Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

75 lat temu Pomorze Zachodnie stało się częścią Polski. Szczecińskie święto obchodzone 5 lipca nie ma odpowiednika w Polsce. To rocznica pokojowego przekazania w 1945 r. miasta Polakom przez władze niemieckie. Historia Szczecina i Pomorza Zachodniego sprzed 75 lat pełna jest nieoczywistych wydarzeń, które nie wpisują się w typową lekcję o tym, co działo się po wojnie w Polsce.

Prezydent Szczecina spada z nieba

26 kwietnia radzieckie wojska bez walk zajęły lewobrzeże przedzielonego Odrą i jej odnogą – Regalicą – Szczecina. Krwawe walki toczyły się jedynie o przedmieścia na prawobrzeżu, i to miesiąc wcześniej. Kiedy Armia Czerwona sforsowała obie rzeki na południe od miasta i ruszyła na północ, ostatni hitlerowscy włodarze Szczecina w popłochu uciekli w kierunku Rugii. Radziecki komunikat o zdobyciu miasta wywołał błyskawiczną reakcję Leonarda Borkowicza, pełnomocnika rządu na okręg Pomorze Zachodnie: Obsadzić niezwłocznie Szczecin. Wybrać prezydenta miasta. Stworzyć Zarząd Miejski. Przygotować kwatery dla Urzędu Pełnomocnika [rządu, czyli Borkowicza]. Dokonać przeniesienia Urzędu z Piły do Szczecina – nadał telegram z Warszawy do kapitana Wiktora Jaśkiewicza, zastępcy urzędującego w Poznaniu.

Do Jaśkiewicza wszedł właśnie Piotr Zaremba, 35-latek, inżynier po Politechnice Lwowskiej. Jeszcze w czasie okupacji, gdy pracował w Poznaniu jako ogrodnik, interesował się ideą powrotu Szczecina i Pomorza do Polski. Kiedy było pewne, że tak się stanie, zgłosił się do ekipy mającej zagospodarować te ziemie. Miał zostać kierownikiem Biura Planowania Regionalnego. Jaśkiewicz posadziwszy mnie w fotelu i dając do zrozumienia, iż spadłem mu prosto z nieba, zapytał mnie, czy pojechałbym z nim natychmiast do Szczecina i czy zgodziłbym się objąć funkcję prezydenta tego miasta – wspominał Zaremba.

Było to zaskakujące, bo Zaremba nie miał nic wspólnego z tworzącą się komunistyczną władzą. Wręcz przeciwnie: był synem przedwojennego podpułkownika, a do 1939 r. urzędnikiem poznańskiego magistratu. Za jego nominacją stał zaś Borkowicz – zasłużony działacz Komunistycznej Partii Polski, w czasie wojny oficer 1. Dywizji im. Tadeusza Kościuszki, od października 1944 r. zastępca komendanta głównego Milicji Obywatelskiej, a od kwietnia 1945 r. pełnomocnik rządu na Pomorzu Zachodnim (od czerwca 1946 r. wojewoda szczeciński). Borkowicz cenił Zarembę jako zdolnego urzędnika, bezpartyjnego fachowca, który sprawnie przeprowadzi na Pomorzu Zachodnim akcję osiedleńczą i polonizacyjną. Taką pragmatyczną polityką personalną narobił sobie zresztą wrogów wśród towarzyszy i w 1949 r. został zmuszony do dymisji.

Szczecin. Polska tu czy Niemcy

Zaremba wyruszył do Szczecina 28 kwietnia razem z Jaśkiewiczem i Tadeuszem Brzesińskim, dyrektorem poznańskiego oddziału Państwowego Urzędu Repatriacyjnego. Jechali rozpadającym się fiatem 508, z mapą w ręku, którą wyrwali z encyklopedii znalezionej w bibliotece w Pile, przez którą przejeżdżali.

Idziemy chodnikiem al. Wojska Polskiego, echo odbija nasze kroki od ścian niezniszczonych kamienic. Byłem przyzwyczajony do ruin, do zniszczeń i pożarów. Natomiast to, co wówczas było przerażające w Szczecinie, to cicha pustka opuszczonego miasta. Ani żywego ducha – wspominał tę jednodniową eskapadę Zaremba.

Miasto było zniszczone w 60 proc. i puste, bo hitlerowcy, chcąc zmienić je w twierdzę, jeszcze w marcu ewakuowali mieszkańców – z ponad 250 tys. szczecinian zostało tylko 6 tys.

Gdy Zaremba wrócił do Szczecina 30 kwietnia, towarzyszyły mu 23 osoby, w tym 14 milicjantów. Na maszt reprezentacyjnego gmachu przy obecnych Wałach Chrobrego wciągnęli polską flagę.

