Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Z druzgotani członkowie Biura Politycznego tłoczyli się przy wejściu do jadalni daczy w Kuncewie, gdzie na na kozetce leżał Stalin. Martwy. Za parę minut agencja TASS miała ogłosić światu tragiczną nowinę o śmierci Ojca Narodów. Dygnitarzom w głowach kołatała się jedna myśl: "co z nami teraz będzie?".

Drgnęli, gdy nagle padły wypowiedziane z kaukaskim akcentem słowa: - Chrustalow, podstawiaj mi samochód!

To niespodziewanie i - jak to odczuli inni - z nutką radości w głosie krzyknął marszałek bezpieczeństwa państwowego i wicepremier Ławrientij Beria, wydając rozkaz Iwanowi Chrustalowowi, dowódcy ochrony osobistej zmarłego. Chrustalowowi do tej pory polecenia wydawał tylko Stalin.

Dwie drogi czekisty

Przywódcy zrozumieli, że zaczął się dla nich "nowy etap", czyli krwawa walka z groźnym konkurentem, który po śmierci władcy poczuł się już nowym gospodarzem i zaczyna się rządzić.

Może właśnie w tym momencie, wieczorem 5 marca 1953 r., Nikicie Chruszczowowi, szefowi moskiewskiej organizacji partyjnej i przyszłemu pierwszemu sekretarzowi Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, przyszła do głowy myśl, którą później podzielił się z towarzyszami: - Dopóki ten bydlak i zboczeniec Beria siedzi na stołku, nikt z nas nie może się czuć bezpieczny.

Beria, który przy nieostygłym jeszcze trupie Stalina zaczął się rządzić, pewnie pamiętał o słowach, które usłyszał od wodza, gdy ten w 1938 r. mianował go szefem NKWD, czyli Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych: - Czekista ma przed sobą tylko dwie drogi - albo awans, albo pod ścianę.

Gruzin pamiętał też, jak skończyli jego poprzednicy - Gienrich Jagoda i Nikołaj Jeżow. Pierwszy został szefem bezpieki w 1934 r., a już w 1937 r. usłyszał oskarżenie o szpiegostwo i zdradę. W 1938 r. już nie żył. Jeżow, który objął po Jagodzie stanowisko w 1936 r., utrzymał się na nim do 1938 r. Skończył tak jak poprzednik, tyle że dopiero w 1940 r.

Beria świetnie wiedział, że droga, jaka się przed nim otwiera, będzie trudna i raczej niebezpieczna, ale czy mógł przypuszczać, że za dziewięć miesięcy i 18 dni zaprowadzi go przed obity deskami mur w bunkrze sztabu moskiewskiego okręgu wojskowego?

Gra o władzę


Zaczął rozważnie. Nie pchał się od razu na sam szczyt. Na plenum Biura Politycznego, które zebrało się jeszcze tego samego wieczoru, na zwolnione przez Stalina miejsce przewodniczącego rady ministrów nie siebie zaproponował, ale bezwolnego i - jak sądził - bezgranicznie mu oddanego Gieorgija Malenkowa. Dla siebie upatrzył stanowisko nieco niższe - pierwszego wicepremiera odpowiedzialnego za służby specjalne oraz szefa ministerstwa spraw wewnętrznych.

Formalnie nie stał się numerem jeden, ale zdobył ogromną władzę: kierował szefem rządu i potężną tajną policją.

Chruszczow, którym Beria pogardzał, nazywając go głupkiem i błaznem, ale który miał się okazać najpoważniejszym jego przeciwnikiem, wziął na siebie zadanie techniczne i pozornie skromne - miał przygotować monumentalny pogrzeb Ojca Narodów.

Ukrainiec postąpił chytrze. W najbliższych dniach najważniejszą sprawą było pochowanie Stalina, co oznaczało, że wszyscy musieli słuchać poleceń "głównego grabarza kraju". A to dawało ogromne możliwości, i to nie tylko na najbliższe dni żałoby.

