Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Odejść musi każdy Niemiec, który nie przeciwstawił się czynnie nazizmowi (...). Jeśli ci Niemcy pozostaną w Czechosłowacji, będziemy mieli nieustanną wojnę domową. Jedynym rozwiązaniem jest ich wyjazd do Niemiec - mówił w maju 1944 r. w Londynie amerykańskiemu dziennikarzowi prezydent Czechosłowacji na uchodźstwie Edvard Beneš.

Chcemy być Austrią, nie Czechosłowacją!

Profesor Archibald Cary Coolidge, doradca Woodrowa Wilsona, prezydenta USA w latach 1913-21, nie miał wątpliwości, gdy pisał: Jest dziś między nimi głęboka wrogość i nie ma powodu oczekiwać, że zostanie ona w najbliższym czasie pokonana. Coolidge odnosił się do wydarzeń mających miejsce wkrótce po powstaniu na gruzach monarchii austro-węgierskiej Czechosłowacji i Austrii.

Wtedy to przywódcy przeszło 3 mln Niemców, mniejszości zamieszkującej od stuleci historyczne ziemie czeskie, ogłosili powstanie Provinz Deutschböhmen, czyli prowincji Niemieckie Czechy. Zamierzali przyłączyć ją do Austrii. 12 listopada 1918 r., a więc dzień po abdykacji cesarza Karola I, Niemcy z rozpadającej się monarchii austro-węgierskiej proklamowali w Wiedniu Republikę Niemiecką Austrii.

Akcja wojsk czechosłowackich w listopadzie i grudniu 1918 r. rozwiała nadzieje czeskich Niemców. Kilka miesięcy później podczas wyborów w Austrii w kilku miastach doszło do starć wojska z manifestantami domagającymi się utworzenia Niemieckiej Austrii obejmującej także Niemieckie Czechy - zginęło ponad 50 Niemców, w tym 20 kobiet i troje dzieci.

Druga nacja republiki

W wielonarodowościowej Czechosłowacji Niemców było o prawie 1,5 mln więcej niż Słowaków i pod względem liczebności stanowili drugą nację. Zdecydowana większość zamieszkiwała na uprzemysłowionych obszarach północno-zachodnich graniczących z Niemcami i w południowych Czechach przy granicy z Austrią.

Demokratyczna Czechosłowacja gwarantowała obywatelom prawa i wolności bez względu na pochodzenie, ale rząd w Pradze starał się zmienić etniczną strukturę pogranicza. Na tereny zamieszkane przez Niemców przysyłał zatem urzędników, pocztowców, kolejarzy, nauczycieli. Formalnie te funkcje mogli sprawować miejscowi, pod warunkiem że w ciągu dwóch lat biegle opanują język czeski. Niemcy przeważnie nie chcieli się uczyć czeskiego.

Emanuel Moravec: ''Czeski Quisling''


Część niemieckich partii politycznych bojkotowała rząd, część weszła do parlamentu, włączając się do systemu demokratycznego. Podczas Wielkiego Kryzysu Niemcy oskarżali Pragę, że "prowincjom niemieckim" pomaga mniej niż innym regionom. To wówczas wśród niemieckiej mniejszości do głosu zaczęli dochodzić ludzie, którym odpowiadały poglądy Adolfa Hitlera i ścisła współpraca z nazistami.

Partia Niemców Sudeckich (SdP) musi ukrywać swoją sympatię do narodowego socjalizmu. W demokratyczno-parlamentarnym systemie Czechosłowacji musieliśmy używać na zewnątrz terminologii demokratycznej i stosować metody parlamentarne. (...) Choć na zewnątrz SdP występuje jako partia będąca za utrzymaniem Czechosłowacji i integralności jej granic, to tak naprawdę za niczym tak nie tęskni jak za wcieleniem do Rzeszy obszaru Sudetów, a nawet całego terytorium czesko-morawsko-śląskiego... Słowa te pochodzą z listu Konrada Henleina, przywódcy SdP, napisanego w pierwszej połowie lat 30. do Hitlera.

Niemcy sudeccy do Rzeszy

W 1935 r. SdP w wyborach do czechosłowackiego parlamentu zdobyła najwięcej mandatów - głosowało na nią ponad 67 proc. Niemców.

