Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dr hab. Hieronim Grala, historyk, dyplomata, pracuje na wydziale Artes Liberales Uniwersytetu Warszawskiego, badacz dziejów Rosji i innych narodów Europy Wschodniej.

PAWEŁ SMOLEŃSKI: Przez Hajnówkę 1 marca znów przeszedł marsz pamięci Romualda Rajsa „Burego" wsławionego tym, że w 1946 r. mordował prawosławnych chłopów z Białostocczyzny. Dlaczego białoruskość tak przeszkadza polskim nacjonalistom?

HIERONIM GRALA: 30 lat temu pewien mój starszy kolega, uczeń Aleksandra Gieysztora, analizował światopogląd ojca polskiej historiografii Jana Długosza. Wyszło mu, że pewnie dzisiaj kanonika krakowskiego – humanistę i duchownego – mogłaby wybrać sobie na patrona spora część środowisk kibolskich. Długosz był przekonany, że Polak to przede wszystkim Małopolanin, ewentualnie Wielkopolanin. Ale już chyba nie Mazur, z przyczyn oczywistych, bo o takim skądinąd wiadomo, że ma sześć palców i błony między nimi.

Dalej u Długosza mamy katalog narodów nas otaczających. Białoruś byłaby zaliczona do przestrzeni ruskiej, na której od zawsze ciążyło swoiste odium elit polskich. Po pierwsze – symboliczne dla świata łacińskiego przekonanie o fides Graeca [grecka wierność], czyli o wiarołomstwie, nieuczciwości, podstępności wszystkiego, co ze Wschodu. Po drugie – przecież ta Ruś za sprawą „podejrzanej" religii jest znieprawiona, dziwna. W końcu Bolesławowi Śmiałemu, odnowicielowi Królestwa Piastów, wrogowie zarzucali nie tylko to, że kazał poćwiartować św. Stanisława, patrona Polski, ale też to, że wcześniej romansował z kobyłą, czego jakoby nauczył się w Kijowie.

Nie za głęboko idzie pan w historię?

– Dzisiaj Polacy mają poczucie wyższości cywilizacyjnej, a nawet pewnego rodzaju pogardy dla wszystkiego, co na Wschodzie. Mówię to z przykrością, bo bez żywiołu wschodniego nie byłoby sukcesów monarchii jagiellońskiej ani I Rzeczypospolitej, czyli fenomenu społeczno-politycznego na skalę światową. W końcu etnos ruski, a więc też białoruski, aktywnie I Rzeczpospolitą współtworzył. Ale my zwykliśmy uważać, że wszystko, co pozytywne w naszej przeszłości i teraźniejszości, jest polskie i żadne inne. Natomiast wszystko, co złe, zafundowali nam „oni", czyli wróg zewnętrzny lub wewnętrzny, nawet współobywatel. Wróg wewnętrzny nie może być polski.

Hajnówka, 23 lutego 2019 r., marsz nacjonalistów ku czci 'żołnierzy wyklętych'. Na transparencie wizerunki Józefa Kurasia 'Ognia' i Romualda Rajsa 'Burego'. Żołnierze Rajsa w styczniu i lutym 1946 r. zamordowali 79 (według innych szacunków - 82) prawosławnych mieszkańców wsi: Zanie, Zaleszany, Szpaki, Wólka Wygonowska i KońcowiznaHajnówka, 23 lutego 2019 r., marsz nacjonalistów ku czci 'żołnierzy wyklętych'. Na transparencie wizerunki Józefa Kurasia 'Ognia' i Romualda Rajsa 'Burego'. Żołnierze Rajsa w styczniu i lutym 1946 r. zamordowali 79 (według innych szacunków - 82) prawosławnych mieszkańców wsi: Zanie, Zaleszany, Szpaki, Wólka Wygonowska i Końcowizna Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Białorusini mieszczą się w kategorii onych i współobywateli. Zaraz więc pojawia się pytanie, kim są, że ośmielają się zgłaszać pretensje do czegokolwiek i kogokolwiek. My przecież wiemy: Tadeusz Kościuszko to Polak bez dwóch zdań, Lew Sapieha, hetman, kanclerz i marszałek Sejmu, też.

Tu skrzywią się również Litwini.

– Bo nie tylko my mamy bzika na punkcie wyrywania i zawłaszczania bohaterów. Przeglądamy się w sobie jak w zwierciadle. Wyrywanie sobie Stanisława Moniuszki doprowadzono do absurdu. Zabawne, że akurat w Roku Moniuszki Białoruś zbytnio nie angażuje się w obchody, równocześnie płacze, że Polacy kradną im narodowego kompozytora.

Ze wszystkich narodów wschodniosłowiańskich chyba żaden nie został tak zmarginalizowany w polskiej wyobraźni jak Białorusini. I żaden nie został potraktowany tak po macoszemu jak oni.

