Sfrustrowani pacjenci i... lekarze - listy

red.
12.02.2010 14:42
A A A
Pacjenci: chorzy, nie informowani, co im jest i jak będą leczeni, więc przestraszeni. Ciągle w kolejkach. Ciągle walczą, o termin wizyty, o skierowanie... Jak uzdrowić ten system?

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Diagnozy z internetu i pisemek

Nie sztuka wysłuchiwać tylko jednej strony. Paradoksalnie niedostępność w służbie zdrowia w Polsce wynika z dużej do niej dostępności. Proszę wskazać drugi kraj, w którym do lekarza pierwszego kontaktu można przychodzić 2-3 razy w tygodniu, a na wizytę do domu wzywać wg własnych "kryteriów", też nierzadko kilka razy w miesiącu. Jest to tylko kwestia "operatywności" pacjenta lub jego rodziny.

Nieporozumieniem jest też to, że do lekarza rodzinnego idziemy nie po leczenie, tylko od progu oznajmiamy, że przyszliśmy po skierowanie do specjalisty, a nierzadko dwóch-trzech. Bo przecież mamy już gotowe rozpoznanie - jedni z internetu, inni z pism kobiecych.

Zbyt rzadko zdarza się, że ktoś powie: "proszę mnie wyleczyć i nigdzie nie odsyłać, bo jestem bardzo chory." Barbara, lekarz rodzinny

Kolejki uzdrowi tylko system informatyczny

Od wielu lat mówi się o cenie, jaką ponosimy za to, że nie stworzono dotąd zintegrowanego informatycznego rejestru usług medycznych. System ten pozwoliłby zebrać w jednym miejscu informacje o wszystkich świadczeniach wobec każdego pacjenta i o lekach, które mu zaordynowano. Lekarz podczas wizyty miałby w komputerze wgląd do wszystkich potrzebnych informacji o pacjencie. Byłoby to wygodniejsze także dla pacjentów, którzy nie musieliby nosić ze sobą wyników badań czy klisz rentgenowskich.

Piszecie o problemie, jaki stwarza lista kolejkowa. Różne placówki zastanawiają się, jak dyscyplinować pacjentów, by przychodzili na umówione wizyty. Są pomysły, by za nieobecność karać lub - wzorem prywatnych przychodni - dzwonić lub wysyłać SMS-y przypominające. Gdyby istniał centralny elektroniczny rejestr usług medycznych, każde skierowanie mogłoby mieć swój numer identyfikacyjny. Można by było zapisać się na konsultację czy zabieg przez internet (ale też w każdej placówce medycznej) tylko do jednej przychodni lub do jednego szpitala. System pozwalałby przeglądać terminy w placówkach w całym kraju i wybrać najdogodniejszy termin. Listy kolejkowe stworzone w ten sposób byłyby realne, przejrzyste, a dostęp do usług medycznych sprawiedliwszy.

Proponowane rozwiązanie ma też tę zaletę, że pomogłoby monitorować pacjentów nagminnie niepojawiających się na umówionych wizytach. Byłoby od razu widać, czy nieobecność to jednorazowy incydent, czy też lekkomyślne działanie. I wtedy ewentualnie stosować wobec nich środki dyscyplinujące czy kary (np. wymagać od tych pacjentów wpłacania kaucji za wizytę).

Dopóki systemu informatycznego nie będzie, nie dowiemy się dokładnie, jak wygląda refundacja leków, czy zdarzają się wyłudzenia (np. leki są przepisywane na kombatantów, a korzysta z nich siostrzenica) albo czy dany lekarz nazbyt często nie przepisuje specyfiku produkowanego przez jeden koncern farmaceutyczny. Wojciech Dębicki

Ja jestem chora teraz, nie za dwa tygodnie

Leczę się w opolskiej przychodni Medicus. Jestem alergikiem (uczulenie na sierść kotów, kurz i pierze), więc średnio dwa razy w roku dostaję zapalenia oskrzeli. Chorowałam już tyle razy, że wiem, jak się wykurować bez pomocy specjalisty. Ale w zeszłym roku choroba okazała się poważniejsza niż zwykle. Zdecydowałam się na wizytę. W rejestracji usłyszałam, że najbliższy termin jest za dwa tygodnie. Oniemiałam. Starając się nie tracić cierpliwości, wytłumaczyłam, że jestem chora teraz, a nie za dwa tygodnie. Bo za dwa tygodnie nieleczone zapalenie oskrzeli może się skończyć zapaleniem płuc i pobytem w szpitalu. Poprosiłam o rozmowę z kierownikiem placówki. W końcu mnie przyjęto tego samego dnia. Tylko po co tyle nerwów?

Nie powinno się odsyłać chorego z kwitkiem. Mój dziadek, sercowiec, przyszedł po receptę na kolejną porcję leków, które rzecz jasna musi przyjmować regularnie. On również usłyszał, że musi się zgłosić za kilka dni. Różnica polega na tym, że ja mam 25 lat, jestem świadoma swoich praw i potrafię zawalczyć. Starszy człowiek założy, że tak po prostu ma być... Magdalena Ogórek

Pacjent widmo

Mówi się, że na zdrowiu nie wolno oszczędzać, że ludzkie życie nie ma ceny. A przecież prawda jest taka, że ma cenę. Jak wszystko. Szpitalom brakuje pieniędzy, więc kombinują, jak NFZ - czyli pośrednio nas wszystkich płacących składki - wykołować. Przykład?

Mąż dostał skierowanie do szpitala w Warszawie. Przyszliśmy w środę rano, ale formalności trwały do popołudnia, więc jeden dzień "pobytu" przeleciał. Drugiego dnia pobrano mężowi krew i zrobiono tomografię. Trwało to pięć minut. I był to główny punkt programu jego trzydniowego pobytu w klinice. Przecież można to było zrobić ambulatoryjnie, bez leżenia w szpitalu. Tym bardziej że te trzy dni to był prawdziwy koszmar. Mąż jest niesprawny, pielęgniarki nie można było się doprosić, dwa razy spadł z łóżka i się potłukł.

We wszystkich niemal pokojach stały puste łóżka, które formalnie były zajęte. Nagminną praktyką jest bowiem przyjmowanie pacjentów, a następnie zwalnianie ich "na przepustkę" do domu. Łóżko czeka, a pacjent nie zużywa wody, prądu, jedzenia. Po paru dniach przychodzi, przebiera się w piżamę, robią mu badanie albo zastrzyk, ubiera się i znów idzie na przepustkę. Alina

Zobacz także