Miały świetne biografie, działały społecznie, pochodziły z inteligenckich lub ziemiańskich rodzin. Ukończyły co najmniej szkołę średnią, podczas gdy co czwarty poseł nie miał żadnego wykształcenia lub jedynie szkołę elementarną. Nie było dla nich nazwy - gazety pisały o "posełkach" lub "posełkiniach".
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przyszły do budynku byłego Instytutu Maryjskiego przy Wiejskiej w długich sukniach i z parasolkami. Zebraliśmy się wszyscy w wielkiej izbie poselskiej. Po raz pierwszy zgromadzeni wszyscy pod jednym dachem rodacy rozdzieleni dotychczas przemocą nienawistnymi kordonami. Serca biły pod wpływem ogromnego wzruszenia i niedającej się opisać radości. Nagle cisza. Na trybunie marszałkowskiej pojawił się Józef Piłsudski. Stał chwilę bez słowa w swej błękitnej bluzie strzeleckiej, sam uosobienie błękitu. W uroczystą chwilę padły jego słowa. Chciałoby się, aby ta chwila nie skończyła się nigdy, chciało się gdzieś lecieć i chwytać echo tych słów, aby nie przebrzmiały! – wspominała Zofia Moraczewska, posłanka Związku Polskich Posłów Socjalistów.

Zmartwychwstała Ojczyzna wzywa

Prawo głosowania i kandydowania w wyborach nadał im Piłsudski niespełna trzy miesiące wcześniej. Zmiana była rewolucyjna. Partie bardzo liczyły na głosy kobiet, w wielu okręgach żeński elektorat był liczniejszy – w Warszawie i Krakowie stanowił ponad 57 proc. Ugrupowania adresowały więc programy w części do nich.

Nacjonalistyczna prawica powołała Narodową Organizację Wyborczą Kobiet zrzeszoną pod hasłem „Bóg i Ojczyzna" i zapewniała, że każdy głos oddany na tę listę jest jak bagnet wymierzony przeciwko Żydom i nieprzyjaciołom Polski. A Narodowy Komitet Wyborczy Stronnictw Demokratycznych nawoływał: Kobiety polskie! Idźcie tłumnie do urn wyborczych! Głosujcie zgodnie! W płomienie muszą rozpalić się serca. Listy wyborcze z imionami ludzi uczciwych, czystych, bezwzględnie narodowych powinny i muszą przejść dla dobra kraju. Będą takie. A przejdą, jeśli do urn pójdą tłumnie polskie kobiety. Mają misję do spełnienia. Przyznano im równe prawa. Niech natychmiast podejmą obowiązki. Niech się ich dusze wypełnią Bożym natchnieniem. Zmartwychwstała Ojczyzna wzywa polskie kobiety.

Ugrupowania liberalne i lewicowe wpisały na sztandary równouprawnienie, dostęp do oświaty i pracy, opiekę prawną i socjalną nad matką i dzieckiem. PPS zapowiadała też walkę o równe płace dla kobiet i mężczyzn.

Partie przede wszystkim widziały jednak w kobietach wyborców, a nie parlamentarzystki. Na listach do Sejmu Ustawodawczego stanowiły 12 proc. i zajmowały w większości miejsca niedające szans na sukces. Ostatecznie w ławach zasiadło zaledwie 2 proc. z nich.

Falstart feministek

Mimo to ówczesne feministki i działaczki społeczne agitowały za wystawianiem na listach kobiet. Czasem we wsi zdarza się mądra kobieta czy dziewczyna, choćby i młoda, ale uczona, co książki i gazety czyta i rozumie wszystko lepiej od wielu mężczyzn. Czemuż by jej nie wybrać do sejmu? Dobrze by było, żeby w swoim pięknym stroju ludowym do Warszawy pojechała, przekonaliby się wszyscy, że są w Polsce nie tylko mądrzy chłopi, ale i chłopki – pisała w ulotce Władysława Wychert-Szymanowska.