Papiery na Berię

Chruszczow, minister obrony Nikołaj Bułganin i inni towarzysze świetnie wiedzieli, że jeśli nie załatwią Berii, to Beria ich wykończy. Bezzwłocznie zaczęli więc kopać dołki pod konkurentem - prześwietlać jego przeszłość, zaglądając zwłaszcza do sypialni w domu przy ulicy Kaczałowa (dziś Mała Nikicka), o której do dziś krążą w Moskwie przerażające opowieści.

Kazali przetrząsnąć po cichu archiwa w Tbilisi, Baku, Moskwie w poszukiwaniu tego, co w Rosji nazywają kompromatem.

Do pochodzenia społecznego, które strażnicy komunistycznych świętości tak lubili brać pod lupę, raczej nie można było się przyczepić. Może tylko można było sprawdzić, czy matka Ławrientija Marta z domu Dżakeli rzeczywiście wywodziła się ze starego rodu arystokratycznego, ale przecież w Gruzji co drugi podaje się za księcia.

Ale jakkolwiekby grzebali w archiwach ludzie Chruszczowa, to Martę i Pawła Beriów musieli zaliczyć do biedniaków, czyli wiejskiej warstwy ocenianej przez bolszewików najwyżej (w odróżnieniu od zamożnych kułaków i średniozamożnych średniaków).

Jak przystało na przyszłego komunistę, mały Ławrientij chodził do wiejskiej szkoły bez butów, a kiedy rodzina zdecydowała, że będzie się uczyć dalej, ojciec musiał sprzedać połowę domu.

W życiorysie Berii coś zgrzytnęło w 1917 r., kiedy w Rosji zaczęły się rewolucyjne wstrząsy. Podawał, że do bolszewików przystał w Baku, gdzie się uczył jako 18-latek, i miał to zrobić, zanim jeszcze w listopadzie Lenin i jego kompani przejęli w Piotrogrodzie władzę.

Tyle tylko że w archiwach w Azerbejdżanie nie było dokumentów potwierdzających słowa Berii. Świadkowie, którzy wówczas znali przyszłego szefa bezpieki, już nie żyli, a na dodatek część z nich wcale nie odeszła z tego świata w wyniku naturalnej śmierci.

Szperacze Chruszczowa znaleźli natomiast informację, że po przewrocie bolszewickim Beria służył w kierowanym przez Brytyjczyków kontrwywiadzie Azerbejdżańskiej Republiki Demokratycznej.

Gdy został aresztowany, zapewniał, że z kontrolowanymi przez Londyn azerskimi służbami specjalnymi związał się na polecenie bolszewickiej organizacji partyjnej i zajmował się tam krecią robotą. Ale znów wszyscy ci, którzy mogliby te słowa potwierdzić, też już dziwnym zbiegiem okoliczności nie żyli.

A więc dawało się wysunąć oskarżenie, że od początku kariery w partii, a potem w bezpiece i rządzie Beria był szpiegiem brytyjskim.


Willa Ławrientija Berii przy ulicy Kaczałowa

Porywacz kobiet

Mnóstwo kompromatu na Berię było też w samej Moskwie, po której od dawna krążyły opowieści o czarnej limuzynie - wpierw oplu admirale, potem packardzie, a w latach 50. siedmiomiejscowym ZIM-ie. Przechodnie przez szyby auta mieli widzieć zwalistą sylwetkę mężczyzny w kapeluszu z szerokim rondem, spod którego błyskały szkła staromodnego pincenez.

Sam pasażer podobno bacznie się przyglądał przechodzącym młodym kobietom, a kiedy już upatrzył sobie ofiarę, kierowca lub oficer ochrony zapraszał dziewczynę do środka albo - w razie odmowy - brutalnie wciągał ją do limuzyny. ZIM jechał potem do domu przy ulicy Kaczałowa, gdzie ślad po dziewczynie przepadał.