Wkrótce na rozkaz Berlina przywódcy SdP uruchomili lawinę żądań, domagając się od Pragi więcej, niż Czesi mogli spełnić. Zaraz po anszlusie Austrii dokonanym 12-13 marca 1938 r. Hitler postanowił rozprawić się z Czechosłowacją i na pograniczu zaczęło dochodzić do wielu prowokacji - świat miał uwierzyć, że Niemcy w Czechosłowacji są prześladowani.

Londyn i Paryż, chcące wówczas za wszelką cenę utrzymać pokój, ugięły się i pod koniec września 1938 r. w Monachium wyraziły zgodę na przyłączenie do Niemiec 29 tys. km kw. wykrojonych z Czech, Moraw i Śląska. Mieszkało tam wówczas 2,9 mln Niemców i ok. 700 tys. Czechów - 250 tys. z nich porzuciło swe domy i wyjechało do okrojonych Czech.

Pół roku po Monachium Hitler ostatecznie rozbił osłabioną Czechosłowację - skłonił Słowaków do ogłoszenia niepodległości, a z Czech i Moraw utworzył marionetkowe państewko uzależnione od III Rzeszy - Protektorat Czech i Moraw.

Zachowanie Niemców sudeckich Czesi uznali za zdradę, a symbolem ich wiarołomstwa stał się Karl Hermann Frank, były księgarz z Karlowych Warów i jeden z liderów SdP, który po utworzeniu Protektoratu stał się miejscowym dowódcą SS i policji. Czesi nazywali go "krwawym psem".

Frank bezwzględnie tropił i dusił w zarodku wszelki opór, a przed Hitlerem snuł wizję wymordowania nieposłusznych Czechów i zgermanizowania pozostałych. Takich jak Frank było wśród czeskich Niemców wielu.

Los Czechosłowacji przesądzony: ''Dlaczego nie chcieli walczyć z Hitlerem'', ''29 IX 1938. Konferencja w Monachium''


Podpisanie układu monachijskiego

Nie znajcie litości

Beneš już w 1942 r. rozpoczął u sojuszników starania o zgodę na wysiedlenie Niemców. Politycy w Londynie i Waszyngtonie mieli mieszane uczucia wobec tego pomysłu. Natomiast gdy Beneš przedstawił w Moskwie koncepcję wysiedlenia z Czechosłowacji ponad 2 mln Niemców, minister spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow rzekł krótko: - Drobnostka.

Im bliżej było końca wojny, tym bardziej rósł niepokój Beneša. I on, i inni czescy politycy obawiali się, że zachodni alianci nie zgodzą się na wysiedlenie Niemców albo, co gorsza, tereny z większością niemiecką przekażą Niemcom lub Austrii.

17 kwietnia 1945 r., kiedy część kraju była już wyzwolona, rządowa rozgłośnia radiowa zaapelowała do Czechów i Słowaków: Idźcie rozliczać Niemców za wszystkie ich bestialstwa i nie znajcie litości wobec niemieckich morderców. Postępujcie bez litości ze zdrajcami Republiki. Apel nie pozostał bez oddźwięku.

Pastor Premysl Pitter tak wspominał pierwsze dni wolności w Pradze: Na Bramie Prochowej wisiał powieszony za nogi Niemiec, a pod jego głową rozpalono ogień i pomalutku go pieczono... Naprzeciwko gmachu YMCA Niemki, młode i stare, przechodziły z podniesionymi rękami przez kordon ludzi, którzy młócili je bykowcami. Zawołałem: "Ludzie, miejcie rozum!". Wydostałem się tylko cudem. Na Florze dwie godziny znęcano się nad pewną Niemką, a później napastnicy polali ją benzyną i podpalili. Widziałem ludzi z Żiżkova ciągnących na plac Wacława, którzy krzyczeli: "Idziemy opiekać zające!". To znaczy polować na Niemców.

Do podobnych wydarzeń w pierwszych powojennych dniach dochodziło w całym kraju.

Tam, gdzie powstawały lokalne organy administracji, pospiesznie powoływano sądy ludowe, które rozliczały miejscowych Niemców. "Procesy" i egzekucje odbywały się błyskawicznie.

Czechosłowaccy politycy zdawali się nie dostrzegać, co się dzieje, a ich kolejne przemówienia wielu odczytywało jako zachętę do dalszych mordów.

