Nie czuję się winny, że... mój rak drenuje budżet

Piotr Kozioł
12.12.2009 01:00
A A A
Stajemy przed dylematem, czy pacjenci mają dopłacać do podstawowych procedur, czy ci z rzadszymi chorobami mają płacić (i to dużo!) za leczenie wysokospecjalistyczne

Mam 29 lat, żonę, dziecko, samochód i dach nad głową. Lada chwila zacznę wykonywać wolny zawód, który marzył mi się od zawsze. Jestem prawie królem życia. Brakuje mi tylko zdrowia. Od dwóch lat walczę ze wznową raka nerki (pierwsza bitwa była w 1998 r.). Choroba jest zaawansowana, na szczęście ograniczona po kilku operacjach do jednego miejsca. Jako jeden z pierwszych w Centrum Onkologii zacząłem brać na stałe ów "nowoczesny skuteczny lek" (cytat z wywiadu z prezesem Polskiej Koalicji Organizacji Pacjentów Onkologicznych Jackiem Gugulskim, "Gazeta" z 7 grudnia).

Problem z moim nowotworem polega na tym, że dopiero od niedawna dostępne są leki, które trzymają go w ryzach. Ich wada jest oczywista - cena. Koszt mojego leczenia (na razie skutecznego) najprawdopodobniej przekracza 51 tys. dolarów rocznie, co - jak wynika z wywiadu z Wojciechem Matusiewiczem, dyrektorem Agencji Oceny Technologii Medycznych (ten sam numer "Gazety"), czyni je... społecznie nieopłacalnym.

Powinienem chyba czuć się winny, że rujnuję budżet państwa w czasach kryzysu. Jakoś jednak winny się nie czuję, co więcej, trafia mnie szlag na takie stawianie sprawy.

Wraz z rozwojem medycyny rosną koszty leczenia, nikt przytomny tego nie zaneguje. Nikt nie bierze jednak pod uwagę tego, że leczona jednostka (że użyję urzędowego języka) może dać społeczeństwu również jakieś korzyści, a nie tylko generować koszty. Ja pracuję, płacę podatki, i to dość wysokie. Może nie zrekompensuję w pełni kosztów swojego leczenia, ale być może dam kilku osobom pracę. Warto brać to pod uwagę, zamiast stawiać pacjentów nad grobem.

Kwestie finansów nie mogą blokować dostępu do nowoczesnych terapii. Niezbędne są zmiany systemowe, które pozwolą na lepsze radzenie sobie z tym problemem. Być może trzeba na nowo określić zakres obowiązków państwa. Jak kiedyś wspomniał prezes NFZ, obecnie stajemy przed dylematem, czy pacjenci powinni częściowo płacić za podstawowe procedury medyczne, jak np. wizyta u internisty, czy też stosunkowo nieduży odsetek chorych powinien płacić (i to dużo!) za leczenie wysokospecjalistyczne.

Opowiadam się za pierwszym wariantem. Ktoś powie, że mój punkt widzenia wynika z mojej sytuacji. Ale chyba nikt nie zaprzeczy, że mniejszym ciężarem jest zapłacenie kilku złotych za wizytę u lekarza z powodu przeziębienia, niż wydanie dziesiątek tysięcy złotych na nowoczesne leki onkologiczne. Zwłaszcza że często stan chorych na nowotwory uniemożliwia im pracę.

I na koniec ostatnia uwaga - do młodych lekarzy. Odkąd leczę się w Centrum Onkologii, z oddziału odeszło dwóch lekarzy. Argumenty były w każdym przypadku podobne: "ciężka praca, beznadziejne przypadki..., to już wolę pójść na radiologię, tam jest spokojnie i tylko czterogodzinny dzień pracy...". W rezultacie lekarzami, którzy biegają od pacjenta do pacjenta, próbując pomóc rzeszy chorych ludzi, są pani ordynator i garstka wiernych pomocników.

Nie powinno tak być. Zawód lekarz wymaga nie tylko ogromnej wiedzy, ale także pewnej formy poświęcenia dla drugiego człowieka. Jeżeli adepci medycyny będą się kierowali przytoczonymi przesłankami, wybierając ścieżkę kariery, to wkrótce nie będzie miał nas - rakowców - kto leczyć. A my was bardzo potrzebujemy.

Czekamy na wasze listy. Nasz e-mail: leczyc@wyborcza.pl

Zobacz także