Szpicle Chruszczowa i jego sprzymierzeńców zdobywali dowody i zeznania częściowo przynajmniej potwierdzające te plotki. Odnaleźli na przykład Walentynę Drozdową, która wsiadła do czarnego packarda, mając niespełna 16 lat. W mieszkaniu na ulicy Kaczałowa piła wino z Berią, który obiecywał jej rzekomo pomoc dla chorej matki, a następnie zaciągnął ją do sypialni i zgwałcił. Następne trzy dni Drozdowa miała spędzić w zamknięciu. Kiedy urodziła dziecko, Beria zaopiekował się nią i nawet kazał dać córce imię swojej matki - Marta.

Sprawa Kiry Kulik

Ślad po Kirze Kulik, eleganckiej i pochodzącej z arystokratycznej rodziny żonie marszałka Grigorija Kulika, urwał się latem 1940 r. w pobliżu jej domu. Zrozpaczony mąż dotarł do Berii i dowiedział się, że milicja i NKWD stają na głowie, by znaleźć Kirę, ale wszystko wskazuje na to, że uciekła za granicę.

Dopiero 13 lat później wyszło na jaw, że NKWD zastawiło pułapkę na Kirę Kulik - funkcjonariusze długo czekali, aż kobieta wyjdzie z domu na pustą ulicę, pochwycili ją, wrzucili do samochodu i zawieźli do Berii. Kilka tygodni po porwaniu w Warsonofijewskim Zaułku, gdzie urzędował ulubiony kat Stalina Wasilij Błochin, zjawiło się kilku oficerów NKWD. Przywieźli Kulikową i ustny rozkaz: rozstrzelać niezwłocznie. Nie pokazali żadnych dokumentów, żadnego wyroku.

Nie pytając o nic, Błochin zabrał kobietę do pomieszczenia przygotowanego do wykonywania egzekucji, a po chwili wrócił i zameldował, że polecenie wykonał.

Marszałek Kulik też z czasem trafił w łapy ludzi Berii. Torturowany przyznał się do ciężkich zbrodni, których nie popełnił, i skończył tak jak żona: 12 sierpnia 1950 r. w katowni Błochina w Warsonofijewskim Zaułku.

Lista dziewcząt i młodych kobiet, które upolował Beria, liczyła około 600 nazwisk, a w trakcie śledztwa odtworzono losy ponad stu. Czy po wykorzystaniu swych ofiar lubieżny szef bezpieki wysyłał je do obozów, gdzie - jak mawiał - zostały roztarte na łagrowy pył?


Limuzyna Ławrientija Berii - ZIM wyprodukowany przez Gorkowskie Zakłady Samochodowe. To do niego jego ludzie wciągali młode kobiety, które ich szef wypatrzył na ulicy. Potem wieźli je do jego willi przy ulicy Kaczałowa

Beria się rządzi...

Naturalnie Ławrientij Beria nie mógł nie wiedzieć, że ludzie Chruszczowa w poszukiwaniu haków na niego przetrząsają archiwa w całym ZSRR, szukają kobiet, które zgwałcił. Ale postępował, jakby to się wszystko nie działo.

Był bardzo aktywny i zasypywał towarzyszy coraz to nowymi pomysłami, decydował w sprawach niebędących w jego kompetencjach i m.in. przez to zyskiwał sobie kolejnych wrogów.

Jako minister spraw wewnętrznych miał prawo zamknąć ostatnie śledztwa wszczęte jeszcze na polecenie Stalina. Takie jak na przykład sprawa lekarzy oskarżonych o rzekomy spisek mający doprowadzić do zgładzenia partyjnej wierchuszki poprzez niewłaściwe leczenie. Tych, których na Łubiance nie zamęczono torturami i których Błochin jeszcze nie rozstrzelał, Beria kazał wypuścić.

Do Berii należało też przygotowanie wielkiej amnestii - na jej mocy wiosną 1953 r. wyszło na wolność ponad 1,2 mln ludzi. Ale towarzysze nie mogli przełknąć publicznych przechwałek Berii, że ocalił milion.

