Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W lutym 1846 r. w Galicji trwają ostatnie przygotowania do ogólnonarodowego powstania. 13 lutego do Rzeszowa przyjeżdża jeden z jego przywódców - hrabia Franciszek Wiesiołowski - i przedstawia spiskowcom plan opanowania miasta oraz uderzenia na miejscowy garnizon austriacki. Wśród konspiratorów jest 24-letni agent rewolucyjnego Towarzystwa Demokratycznego Polskiego Ignacy Łukasiewicz. Walki mają wybuchnąć osiem dni później, w nocy z 21 na 22 lutego.

Powstanie to przeszło do historii jako "krakowskie", bo tylko w Krakowie doszło do poważniejszych starć. Potrwało zaledwie dziesięć dni, a próba opanowania Rzeszowa nawet się nie rozpoczęła, bo w dniu, w którym Wiesiołowski objaśniał Łukasiewiczowi i innym spiskowcom, jak mają opanować to miasto, we Lwowie austriacka policja rozbiła siatkę spiskowców. W efekcie 17 lutego Austriacy błyskawicznie wyłapali także rzeszowskich konspiratorów.

Za kratki trafił i Łukasiewicz, bo policja wiedziała od konfidentów, że ilekroć osławiony przywódca rewolucji Franciszek Wiesiołowski bawił w Rzeszowie, to za każdym razem schodził się z pomocnikiem aptekarskim Ignacym Łukasiewiczem.

Twardziel

Młodego spiskowca obciążały też zeznania innych konspiratorów i książki patriotyczne znalezione w aptece, w której pracował. Ale w śledztwie Łukasiewicz zaprzecza oskarżeniom.

Spotkania z Wiesiołowskim? Tak, były, ale przypadkowe - wspólnie objeżdżali okolice Rzeszowa, m.in. po to, by kupić konia dla hrabiego. Kontakty z innymi spiskowcami? Tylko dostarczał im medykamenty z apteki. Wywrotowe książki? Należały do kolegi z gimnazjum, o którym wiedział, że nie żyje.

Śledczym trudno podważyć te słowa. Na dodatek podczas kolejnych przesłuchań ci, którzy obciążali Łukasiewicza, zmienili zeznania, tłumacząc, że zostały na nich wymuszone. W końcu sąd karny we Lwowie z braku dowodów umarza śledztwo, a decyzję tę zatwierdza sąd apelacyjny i na końcu najwyższy trybunał sprawiedliwości w Wiedniu. Po spędzeniu niespełna dwóch lat pod kluczem Łukasiewicz wychodzi na wolność.

Tak więc wynalezienie lampy naftowej, a co za tym idzie - powstanie przemysłu naftowego, jest w jakimś stopniu zasługą austriackich policjantów i śledczych - gdyby jednak powiodły się plany wywołania w Rzeszowie powstania, Łukasiewicz mógłby zginąć w walce tak jak Henryk Dembowski, krakowski przywódca rebelii. Albo mógłby skończyć na szubienicy jak Teofil Wiśniowski, dowódca jednego z oddziałów powstańczych. Albo trafiłby do cesarskich lochów jak Karol Libelt, autor proklamacji powstańczej. I nie mógłby się raczej zająć badaniem skałoleju - tłustej, cuchnącej cieczy wypływającej z galicyjskiej ziemi.

"Osobnik niebezpieczny" studiuje

Urodzony w 1822 r. w galicyjskich Zadusznikach Łukasiewicz pasjonował się chemią już jako gimnazjalista. Gdy miał 14 lat, został posłany do pracy w aptece w Łańcucie i bywał w tamtejszej fabryce płynu spirytusowego stosowanego do oświetlenia. Rozmawiając kiedyś z fabrycznym kontrolerem Aleksandrem Tarłowskim (który później wciągnie go do niepodległościowej konspiracji), narzekał, że spirytus trudno uznać za najlepsze źródło światła, a ponadto jest drogi, więc nie nadaje się do powszechnego użytku.

- Jak jesteś taki geniusz, to wymyśl coś lepszego - zareagował na uwagi młodzieńca Tarłowski.

- A żebyś wiedział, że wymyślę - odciął się Łukasiewicz.

Zanim to wymyślił, musiało w jego życiu nastąpić kilka ważnych wydarzeń, a jednym z nich była praca we lwowskiej aptece Piotra Mikolascha należącej do najlepszych w Galicji. Apteka miała duże laboratorium umożliwiające badania i produkcję farmaceutyczną, w którym pracownicy Mikolascha wykonywali analizy chemiczne także dla celów przemysłowych.