- Musimy natychmiast zacząć wygnanie, wszelkimi sposobami, nie możemy się z tym wstrzymać ani wahać - głosił minister sprawiedliwości Prokop Drtina. - Musimy skorygować pomyłkę naszych królów Przemyślidów, którzy sprowadzili nam niemieckich kolonistów - grzmiał przywódca komunistów Klement Gottwald.

Dokonania komendanta Martinka

W ciągu kilku tygodni powstało ponad 2 tys. obozów internowania, pracy i karnych (często były to obozy poniemieckie), gdzie trafiło ok. 350 tys. ludzi. Szczególnie ponurą sławę zyskał obóz Hanke w Ostrawie, w którym od 10 maja do 13 czerwca 1945 r. życie straciło co najmniej 231 osób.

Komisja parlamentarna, która w 1947 r. prowadziła w tej sprawie śledztwo, odkryła szokujące fakty. Komendantem obozu Hanke był dawny górnik Emil Martinek - dowiedziono, że co najmniej dwukrotnie przed egzekucją nakazał więźniom uprawianie seksu grupowego z niemieckimi więźniarkami.

W Ostrawie Niemcy zmuszani byli do pełnienia funkcji katów i wieszania się nawzajem. Jeden ze świadków zeznał, że Martinek kazał mu zabić dwóch więźniów przez roztrzaskanie im głów cegłą.

Prokurator udowodnił komendantowi i jego podwładnym nie tylko gwałty i rabunki, ale również sfingowanie buntu więźniów, w następstwie czego urządzili oni masakrę, strzelając do bezbronnych.

Prześladowania Niemców w Czechosłowacji - zdjęcia archiwalne

Brneński marsz śmierci

Pozostający na wolności Niemcy zostali potraktowani tak, jak sami wcześniej traktowali Żydów. Musieli zatem nosić białe opaski z literą N, mieli zakaz korzystania z komunikacji miejskiej, przebywania w miejscach publicznych (restauracje, parki, kąpieliska), po godzinie 20 nie mieli prawa opuszczać swoich mieszkań. Otrzymywali też mniejsze przydziały żywnościowe, a wykupić je mogli w wyznaczonych sklepach tuż przed ich zamknięciem.

W maju 1945 r. rozpoczęły się pierwsze masowe wysiedlenia, a najstraszliwsze rzeczy rozegrały się w Brnie.

Ponad 25 tysiącom Niemców - kobietom, dzieciom i starcom (mężczyźni pracowali przymusowo przy usuwaniu zniszczeń) - miejscowe władze nakazały opuszczenie mieszkań w ciągu jednej nocy. Następnie ludzie ci zostali pognani w kierunku granicy austriackiej - nie wolno im było zabrać nawet najpotrzebniejszych rzeczy, nie mówiąc o cennych przedmiotach.

Eskortę stanowiła Gwardia Rewolucyjna składająca się z uzbrojonych ochotników, a podczas marszu dochodziło do mordów, gwałtów i znęcania się. Niemieccy historycy nazywają to wydarzenie "brneńskim marszem śmierci" i szacują liczbę ofiar na ponad 5 tys. Czescy badacze twierdzą, że przypadków śmiertelnych było 1,7 tys.: ponad 1 tys. osób zmarło z wycieńczenia po austriackiej stronie granicy, kolejne kilkaset - na skutek epidemii czerwonki w obozie w Pohorelicach, gdzie umieszczono brneńskich Niemców; zaledwie trzy osoby miały umrzeć podczas marszu.

Kryptonim "Alex"

Od początku czerwca 1945 r. główna rola w akcji przeciwko Niemcom przypadała już armii czechosłowackiej. W połowie maja wojskowi powołali dowództwo pod kryptonimem "Alex", którego zadanie polegało na "oczyszczeniu" pogranicza z Niemców.

- Wypędźcie wszystkich Niemców z terytorium w naszych historycznych granicach. Dla utrzymania produkcji rolnej i przemysłowej (...) należy pozostawić dostateczną liczbę robotników i pracowników, którzy zostaną na miejscu jako obcy robotnicy bez praw - nakazał generał Zdenek Novák, dowódca "Alexa".

Na pograniczu panował chaos - działały tam nie tylko oddziały Gwardii Rewolucyjnej, która zyskała sobie miano "gwardii rabunkowej", ale też bandy chcące się wzbogacić kosztem Niemców. - Wszystko było dozwolone. Przemoc, gwałty, rabunki, zabójstwa były na porządku dziennym - opowiadał świadek wydarzeń.