Status Szczecina był jednak niepewny, a rozgrywka, jaką polskie władze stoczyły o miasto, do dziś nie jest jasna. Zaczęła się 3 maja, gdy wojskowe władze radzieckie powierzyły niemieckiemu komuniście Erichowi Wiesnerowi stanowisko burmistrza. Miał się zatroszczyć głównie o napływających tysiącami do miasta Niemców – przede wszystkim tych, którzy uciekali na zachód, ale też przybywających z Prus Wschodnich.

Prezydent Piotr Zaremba 13 maja 1945 r. na wiecu w Poznaniu zachęca  do osiedlania się w SzczeciniePrezydent Piotr Zaremba 13 maja 1945 r. na wiecu w Poznaniu zachęca do osiedlania się w Szczecinie Fot.: Archiwum Państwowe w Szczecinie

19 maja Sowieci nakazali Zarembie opuścić miasto, jednak już 9 czerwca na polecenie swoich zwierzchników wrócił. Nie na długo. 19 czerwca znów wyjechał i dopiero 5 lipca przejął Szczecin z rąk niemieckiego burmistrza oficjalnie – w gmachu obecnego magistratu, z pieczęciami i podpisami, w obecności radzieckiego komendanta wojennego.

Ta huśtawka dezorientowała osadników i spowodowała ucieczkę wielu fachowców, którzy przyjechali „uruchomić” miasto. W czasach PRL tłumaczono, że spowodowały ją protesty aliantów, którym nie podobało się, że Polska bez ich zgody zajmuje tereny na zachód od Odry – swojej nowej umownej granicy. Decyzja o losie lewobrzeżnego Szczecina miała zapaść ponoć dopiero na konferencji poczdamskiej (17 lipca – 2 sierpnia 1945 r.). Dlaczego więc już na początku lipca Sowieci oddali miasto pod polską administrację? Nie udało się tego jednoznacznie wyjaśnić.

Można się przychylić do hipotezy, że obecność polskich władz w mieście przeszkadzała Sowietom w grabieży, wywożeniu ocalałych fabryk (m.in. kompletnej fabryki samochodów Stoewer) i wszystkiego, co miało wartość.

A Niemcy wskazani przez nich do rządzenia mieli nadzieję, że lewobrzeżny Szczecin zostanie po ich stronie granicy. Ściągający do miasta tysiącami Niemcy liczyli na to, że pomogą w tym polityka faktów dokonanych i współpraca z okupantem, któremu dostarczali robotników demontujących szczeciński majątek.

– Jest pan polskim prezydentem jeszcze niemieckiego miasta w radzieckiej okupacji – mówił Zarembie Borkowicz, który podobny problem miał także poza Szczecinem. W czerwcu 1945 r. na Pomorzu Zachodnim było wciąż ponad 840 tys. Niemców.

Jeszcze długo nie było pewne, jaki będzie los Szczecina. Dopiero w styczniu 1946 r. Borkowicz przeniósł swoją siedzibę z Koszalina do Szczecina.

Obwieszczenie dla Niemców  wydrukowane bez polskiej czcionki,  której w drukarni nie byłoObwieszczenie dla Niemców wydrukowane bez polskiej czcionki, której w drukarni nie było Fot. Archiwum Państwowe w Szczecinie

Codzienność Szczecina: głód i tyfus

5 lipca był przełomem, ale też początkiem humanitarnej katastrofy. Józef Kijowski, jeden z tysiąca Polaków w Szczecinie, pisał w pamiętniku: Jakiekolwiek zapasy żywności w mieście skończyły się dawno. W mury miasta zaczął wkradać się głód. A nieodłącznym towarzyszem głodu jest tyfus. Na wejściowych bramach domów coraz częściej wychudzona ręka kreśli słowo „tyfus”. W mieszkaniach spotykano trupy w fotelach, łóżkach itd. nie tylko pomordowanych i samobójców, lecz zmarłych z głodu i tyfusu.

W teoretycznie polskim Szczecinie mieszkało wówczas ledwie 1578 Polaków i aż ponad 83 tys. Niemców, których liczba w dodatku rosła z dnia na dzień.

Tymczasem nic w mieście nie działało. Nie było prądu, wody ani żywności.

Sowieci troszczyli się tylko o siebie, a polskie władze były zbyt słabe.

Dokładnych danych na temat ofiar nie ma, wiceprezydent miasta Alfons Kaczmarek szacował w lipcu, że dziennie umierało z głodu i chorób 60-70 Niemców. Polacy mieli niewiele lepiej.