Może dlatego, że – jak mówią niektórzy na Podlasiu – Białorusini siedzą gdzieś za lasami, cicho jak mysz pod miotłą. Niemcy zawsze mieli coś przeciwko Polakom. Litwini chcą zabrać Sejny z Suwałkami, a już zabrali Wilno. O Ukraińcach – rezunach, zaborcach Lwowa – nie ma co wspominać. Białorusinów można lekceważyć, bo nie chcą niczego.

– Nie do końca, bo czasami można w Mińsku usłyszeć, że Białostocczyzna jest białoruska. Wtedy odpowiadam, by ustalili to z Litwinami, bo tam niektórzy twierdzą, że to część zaniemeńskiej Litwy, i rozmowa usycha. Ale to oczywiście margines marginesów, bo wśród Białorusinów znaleźć poważne środowisko z takimi zarzutami jest niesłychanie trudno, jeśli w ogóle jest możliwe.

Moim zdaniem pytanie brzmi: Jaka część polskiej obecności na Wschodzie zaowocowała, paradoksalnie, obecnością Wschodu choćby w Warszawie? Czy dowodem polskiej ekspansji jest chałupa jakiegoś Macieja Dobrzyńskiego w zaścianku podobnym do tego z „Pana Tadeusza", czy może równie ważny jest pałac w Nieborowie lub warszawskie siedziby litewsko-ruskiej, ale bardziej ruskiej arystokracji?

Mam wrażenie, że Białorusini chcą być postrzegani jako ci, którzy uczestniczyli w dziejowym eksperymencie I Rzeczypospolitej jako równi partnerzy. To operacja dwustopniowa. Po pierwsze, tłumaczenie Litwinom, że Wielkie Księstwo Litewskie było w gruncie rzeczy organizmem rusko-litewskim.

Po drugie, tłumaczenie Polakom, że unia lubelska stworzyła państwo trzech narodów etnicznych, które się zlało w jedno polityczne.

Białorusini wiedzą, że Sapiehowie, Tyszkiewicze, Chreptowicze, Chodkiewicze to jednak z nich. Na Ukrainie wątek kozacki. Bohdan Chmielnicki i powstania przysłoniły zasługi i sukcesy szlachty pochodzenia ruskiego, zwłaszcza że dość jednoznacznie opowiedziała się ona po stronie Rzeczypospolitej i spolszczyła. Białorusini nie mają z Polską tego problemu. Nie wypierają się, że przez Polskę przyszła na Białoruś sztuka druku. Ale podkreślają, że po rusku (w ich pojęciu – białorusku) spisano statuty litewskie.

Słowem, Białorusini mówią o sobie i swoich dokonaniach, ale my ich nie słuchamy. Zapiski debat w polsko-białoruskiej komisji podręcznikowej są bardzo pouczające, ale dla lekarzy to notatki o jakiejś chorobie. I ta asymetria nie wychyla się wcale na stronę białoruską.

Czy to polska pycha połączona z ignorancją?

– Polacy uparcie utrzymują, że Syberia leży gdzieś na północy. Nie mają pojęcia, gdzie jest Morze Azowskie, i pewnie gdyby nie rosyjska aneksja Krymu nie wiedzieliby, gdzie jest Krym. Z Białorusią mamy podobne kłopoty, nie wiemy, z kim sąsiaduje, czy ma jakąś kulturę, historię. Mało znamy ten obszar. Przez dziesięciolecia Białorusin był zapisywany do jednej gildii z Rosjaninem i Ukraińcem, a wszystkich ich nazywaliśmy „Ruskie". Pokłosiem tego jest pogarda wobec prawosławnych Białorusinów z Hajnówki i okolic, jakichś mitycznych, całkowicie wymyślonych potomków rosyjskich zaborców i okupantów, co przecież jest absurdem podniesionym do rangi paranoi.

Sam pochodzę z Podlasia. Mój ojciec był pierwszym w rodzinie dzieckiem ochrzczonym w obrządku rzymskim, ale jego dwaj starsi bracia, ochrzczeni potajemnie w obrządku unickim, zmarli w ukryciu, bo babka się zaparła, że nie da dzieci na duchowe zatracenie, czyli na obowiązkowy wówczas chrzest w Cerkwi prawosławnej. Gdyby zapytać ją, kim była, być może odpowiedziałaby, że jest polską Rusinką (etniczną była Polką!), ale jej teść nazywał siebie Rusinem!

Jak dzisiaj słyszę, że jakiś „Bury" miał prawo strzelać do ludzi podobnych do moich dziadów i pradziadów, bo to przecież nie byli Polacy, krew mnie zalewa.