Nadzieje działaczek feministycznych były duże. Teraz do polityki wstępuje czynnik nowy: kobiety. Wstąpienie nasze zaznaczyć się musi wniesieniem pierwiastków nowych, a raczej zapomnianych, wniesieniem do niej etyki – pisała dr Stefania Tatarówna w styczniu 1919 r. w tygodniku kobiecym „Na Posterunku".

Centralny Komitet Równouprawnienia Politycznego Kobiet wystawił własną listę ze znaną działaczką feministyczną Izą Moszczeńską na czele. Porażka była sromotna, oddano na tę listę zaledwie 51 głosów. Redaktorki „Na Posterunku" ubolewały: Dziś, po dokonanych wyborach, wiele z nas odczuwa, żeśmy w ważnej tej chwili zawiniły biernością, żeśmy za mało czynną i indywidualną odegrały rolę, nie ukazała się ani jedna lista przez nas wystawiona, złożona zarówno z męskich, jak i kobiecych kandydatów, w której decydującym czynnikiem byłaby nie przynależność partyjna, nie osobiste ambicyje iinteresy, ale rzeczywista, moralna i fachowa wartość kandydatów.

Spętane przez partie

Do Sejmu Ustawodawczego dostało się pięć kobiet: Irena Kosmowska i Jadwiga Dziubińska (z listy PSL „Wyzwolenie"), Zofia Moraczewska (PPS), Gabriela Balicka i Maria Moczydłowska (obie Związek Ludowo-Narodowy). A w następnych miesiącach, po wyborach uzupełniających, kolejne trzy: Anna Anastazja Piasecka i Franciszka Wilczkowiakowa (Narodowa Partia Robotnicza) oraz Zofia Sokolnicka (Związek Ludowo-Narodowy).

Miały świetne biografie, działały społecznie, pochodziły z inteligenckich lub ziemiańskich rodzin.

Ukończyły co najmniej szkołę średnią, podczas gdy co czwarty poseł nie miał żadnego wykształcenia lub jedynie szkołę elementarną. Jednak w swoich klubach nie odgrywały większej roli.

Zajmowały się przede wszystkim „kobiecymi" zagadnieniami: rodziną, szkolnictwem i opieką społeczną. Jedynie Irena Kosmowska weszła w skład pięcioosobowego sekretariatu PSL „Wyzwolenie", a 33-letnia nauczycielka z Częstochowy Maria Moczydłowska – najmłodsza z parlamentarzystek – została sekretarzem Klubu Narodowego Zjednoczenia Ludowego.

Moczydłowska jako pierwsza kobieta przemawiała w Sejmie. W grudniu 1919 r. referowała ustawę o ograniczeniu produkcji i spożycia alkoholu (znaną jako „lex Moczydłowska"). Mówiła o „okropnej pladze ludzkości" i „truciźnie społeczeństwa". Wtórowała jej Gabriela Balicka ze Związku Sejmowego Ludowo-Narodowego, która przestrzegała, że alkohol niszczy osobowość i psychikę. Prawicowe posłanki wsparła socjalistka Zofia Moraczewska ostrzeżeniem, że alkohol jest „wrogiem robotnika i ludu pracującego". Domagała się ograniczenia jego sprzedaży w wojsku oraz w czasie świąt państwowych i religijnych.

Po głosowaniu nad tą ustawą w kwietniu 1920 r. Moraczewska spotkała klubowego kolegę Hermana Diamanda. – Towarzyszko, zapraszam was na kieliszek wódki do bufetu – zaproponował. Machnęła ręką na te kpiny. W końcu odniosła sukces – ustawa została przyjęta.