Wśród członków Biura Politycznego nie budziły również zachwytu słowa Berii, że Ukrainą powinni rządzić Ukraińcy, a Uzbekistanem Uzbecy, ani jego konferencje z litewskimi komunistami, podczas których planował z nimi, kto i jakie stanowisko zajmie we władzach Litewskiej Republiki Socjalistycznej.

Nie jego też sprawą było zajmowanie się sytuacją w Niemieckiej Republice Demokratycznej, z której stale uciekały na Zachód dziesiątki tysięcy ludzi, a w czerwcu 1953 r. zdesperowani robotnicy wzniecili rozruchy nazwane powstaniem w Berlinie. Beria zażądał od przywódcy wschodnich Niemiec Waltera Ulbrichta reform, a nawet zezwolenia obywatelom NRD na prowadzenie prywatnej działalności gospodarczej.

...i łamie zmowę milczenia

Zapuścił się też w bardzo niebezpieczne rewiry, zapraszając znanego pisarza Konstantina Simonowa i pokazując mu podpisane przez Stalina i dygnitarzy będących teraz u władzy listy skazanych na rozstrzelanie podczas Wielkiej Czystki z lat 1937-38. Złamał w ten sposób świętą wśród zbrodniarzy zasadę milczenia - wszyscy członkowie stalinowskiej wierchuszki z Berią na czele mieli na sumieniu dziesiątki tysięcy ludzi. Łączyła ich przelana krew, która pieczętowała zmowę milczenia o tym, co latami działo się w katowniach bezpieki i łagrach archipelagu Gułag.

Łączyła ich też sprawa zbrodni katyńskiej - decyzję o wymordowaniu 22 tys. Polaków podjęli na wniosek Berii członkowie Biura Politycznego, a wśród nich żyjący przecież w 1953 r. przywódcy: Kliment Woroszyłow, Anastas Mikojan, Wiaczesław Mołotow.

Oni zabijali Polaków: ''Nieznani kaci z NKWD''



Przegapił ducha Stalina

- Wiosną 1953 r. Beria kroczył po cienkim lodzie, ale był bardzo pewny swego, tak jakby już się czuł władcą absolutnym. Chciał decydować o wszystkim i tracił przez to jednego po drugim sojuszników - mówi rosyjski historyk Nikita Pietrow.

Za politykę kadrową w partii odpowiadał Chruszczow i to od niego, a nie od szefa MSW, powinny wychodzić propozycje, kto ma rządzić w republikach radzieckich.

Zrobienie porządku w NRD leżało przede wszystkim w gestii MSZ rządzonym przez Wiaczesława Mołotowa. Zaraz po śmierci Stalina szef radzieckiej dyplomacji okazał się zwolennikiem Berii, ale teraz, gdy ten próbował się wtrącić w sprawy wschodnich Niemiec, odwrócił się od niego. I nawet publicznie zbeształ za to Berię. A kiedy w Berlinie wybuchło powstanie, winę za to zrzucił na odchodzącego od linii partii i zasad marksizmu-leninizmu ministra spraw wewnętrznych.

Bezczelnym szarogęszeniem się Berii Chruszczow nastraszył w końcu i Malenkowa. Przekonał premiera, że Gruzin nim pomiata, lekceważy go i dąży do postawienia pod ścianą wszystkich członków najwyższych władz.

I w końcu również Malenkow odwrócił się od Berii, przeciw któremu byli już wszyscy członkowie politbiura.

- Beria uważał, że po śmierci Stalina nikt już nie będzie w stanie się z nim rozprawić. Popełnił błąd, bo nie zorientował się, że po śmierci wodza jego duch wciąż krąży na Kremlu, a walka o władzę i wpływy rozegra się według starych wzorców i skończy się pod ścianą - mówi Pietrow.

Aresztujcie zdrajcę narodu!

26 czerwca 1953 r. członkowie rządu mieli się spotkać na rutynowej naradzie. Dla Berii temat nie był interesujący, bo zagadnieniami polityki rolnej specjalnie się nie przejmował. Głowę zaprzątały mu dwie ładne dziewczyny, które wieczorem jego ludzie mieli mu przywieźć na Kaczałowa.

