Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Norman Davies nazwał Wrocław mikrokosmosem środkowej Europy, bo jego dzieje zawierają esencję doświadczeń, które ukształtowały tę część naszego kontynentu: bogatą mieszankę narodowości i kultur, niemiecki Drang nach Osten i powrót Słowian, szczególnie ważną rolę Żydów, burzliwe losy władców imperialnych i piętno dwóch totalitaryzmów.

Nieprzypadkowo posiada pięciopolowy herb wzorowany na królewskich herbach Jagiellonów i węgierskich Korwinów. Jest wszędzie - na murze ratusza, mostach i ulicznym bruku. Bogate, potężne miasto czuło się równe monarchom, prowadziło własną politykę zagraniczną, utrzymywało wojsko, snuło intrygi dyplomatyczne. Raz wygrywało, raz przegrywało, ale nigdy nie zrezygnowało z wielkich ambicji.

Te ambicje mniej życzliwi nazywają pychą, otwierającą katalog siedmiu grzechów głównych. Niemiecki prozaik Paul Keller napisał w 1926 r.: Wrocław ma ponad pół miliona mieszkańców, z tego pół miliona to znane osobistości. Przynajmniej jeśli chodzi o samoocenę. Ta samoocena nie jest jednak zawyżona, ale zaniżona. Wrocławianin nie pozwala się nikomu nie doceniać, chyba że urzędowi skarbowemu .

 

Zobacz: 36 dni wrocławskiej utopii

Pokaż, na co cię stać

Nic dziwnego, to miasto wielkich karier, wielkich pieniędzy i wielkiej woli przetrwania. Wyrosło na skrzyżowaniu ważnych szlaków komunikacyjnych biegnących z południa Europy przez Czechy, Wielkopolskę nad Bałtyk i z zachodniej Europy przez Lipsk, Kraków na Ruś. Od zarania dziejów wrocławianie bogacili się na międzynarodowym handlu, a wraz z nimi bogaciło się miasto, do którego kasy płynęły ogromne sumy z podatków. Na trzech rynkach zdobywano fortuny, za które budowano potem wspaniałe kamienice, kościoły i budynki użyteczności publicznej. Na miarę samooceny wrocławian.

Fara miejska pw. św. Elżbiety miała 130-metrową wieżę, jedną z najwyższych w Europie, dr Laurentius Scholtz założył renesansowy ogród takiej urody, że do dziś figuruje w najpoważniejszych opracowaniach sztuki ogrodniczej (ludzie ciągnęli z odległych krajów, żeby zobaczyć to cudo), a XVI-wieczny patrycjusz Heinrich Rybisch (zdobył majątek jako cesarski poborca podatkowy) wystawił sobie tak luksusową rezydencję, że podobnych trzeba było szukać w Italii.

Owszem, taka ostentacja w wydawaniu pieniędzy wywoływała czasem niezadowolenie - po mieście krążył wierszyk, że "gdyby Rybisch nie był aż takim złodziejem, i gdyby cesarz mu nie zaufał, żadnego domu by nie zbudował" - ale wrocławianie do skąpych nie należeli. Zarabiali i wydawali, żeby się pokazać.

Mieszczańscy fundatorzy zatrudniali przy budowie potężnych bazylik wybitnych artystów z Włoch, Francji i Niderlandów, a swoje kaplice ozdabiali jak pałace (czego dowody, mimo kataklizmów niszczących miasto, wciąż możemy oglądać) nie tylko ad maiorem Dei gloriam, ale i swoich rodów. Wspomniany Rybisch kazał w kościele św. Elżbiety wystawić sobie nagrobek, który może konkurować z wawelskimi pomnikami, a na fasadzie domu umieścił scenę narodzin swojego syna.

Na lądach i oceanach

W piętnastowiecznym Wrocławiu handlem zajmowało się więcej osób niż w Pradze, Ypres, Brnie czy Frankfurcie nad Menem. Na rynku zawsze można było spotkać gości ze świata - Wołochów, Litwinów, Rusinów - a także Polaków z Mazowsza, Wielkopolski i Małopolski. Budynek Wielkiej Wagi (na jego fundamentach leży dzisiaj pamiątkowa płyta) stale był obstawiony zakurzonymi wozami, belami wełny, beczkami z ałunem, łojem i solą.