- Zazdroszczę wam, panowie, bo dostajecie wielką szansę. Pamiętajcie, że dobry Niemiec to martwy Niemiec. Im mniej ich tu zostanie, tym mniej będziemy mieć wrogów. Im mniej ich przejdzie za granicę, tym mniej wrogów będziemy mieć tam - mówił Oldrich Španiel, szef kancelarii wojskowej prezydenta Beneša, podczas odprawy oficerów mających dowodzić akcją w okolicach miasta Žatec.


Niemki przy demontażu barykad z czasu powstania praskiego (5-8 maja 1945 r.)

Masakra w Postoloprtach

Zaraz po wkroczeniu wojska do miasteczka Postoloprty w północnych Czechach w dawnych koszarach został utworzony obóz. Żołnierze i członkowie Gwardii Rewolucyjnej zgonili tam mężczyzn z miasta i okolicznych wsi. Od razu rozpoczęły się egzekucje w pobliskim lesie i na szkolnym boisku.

Żołnierze nie orientowali się w złożonych relacjach etnicznych - każdy miejscowy był dla nich Niemcem. Zamordowali zatem również kilku Czechów wywodzących się z rodzin mieszanych, w tym jednego o nazwisku Nemec.

Kobiety, starcy i dzieci trafili do obozu, w którym podczas wojny Niemcy trzymali robotników przymusowych. Gwałty, brak żywności, fatalne warunki higieniczne zbierały krwawe żniwo.

Te same oddziały kilka dni później - przy cichej zgodzie Sowietów, którzy dzień przed pojawieniem się oddziałów czechosłowackich opuścili swoje kwatery - pojawiły się w Žatcu. Na rynku wojsko zebrało kilka tysięcy mężczyzn, którzy następnie zostali pognani do koszar w Postoloprtach. Po drodze zostali obrabowani.

Koszary były już tak przepełnione, że ci, którzy znaleźli miejsce pod dachem, spali na stojąco; reszta spędzała noce na dziedzińcu. Strażnicy strzelali do nich pod byle pretekstem, a bicie i wyczerpujące ćwiczenia fizyczne były na porządku dziennym. Z koszar co rusz wychodziły grupy zatrzymanych, ale z powrotem wracali już tylko żołnierze.

W 1947 r. wobec pojawiających się na Zachodzie oskarżeń o masakrowanie cywilów czechosłowacki parlament powołał specjalną komisję śledczą. Świadkowie opowiedzieli m.in. o rozstrzelaniu na rozkaz czechosłowackiego oficera pięciu chłopców w wieku od 12 do 16 lat. Egzekucja odbyła się na oczach więźniów i była karą za próbę ucieczki do sadu, w którym chłopcy chcieli zerwać owoce, by zaspokoić głód.

Po przeprowadzeniu ekshumacji okazało się, że w kilku masowych grobach spoczywają 763 ciała.

Esesmani z Chomutova

Do znęcania się dochodziło powszechnie. W Chomutovie ludzi podejrzanych o przynależność do SS "rozebrano do naga i tłuczono". Jeden ze świadków zeznał: Kilku żołnierzy przyniosło żelazne pręty i tymi prętami ich bili. Widział, jak tymi prętami były im wybijane oczy. Kiedy wszyscy esesmani nie dawali znaku życia, przyniesiono rolki filmu, okręcono ich taśmą filmową i podpalono. Jasne było, że torturowani nie byli martwi, bo kiedy filmy zaczęły na nich płonąć, zaczęli się miotać. A gdy filmy już spłonęły, ktoś przyniósł konew z wodą, dodał do niej sól i osoloną wodą polewał męczonych. W końcu mężczyźni zostali dobici.

W jednym z obozów lekarz miał przekłuwać wielką igłą serce uwięzionym. W innym miejscu prowadzonych na egzekucję podzielono na dwie grupy w obawie przed buntem, które mógł wywołać odgłos strzałów - pierwszych więźniów uśmiercano poprzez poderżnięcie im gardła.

Armia chciała wysiedlać 10 tys. Niemców dziennie - im bliżej było do konferencji w Poczdamie (zaczęła się 17 lipca, a skończyła 2 sierpnia 1945 r.), tym więcej transportów z Niemcami wyjeżdżało z Czechosłowacji. Było to możliwe dzięki polityce Moskwy, która zgadzała się, by trafiali oni do radzieckiej strefy okupacyjnej. O ile z Sowietami władze czechosłowackie się porozumiały, o tyle z Amerykanami, którzy stacjonowali w zachodnich Czechach, porozumienia nie było. Władze USA nie zgadzały się na metody stosowane przez Czechów wobec Niemców.