Jednak podległe Berii służby nie pracowały już dla niego, bo chyba nie zdawał sobie sprawy, że w kierunku Moskwy jadą czołgi dwóch elitarnych dywizji - tamańskiej i kantemirowskiej, że pozycje wokół Kremla zajmują żołnierze dwóch pułków piechoty zmotoryzowanej i że stacjonujące na podmoskiewskich lotniskach jednostki sił powietrznych zostały postawione w stan gotowości bojowej.

Na posiedzeniu rządu zaś Nikita Chruszczow znienacka i bardzo gwałtownie zaatakował Berię, oskarżając go o wszelkie możliwe grzechy: rewizjonizm, szpiegostwo na rzecz Wielkiej Brytanii i innych krajów zachodnich, sabotaż, dążenie do oddania części terytorium ZSRR Niemcom, Finom i Japończykom, podważanie fundamentalnych zasad ustroju socjalistycznego oraz o rozwiązłość.

Zażądał także natychmiastowego zwolnienia Berii ze wszystkich stanowisk i aresztowania. Beria bronił się, przypominając, że funkcje rządowe powierzył mu Komitet Centralny partii i tylko on może go odwołać na swoim posiedzeniu plenarnym.

Wtedy do sali obrad weszła grupa wysokiej rangi oficerów czekająca za drzwiami na wezwanie. Dowodził marszałek Gieorgij Żukow.

- Aresztujcie zdrajcę narodu Berię! - wykrzyknął Chruszczow.

Oficerowie wyprowadzili wicepremiera i ministra, który na czas śledztwa i rozprawy został umieszczony w ściśle strzeżonym bunkrze sztabu moskiewskiego okręgu wojskowego.

Sensacje XX wieku - Beria - historia bezprawia

Tajny akt oskarżenia

Stąd prawie co wieczór był wyprowadzany na długie nocne przesłuchania, które prowadził prokurator generalny ZSRR Roman Rudenko, ten sam, który na procesie norymberskim był głównym radzieckim oskarżycielem.

Prowadzący śledztwo dokładnie prześwietlali życie Berii. Zwłaszcza epizod współpracy z azerbejdżańskim kontrwywiadem kontrolowanym przez Brytyjczyków i cały staż partyjny. Oskarżali, że jako szef służb specjalnych w Gruzji rozprawił się w latach 30. z miejscowymi przywódcami komunistycznymi, by zatrzeć ślady swej współpracy z Anglikami.

Przypisywali mu powszechne stosowanie tortur, kiedy w latach 1938-45 kierował NKWD.

Badali też sprawę zorganizowanego przez Berię tajnego laboratorium na Łubiance, gdzie zatrudnieni przez NKWD naukowcy opracowywali receptury trucizn i testowali je na ludziach.

Miał być też winny sabotowaniu pracy przemysłu, co było oskarżeniem absurdalnym. Beria siedział już półtora miesiąca, kiedy organizowany przez niego przemysł jądrowy odniósł olśniewający sukces - 12 sierpnia 1953 r. Sowieci przeprowadzili pierwszą w historii eksplozję bomby wodorowej. Bez Berii i jego talentów organizacyjnych oraz pracy jego szpiegów wykradających tajemnice amerykańskich fizyków jądrowych ZSRR raczej nie zbudowałby bomby atomowej już w 1949 r.

Co ostatecznie znalazło się w napisanym przez Rudenkę akcie oskarżenia, dokładnie nie wiadomo - dokument do dziś jest tajny. Można zrozumieć dlaczego. W czasie przesłuchań Beria i jego najbliżsi współpracownicy dużo mówili o wydarzeniach, które obecne władze Rosji wolałyby przemilczeć - choćby o testowaniu trucizn na więźniach Łubianki czy rozstrzeliwaniu na masową skalę przez NKWD cofających się przed Niemcami czerwonoarmistów.