O tym, jak dramatyczna była sytuacja, świadczy artykuł w „Życiu Warszawy” z 7 sierpnia. Zaremba w rozmowie z reporterem dziennika wyliczał: W magazynach miejskich znajduje się w tej chwili – masła 13 kg, chleba 86 kg, żyta 850 kg, słoniny 20 kg, mięsa wołowego 60 kg. To jest głód. Niech pan napisze, że Szczecinowi grozi głód. Moi urzędnicy od dwóch dni nie dostają obiadów.

Reportaż pomógł – dwa tygodnie po jego ukazaniu się do Szczecina zaczęły napływać transporty żywności. Skorzystali z nich także Niemcy, którzy od jesieni – kiedy było już jasne, że miasto będzie polskie – zaczęli wyjeżdżać na zachód.

Ręce do góry! To jest napad!

Po 5 lipca pewne było tylko to, że polska administracja może sięgać jedynie do zachodnich dzielnic miasta, których przynależność państwowa wciąż była niewiadomą. Natomiast północne znajdowały się pod jurysdykcją wojsk radzieckich. Ta część Szczecina sąsiadowała bowiem z Policami, gdzie w czasie wojny działała wielka fabryka benzyny syntetycznej. Alianci ją zbombardowali, ale Sowieci przez dwa powojenne lata z pomocą niemieckich jeńców demontowali wszystko, co w niej ocalało.

Podobnie było z portem i biegnącą obok główną drogą łączącą lewobrzeże z prawobrzeżem. Przez port przechodziły łupy wojenne nie tylko ze Szczecina, ale także transportowane barkami ze wschodnich Niemiec. Dopiero we wrześniu 1947 r. Sowieci przekazali port władzom polskim, choć dwa duże baseny były w ich rękach aż do 1955 r.

Iluzoryczność zachodniej granicy, która aż do jej określenia jesienią 1945 r. nie była strzeżona, miała swoje plusy. Na wielką skalę rozrósł się handel, z którego korzystały także władze. Wystarczyło zebrać w głębi Polski bezwartościowe niemieckie marki, przejechać przez granicę i w Berlinie kupić np. używane auta. W ten sposób władze Szczecina wyposażyły w służbowego citroena prezydenta.

Jesienią wybuchł kryzys finansowy. 1,7 tys. pracowników miejskich – od urzędników po tramwajarzy – zagroziło strajkiem, a nawet porzuceniem Szczecina, jeśli nie otrzymają pensji. Do tej pory pracowali jedynie za jedzenie w stołówkach i niewielką część należnych im wypłat. Magistrat alarmował Warszawę, a że odpowiedzi nie było, pojawił się pomysł, by w nietypowy sposób pożyczyć 5 mln zł ze szczecińskiego oddziału NBP. 15 października wiceprezydent Józef Maciejewski wszedł do banku w towarzystwie dwóch uzbrojonych ludzi.

– Nie mam prawa naruszać funduszu bankowego bez wyraźnej zgody moich władz – oznajmił mu dyrektor Mieczysław Mroziński, tak by usłyszeli to obecni na sali pracownicy banku.

Maciejewski odczytał wówczas protokół komisji składającej się z przedstawicieli PPR, Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego, która uznała, że zabranie pieniędzy na wypłaty podyktowane jest względami wyższej konieczności państwowej.

– Będę zmuszony użyć siły – pogroził Maciejewski.
– Wobec przemocy nie pozostaje mi nic innego, jak tylko poddać się – odpowiedział dyrektor i podnosząc ręce do góry, nakazał wypłacenie gotówki.

Strajk zażegnano, a Borkowicz napisał do Maciejewskiego: Doraźne załatwienie sprawy aprobuję! Potem „napad” zalegalizowano jako oficjalną pożyczkę, i to w przyjaznej atmosferze, bo po latach wyszło na jaw, że to sam dyrektor Mroziński, nie mogąc się doczekać zgody centrali na udzielenie pożyczki, zaproponował władzom Szczecina „napad” na siebie.

Bandyci w mundurach

Na wschód od Szczecina trwała walka o przetrwanie polskich osadników zasiedlających wsie i miasteczka Pomorza Zachodniego – regionu sięgającego wówczas Słupska na wschodzie i Wielkopolski na południu. Większość przybyła z tzw. centralnej Polski, około jednej trzeciej z Kresów Wschodnich. Napotykali już zręby polskiej administracji, którą tworzyli w pierwszym rzucie mianowani przez Sowietów robotnicy przymusowi ocaleni z obozów.

Cywilni administratorzy byli potrzebni po to, aby wojsko zaopatrywać – wspominał Borkowicz, który w jednym z miasteczek niedaleko Połczyna-Zdroju natknął się nawet na lokalną władzę skompletowaną przez Sowietów z francuskich jeńców z pobliskiego stalagu.