Choć do morza stąd daleko, wrocławscy kupcy w poszukiwaniu nowych rynków zbytu zamieniali się w wilki morskie. Wiadomo, że w roku 1324 rada miejska Wrocławia poprosiła o pomoc władze Stralsundu, gdyż statek z suknem stanowiącym własność dwóch obywateli stolicy Śląska rozbił się w pobliżu Szczecina i groziła mu konfiskata towaru na mocy ius naufragii (prawo nabycia własności rzeczy, które morze wyrzuciło na ląd).

Wrocławianie handlowali z krajami skandynawskimi. Dostarczając śledzie na śląskie stoły, zapuszczali się także w okolice Szkocji. W 1387 r. Wrocław stał się członkiem Hanzy, czyli najpotężniejszego związku miast północnoniemieckich, nadreńskich, krzyżackich, szwedzkich i polskich, który zmonopolizował ówczesny handel północnoeuropejski i stał się prawdziwą potęgą polityczną. Tamtejsi kupcy, chcąc nie chcąc, musieli wchodzić w świat intryg, układów, prowokacji dyplomatycznych i wojen.

Gdy polski król Kazimierz Wielki zmuszał ich opłatami celnymi, przymusem drożnym i rozdawnictwem koncesji do porzucenia szlaków wiodących przez Polskę na Ruś, zwrócili się do swojego protektora, czeskiego króla (późniejszego cesarza) Karola IV, o osobistą interwencję. Spotkanie na najwyższym szczeblu odbyło się we Wrocławiu, spustoszyło kasę miejską, a jedyną korzyścią była fundacja kościoła pod potrójnym wezwaniem: św. Wacława, patrona Czech, św. Stanisława, patrona Polski, i św. Doroty, patronki osadników niemieckich.

Brukselscy specjaliści od propagandy lepiej by tego nie wymyślili.

Obcy mile widziani

O rozwój Wrocławia jako ośrodka rzemiosła i handlu o europejskim zasięgu skutecznie dbali kolejni władcy. Piastowski książę Henryk IV Probus spuścił na miasto złoty deszcz przywilejów, w tym prawo składu w 1274 r., co oznaczało, że wszystkie towary przewożone przez Wrocław musiały być tam wystawione na sprzedaż na warunkach określonych przez władze miasta.

Wrocław stał się obowiązkowym punktem etapowym w handlu międzynarodowym. Trafiały tam cenne wschodnie i włoskie tkaniny jedwabne, cienkie flandryjskie sukno, broń i ozdoby, śledzie z Bałtyku, miedź i żelazo z Węgier oraz sól z małopolskich kopalń w Bochni i Wieliczce. Taka polityka opłacała się obu stronom - mieszczanie się bogacili, a książę dostawał poparcie i dostęp do kapitałów.

Bogate miasto było obiektem pożądania, trudno się więc dziwić, że przechodziło z rąk do rąk. Należało do Czechów, Polaków, Węgrów, Austriaków i Niemców. Osiedlali się tam Walonowie, Żydzi, Włosi, Rusini, a nacje, religie i kultury mieszały się ze sobą.

Przynosiło to czasem zaskakujące efekty. W 1666 r. otwarto Miejską Szkołę Polską dla dzieci z kupieckich rodzin Wrocławia, a Jeremiasz Roter wydrukował w 1616 r. "Klucz do Polskiego y Niemieckiego Języka". Autor wyjaśniał, że podręcznik do nauczania języka polskiego tu u nas po całym Śląsku, a osobliwie we Wrocławiu wszystkim kupcom, gospodarzom gościnnym y rzemieślnikom jest pilnie potrzebny. Przede wszystkim ze względów handlowych. Utarł się nawet zwyczaj, utrzymywany aż do pierwszej wojny światowej, że w każdym większym sklepie w trosce o wygodę polskiej klienteli zatrudniano przynajmniej jednego subiekta znającego język polski.