Bez apelacji

23 grudnia 1953 r. specjalny trybunał pod przewodnictwem marszałka Iwana Koniewa osądził Berię i jego najbliższych podwładnych. Trybunał działał zgodnie z przyjętym w 1934 r. dekretem o walce z terroryzmem - oskarżeni nie mieli prawa ani do adwokatów, ani do apelacji. Wyroki miały być wykonane natychmiast.

Włodzimierz Kalicki opisuje śmierć Berii: ''Ponieśli i wilka''


Wszechmocny niegdyś szef NKWD został skazany na karę śmierci za współpracę z wywiadem brytyjskim, działanie na rzecz obalenia ustroju radzieckiego, organizowanie bezprawnych represji, fałszowanie tysięcy wyroków, gwałty i niemoralny tryb życia.

W bunkrze sztabu wojennego wszystko było przygotowane do egzekucji. Ścianę w korytarzu obito deskami, żeby kula nie rykoszetowała od muru i nie ugodziła strzelającego. Do deski przymocowano kółko, do którego miał być przywiązany skazaniec.

Prowadzony na śmierć Beria miał błagać o litość. Ponoć krzyczał też: - Babę, babę mi dajcie! Ostatni raz! Z parabellum strzelił mu między oczy generał pułkownik Paweł Baticki, o czym sam napisał w raporcie. Ciało zostało przewiezione do krematorium na moskiewskim cmentarzu Dońskim, a popioły Berii wysypano do anonimowego dołu tak samo jak popioły tysięcy rozstrzelanych na podstawie fałszywych oskarżeń i spalonych tu jego ofiar.

ZBRODNIARZ BERIA

Urodzony w 1899 r. Ławrientij Beria pracę w tajnej policji, która wtedy nazywała się Czeka, rozpoczął w 1922 r. w ojczystej Gruzji. W 1938 r. został szefem NKWD, zajmując miejsce rozstrzelanego dwa lata później Nikołaja Jeżowa.

Beria jest winny śmierci tysięcy ofiar czystek stalinowskich, masowego stosowania tortur, fabrykowania fałszywych oskarżeń. To z jego inicjatywy doszło do zbrodni katyńskiej i deportacji setek tysięcy Polaków ze wschodnich regionów Rzeczypospolitej zajętych w 1939 r. przez Armię Czerwoną. To on także organizował deportacje narodów Kaukazu czy Tatarów Krymskich.

Z rozkazu Stalina odpowiadał za radziecki program jądrowy uwieńczony w 1949 r. eksplozją bomby jądrowej, a cztery lata później - wodorowej. Po śmierci Stalina był uważany za najpoważniejszego kandydata na jego następcę.


STALINOWIEC PIĘTNUJE ZA STALINIZM

Nikitę Chruszczowa, który wygrał z Berią walkę o władzę w ZSRR, historia pamięta jako tego, który pierwszy potępił stalinizm. Ale wcześniej sam był ortodoksyjnym stalinistą, który przez lata cementował władzę Wielkiego Wodza. Zresztą rozgrywka z Berią i sama egzekucja, która ją zakończyła, była przeprowadzona w iście stalinowskim stylu.

Chruszczow, który z trybuny XX zjazdu KPZR potępił stalinowski "kult jednostki", latami sam go umacniał. W latach 30., gdy w Związku Radzieckim dochodziło do największych zbrodni na obywatelach, zachowywał się tak samo jak cała reszta partyjnego betonu. Jego przemówienia nie różniły się od najbardziej serwilistycznych wystąpień ludzi, którzy kariery budowali na ślepym podporządkowaniu wodzowi. Nakazy Lenina nasza partia wypełniła pod przywództwem wielkiego Stalina... Klnę się, że ani na krok nie odstąpię od tej linii, którą wytyczył nasz wielki Stalin - mówił Chruszczow podczas partyjnych wystąpień w 1936 r. Był też odpowiedzialny za brutalne represje na Ukrainie, gdzie Stalin w 1939 r. postawił go na czele partii.



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.