Dlaczego nikt nie uratował Magdy? - list

L. D.
22.01.2010 18:53
A A A
Nie ma żadnej realnej pomocy dla niedoszłych samobójców, nie ma żadnej pomocy dla ich bliskich. Jest za to stygmatyzacja, cierpienie i życie pogrążone w cieniu śmierci najbliższej osoby.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Chciałabym poruszyć problem ułomnej opieki psychiatrycznej w Polsce. Mówi się, że służba zdrowia w naszym kraju wiele pozostawia do życzenia, że tak już jest. Nie dostrzegłam jednak złego traktowania pacjentów na onkologii, kiedy moja mama zachorowała na raka. Przeciwnie, widziałam troskę i fachową pomoc.

A może personel medyczny na oddziałach psychiatrycznych jest zwolniony z udzielania pomocy, tylko dlatego że choroba duszy pozbawia pacjentów woli życia? Czy dlatego, że nie mają fizycznych symptomów choroby, traktuje się ich, jakby byli sami sobie winni? Czy dlatego, że często nie potrafią powiedzieć, co ich dręczy, nie mogą otworzyć się na terapię, traktuje się ich jak symulantów, którym nic nie dolega?

Kiedy moja dziewczyna trafiła do szpitala, postawiono jej diagnozę: zaburzenie osobowości. Widziałam, że Magda nie potrafiła rozmawiać o swoim problemie, wychodziła z pokoju, odwracała się lub zamykała oczy - to były jej formy ucieczki. Wydawało mi się, że nie powinnam przekraczać granicy jej wewnętrznej autonomii, bałam się, że ją stracę. Jedyną nadzieję widziałam w lekarzach, ponieważ oni tych obaw nie mieli, i - miałam taką nadzieję - znali metody docierania do psychiki ludzkiej.

Podczas moich odwiedzin Magda przynosiła mi herbatę z wiaderka na korytarzu i opowiadała o swoim leczeniu. W dni powszednie przychodziła do niej lekarka i robiła 15-minutowy wywiad. Podczas tej rozmowy pytała, jak się czuje, zapytała też, czy ma chłopaka. Kiedy Magda odpowiedziała, że ma dziewczynę, zaskoczona psychiatra zaczęła dopytywać, czy nie była czasem molestowana w dzieciństwie, sugerując, że przecież musiało się coś wydarzyć, skoro Magda podjęła taką decyzję, bo przecież jest piękną dziewczyną.

Szukając alternatywy dla idiotycznych wywiadów psychiatry, pytałam Magdę, czy jest coś jeszcze, jakieś zajęcia psychoterapeutyczne, testy. Mówiła, że w każdą środę zbiera się grupa terapeutyczna na oddziale. Na pytanie, dlaczego nie poszła, odpowiedziała, że tematem były konflikty w grupie, a ona nie ma z nikim konfliktów.

Codziennie gdy przychodziłam do szpitala, zaglądała do nas pielęgniarka, krzycząc, żebym "nie pokładała się" na Magdy łóżku, co chwilę zaglądał ktoś z personelu, by sprawdzić, co robimy, a pacjentka z pokoju Magdy chodziła i głosiła po całym oddziale, że w jej pokoju są dwie lesbijki. W końcu moja dziewczyna dostała przepustkę od lekarki na wychodzenie poza oddział, więc z radością poprosiłyśmy personel o wypuszczenie nas. Ordynator oddziału szóstego zagrodził nam jednak drogę, twierdząc, że nie jestem nikim z rodziny, a więc Magda nie może ze mną wyjść. Wtedy ona krzyknęła, że jestem najbliższą jej osobą, ale ordynator powiedział tylko do mnie: - Pani może wyjść, pacjentka nie.

Gdyby w tym momencie nie weszła lekarka, która wydała przepustkę, nie wiem, co by się stało. Widziałam tylko, że Magda czuje się ubezwłasnowolniona, żeby nie powiedzieć upokorzona, w tym szpitalu, a personel to poczucie pogłębia.

Innym problemem było mieszanie wszystkich pacjentów na jednym oddziale, przez co Magda mimo woli słuchała porad dotyczących samobójstwa oraz innych strasznych rzeczy. Widziałam, że to nie jest miejsce dla niej, inteligentnej i niezwykle wrażliwej osoby, która musiała mieć świadomość tej szpitalnej beznadziei.

Magda po niespełna trzech tygodniach pobytu zwolniła się ze szpitala na żądanie. Mimo że w dokumentach wpisany był telefon do jej matki, nie powiadomiono rodziny. Kiedy mama Magdy przyjechała, by wyjaśnić zwolnienie córki bez konsultacji z kimkolwiek z rodziców, usłyszała, że pacjentka ukończyła 18 lat, więc jest dorosła. Na prośbę o skierowanie na terapię dla córki usłyszała, że Magda nie jest już ich pacjentką, więc nie muszą jej nic wypisywać.

Nie dostała żadnych informacji, wskazówek, co dalej, gdzie się udać. W końcu, po wielu prośbach, udało jej się uzyskać skierowanie do kliniki leczenia nerwic w tym samym szpitalu, ale przynajmniej tam była zapewniona codzienna psychoterapia. Zwykle na miejsce trzeba było czekać miesiącami, tym razem zwolniło się po dwóch tygodniach. Magda jednak tego nie doczekała. Tego samego dnia wyszła z domu, tuż przed wyjazdem do kliniki, i popełniła samobójstwo.

Zostawiła w szufladzie dwa listy, jeden do mnie, drugi do swojej rodziny. Magda zgodziła się na szpital, widząc w nim ostatnią deskę ratunku, ale to tam podjęła ostateczną decyzję, tam właśnie straciła nadzieję.

Piszę to, ponieważ los Magdy, mój oraz jej rodziny może podzielić wielu innych ludzi, jeśli nic się nie zmieni, jeśli psychiatrzy będą podchodzić do swojej pracy rutynowo, z obojętnością wobec pacjentów i ich bliskich.

Zobacz także