Kto z tych mądrali wie, co było momentem kulminacyjnym epizodu, który Jan Paweł II podniósł do rangi męczeństwa, a mianowicie rozstrzelania polskich Białorusinów unitów przed kościołem w Pratulinie w 1874 r.? Rosyjscy żandarmi powiedzieli im, że jeśli nie przyjmą prawosławia, przemówią karabiny. A oni zaśpiewali „Boże, coś Polskę" i „Kto się w opiekę"...

Białorusinami byli Kościuszko, Moniuszko, Michał Kleofas Ogiński, autor słynnego poloneza, w jakimś stopniu Mickiewicz, Eliza Orzeszkowa, ks. Jerzy Popiełuszko... A kto we wrześniu ’39 służył i ginął w szeregach np. 30. Poleskiej Dywizji Piechoty? Białorusini, wyznawcy obrządku wschodniego, byli też pod Monte Cassino.

Sama Białoruś też ma problem, jak zbudować swój narodowy panteon. Kłania się dziedzictwo sowieckie, gdy wykreślono wszystko co kościelne, pańskie, katolickie. Tej reszty zostało bardzo niewiele. To zresztą żmudne zajęcie. Pamiętam czas, gdy w Instytucie Historii Białoruskiej Akademii Nauk pracowały ze trzy osoby mówiące po białorusku.

Co z białoruskim akcesem do komunizmu? Za marszami narodowców kryje się również przekonanie ich uczestników, że „Bury" miał rację, gdy strzelał do chłopów, a i później Białorusini i prawosławni wspierali czynnie PRL.

– Nietrudno znaleźć w Polsce ogromne enklawy ludności rdzennie polskiej, która bardzo przychylnie odniosła się do komunizmu. Nikt nie stawia jej zarzutu zdrady poczynionej z przesłanek etnicznych lub religijnych. Kiedy się dowiaduję, że Białorusini popierali komunizm, bo byli prawosławni, a więc bliscy Rosji, słyszę chichot historii.

Nawet jeśli to nieprawda, takie przekonanie z czegoś wynika.

– Co było pierwotne, a co wtórne. Może pierwotne było przekonanie Polaków przybyłych na Białostocczyznę z Grodzieńszczyzny i Nowogródczyzny, którzy mieli do czynienia z Białorusinami komunistami, z silną radziecką partyzantką. Ci Polacy mieli zupełnie inne doświadczenia, byli potwornie pokiereszowani, szli do dzisiejszej Polski, przenosząc tamte pojęcia. A tam Białorusin był wrogiem, bolszewikiem, więc i tutaj musi być tak samo.

Administracja II RP nie rozpieszczała narodów wschodniosłowiańskich. Ale o ile mamy aktywny opór Ukraińców, o tyle nie ma takiego w podobnej skali wśród Białorusinów. Również dlatego, że Białorusini mieli świadomość, co się dzieje po wschodniej stronie granicy, jaka tam idzie rzeź ich kuzynów pod hasłem walki z polską defensywą i polskim państwem. Wystarczy przypomnieć pogrom Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi – jedynej prosowieckiej i antypolskiej zarazem organizacji białoruskiej w RP, skądinąd złożonej w niemałym stopniu wcale nie z Białorusinów. Gdy popatrzymy na wojnę obronną 1939 r., białoruski udział wygląda bardzo pięknie, nie było przypadków strzelania Polakom w plecy. Notabene, kto dzisiaj pamięta, jak bardzo był zaangażowany w sprawę białoruską np. gen. Lucjan Żeligowski?

A rok 1920?

– Czy to Białorusini tworzyli komitety polskiej republiki rad? Nie. Komisarzami byli etniczni Polacy i Żydzi. W II RP istniał problem Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi, ale jest on podobny do problemu Komunistycznej Partii Polski i Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. KPZB nie powinna wystarczyć do zdyskredytowania całego narodu, bo wedle tej logiki trzeba by puścić pod kije Polaków za KPP. Faktem jest, że w 1939 r. Armia Czerwona doszła prawie do Mińska Mazowieckiego, ale brakuje przykładów, by witano ją kwiatami, choć zdarzały się eksplozje sympatii wobec władzy radzieckiej, tyle że akurat nie Białorusini byli tu na szpicy.

Zresztą – czy to absolutny dowód na kolaborację? W czasach wczesnej pierestrojki prowadziłem grupę studentów z ZSRR na cmentarz prawosławny na Woli, a tam jakieś dwie staruszki porządkują groby. Studenci mówią do nich: „Wy nasze, sowieckie?". Babuszki: „Nie, my polskie Rosjanki. Znaleźliśmy dom, gdy uciekałyśmy przed waszą rewolucją". Dla tych komsomolców było to niemal obelżywe, więc któryś zapytał: „To co, w 1945 r. przyszli tu wrogowie?". A babcie: „Jacy wrogowie? Nasi bracia... Oni niczemu nie byli winni. To ta wasza władza winna, pochowali ich jak psy, pod płotem, bez popa. Ktoś musi doglądać tych mogiłek".

