledztwa jeszcze na przełomie lat 80. i 90. Wtedy na fali pierestrojki i głasnosti Michaiła Gorbaczowa zaczęto w Związku Radzieckim otwarcie mówić o zbrodniach stalinizmu. W 1988 r. ukazał się artykuł białoruskich historyków Zianona Pazniaka i Jauhiena Szmyhaloua zatytułowany „Kuropaty – droga śmierci”. Ustalili, że w latach 1937-41 w Kuropatach pogrzebano tysiące ofiar terroru. Tekst przedrukowały gazety ogólnokrajowe, o sprawie zrobiło się głośno. Na wniosek prokuratury odkopano osiem miejsc ukrycia ciał spośród zidentyfikowanych 510. W czterech znaleziono przedmioty należące prawdopodobnie do polskich obywateli. Świadczyły o tym marki firm, które je wyprodukowały. Był też grzebień ze wzruszającym napisem: Ciężkie chwile więźnia. Mińsk 25 04.1940. Myśl o was doprowadza mnie do szaleństwa. 26 IV Rozpłakałem się – ciężki dzień.

To potwierdza, że w Kuropatach grzebano Polaków nie tylko mordowanych przed wojną, w latach 1937-38 w czasie tzw. operacji polskiej, ale także później, już po sowieckim ataku na Polskę. Polak, który wygrawerował ten napis, żył jeszcze 25 kwietnia 1940 r., a w kwietniu trwały egzekucje katyńskie.

Białoruscy historycy sądzą, że miejsc pochówku jest więcej, prof. Igor Kuzniecow wskazuje kilkanaście lokalizacji w samym tylko Mińsku. Tam też mogą być pogrzebani Polacy.

Mimo polskich starań ani z Białorusi, ani z Rosji nie udało się uzyskać list rozstrzelanych w Mińsku. Polscy historycy są zdania, że one wcale nie zaginęły, że na pewno przetrwały do naszych czasów.

Też tak uważam. Procedura zastosowana w Mińsku musiała być analogiczna do tej, jaką posłużono się na zachodniej Ukrainie. A na listach przekazanych nam przez stronę ukraińską widnieje adnotacja, że jedna kopia przechowywana będzie w archiwum republiki w Kijowie, a druga zostanie wysłana do Moskwy. Jesteśmy pewni, że według tego schematu postępowało też NKWD na zachodniej Białorusi. Jeśli nawet listy, które zostały w archiwum w Mińsku, spłonęły w budynku NKWD po zajęciu miasta przez Niemców w 1941 r., to drugie muszą być w Moskwie.

Jeśli tam są, to gdzie?

W archiwum Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB), ale być może też w archiwum prezydenckim, czyli „za siedmioma pieczęciami”. Nie wiadomo też, czy np. nie zrobiono odpisów tych list.

We wspomnianej notatce z 1959 r. Szelepin zwraca się do Chruszczowa, by zniszczyć dokumentację – ale nie istnieje dokument, który potwierdzałby, że została zniszczona. I to jest zdumiewające, bo jeśli ktoś pracował w posowieckich archiwach, a ja pracowałem, to wie, że są w nich nawet stare protokoły zniszczenia rachunków za środki czystości. Trudno uwierzyć, że nie zachowały się protokoły unicestwienia akt 22 tys. wymordowanych ludzi. Na własną rękę żaden pracownik KGB nie śmiałby ich zniszczyć. Dodatkowo w swojej notatce Szelepin zalecał zachowanie protokołów „trójki NKWD” – a w nich były nazwiska, imiona, numery spraw wszystkich rozstrzelanych. Jeżeli byśmy je otrzymali, to poznalibyśmy wszystkie ofiary zbrodni katyńskiej, w tym tych z więzień białoruskiej SRR.

Dlaczego nie chcą przekazać nam tych dokumentów?

Brakuje woli politycznej.

Ale przecież na początku lat 90. była?

– Rzeczywiście, a przynajmniej była deklarowana. Ale nic z tego nie wynikło. Klimat szybko się zmienił. Białoruska prokuratura umorzyła prowadzoną sprawę karną już w 1995 r., a rosyjska Naczelna Prokuratura Wojskowa umorzyła śledztwo w sprawie zbrodni katyńskiej w 2004 r.

Trudno racjonalnie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego podjęto taką decyzję. Wydawałoby się, że sprawa jest oczywista, od tej zbrodni mija właśnie 80 lat i jeśli istnieją dokumenty, które mogłyby pomóc w wyjaśnieniu losu ofiar, należałoby je przekazać. Ale tak się nie dzieje.