Sowieckie grabieże, gwałty i morderstwa na Pomorzu Zachodnim są udokumentowane w setkach świadectw. Już w maju 1945 r. Dyrekcja Kolei w Szczecinie z tymczasową siedzibą w Szczecinku alarmowała Borkowicza, że żołnierze Armii Czerwonej zamierzają rozebrać 500 z 635 km torów kolei wąskotorowej. Gdy się weźmie pod uwagę dokonaną już rozbiórkę około 1000 km torów normalnotorowych, to pozbawienie terenu jeszcze kolei wąskotorowych spowoduje nieobliczalne, jeżeli nie katastrofalne wprost, trudności transportowe artykułów pierwszej potrzeby dla wyżywienia ludności w miastach i dla odbudowy kraju – pisali kolejarze. Rozbiórkę w części udało się powstrzymać. Tysiąc kilometrów szlaków kolejowych zginęło jednak bezpowrotnie – w tym jeden z dwóch torów linii ze Szczecina w kierunku Gdańska, do dziś nieodbudowany.

Najbardziej przerażające są jednak dokumenty mówiące o morderstwach i napadach na Polaków. Kilkunastoosobowe bandy czerwonoarmistów – niczym na Dzikim Zachodzie – napadały na pociągi z osadnikami. Terroryzują podróżnych, grabią ich mienie, a kobiety wyciągają z wagonów i gwałcą je. Podobne fakty mają miejsce na porządku dziennym – donosił 29 sierpnia 1945 r. Borkowiczowi wicedyrektor szczecińskiej kolei inżynier Dziekoński.

Plagą były napady na wsie zamieszkane już przez Polaków. Ludwig Karbasz ze wsi Nielice zeznał milicjantom: W dniu 7 września 1945 w nocy przyszło do mnie dwóch Rosjan, poczęli dobijać się do mojego domu, gdy nie chciałem im otworzyć, wyważyli drzwi i weszli do mieszkania. Jeden z nich (…) poszedł do mojej żony Marii, która jest w ciąży osiem miesięcy, i zgwałcili ją. Ja natomiast nie byłem w stanie udzielić swej żonie pomocy, bo sam byłem trzymany pod karabinem przez jednego Rosjanina. Z mieszkania zabrali mi w dobrym stanie męskie buty, ubranie, sukienkę, damskie buty, szal wełniany, dwie gęsi, osiem kur, cztery stare króliki.

Gdy w Siemyślu polski patrol milicji próbował zapobiec napadowi, jego dowódca Alfred Turski uszedł z życiem tylko dlatego, że radzieckiemu żołnierzowi skończyła się amunicja. Ale jego kolegę zastrzelił drugi z czerwonoarmistów. Zaszedł Horlę z boku i puścił mu serię z automatu. Zabił go z całą świadomością. Chciał pewno kiedyś zabić Polaka i zabił – relacjonował przełożonym Turski. I dodał: Tu nie trzeba komentarzy. Jeśli oficer gwałci Niemkę [pracującą u polskich gospodarzy], jeśli strzela do kobiety i postrzelonej ściąga buty z nóg, to co ma powiedzieć żołnierz prosty. Dziękuję opatrzności nie za to, że żyję, tylko za to, że nie urodziłem się Sowietem.

Z raportów słanych do wojewody przez starostów i burmistrzów wyłaniał się obraz osadników, którzy tracili nadzieję na normalne życie. Pozbawieni zboża i kartofli oraz inwentarza zdani jesteśmy na śmierć głodową wraz z rodzinami – pisali osadnicy z Buczek koło Białogardu, których napadli Sowieci.

Nie brakowało rodzin, które decydowały się wrócić do centralnej Polski, o ile tylko mieli do czego.

Skalę problemu można wyłowić ze szczątkowych raportów. Starostwo w Wałczu tylko między 6 a 29 października 1946 r. odnotowało 26 napadów na gospodarstwa i kradzieży: od pościeli, poprzez kury, ziemniaki, po zwykłą, bezsensowną dewastację.

Stopniowe wycofywanie się wojsk radzieckich, także do tworzonych w województwie garnizonów, nie oznaczało spokoju. Sfałszowane wybory w 1947 r., aresztowania przeciwników kolektywizacji rolnictwa, usuwanie „reakcyjnych” radnych, starostów było wstępem do zmian, które przeorały pierwszą powojenną administrację.

Politycznie klasowo obcy starał się być apolityczny, typowy przedwojenny prezydent – napisano o Piotrze Zarembie, gdy wykorzystując w czerwcu 1950 r. reorganizację administracji, zlikwidowano stanowisko prezydenta.

Leonarda Borkowicza od lutego 1949 r. nie było już w Szczecinie. Pierwszą osobistością w województwie stał się I sekretarz KW PZPR Jerzy Pryma i jego następcy.

Zapisz się na przegląd wydarzeń. Codziennie rano i wieczorem 

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

.. .



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.