Można więc paplać, że polscy Białorusini polubili komunizm, ale nie ma najmniejszych dowodów na to, by w swej masie chcieli np. przyłączenia do ZSRR.

To po stronie radzieckiej w sporach o granice Białoruskiej Republiki podnoszono argument, że Białoruś jest skrzywdzona, bo traci część swoich historycznych ziem na rzecz Polski. Ze strony polskich Białorusinów nie było na to żadnego odzewu.

Taka postawa ma swój historyczny odpowiednik. Podczas rozbiorów próbowano wyrwać Chełmszczyznę z Królestwa Polskiego, ale jakich by nie dokonywano łamańców ze strony rosyjskiej administracji i nie składano obietnic, nie udało się wygenerować masowego i aktywnego poparcia miejscowej ludności „ruskiej". Nie słano stąd listów do cara, do Petersburga nie jechały żadne delegacje. Białorusini nie chcieli do Rosji, bo ich związek z Polską był zastarzały.

Polscy Białorusini, a i wielu ze wschodniej strony granicy, twierdzą, że białoruskie serce bije właśnie w Polsce. Może tego boją się Polacy.

– Nie zgadzam się. Wydaje mi się, że niektórzy Białorusini, zwłaszcza ci antyłukaszenkowscy, zaczynają chorować na Białostocczyznę i Podlasie jak na białoruski Piemont, nie bacząc, że spóźniają się ze sto lat. Polska, by tak rzec, Białoruś wcale nie jest bardziej białoruska, np. Cerkiew ma kłopot z liturgią, bo część duchowieństwa posługuje się zgoła dialektem, a nie czystym białoruskim, nie mówiąc już o istotnych problemach z liturgicznym cerkiewno-słowiańskim.

Z czego wynika marginalizacja Białorusinów i białoruskiego wkładu w naszą historię?

– Mści się koncepcja Polski monoetnicznej. Przez lata PRL zapomnieliśmy, że istnieją u nas inne narody. Żydów wymordowano. Niemców wyrzuciliśmy. Ukraińców przesiedliliśmy. Białorusini trwali na uboczu, więc łatwiej było o nich zapomnieć.

I nagle pojawił się problem, który ma już kilkadziesiąt lat. Gdy spojrzymy w dokumenty z przełomu lat 1980 i 1981, zobaczymy rzecz szczególną: lokalni ojcowie założyciele „Solidarności" na ścianie wschodniej bardzo krytycznie i podejrzliwie spoglądają na mniejszość białoruską. Mnie to specjalnie nie dziwi. W Polsce cechą dystynktywną jest wyznanie i religijność, a poziom infiltracji kleru i hierarchii prawosławnej przez służby PRL był gigantyczny, bywało, że metropolitów wyświęcano w Moskwie, z naruszeniem autokefalii, i przysyłano tu jako namiestników. Tu i prawosławnym Białorusinom nie ufano.

Nie ma co ukrywać, że na Podlasiu i Białostocczyźnie istniał i nadal istnieje konflikt religijny. Bodaj pod koniec lat 80. XX w. rozmawiałem z Polakami i Białorusinami o budowie białostockiej cerkwi na Antoniuku. Obie strony miały tylko jeden problem wyrażany z dwóch różnych punktów widzenia: co lepiej będzie widać – wieże Kościoła katolickiego czy cerkiewną „cebulę"?

Ale PRL nie pozwalała zbytnio dojrzeć, co pyrkoce pod monoetniczną pokrywką. Na dodatek Białorusini nie awanturowali się, nie stawiali żądań, czyli zachowywali się tak, jakby ich nie było. Gdy w owym czasie prowadziłem dla filologów na UW wykład z historii Rusi, w grupie ukraińskiej moimi studentami byli prawie wyłącznie Ukraińcy przyznający się do narodowości, a w białoruskiej ludzie, którzy zostawali Białorusinami u siebie w domu, kiedy wracali na święta, ale w Warszawie byli kompletnie indyferentni narodowo, nie było im to do niczego potrzebne.

Co nie zmienia sytuacji, że jeśli nie dostrzegamy wkładu etnosu białoruskiego w polskość, dokonujemy ogromnego i bezczelnego zawłaszczenia ogromnej przestrzeni cywilizacyjnej. Krzywdzimy też samych siebie, bo spłaszczamy Rzeczpospolitą, zapominamy o jej różnorodności, o niezwykle skomplikowanych losach ludzi wszystkich tworzących ją narodów.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.