Niepokorna posłanka

Posłanki zawarły porozumienie ponad podziałami – partyjnymi i światopoglądowymi. W kolejnych kadencjach Sejmu II RP już nigdy się to nie powtórzyło. Było ich zbyt mało, aby stworzyć silne kobiece lobby, ale starały się mówić jednym głosem, mając poczucie, że przede wszystkim reprezentują kobiety, a dopiero potem partię. W maju 1919 r. Moczydłowska w konsultowanym z koleżankami przemówieniu zadeklarowała, że posłannictwem kobiet w Sejmie jest walka z prostytucją oraz pomoc dzieciom i ludziom żyjącym w nędzy.

Zetknięcie z twardą polityką nie było przyjemne. Moraczewska szybko zrozumiała, że wymaga się od niej całkowitego podporządkowania władzom partii, ale się nie poddawała. Miała 46 lat, gdy została z mężem Jędrzejem (byłym premierem i jednym z najbliższych współpracowników Piłsudskiego) wybrana do parlamentu z krakowskiej listy PPS. Córka rektora Politechniki Lwowskiej działała w organizacjach Związek Kobiet oraz Praca, a w 1915 r. utworzyła Ligę Kobiet Galicji i Śląska. Po wyborze Moraczewscy z trojgiem dzieci przeprowadzili się do Warszawy, a potem do Sulejówka, gdzie byli sąsiadami Naczelnika.

17 marca 1921 r., tuż przed głosowaniem nad przyjęciem konstytucji, Klub Polskich Posłów Socjalistycznych zdecydował, że wstrzyma się od głosu, a posłowie opuszczą salę. Moraczewska nie wyszła (a mąż tak), choć nie oceniała konstytucji marcowej zbyt wysoko. Uważałam, że w okresie, w którym Polska zaledwie budziła się do nowego życia, w okresie zamętu wewnętrznego i ciągłych niebezpieczeństw zewnętrznych, uchwalenie norm prawnych było naglącą koniecznością – tłumaczyła po latach. Zagłosowała za przyjęciem konstytucji – dostała za to naganę od partii.

Była z siebie dumna, że nie uległa presji, którą bardzo źle wspominała: Praca w Sejmie, ściśle i nieodwołalnie uzależniona od woli i decyzji Klubów, krępująca swobodę przekonań, narzucająca pęta na myśli i słowa, sprzeczna z przysięgą i zasadą kierowania się sumieniem poselskim, nie odpowiadała mi wcale!

Pierwszy krzyk

Najistotniejszą kwestią dla posłanek było zrównanie praw kobiet w kodeksach – prywatnym, procesowym i administracyjnym. W ich świetle mężatki były niemal całkowicie zależne od mężczyzn. Bez ich zgody nie mogły dysponować majątkiem ani prawami rodzicielskimi. Odziedziczone po zaborach prawo nakazywało im posłuszeństwo i pozyskanie zgody męża, jeśli chciały podjąć pracę. Teraz, kiedy kobiety cieszyły się prawami politycznymi, zmodyfikowanie tego prawa wydawało się formalnością. Wciąż jednak były sprawy pilniejsze.

W styczniu 1920 r. posłanki wniosły o usunięcie przepisu, według którego kobieta, która poślubia cudzoziemca, traci polskie obywatelstwo. Dla lekarek czy adwokatek oznaczało to utratę pracy, ponieważ wykonywanie tych zawodów go wymagało. Wniosek Moraczewskiej, Balickiej i Moczydłowskiej mężczyźni, których absurdalny przepis nie dotyczył, odrzucili.

Portret ślubny Mańków, 1919-1927
Portret ślubny Mańków, 1919-1927  Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Według konserwatywnej posłanki Gabrieli Balickiej ich opór wynikał z mentalności. „W zasadzie wszyscy zgadzają się na to, że ograniczenia praw kobiet są przeżytkiem, ale mówi się to, ile razy chodzi o teorię, w praktyce jednak rzecz natrafia na trudności nawet w umysłach tych ludzi, którzy raczej są przyjaciółmi kwestii kobiecej" – mówiła posłanka Związku Ludowo-Narodowego.