Pribram - pod okiem członków Gwardii Rewolucyjnej niemieccy jeńcy (według niektórych źródeł - z oddziałów SS) kopią sobie grób na miejscowym cmentarzu

Eksplozja w Uściu

Dwa dni przed zakończeniem konferencji w Poczdamie w Uściu nad Łabą wyleciał w powietrze skład amunicji. Zginęło 27 osób, kilkadziesiąt odniosło rany. Niemalże natychmiast po wybuchu w kilku miejscach miasta zaczęło się wyłapywanie Niemców uznanych za sprawców. W polowaniu brali udział cywile i żołnierze czechosłowaccy, a także czerwonoarmiści. Niemcy byli kamienowani, zabijani z broni palnej, mordowani pałkami, topieni.

Na moście nad Łabą straż pełnili żołnierze uzbrojeni także w pałki i pejcze. Most stanowił połączenie centrum z dzielnicą przemysłową i musieli tamtędy przechodzić powracający z pracy robotnicy. Niemcy byli wrzucani do rzeki, a żołnierze do znajdujących się już w wodzie strzelali - świadkowie widzieli, jak jeden ze sprawców zrzucił z mostu dziecięcy wózek.

Inne świadectwa mówią, że niektórzy Czesi starali się pomagać Niemcom, a szef miejskiej rady narodowej Josef Vondra omal nie przypłacił życiem próby uspokojenia tłumu.

Dokładna liczba ofiar w Uściu jest nieznana. Czeskie szacunki mówią o 80-100 zabitych, niemieckie są znacznie wyższe. Dzień po wydarzeniach do miasta przyjechała delegacja rządowa, ale nim rozpoczęła śledztwo, minister obrony gen. Ludvik Svoboda już wskazał winnych wybuchu - Niemców. I zapowiedział, że państwo szybko i energicznie rozprawi się z piątą kolumną.

Gazety pisały o wydarzeniach w Uściu jako o kolejnym dowodzie na to, że Niemcy muszą zostać wysiedleni. Być może wybuch w Uściu, a następnie krwawa rozprawa miały dostarczyć jeszcze jednego argumentu do przekonania zachodnich polityków w Poczdamie, aby wysiedlić Niemców. Zdaniem części historyków w akcji uczestniczyli oficerowie kontrwywiadu, a wybuch nienawiści do Niemców wydaje się wyreżyserowany.

Sprawa porucznika Pazura

Na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy stanęli przed sądem. Najgłośniejszą sprawą było osądzenie por. Karola Pazura. W połowie czerwca 1945 r. dowodzony przez niego oddział wracał pociągiem z uroczystej parady w Pradze. Na stacji w Prerovie żołnierze spotkali inny pociąg - wiozący Niemców karpackich. Żołnierze wyciągnęli ich z wagonów, zaprowadzili w okolicę pobliskiej wsi i zamordowali. Wśród ofiar było 71 mężczyzn, 120 kobiet i 74 dzieci.

Prokurator udowodnił Pazurowi, że osobiście zastrzelił kilka niemowląt. - A co miałem z nimi zrobić, kiedy zastrzeliliśmy im rodziców? - tłumaczył przed sądem. Został skazany na 20 lat więzienia, ale już po dwóch latach wyszedł na mocy amnestii. A potem stał się szanowanym działaczem kombatanckiego Związku Bojowników o Wolność.

Wielu z nas jak dzikie bestie rzuciło się na cudzy majątek, a przemoc osiągnęła poziom tych, którzy nas wcześniej mordowali - zapisał w swoim dzienniku pastor Premysl Pitter. Kilka miesięcy później stwierdził wprost: Kopiujemy czyny nazistów, zniżając się do ich poziomu.
Podobnie brzmią słowa listu anonimowego mieszkańca Pragi zaadresowanego do żony prezydenta Edvarda Beneša z prośbą o interwencję: Z wieloma niemcami [tak w oryginale] - kobietami, dziećmi, a czasem i mężczyznami, którzy w szerszym słowa znaczeniu nie byli aktywni politycznie - postępuje się gorzej niż nieludzko. (...)
Mężczyźni muszą pracować na wpół nago i boso. Czasem zmuszani są do chodzenia po rozbitym szkle. Obstawa jest niedostateczna i specjalnie nie chroni pracujących przed wyzwiskami i napaściami ze strony gapiów. Także zakwaterowanie jest w wielu przypadkach nieludzkie, nawet pod gołym niebem (stadion na Strahovie). W budynkach szkół niemieckie kobiety są gwałcone przez rosyjskich żołnierzy.