Dzięki wpływom Mikolascha Łukasiewicz - uważany przez władze austriackie za "osobnika niebezpiecznego politycznie" - dostał zgodę na studia farmaceutyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. W latach 1850-52 spędził tam trzy semestry, a ostatni semestr odbył na Uniwersytecie Wiedeńskim. I tam właśnie 30 lipca 1852 r. otrzymał dyplom magistra farmacji.

Badania skalnego oleju

Po studiach wrócił do pracy we lwowskiej aptece. Mikolasch kupił właśnie pewną ilość miejscowej ropy i dał ją swoim magistrom - Łukasiewiczowi i Janowi Zehowi - do "rozgatunkowania", czyli procesu polegającego na wyodrębnianiu poszczególnych jej frakcji. Mikolaschowi szło o sprawdzenie, czy z ropy uda się uzyskać oleum petrae album - drogi, sprowadzany z Włoch specyfik leczniczy będący niczym innym jak oczyszczoną ropą. Ostatecznie farmaceuci uzyskali oleum, ale fortuny na nim nie zbili, bo zamówień było niewiele.

Mimo to Łukasiewicz przekonał Mikolascha, by kupił jeszcze więcej oleju skalnego do badań.

- Będziemy go pili? - ironizował aptekarz.

- Będziemy nim świecić - wyjaśnił młody chemik.

Lampa wiedeńska

W tym czasie w Wiedniu pojawiły się lampy, które świeciły dzięki substancjom pochodzenia roślinnego - pinolinie (otrzymywanej z żywic roślinnych), kamfinie (mieszaninie alkoholu i terpentyny).

Łukasiewicz był tym wynalazkiem bardzo podekscytowany. - Nie mogę spać z zazdrości - mawiał i jeszcze bardziej mobilizował się do badań. Razem z Zehem prowadził je w wynajętym pomieszczeniu na Łyczakowie, gdzie przesiadywali godzinami, a ich eksperymenty obfitowały w liczne pożary i eksplozje.

W końcu w 1852 r. zdołali uzyskać naftę. Badacze, którzy wcześniej próbowali z ropy wyodrębnić substancję do oświetlenia, osiągali przypadkowe destylaty - albo z powodu niedostatecznego rozgatunkowania ropy łatwo wybuchały, albo były to mieszanki, które strasznie kopciły.

Sukces Łukasiewicza i Zeha polegał na tym, że w temperaturze 250-300 st. C uzyskali preparat pozbawiony lekkich benzyn oraz ciężkich węglowodorów, jak asfalty i oleje techniczne.

Ale pierwsze próby zapalenia nafty kończyły się wybuchami. Łukasiewicz poprosił więc znajomego blacharza i konstruktora lamp Adama Bratkowskiego, by przygotował dla niego podłużny pojemnik, w którym nafta może się bezpiecznie palić i jednocześnie oddawać światło. Gdy w 1853 r. wynalazca pokazał już gotową lampę Mikolaschowi, aptekarz był pod ogromnym wrażeniem. - Cudo, nie światło! - oświadczył zachwycony.

Po co mi patent?

W marcu 1853 r. lwowianie byli mocno zdziwieni, gdy wieczorem oglądali wystawę apteki Mikolascha oświetlaną przez lampy Łukasiewicza. Wynalazca zaproponował je też dyrekcji szpitala, by lekarze użyli ich w przypadku nagłych operacji w nocy - dotąd ich nie przeprowadzali, bo świecami nie dało się odpowiednio oświetlić pola operacyjnego.

- Ale czy pan uzyskał patent na ten wynalazek? - dopytuje dyrektor.

- Rzecz, która zdała egzamin używalności, nie potrzebuje patentu - brzmi odpowiedź wynalazcy, który zostawia lampę na próbę.

Cisza trwa kilka miesięcy, aż 31 lipca wieczorem do apteki Mikolascha wpada posłaniec ze szpitala. Prosi o kilka lamp, bo konieczna jest natychmiastowa operacja pacjenta. Łukasiewicz fiakrem dowozi dwa pudła lamp i przy ich świetle doktor Zatorski operuje Władysława Chołeckiego i ratuje mu życie.


Ten dzień (a właściwie noc) uznaje się za początek polskiego przemysłu naftowego.

Wkrótce doszło też do pierwszej na świecie transakcji naftowej - szpital kupił od Mikolascha, Łukasiewicza i Zeha pół tony nafty. A gdy rozeszła się wieść o operacji przy lampach Łukasiewicza, przyszły zamówienia na kolejne.

Kiedy lampy weszły już do użytku, wynalazca przestał się nimi interesować, na czym bardzo skorzystał wiedeński fabrykant Rudolf Dittmar - w Łukasiewiczowej lampie dokonał on niewielkiego ulepszenia, po czym opatentował ją jako swój wynalazek. I w 1864 r. rozpoczął masową produkcję.