Po ostatnich wypowiedziach prezydenta Władimira Putina dotyczących historii na współpracę z Rosją nie ma co liczyć. A jak do tej sprawy podchodzi dziś Białoruś?

Prezydent Aleksander Łukaszenka w 2010 r. zapowiedział, że zaleci szukanie w białoruskich archiwach KGB dokumentów zamordowanych Polaków. Ale już rok później oficjalnie zaprzeczył, by na terytorium Białorusi dokonywano egzekucji Polaków. Natomiast w maju 2012 r. białoruskie ministerstwo sprawiedliwości ogłosiło, że nie ma czegoś takiego jak „białoruska lista katyńska”.

I ta wersja obowiązuje do dziś na każdym szczeblu administracji. Spotykałem się z różnymi urzędnikami, którzy mogliby pomóc w poszukiwaniach, ale rozmowa z nimi na ten temat nie ma sensu. Skoro prezydent powiedział „nie”, to znaczy „nie”.

Krzyże na zbiorowych mogiłach w uroczysku Kuropaty, gdzie mogą być pogrzebane ofiary NKWD z tzw. listy białoruskiejKrzyże na zbiorowych mogiłach w uroczysku Kuropaty, gdzie mogą być pogrzebane ofiary NKWD z tzw. listy białoruskiej Fot. zbiory Macieja Wyrwy

Mimo że wiadomo, że w Kuropatach wykopano polskie przedmioty, w tym grzebień z polskim napisem?

Tak. Mało tego, próbowałem kiedyś dowiedzieć się, gdzie te rzeczy są przechowywane. Bo my wiemy o nich tylko dlatego, że na przełomie lat 80. i 90., gdy jeszcze klimat był dobry, białoruska prokuratura dopuściła prokuratora Śnieżkę do dokumentacji prac ekshumacyjnych w Kuropatach. I on się wtedy dowiedział o wykopaniu tych przedmiotów. Ale nie mamy zielonego pojęcia, co się z nimi stało. Czy zalegają gdzieś w magazynie, czy zostały zniszczone? Polsce na pewno nie zostały przekazane.

Czy postępowanie Łukaszenki może być spowodowane lękiem przed reakcją Rosji? A może uznał, że na dłuższą metę ta sprawa może być wykorzystana w relacjach z Polską?

Problem może być głębszy. Wydaje mi się, że Białorusini mają kłopot z przyznaniem się do udziału w Wielkim Terrorze i innych zbrodniach stalinowskich. Mogą myśleć tak: jeśli przyznamy, że na naszym terenie byli rozstrzeliwani obywatele polscy, to natychmiast odezwą się rodziny zamordowanych Białorusinów. Mogą też się bać ewentualnych roszczeń, z którymi mogliby wystąpić do władz Białorusi zarówno krewni ofiar, jak i państwo polskie.

A kwestia relacji z Rosją też zapewne odgrywa ważną rolę. Myślę, że co jakiś czas w przemówieniach Łukaszenki będzie się pojawiać kwestia „listy białoruskiej” na zasadzie szachowania Rosjan.

Polscy historycy, prawnicy i potomkowie ofiar od lat usiłują na własną rękę odtworzyć „listę białoruską”. Pan też pracuje nad tym od dawna. Co udało się ustalić?

Tę pracę we wczesnych latach 90. rozpoczęli prokuratorzy, wspomniany Stefan Śnieżko oraz Aleksander Herzog. Pisali do wszystkich możliwych instytucji białoruskich i rosyjskich z prośbą o pomoc. W ustalaniu nazwisk pomagali też ludzie z sekcji poszukiwawczej stowarzyszenia Rodzina Katyńska w Warszawie. Ogromne zasługi ma także zmarły już pisarz i badacz Jędrzej Tucholski, niegdyś wicedyrektor Centralnego Archiwum MSWiA. Dzięki mim udało się ustalić 670 nazwisk prawdopodobnych ofiar z „listy białoruskiej”.

Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia, w którym pracuję, kontynuuje te prace. Czuję się trochę jak członek sztafety pokoleń. Udało mi się ustalić, że część spośród tych 670 osób nie była jednak ofiarami zbrodni katyńskiej. Cały czas uzupełniam listę. Zbieram ankiety od ludzi, którzy poszukują swoich bliskich zaginionych po 17 września 1939 r.

W 2015 r. Centrum wydało książkę z biogramami tych ludzi, ale to nie jest koniec pracy. Wciąż szukamy i będziemy to robić, dopóki nie poznamy pełnej listy, wszystkich imion i nazwisk.

W pana zestawieniu znalazło się 908 osób.