Moczydłowska nie wytrzymała, kiedy podczas dyskusji minister sprawiedliwości zaproponował, żeby sprawę odłożyć – krzyknęła na całą salę: „Już dwa lata tak czekamy!".

1 lipca 1921 r. ustawa zrównująca w prawie cywilnym kobietę z mężczyzną została uchwalona.

Moczydłowska już wcześniej zachowywała się niekonwencjonalnie, np. 10 lipca 1919 r. nagle poczuła się słabo i wyszła z sali, akurat wtedy, gdy głosowano nad uchwałą o zasadach reformy rolnej. PSL chciał ją odrzucić, ale zabrakło mu jednego głosu – właśnie Moczydłowskiej.

Drugi raz „wyszła zatelefonować" podczas głosowania nad poprawkami lewicy do konstytucji marcowej. Posłowie PPS domagali się usunięcia wirylistów – mężów zaufania mających wchodzić do Senatu nie z wyboru, a z urzędu. Klub Moczydłowskiej – Związek Ludowo-Narodowy – się temu sprzeciwiał. Trzema głosami poprawka lewicy przeszła, ale „Robotnik" pisał następnego dnia o wirylistach uśmierconych przez telefony.

Żądamy miłości Polaka do Polaka

47-letnia Gabriela Balicka należała do pierwszych w Polsce kobiet z uniwersyteckim wykształceniem i tytułem doktora. Ukończyła botanikę na Uniwersytecie Przyrodniczym w Genewie. Wywodząca się z ziemiańskiej rodziny wdowa po Zygmuncie Balickim, pisarzu i współtwórcy endecji, dostała się do Sejmu z wysokiego, trzeciego miejsca na liście Narodowego Komitetu Stronnictw Demokratycznych w Warszawie, zaraz po Ignacym Paderewskim i Romanie Dmowskim. W Sejmie walczyła o zniesienie ograniczeń dla kobiet w prawie cywilnym, podkreślając, że „skoro kobiety cieszą się pełnią praw politycznych, wszelkie pozostałe ograniczenia są przeżytkiem". Zabiegała też o wychowanie narodowe w programach szkolnych.

Za najpracowitszą posłankę uchodziła jednak jej koleżanka z klubu – Zofia Sokolnicka. Ta wywodząca się z ziemiaństwa absolwentka filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim i wyższej szkoły muzycznej, nauczycielka polskiego i historii, w Sejmie przemawiała dziewięć razy, głównie w sprawie szkolnictwa, uniwersytetów i uposażenia dla akademików.

Na przeciwnym biegunie znalazła się Piasecka, także z klubu narodowego, która przez całą kadencję ani razu nie zabrała głosu.

Kiedy 9 lipca 1919 r. Franciszka Wilczkowiakowa z Narodowej Partii Robotniczej z Wielkopolski wygłosiła długie, płomienne przemówienie, trzy razy nagrodzono ją brawami. Działała w komisji opieki społecznej, walczyła o los najuboższych. „Serce rozdziera się na myśl, że właśnie nasza Polska dopiero co powstająca postawiła na urzędach takich ludzi, którzy nie uwzględniają interesów najmniejszych, interesów tego fundamentu naszego narodu polskiego. Spodziewamy się, że panowie zastanowicie się nad tem i nie będziecie rządzili tylko głową, ale serce okażecie ludowi. Nie żądamy niczego więcej, nie żądamy takich stanowisk, jakie wy macie, nie żądamy takiego majątku, który by kieszenie nasze wypchał, ale żądamy od was odrobiny serca, miłości bliźniego i miłości Polaka do Polaka" – grzmiała z trybuny.