Łukasiewicz nie bardzo się tym przejął. Był skromnym idealistą powtarzającym swoją dewizę: Człowiek na świecie jest jak żołnierz na warcie. I dopóki żyje, pracować musi, a co zapracuje, tego do grobu nie zabierze, przyda się to dla innych ludzi.

Zresztą był już pochłonięty pomysłami produkcji nafty na masową skalę.

Z wynalazcy staje się nafciarzem...

Spółka z Mikolaschem i Zehem wkrótce się rozpadła, bo każdy z nich chciał na własną rękę zdyskontować odkrycie. Aptekarz wykorzystał do tego swoje laboratorium, zamożniejszy od Łukasiewicza Zeh założył własną aptekę i destylarnię. Łukasiewicz natomiast wyjechał ze Lwowa do Gorlic i wydzierżawił aptekę.

Prowadził w niej dalsze badania nad ropą, która wyciekała z gorlickiej ziemi, i propagował naftę jako paliwo do oświetlenia. To dzięki Łukasiewiczowi w 1854 r. na gorlickim Zawodziu rozbłysła pierwsza na świecie uliczna lampa naftowa.

W 1854 r. przestał być aptekarzem i został nafciarzem - razem z Tytusem Trzecieskim, właścicielem wsi Polanki (dziś dzielnica Krosna), założyli pierwszą w świecie kopalnię ropy naftowej - pierwszy szyb w amerykańskiej Pensylwanii zostanie wykopany pięć lat później.

Swoją kopalnię Łukasiewicz i Trzecieski wybudowali na ziemi Karola Klobassy w Bóbrce koło Krosna, w miejscu występowania naturalnych wycieków ropy i gazu. Ignacy postawił tam później obelisk z tablicą: Dla upamiętnienia założoney kopalni oleyu skalnego w Bóbrce w R 1854 Ignacy Łukasiewicz.

Początkowo szyby w Bóbrce miały głębokość około 15 m, ale stopniowo została ona zwiększona do 60 m. W 1858 r. szyb Małgorzata dawał aż 4 tys. litrów ropy na dobę i trzeba było założyć destylarnię - przy pomocy Trzecieskich Łukasiewicz postawił ją w Ulaszowicach pod Jasłem, dokąd przeprowadził się w 1857 r.

Rok później na wystawie rolniczej w Krakowie zaprezentował produkty z rafinerii: naftę do oświetlania, olej i maź do smarowania maszyn i sprzętów oraz asfalt i gudrynę. Komisja wystawy uznała je za najcenniejsze i wyróżniła Łukasiewicza pochwałą oraz dyplomem.

...oraz bogaczem

Mieszkając już w Jaśle, Łukasiewicz ożenił się ze swoją siostrzenicą Honoratą Stacherską. A potem spadła na niego plaga nieszczęść. W 1859 r. umarła jedyna córka Marianna. Spłonęła rafineria w Ulaszowicach, a spółka z braćmi Zielińskimi, właścicielami roponośnych Klęczan, której produkty chętnie kupowano w Wiedniu, Pradze, Budapeszcie i Berlinie, zakończyła się niepowodzeniem. Zielińskim nie odpowiadało filantropijne podejście Łukasiewicza do interesów. Im zależało wyłącznie na zysku, jemu przede wszystkim na jak największym rozpowszechnieniu taniego oświetlenia.

Siedem lat później takie myślenie wprawiło w osłupienie wysłanników Johna Ro-ckefellera, który wkrótce miał się stać potentatem amerykańskiego rynku naftowego. Łukasiewicz pozwolił Amerykanom zwiedzić kopalnię i robić rysunki urządzeń. Udzielił im też wszelkich informacji, a zapytany o zapłatę obruszył się.

Po serii niepowodzeń załamany Łukasiewicz chciał skończyć z ropą i zająć się czymś innym. Planował nawet wyjazd z Galicji, ale Tytus Trzecieski zaoferował mu mieszkanie w swoim majątku w Polance. Tam Ignacy odzyskał zapał, założył kolejną rafinerię i z pasją kierował robotami górniczymi w coraz to nowych kopalniach i rafineriach.

Okazał się doskonałym handlowcem i przedsiębiorcą - nie tylko wytwarzał produkty naftowe, ale także świetnie je sprzedawał. W 1881 r. był właścicielem lub udziałowcem pięciu kopalń i ok. stu szybów naftowych. Stał się bogaczem.

Z międzynarodowych wystaw przemysłowych przywoził medale zarówno za produkty naftowe, jak i za zasługi dla przemysłu naftowego.

