Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pierwsi Polacy, którzy usłyszeli o zdobyciu Gdańska, pojawili się w mieście w kwietniu 1945 r. Przyjeżdżali na własną rękę, bo zorganizowane transporty dopiero miały ruszyć. Gdy stawali przed stylizowanym na renesansowy dworcem kolejowym, przecierali oczy ze zdumienia - Gdańska nie było. Czerwony gotyk, chluba hanzeatyckiego miasta, zmienił się w sterty nadpalonych cegieł, a ulica Długa i Długi Targ - w wąwóz otoczony rumowiskami.

Dookoła ruiny i ruiny - pisał w depeszy PAP-u 2 kwietnia 1945 r. Stanisław Strąbski. Olbrzymia masa domów pali się i żar ich dochodzi zmieszany z odorem trupów - swądem spalenizny. Droga wiedzie nie po asfalcie czy bruku, ale po zwałach cegieł. Resztki Ratusza, resztki Dworu Artusa. Wszędzie płomienie i dymy. Coś chyba zostało z kościoła Mariackiego, ale nie sposób dojrzeć. Tylko szyldy i tabliczki nie chcą się palić i głoszą o tym, co było i co w oczach zamienia się w nicość.

Wojenne łupy

Gdańsk był po Warszawie i Wrocławiu najbardziej zniszczonym miastem w Polsce. Oprócz hałdowiska ruin i kikutów nadpalonych wież nowo przybyłych witał makabryczny widok: na latarniach wzdłuż głównej alei spinającej miasto dyndały dziesiątki wisielców. Gdańsk, w którym zaczęła się wojna, miał się bronić, jak życzył sobie Hitler, "w sposób decydujący". Tych, co nie chcieli umierać za Führera, wieszano, nie patrząc na zbliżający się koniec Rzeszy. Część chłopców i starszych mężczyzn, wcielonych do oddziałów na siłę lub w ostatniej chwili i obdarowanych bronią bez żadnego przeszkolenia, nie wytrzymywała psychicznie i chciała się poddać.

W ostatnich tygodniach wojny Gdańsk kipiał od ludzi, przez miasto przewinął się milion uchodźców z Prus Wschodnich. W szpitalach leżało 20 tys. rannych, a każdego dnia dowożono kolejne 2 tys. Pod koniec stycznia, gdy rozpoczęto w końcu ewakuację ludności, uciekło 70 proc. mieszkańców. Obrona trwała trzy tygodnie.

Potem weszli Sowieci. Jednostki przednie Armii Czerwonej na terenach należących przed wojną do Niemiec ustawiały drogowskazy "Wot ona, proklataja Giermanija" (Oto one, przeklęte Niemcy) i traktowały ziemie jak wojenne łupy - podobnie było z Gdańskiem. Po zdobyciu miasta zaczęło się świętowanie. W pierwszych tygodniach radzieccy dowódcy pozostawiali podwładnym wolną rękę i dawali do zrozumienia, że kar nie będzie. Helga Liedke, pielęgniarka ze Szpitala św. Elżbiety w Gdańsku, napisała we wspomnieniach: Rosjanie wkroczyli do szpitala i zastrzelili 200 rannych, potem zamordowali większość lekarzy i pielęgniarek, które wcześniej zgwałcili. Rosemarie, moja 21-letnia siostra, została na moich oczach zakneblowana, zgwałcona i zabita. Razem z dwiema kobietami uciekłyśmy do bunkra. Znaleziono nas po kilku dniach, zgwałcono i zamknięto w więzieniu.

Tuż po wojnie tylko w jednym roku gdańskie poradnie weneryczne udzieliły 90 tys. porad. W raportach spisanych przez lekarzy od kilkunastu do nawet 90 proc. kobiet, które zgłaszały się do punktów medycznych, miało choroby weneryczne. Problem był tak duży, że Międzynarodowy Czerwony Krzyż przysłał do miasta z zagranicy specjalne ekipy lekarzy i pielęgniarek, a nowo utworzona Klinika Dermatologii AM zasłynęła przede wszystkim zakończoną sukcesem walką z epidemią chorób wenerycznych. Mieszkańców miasta nękały też znacznie groźniejsze epidemie - duru brzusznego i tyfusu plamistego. Odnotowano też parę innych chorób, nawet tak egzotycznych jak cholera.

Ruiny, choroby i panoszący się zdemoralizowani Sowieci nie odstraszyli szabrowników. Roman Dąbrowski, który na polecenie ministra administracji Edwarda Ochaba wizytował Pomorze, napisał w raporcie: Stworzenie województwa gdańskiego wywołało w społeczeństwie gorączkę złota. Wszyscy, ze wszech stron Polski zjeżdżają do tego Klondike, a celem nie jest praca, lecz chęć rabunku i szabru. Wytworzył się na tym terenie chorobliwy stan bezprawia, prawie wszyscy uważają, że mienie po domach, fabrykach, zakładach jest ich własnością i można brać, ile się da.