Jak wiewiórki

W marcu 1921 r. sprawozdawca „Gazety Porannej" po nocnych obradach relacjonował: Na galeriach grono wytrwałych słuchaczy. Kilka pań z Kresów pracujących w bufecie jako kelnerki i grono dziennikarzy umilających sobie oczekiwanie na ławach loży dziennikarskiej. Posłowie mają niestety tylko do dyspozycji fotele, i to wąskie. X. Mąkowski, znany bibliofil, położywszy książki pod głowę, wypoczął chwilę na ławie ministerialnej. Posłanka Moczydłowska otulona swym płaszczem pluszowym zwinęła się w swym fotelu i jak wiewiórka w dłoniach ukryła zmęczoną głowę.

Praca w Sejmie Ustawodawczym wymagała codziennej obecności. Moraczewska wspominała ją jako „straszną". W następnej kadencji nie kandydowała, chciała więcej czasu poświęcić rodzinie. Na jej decyzję zapewne wpłynęła śmierć syna w wojnie z bolszewikami. Ale w 1930 r. ponownie została posłanką.

Trzy spośród pierwszych posłanek nie założyły rodzin, poświęcając się sprawom publicznym.

O jednej z nich – Irenie Dziubińskiej z PSL „Piast" – tak pisało „Na Posterunku": Jest jednym z najpiękniejszych typów niewieścich, jakie kiedykolwiek istniały, prosta, cicha, od lat najmłodszych całkowicie oddana sprawie budzenia w chłopie polskim narodowej świadomości.

Urodzona w Warszawie, w bogatej inteligenckiej rodzinie, od młodości chciała się kształcić i wspierać rozwój wsi. Po skończeniu Uniwersytetu Latającego, mając 23 lata, ku rozpaczy rodziców zamieszkała w chłopskiej chacie i uczyła wiejskie dzieci. Skończyła też Szkołę Pszczelniczo-Ogrodniczą w Warszawie, a w 1900 r. została kierowniczką pierwszej w Polsce szkoły rolniczej w Otrębusach.

W Sejmie Ustawodawczym działała w komisjach: ochrony pracy, opieki społecznej i oświatowej. Podziwiano ją za konsekwencję w walce o kształcenie wiejskiej ludności. Wywalczyła m.in. ustawę o tworzeniu sieci szkół rolniczych i gospodarczych dla wiejskiej młodzieży.

Do polityki zraziły ją partyjne rozgrywki i choć PSL „Wyzwolenie" proponowało jej w następnej kadencji start do Senatu, odmówiła. Napisała do zarządu partii ostry list, aby wykreślono ją z listy, ponieważ nie ma ochoty firmować kandydatów w przeważającej liczbie niemających nic wspólnego z programem PSL.

Nazwała marszałka „obłąkańcem"

Jej klubowa koleżanka, Irena Kosmowska, jako jedyna z kobiet zabrała głos w debacie nad konstytucją. Charyzmatyczna i zdecydowana nie bała się twardej polityki i w przeciwieństwie do koleżanek nie zajmowała się wyłącznie „kobiecymi" sprawami. Była córką warszawskich społeczników, redaktorką pisma „Zaranie", a w czasie pierwszej wojny światowej – współzałożycielką PSL „Wyzwolenie". Za nielegalną działalność trafiła nawet do więzienia w Moskwie. W listopadzie 1918 r. została wiceministrem propagandy w Tymczasowym Rządzie Ludowym socjalisty Ignacego Daszyńskiego. Odpowiadała w nim za agitację wśród chłopów.

W Sejmie Ustawodawczym upominała się o powszechny dostęp do kultury i edukacji, stawała w obronie mniejszości narodowych, między innymi domagała się opieki nad ludnością górnośląską poszkodowaną w walkach o Śląsk.

Kosmowska działalność polityczną prowadziła najdłużej, w 1930 r. została aresztowana na wiecu w Lublinie, gdy nazwała Piłsudskiego „obłąkańcem".

Dostała za to pół roku więzienia, od którego uratowało ją ułaskawienie prezydenta Ignacego Mościckiego. W 1942 r. została aresztowana przez gestapo, była więziona w Poznaniu i Berlinie, zmarła w 1945 r.