W 1878 r. podczas Wystawy Krajowej we Lwowie Łukasiewicz, 30 lat wcześniej "politycznie niebezpieczny osobnik", został uhonorowany przez władze austro-węgierskie Orderem Żelaznym Korony III Klasy.

Kapitalista, który dbał o robotników

Sukcesy Łukasiewicza zdecydowały o powstaniu galicyjskiego przemysłu naftowego, który najbardziej rozwinął się w okolicach Borysławia. I choć to miasto stało się centrum zagłębia naftowego, to wzorcową kopalnią ropy była Bóbrka. Łukasiewicz stosował w niej najnowsze osiągnięcia techniki, wprowadził nowatorską technikę ręcznego wiercenia udarowego, a od 1867 r. urządzenia wiertnicze napędzane były już mechanicznie.

Przemysłowiec dbał o pracowników, co wówczas nie było częste. Starał się minimalizować ryzyko wypadków, wprowadzając m.in. bezwzględny zakaz picia alkoholu. Wypłacał robotnikom dodatek motywacyjny oraz za pracę w trudnych warunkach.

Założona zaś przez niego Kasa Bracka była pierwszą w Europie instytucją ubezpieczeniową. Każdy robotnik musiał odprowadzać do niej trzy centy od zarobionego złotego reńskiego. Z pieniędzy tych opłacane było leczenie w czasie choroby, wypłacane zapomogi w razie pożaru mieszkania i renta dla rodziny w przypadku śmierci pracownika.

Aby chronić robotników przed lichwiarzami, Łukasiewicz zorganizował kasy gminne, które udzielały im krótkoterminowych nieoprocentowanych pożyczek spłacanych w tygodniowych ratach. Gdy wspólnicy oburzali się na jego łatwowierność i rozrzutność, odpowiadał: - Lepiej dać 99 niepotrzebującym, niż jednego potrzebującego opuścić.

Panowie, urodziłem się w kapocie, w kapocie całe życie chodzę, pozwólcie mi w niej umrzeć


W 1872 r. "Gazeta Lwowska" pisała: Stosunek, jaki pan Łukasiewicz zaprowadził pomiędzy liczną swą wyrobniczą i rzemieślniczą czeladzią, policzyć należy do najpiękniejszych w kraju. Każdy robotnik znajdzie u niego pomoc w potrzebie i ratunek w razie choroby, a pewna patriarchalność przebija się w całym urządzeniu i szczególnym staje się kontrastem wobec fabryk i zakładów, w których naczelnik, dybiąc tylko na wyzyskiwanie ostatnich sił robotnika, nie dba bynajmniej o polepszenie jego moralnego i materialnego bytu; (...) okolica Bóbrki tymczasem podnosi się materialnie, a ubogi lud dobrze używa zapracowanego grosza.

W kapocie się urodziłem...

Pracownicy mówili na niego "ojciec Łukasiewicz", ale jego filantropia nie ograniczała się do pomocy materialnej. Budował szkoły i opłacał nauczycieli w miejscowościach, w których powstawały kopalnie. Organizował i finansował akcje sadzenia drzewek owocowych przy drogach, wspomagał klasztory, kościoły oraz cerkwie, przekazując im za darmo lampy i naftę.

Stał się też politykiem, posłem na Sejm Krajowy we Lwowie i należał do opozycji wobec rządzących konserwatystów. Ale skupiał się raczej na działaniach zmierzających do wydobycia Galicji z jej nędzy i zacofania. Upominał się o uregulowanie chłopskich hipotek, udzielanie pomocy gminom przy budowie szkół i naprawę lub budowę dróg i mostów, które czasem sam finansował.

Honory i zaszczyty uznawał za niezasłużone - podczas uroczystości nadania mu tytułu szambelana papieskiego (za wspieranie Kościoła), przygotowywanej zresztą przed nim w tajemnicy, wyraźnie skonfundowany oświadczył: - Panowie, urodziłem się w kapocie, w kapocie całe życie chodzę, pozwólcie mi w niej umrzeć.

Stało się to 7 stycznia 1882 r., a na jego pogrzeb przyszło wiele tysięcy ludzi, solidarnie: Polacy, Ukraińcy i Żydzi, ziemianie, kupcy, chłopi i robotnicy.

Zobacz więcej: Z dziejów ropy naftowej


Korzystałem z: "Ignacy Łukasiewicz" Jerzego Sikory, "Ignacy Łukasiewicz 1822-1882" Wojciecha Roeske, "Szejk z Galicji" Jerzego Bonusiaka, "Ignacy Łukasiewicz 1822-1882. Życie, dzieło i pamięć" Józefa Zbigniewa Sozańskiego oraz materiałów Instytutu Łukasiewicza

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.