Cena rewolucji

Czechosłowacja nie rozliczyła mordów, gwałtów i rabunków dokonanych na Niemcach, na lata zamiotła sprawę pod dywan. 4 czerwca 1946 r., a więc długo przed przejęciem przez komunistów pełni władzy w lutym 1948 r., weszła w życie uchwalona przez Zgromadzenie Narodowe ustawa "O legalności działań związanych z walką o odzyskanie wolności przez Czechów i Słowaków". De facto wprowadzała ona powszechną amnestię.

W ustawie był zapis, że czyny popełnione od 30 września 1938 r. do 28 października 1945 r., których celem było odzyskanie wolności przez Czechów i Słowaków lub które były odwetem za zbrodnie okupantów, są legalne. Nawet jeśli w chwili popełnienia stanowiły przestępstwo.

Przez lata czechosłowacka historiografia przedstawiała wysiedlenia Niemców i związane z nimi okrucieństwa jako spontaniczne działania ludności odgrywającej się na okupantach i niemieckich zdrajcach. Nie ma jednak wątpliwości co do udziału w nich organów państwowych i armii.

Wątpliwości historyków i prawników budzą też dekrety rządowe podpisywane przez prezydenta Beneša (przeszły do historii jako dekrety Beneša), które pozbawiały Niemców obywatelstwa, majątku, wprowadzały przymus pracy. I stanowiły podstawę do wysiedlenia ponad 3 mln Niemców oraz 100 tys. Węgrów, o czym postanowili w Poczdamie przywódcy zwycięskiej koalicji.

Jak się dziś szacuje, od zakończenia działań wojennych do konferencji poczdamskiej ok. 450 tys. Niemców zostało wysiedlonych, a liczba ofiar śmiertelnych sięgnęła co najmniej 25 tys. W większości przypadków ludzie ci zginęli podczas egzekucji i w obozach.

Nieznany jest los ok. 200 tys. byłych obywateli Czechosłowacji pochodzenia niemieckiego. Zapewne wielu z nich zginęło podczas wojny, wielu z tych, którzy przeżyli, nie wróciło już do swych domów. Część z nich mogła jednak paść ofiarą powojennych mordów - historycy i świadkowie wciąż wskazują masowe groby, których ani nie zbadano, ani nawet nie oznaczono.

Jest kwestią bezdyskusyjną, że w wielu wypadkach represje dotknęły osoby, które dopuściły się przestępstw. Ale ofiarami zemsty i brutalności stały się także osoby niewinne, łącznie z kobietami, starcami i dziećmi. Przez lata o tych wydarzeniach coś się wiedziało, ale patrzyło się na nie w większości jako na nieuniknioną "cenę rewolucji" - pisze czeski historyk Tomáš Stanek.

W 1997 r. w Pradze podpisano czesko-niemiecką deklarację o wzajemnych stosunkach. Strona czeska wyraziła w niej ubolewanie, że w trakcie powojennych deportacji Niemców sudeckich z ówczesnej Czechosłowacji zadano wiele cierpień i krzywd niewinnym ludziom.

Korzystałem m.in. z: J. Havel, V. Kaiser, O. Pustejovsky "Stalo se v Usti nad Labem 31. cervence 1945", Usti nad Labem 2005 F. Hýbl "Tragédie na švédských šancich v cervnu roku 1945", Prerov 1995; A. Kalckhoff "Pravdou k smireni. Pripad Postoloprty a jeho vyrovnáni 1945-2010", Dokumentace, Heimat Saaz 2013; T. Stanek "Odsun Nemcu z Ceskoslovenska 1945-1947. Poválecné "excesy" v ceských zemich v roce 1945 a jejich vyšetrováni", Praha 2005; T. Stanek, A. von Arburg "Vysidleni Nemcu a promeny ceského pohranici 1945-1951", trzy tomy dokumentów z czeskich archiwów, Stredokluky, 2009-2011; D. Vondrácek "Zabijeni po cesku", Praha 2010

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.