O Irenie Kosmowskiej w listopadzie 2016 r. przypomniała Partia Razem, organizując spacer jej śladami w rocznicę uzyskania praw wyborczych przez kobiety. W 2014 r. lewica upamiętniła Moraczewską, której nazwisko nosi jedna z sejmowych sal.

O pozostałych „posełkach" mało kto dziś pamięta.

Korzystałam m.in. z: prasy z epoki; Paweł Fikus „Poselska aktywność na mównicy sejmowej w II RP"; Mariola Kondracka „Aktywność parlamentarna posłanek i senatorek Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1919-1927"; Michał Śliwa „Udział kobiet w wyborach i ich działalność parlamentarna"; Ludwik Haas „Aktywność wyborcza kobiet w pierwszym dziesięcioleciu Drugiej Rzeczypospolitej"

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Bartosz T. Wieliński poleca
Czytaj teraz

Przydatne linki

Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    A możne portrety tych posłanek II Rzeczypospolitej powinny wisieć w Sejmie wraz z opisami. Jest tam dużo miejsca.
    już oceniałe(a)ś
    25
    0
    Warto pamiętać, że Polska przyznała kobieetim prawa wyborcze przed takimi kolebkami demokracji, jak Wlk.Brytania, USA, czy Francja.
    @miszcz_wincenty
    *kobietom
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    @miszcz_wincenty
    Przed Francją nawet dość sporo, bo Francuzki otrzymały prawa wyborcze dopiero w 1944, jako jedne z ostatnich kobiet w Europie. W USA przyznano je na mocy 19 poprawki do konstytucji w niecałe 2 lata po Polsce, tj. w sierpniu 1920, acz już wcześniej kobiety miały prawo do głosu w niektórych stanach (najwcześniej, bo już od 1893, w Colorado). W UK działo się to stopniowo - w tym samym czasie co w Polsce, tj., w listopadzie 1918 przyznano prawa wyborcze kobietom które ukończyły 30 lat (dla mężczyzn próg wynosił 21 lat, w tym dla byłych żołnierzy 19 lat), ale tylko tym które były właścicielkami lub żonami właścicieli nieruchomości, samodzielnie prowadziły gospodarstwo lub były absolwentkami wyższych uczelni. Prawa identyczne z mężczyznami otrzymały brytyjski dopiero w 1928, z wyjątkiem Irlandii Północnej, gdzie nastąpiło to dopiero w 1968. Co ciekawe, Wielką Brytanię wyprzedziły niektóre jej kolenie/dominia, bo już w latach 1861-1902 pełne prawa wyborcze stopniowo dostawały Australijki (oczywiście pochodzące z kolonistów, bo Aborygeni płci obojga nie mieli żadnych praw jeszcze przez kilka pokoleń).
    już oceniałe(a)ś
    6
    0
    @kapitan.kirk
    Przepraszam za to co autokorekta nawywijała ;-)
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @kapitan.kirk
    gwoli scislosci pierwsze bylo Wyoming - 1869 (chociaz wtedy faktycznie nie bylo stanem a "terytorium" ale w 1890 Wyoming bylo juz stanem i prawo sie oczywiscie utrzymalo) - przy czym to bylo piewsze "panstwo" na swiecie gdzie kobiety uzyskaly prawa wyborcze (bez dodatkowych ograniczen/cenzusow).

    Otrzymaly tez wtedy prawo do sprawowania urzedow publicznych (co akurat nie jest wielka fucha w Wyoming nawet teraz :-) )
    już oceniałe(a)ś
    5
    0
    Życiorysy tych wspaniałych kobiet powinny obowiazkiem do czytania jak modlitwa poranna dla takich kreatur jak: Pawlowicz, szydło, Witek, kępa, i tych wszystkich innych pisowskich żołnierek.
    już oceniałe(a)ś
    10
    0
    <<< Prawo głosowania i kandydowania w wyborach nadał im Piłsudski niespełna trzy miesiące wcześniej. >>>

    Gwoli ścisłości historycznej wypada zaznaczyć, że tym samym aktem nadał prawo do głosowania również znacznej większości polskich mężczyzn, którzy do tamtej pory także go nie mieli.

