Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Nieznany autor żyjący w XVII wieku zapisał go w kronice obok przewodnika po Wrocławiu i wykazu osobliwości śląskich miast. 300 lat później quiz odnalazł w Archiwum Państwowym historyk prof. Rościsław Żerelik.

Podróżni odwiedzający Wrocław przyjeżdżali wprawdzie głównie w interesach, ale przy okazji oglądali miejscowe osobliwości. Mieszkańcy starali się więc przygotować do roli przewodników.

Quiz był raczej trudny. Obok pytań prostych, typu "ile jest szkół w mieście?", zawierał mnóstwo podchwytliwych, wymagających oczytania, a także inteligencji. Oraz propagandowego zacięcia, bo pytani "na co się zwraca we Wrocławiu największą uwagę?", powinni odpowiedzieć: "Na piękne, dobre porządki".

Przesady w tym wielkiej nie było, bo sam cesarz Ferdynand Habsburg uznał, że jeśli ktoś nie widział Wrocławia, to nie widział pięknego miasta. Tym bardziej że w czasie, gdy powstawał quiz, wybudowano trzy wspaniałe kościoły, arcydzieła sztuki barokowej i nowe pałace, więc demonstracja "dumy obywatelskiej była zrozumiała".

Sporo zadań dotyczyło topografii i choć Wrocław bardzo się zmienił, niektóre z nich pozostały aktualne. Na pytanie: "Gdzie znajduje się najwyżej położony most Śląska?", wciąż można odpowiedzieć, że między wieżami kościoła Marii Magdaleny, na wysokości 47 metrów. Został zbudowany w 1459 r., służył przez stulecia jako estrada dla koncertującej orkiestry, ale sławę zyskał jako mostek Pokutnic, bohater jednej z najpopularniejszych wrocławskich legend. Matki traktowały go jako argument wychowawczy wobec krnąbrnych córek. Gdy zapadał wieczór, przyprowadzały pod kościół swoje latorośle i pokazywały cienie kłębiące się na mostku. Twierdziły, że to pokutujące dusze dziewcząt, które nie chciały wyjść za mąż, gdyż obawiały się domowych obowiązków. Za życia wolały trawić czas na zabawach, po śmierci musiały bezustannie zamiatać mostek. Dzisiaj ten argument nie działa, czego efektem jest niski przyrost naturalny, więc mostek jest lansowany jako szczęśliwe miejsce na oświadczyny.

Utrzymało się także pytanie: "Z którego miejsca widać jednocześnie wszystkie rynki Wrocławia?". Z ul. Odrzańskiej, na wysokości Starych Jatek. Możemy obejrzeć kawałeczek placu Solnego, Rynek i majaczący w dali Nowy Targ.

Za to za pomocą quizu na pewno nie wytyczymy środka Wrocławia (XVII-wieczny wrocławianin uznawał, że jest "przy wodociągu kościoła św. Marii Magdaleny"). Miasto bardzo się rozrosło - z 3,5 km kw. do prawie 293 km kw. Podobnie jest z określeniem najwyżej położonego punktu Wrocławia. W XVII wieku znajdował się on na ulicy Kaznodziejskiej (notabene noszącej nazwę Najwyższej), a dziś w - Lesie Mokrzańskim, 148 m n.p.m.

Zmienił się też ranking najpiękniejszych ulic. W XVII wieku wygrywała go bezapelacyjnie ul. św. Wojciecha, czyli dzisiejsza Wita Stwosza. Najpiękniejsza ze wszystkich ulic, jakie kiedykolwiek widziałem - pisał sto lat wcześniej bywały w wielkim świecie Bartłomiej Stein. Szeroka, czysta, zamieszkana przez szlachetnie urodzonych obywateli, a nie tłum brudnych rzemieślników . Dzisiaj zwycięzcę musicie wybrać sami.

Ciekawy jest też spis wabików regionu, czyli "Wykaz miast śląskich, które miłościwy Bóg opatrzył czymś szczególnym, czego się nie znajdzie w żadnym innym mieście". Autor stawiał przede wszystkim na turystykę kulinarną, bo Milicz promował się "najsmaczniejszymi sandaczami", w Kunicach były "najwyborniejsze karpie", Złotoryja to piwo jęczmienne, Wrocław - mocne piwo (Schoeps), Strzegom - jasne piwo, Nysa - targ winny, Michałów - największa uprawa cebuli, Świebodzin - połów węgorzy. Palce lizać! A po dobrym posiłku odpoczynek: w Cieplicach - gorące źródła, w Lądku-Zdroju - wygoda.

Czekamy na opowieści jak losy Waszych rodzin przeplatają się z historią Polski: historierodzinne@wyborcza.pl





W ''Objazdowym Muzeum Historii Polski'' czytaj:

Wrocław. Miasto wielkich karier, wielkich pieniędzy i wielkiej woli przetrwania
Przydarzyło mu się wszystko, co najgorsze. To, co najlepsze - też

Zwiedzanie Wrocławia. Krasnale i kawa z trumienką, czyli wrocławskie dolce vita
Życie w Breslau

Powojenny Wrocław. Jak zdobywano "dziki zachód"
Szaber rozkręcał się z miesiąca na miesiąc, zabierano wszystko - od guzików po fortepiany, a nawet pomnik Fryderyka Wielkiego, który został sprzedany za równowartość 1,5 tony cukru

Wolna miłość i jej koszty
W handlowym mieście miłość to cenny towar. Wprawdzie ubocznym skutkiem kupczenia uczuciem były choroby zwane eufemistycznie "wenusowymi", ale wrocławianie i na to znaleźli sposób

Akcja "Bocian". W 1950 r. we Wrocławiu mieszkało 309 tys. osób, a 10 lat później było ich już 435 tys.
Władze powojennego Wrocławia nie musiały mieszkańcom płacić becikowego. Ryzykowną decyzję o osiedleniu się na "dzikim zachodzie" podejmowali w większości ludzie młodzi, którzy rozumieli, że dla miasta trzeba pracować na wszystkich frontach. W 1946 r. przyrost naturalny wynosił tylko 2,5 promila, ale w 1949 - 23 promile



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.