Tak, podzieliliśmy je na trzy grupy w zależności od tego, jaką mamy pewność, że to jest rzeczywiście ofiara katyńska. W grupie najbardziej prawdopodobnej znalazły się 231 nazwiska, ale to było w 2015 r. W tej chwili jest ich już około 300. Te prawie 70 nowych osób udało się ustalić dzięki odzewowi rodzin po wydaniu książki.

O stuprocentowej pewności oczywiście nie może być mowy, ale jestem przekonany, że jeśli kiedyś uda się uzyskać z Rosji lub Białorusi autentyczną „listę białoruską”, to znajdziemy na niej większość naszych nazwisk.

„Lista białoruska” to biała plama w badaniu zbrodni katyńskiej. A czy są jeszcze inne?

Wielu rzeczy wciąż nie wiemy. Marzymy o uzyskaniu teczek personalnych, które założono na pewno każdemu spośród prawie 22 tys. więźniów i jeńców. Wciąż nie znamy wszystkich miejsc pochówku, nie tylko na Białorusi, ale też na Ukrainie. Co jakiś czas pojawiają się nowe informacje, np. o tym, że nie wszystkich więźniów przewieziono do Mińska, bo niektórzy mogli przebywać akurat w szpitalu. Jednak po jego opuszczeniu nadal podlegali rozkazowi „o rozładowaniu więzień”, tymczasem transporty już odjechały. Prawdopodobnie w takich przypadkach wykonano ich egzekucję na miejscu, a ciała gdzieś zakopywano, nie wiemy gdzie.

Wciąż nie wszystko wiemy też o technologii zbrodni dokonywanej w samym Lesie Katyńskim. Przypuszczamy, że oficerów mordowano w więzieniu NKWD w Smoleńsku, prawdopodobnie też na daczy na terenie lasu, ale czy także nad dołami śmierci? Nie ma na ten temat potwierdzonych informacji. Jest jeszcze niewyjaśniona sprawa dołu numer 8.

O co chodzi?

Kiedy w 1943 r. Niemcy odkryli mogiły katyńskie, jeden z dołów znajdował się poza terenem obecnego cmentarza. Na pewno były w nim szczątki wielu polskich oficerów – widać to na filmie nakręconym, gdy na zaproszenie Niemców do Katynia przyjechała delegacja francuska. Specjalnie dla nich odkryto ten grób i wyniesiono z niego trzy ciała, i nawet wiemy dokładnie czyje: chor. Michała Karlińskiego, pchor. Władysława Czarnuszewicza i pchor. Stefana Czarneckiego. Zostały wtedy przeniesione do innego grobu znajdującego się dziś na terenie cmentarza, a tamtego dołu nie rozgrzebywano dalej, tylko zasypano.

Natomiast w latach 90., gdy polscy specjaliści prowadzili w Katyniu prace ekshumacyjne, okazało się, że ten dół jest pusty. Znaleźli w nim pojedyncze szczątki kostne i kilka przedmiotów. Zwłoki zostały zabrane i nie wiadomo, co się z nimi stało. Parę lat temu pojawiła się informacja, że w Lesie Katyńskim prowadzono nielegalne wykopaliska – ktoś szukał zapewne przedmiotów, które dałoby się sprzedać. I ci nielegalni poszukiwacze natrafili na zwłoki w polskich mundurach w miejscu obok budki z urządzeniami elektrycznymi.

Sądzi pan, że w obecnej sytuacji politycznej są szanse na wyjaśnienie tych tajemnic?

Myślę, że zna pan odpowiedź: na razie nie ma żadnych, ale trzeba próbować…

***

Podpisy do otwierającego artykuł zdjęcia:

Od góry, od lewej: Rudolf Kulikowski ur. w 1900 r., Korpus Ochrony Pogranicza; Stanisław Chmielewski ur. w 1900 r., Korpus Ochrony Pogranicza; Bolesław Wiktorowicz, ur. w 1897 r., plutonowy WP, księgowy z Grajewa; Paweł Czech, ur. w 1900 r., policjant z Zalesia w obwodzie Grodno; Teodor Ogrodowski ur. w 1901 r., Korpus Ochrony Pogranicza; Antoni Rachowiecki ur. w 1912 r., policjant z Warszawy; Jan Krochmalczyk ur. w 1900 r., policjant w Lidzie; Czesław Kiełbiewski ur. w 1894 r., oficer rezerwy WP; Ildefons Karwowski ur. w 1894 r., oficer WP, lekarz dentysta; Konstanty Jasiunas ur. w 1905 r., Korpus Ochrony Pogranicza; Jan Janczewski ur. w 1909 r., podporucznik WP, sędzia; Jan Poźniak ur. w 1895 r., działacz ruchu białoruskiego

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.