    <<< Partie bardzo liczyły na głosy kobiet, w wielu okręgach żeński elektorat był liczniejszy >>>

    Z tym to akurat różnie bywało. Najbardziej liczyła na te głosy prawica narodowa, gdyż ówcześnie większość kobiet polskich miała właśnie proendeckie poglądy. Z kolei Piłsudski był rozdarty, bo chociaż dla niego jako długoletniego socjalisty, przyznanie praw wyborczych kobietom było oczywistością ideową i od początku uznawał to za konieczność, to zdawał sobie zarazem sprawę że osłabi to politycznie zaplecze PPS i jeszcze w prywatnych rozmowach niedługo wcześniej dawał wyraz tym obawom. Okazały się one zresztą uzasadnione, gdyż w pierwszych wyborach do Sejmu w 1919 zwyciężyła mocno prawica, w dużej mierze właśnie dzięki głosom kobiet; także wśród pierwszych 8 posłanek tylko jedna była z PPS, dwie z centrolewicowego odłamu PSL, a resztą z różnych frakcji prawicowych.

    <<< 100 lat temu prawo polskie zrównało kobiety i mężczyzn >>>

    Niestety nie do końca jest to prawda, choćby dlatego że aż do końca istnienia II RP nie udało się uchwalić jednolitego kodeksu cywilnego dla całego państwa, a pomimo skutecznego wprowadzenia wielu praw unifikujących, w prawach "pozaborczych" nadal pokutowało wiele rozwiązań dyskryminujących kobiety. Najbardziej może spektakularnym tego przykładem było przywrócenie w autonomicznym województwie śląskim pruskich przepisów dotyczących zatrudniania kobiet, zgodnie z którymi np. automatycznie zwalniano z pracy nauczycielki które zaszły w ciążę (także całkiem legalną!), czy kobiety zatrudnione w instytucjach publicznych - czyli przede wszystkim urzędniczki - które wyszły za mąż. Choć trudno w to uwierzyć, przepisy te utrzymały się na Śląsku do II połowy lat 30., mimo protestów ogólnopolskiej opinii, a nawet tego, że w instytucjach podległych władzy centralnej - czyli przede wszystkim wojewodzie śląskiemu - demonstracyjnie je ignorowano i zatrudniano zamężne kobiety na "normalnych" zasadach, formalnie łamiąc w ten sposób prawo Autonomii...
    już oceniałe(a)ś
    9
    0
    Polska pod pewnymi względami, wydaje się, jest teraz bardziej zacofana jak 100 lat temu...
    @mm_1976
    Na przykład...? :-)
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    @mm_1976
    Po moim losie, zarówno zawodowym jak i rodzinnym, też dochodzę do takiego wniosku. Im więcej robiłam (a zrobiłam między innymi doktorat z nauk ścisłych), tym silniejsze było tłamszenie mnie i w pracy i w domu, i wciskanie w jedyną akceptowalną moją rolę - opiekunki, kucharki i sprzątaczki, bez prawa odezwania się na jakikolwiek temat.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    TO OBYWATELSTWO JEST JAK GARB
    @ERECTUS123
    Co za problem? W przeciwieństwie do garbu, obywatelstwa polskiego w każdej chwili możesz się zrzec (pod warunkiem, że masz lub masz urzędowo obiecane manie innego obywatelstwa, nie toczy się przeciwko tobie postępowanie przed sądem i masz uregulowaną sądownie sytuację z ewentualnym sprzeciwem drugiego rodzica co do rozciągnięcia zrzeczenia się obywatelstwa na wasze dzieci).
    już oceniałe(a)ś
    0
    0