Miasto pogranicza było dobrym miejscem do życia dla ludzi z żyłką awanturniczą, marzących o wielkim sukcesie, a także wybitnych intelektualistów. O Piotrze Włostowicu, najsłynniejszym VIP-ie nie tylko średniowiecznego Wrocławia, ale i Polski czasów Bolesława Krzywoustego, powiadano, że pochodził z Danii, jeździł na wyprawy z wikingami i zdobył rękę córki króla Francji. Dostał się na szczyty władzy, a potem wszystko stracił. Rezydujący we Wrocławiu zarządca prowincji śląskiej Magnus miał być synem króla angielskiego Harold II, poległego w bitwie z Wilhelmem I Zdobywcą pod Hastings (1066), z kolei biskup Walter, który rozpoczął budowę romańskiej katedry, pochodził z Malonne nad Sambrą.

My zdies' emigranty

Przed największym wyzwaniem Wrocław stanął w 1945 r., gdy po przesunięciu granic musiał pożegnać niemieckich mieszkańców i przyjąć polskich. Z oblężenia Festung Breslau, najdłużej broniącej się twierdzy III Rzeszy, miasto wyszło zupełnie zrujnowane - z 30 tys. domów 21,6 tys. legło w gruzach. Trupy na ulicach, dymy pożarów zasnuwające kikuty budynków i brak stabilizacji politycznej sprawiły, że miasto przypominało bardziej piekło niż krainę łatwego bogactwa, "porzuconych przez Niemców placówek rzemieślniczych i sklepów", jak próbowała przekonywać odezwa Centralnego Komitetu Przesiedleńczego. Ale ludzie pakowali tobołki i jechali. Poznaniacy wybierali Wrocław, bo go znali (ostatecznie byli kiedyś w jednym państwie), Kresowiacy, bo zostali wyrzuceni ze swoich domów. Ludzie z całego kraju i kawałka świata musieli na tych ruinach od nowa zbudować miasto i dogadać się ze sobą, bo przepaść dzieląca lwowiaka od poznaniaka była jak Rów Mariański.

Mieli jednak coś, czego nie miała reszta kraju: młodość, siłę i energię emigrantów. Genius loci uznał, że ta przebojowość i otwartość to jest właśnie wrocławskość. Mieszkańcy podnieśli miasto, a miasto się z nimi zrosło.

Czekamy na opowieści jak losy Waszych rodzin przeplatają się z historią Polski: historierodzinne@wyborcza.pl

Oglądaj wideo Objazdowego Muzeum Historii Polski

W ''Objazdowym Muzeum Historii Polski'' czytaj:

 

Wrocław. Miasto wielkich karier, wielkich pieniędzy i wielkiej woli przetrwania

 

Przydarzyło mu się wszystko, co najgorsze. To, co najlepsze - też

Zwiedzanie Wrocławia. Krasnale i kawa z trumienką, czyli wrocławskie dolce vita

 

Życie w Breslau

Powojenny Wrocław. Jak zdobywano "dziki zachód"

 

Szaber rozkręcał się z miesiąca na miesiąc, zabierano wszystko - od guzików po fortepiany, a nawet pomnik Fryderyka Wielkiego, który został sprzedany za równowartość 1,5 tony cukru

Wolna miłość i jej koszty

 

W handlowym mieście miłość to cenny towar. Wprawdzie ubocznym skutkiem kupczenia uczuciem były choroby zwane eufemistycznie "wenusowymi", ale wrocławianie i na to znaleźli sposób

Akcja "Bocian". W 1950 r. we Wrocławiu mieszkało 309 tys. osób, a 10 lat później było ich już 435 tys.

 

Władze powojennego Wrocławia nie musiały mieszkańcom płacić becikowego. Ryzykowną decyzję o osiedleniu się na "dzikim zachodzie" podejmowali w większości ludzie młodzi, którzy rozumieli, że dla miasta trzeba pracować na wszystkich frontach. W 1946 r. przyrost naturalny wynosił tylko 2,5 promila, ale w 1949 - 23 promile

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.