My, wy, oni

Według pierwszego spisu ludności z czerwca 1945 r. w mieście przebywało 134 tys. ludzi, w tym 8,5 tys. Polaków. Reszta została zakwalifikowana jako Niemcy, jednak wśród nich byli także Kaszubi i dużo rodzin mieszanych. Los dawnych mieszkańców Gdańska został przypieczętowany w sierpniu na konferencji w Poczdamie. Miasto przypadło Polsce, a Niemcy mieli zostać hurtem deportowani. Jednak brak fachowców w przemyśle i rolnictwie spowodował, że część Niemców została do czasu znalezienia odpowiedniej liczby Polaków. Planowano zatrzymanie na terenie województwa gdańskiego 30 tys. Niemców, specjalistów z dziedziny budownictwa okrętowego, inżynierów i techników irygacyjnych oraz zajmujących się rybołówstwem dalekomorskim.

W styczniu 1946 r. w Gdańsku było jeszcze 33 tys. dawnych mieszkańców, półtora roku później - tylko setka. Pierwsze transporty ruszyły przed konferencją, w lipcu 1945 r., każdy skład liczył 60 wagonów. Mieściło się w nich 5 tys. osób. O wyjeździe dowiadywali się dobę wcześniej, mogli zabrać tysiąc marek, 40 kg bagażu i jedzenie na 14 dni.

Gdańsk z każdym miesiącem stawał się coraz bardziej polski. W listopadzie 1945 r. liczba nowych mieszkańców przewyższała już liczbę Niemców, by trzy lata po wojnie osiągnąć 130 tys. osób. Według statystyk ponad 60 proc. osadników przybyło z Polski środkowej, południowo-wschodniej i Wielkopolski, repatrianci zza Buga stanowili jedną szóstą nowych mieszkańców. Pochodzenie długo było głównym źródłem antagonizmów. Ludzi dzielono na mniej lub bardziej prawdziwych Polaków wywodzących się z Wolnego Miasta, "dziwnych" Kaszubów, na tych z Kresów, spod Wilna, ze Lwowa - wytykano im akcent i wiejskie maniery. O warszawiakach mówiono, że to najwięksi karierowicze, a pochodzących z Łodzi uważano za szabrowników.

Element zbędny

Gdańsk szybko podnosił się z ruin. Ludzi nie trzeba było namawiać, do pracy ruszyli z entuzjazmem. Mieszkańcy reperowali dachy, wstawiali okna. Już pod koniec 1945 r. w Gdańsku działało 160 kawiarni i restauracji. Władze organizowały odgruzowywanie najbardziej zniszczonych części miasta. Wynagrodzeniem często był talerz zupy i kawałek chleba, a pracowano po 12 godzin.

Budowano na potęgę, dynamicznie rozwijał się przemysł stoczniowy, działały porty, rozkręcała się turystyka. Brakowało mieszkań - do już raz zajętych lokali wprowadzały się kolejne rodziny. Niestety, przywrócono też przedwojenne przepisy o "strefie nadgranicznej" - na ich podstawie można było dowolnie wysiedlać ludzi. Wystarczyło uznać ich za "element zbędny". W ten sposób nowa władza pozbywała się przedsiębiorców, inteligencji, ale także prostytutek, marynarzy, którzy podpadli, czy folksdojczów. Każdy, kto się naraził, dostawał dwa tygodnie na opuszczenie województwa.

Po 1956 r. Gdańsk, podobnie jak reszta Polski, mógł odetchnąć. Stalinowski terror minął, nadeszły lata 60., które zmieniły myślenie o świecie. Do głosu dochodziło nowe pokolenie. Skończył się podział na pyry, warszawiaków i lwowiaków. Powoli wszyscy zaczynali mówić o sobie: gdańszczanie.

Źródła: "Gdańsk 1930-1945. Koniec pewnego wolnego miasta'' Dieter Schenke, "Gdańsk - Miasto od nowa. Kształtowanie społeczeństwa i warunki bytowe w latach 1945-1970'' Piotr Perkowski.

Czekamy na opowieści jak losy Waszych rodzin przeplatają się z historią Polski: historierodzinne@wyborcza.pl

Oglądaj wideo Objazdowego Muzeum Historii Polski

W ''Objazdowym Muzeum Historii Polski'' czytaj też:

 

Jak Danzig stał się Gdańskiem

 

Pochodzenie długo stanowiło tu główne źródło antagonizmów. Ludzi dzielono na mniej lub bardziej prawdziwych Polaków wywodzących się z Wolnego Miasta, "dziwnych" Kaszubów, na tych z Kresów, spod Wilna, ze Lwowa - wytykano im akcent i wiejskie maniery. O warszawiakach mówiono, że to najwięksi karierowicze, a pochodzących z Łodzi uważano za szabrowników

Gdańsk. Śladami piwa, gwiazd, muzyki, fizyki, literatury i metafizyki

 

Spacer biograficzny

Co gdańszczanie dali światu?

 

Przez wieki Danzig był międzynarodową metropolią zamieszkaną przez elity europejskiej nauki, sztuki i biznesu. Sprawdź, co zawdzięczamy jego mieszkańcom

Stocznia Gdańska. Trudne losy kolebki

 

czyli powikłane losy Stoczni Gdańskiej, zanim stała się matecznikiem "Solidarności"

Gdańskie browary. Jasne pełne w Trzech Świńskich Łbach

 

W XVI wieku gdańscy browarnicy wytwarzali ponad 30 gatunków piwa. Najszlachetniejszym było Jopenbier, piwo jopejskie

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.