Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Wiadomo, stolica - blichtr i parada. Hetman szczególnie dumny był z "karety nowej białostockiej roboty", która miała pudło lakierowane na perłowo. Modnym kolorem ówczesnych lat był jednak zielony. W białostockiej wozowni Branickiego stały aż cztery karety pomalowane na tenże kolor.

Właśnie w Białymstoku miał hetman swoją największą wozownię. Tam przecież na dworskie uroczystości zjeżdżał cały ówczesny możny świat. Jedną z atrakcji była przejażdżka do Choroszczy. Wyprowadzano więc z wozowni wszystko, a goście wygodnie sadowili się w pojazdach i ruszali do letniej rezydencji Branickich. Wśród flotylli pojazdów było dziesięć kolasek. W tych niewielkich powozikach mieściły się po dwie osoby. Był to idealny środek transportu na letnie przejażdżki po pałacowych ogrodach. Profesor Elżbieta Kowecka, znawczyni hetmańskiego majątku, tak je opisywała:

Były wśród tych kolasek "nowa paryska, wybita pstrą plisią (plisia - plusz, tkanina półwełniana o wysokim włosiu) lakierowana na perłowo, kolaska nazwiskiem królewiczowska, zieloną plisią wybita, na trzy osoby, a także kolaski wybijane plisią pąsową i niebieską". Niektóre z nich sam hetman określał jako "staroświeckiej roboty", czyli z pewnością nie były ubiegłorocznymi modelami.

Ciekawostką XVIII-wiecznego magnackiego transportu były brouette i vinaigrette. Brouette to "wózek skórą czerwoną wybity na trzech kółkach z Turczynkiem". Czasem zamiast owego Turczynka zaprzęgano do pojazdu kucyka. Drugi z pojazdów był natomiast "krzesełkiem na trzech kółkach", które popychało się z tyłu. Oczywiście w funkcji silnika znów występował Turczynek.

W 1749 r. hetmanowi zamarzył się model, który widział u króla Augusta II. Postanowił więc go zamówić "u umiejącego doskonale tę robotę" warszawskiego rzemieślnika. Miał jednak pomysł na ulepszenie tego brouette służącego "do promenady". Rozważano więc, "czy dla większej wygody mógł być w samym siedzeniu stolec". Miałaby to więc być limuzyna z sedesem!

Hetman z uwagą śledził nowinki. W 1744 r. otrzymał od swego szwagra, wojewody podlaskiego i podskarbiego koronnego Karola Sedlnickiego, przywiezione wprost z Paryża "abrysy", czyli rysunki najnowszych modeli paryskich karoc. W 1749 r. zatrudniony dekorator i snycerz Contessa, opierając się na francuskich modelach, zrobił hetmanowi projekty karet. Narysował więc ozdobne boki powozu, zaprojektował gałki u drzwiczek i inne elementy. Branicki w międzyczasie nakazał kupno w Gdańsku kryształowych szybek. W 1752 r. zmienił jednak zdanie - postanowił kupić w Paryżu gotowy najnowszy model karety. Znad Sekwany wieziono ją statkiem do Gdańska, a dalej Wisłą na łodzi przypłynęła do Warszawy. Jakiż podziw wzbudził ten pojazd, gdy wreszcie dotarł do Białegostoku. Ciągnęło go sześć koni ubranych w paradne szory.

Gdy w 1755 r. doniesiono Branickiemu, że w Wiedniu jest do kupienia kareta za 1 tys. dukatów, natychmiast wysłał umyślnych, by ją obejrzeli. Zrezygnował z zakupu, gdy dowiedział się, że model sprzedawany nad Dunajem jest identyczny jak ten, który już ma.

W 1758 r. hetman zaangażował uznanego w Warszawie malarza Łukasza Smuglewicza, by ozdobił mu karetę "chińską techniką". Wtedy dawała ona gwarancję jakości. Wiadomo było, że lakier nie zejdzie po pierwszym deszczu czy na słońcu. Smuglewicz owszem, malunki potrafił wykonać, ale postawił Branickiemu warunek, by chiński grunt wykonał jednak prawdziwy Chińczyk.

W tym samym roku Branicki zobaczył u francuskiego arystokraty hrabiego de Broglie'a karetę, która wywarła na nim ogromne wrażenie. Zapragnął takiej samej. Nie było wyjścia - najlepsi rzemieślnicy w Warszawie ją zrobili.

Czekamy na opowieści jak losy Waszych rodzin przeplatają się z historią Polski: historierodzinne@wyborcza.pl






W ''Objazdowym Muzeum Historii Polski'' czytaj:

Hetman Branicki - klawe życie magnata
Historia bywa niesprawiedliwa. Chcielibyśmy, by pamięcią potomnych nagradzała tylko osoby wielkie i nieprzeciętne, skazując na zapomnienie ludzi małego formatu, poślednich talentów i marnego intelektu. A ona, jak na złość, często robi odwrotnie, czego dowodem Jan Klemens Branicki herbu Gryf

Majątki arystokracji. Fura, skóra i gipiura
Najwięksi arystokraci mieli po kilkaset wsi, własne miasta i prywatne armie. Olbrzymie dochody i (czasami) jeszcze większe wydatki.

Magnackie rezydencje
Białystok, Choroszcz, Tykocin, Bohoniki, Supraśl. Wszystkei możemy zwiedzić na Podlasiu

Białowieża. Historia czterech królewskich polowań
Królewskie łowy w Puszczy Białowieskiej trwały zwykle tydzień, angażowały kilkaset osób i były ulubioną rozrywką każdej koronowanej głowy. Strzelano, pito kawę, czytano książki i grano w karty.



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.