Z punktu widzenia pacjentki zadowolonej i wdzięcznej

Romana Lipońska
02.12.2009 16:33
A A A
Całe tegoroczne lato spędziłam w szpitalu. ZAWSZE spotykałam się z pomocą, życzliwością, taktem i ludzkim stosunkiem do pacjentów.

Jak potraktowano Ciebie lub Twoich bliskich? ''Po ludzku'' czy raczej jak przedmiot? Czekamy na Wasze listy. Napisz: leczyc@wyborcza.pl

List pacjentki: ad vocem listu Lekarki "Winicie nas za wszystko...".

Jestem nauczycielem akademickim, filologiem, mam 49 lat, pochodzę z rodziny nie związanej ze środowiskiem lekarskim. Wcześniej nie miałam problemów ze zdrowiem, ginekolog co roku, mammografia co 2 lata, dentysta co miesiąc (mam słabe zęby, stąd ta dbałość).

Całe tegoroczne lato spędziłam w 111 Szpitalu Wojskowym w Poznaniu zaliczając oddziały: gastroenterologiczny, chirurgii ogólnej i onkologicznej oraz OIOM. To, co powiem zabrzmi zapewne jak herezja w powodzi negatywnych opinii o służbie zdrowia, ale jestem pacjentką zadowoloną - to mało - szczęśliwą i wdzięczną za uratowanie zdrowia, a być może i życia.

Przez ponad dwa miesiące przyglądałam się pracy lekarzy, pielęgniarek i pielęgniarzy, salowych, personelu pracowni RTG, USG, tomografii, laboratorium analiz, etc. (przepraszam, jeśli kogoś pominęłam).

Dzięki dobrej organizacji i przemyślanemu planowi badań na gastroenterologii w 4 dni postawiono diagnozę. Na chirurgii przeszłam dwie skomplikowane operacje przewodu pokarmowego, których przeprowadzenie wymagało wiedzy, kompetencji, praktyki, odwagi w podejmowaniu decyzji, a także kondycji fizycznej (pierwszy zabieg trwał 9 godzin!).

Na oddziale intensywnej opieki medycznej spędziłam łącznie 5 dni. Do tego dorzucić trzeba konsultacje kardiologa, internisty, dietetyka, rozmowy ze stażystami. ZAWSZE spotykałam się z pomocą, życzliwością, taktem i ludzkim stosunkiem do pacjentów.

Nawet wówczas, gdy na pytanie, jakie konkretnie narządy mi usunięto, ordynator odparł, że o szczegółach porozmawiamy, gdy będę w lepszej formie. Dlaczego? By nie dołować pacjenta złymi wiadomościami na początku procesu zdrowienia, bowiem odporność psychiczną człowieka można ocenić dopiero w trakcie rekonwalescencji. A to właśnie częsty zarzut wobec lekarzy.

Kolejny zarzut do służby zdrowia usłyszałam w wiadomościach telewizyjnych. Trwał właśnie sierpniowy strajk pielęgniarek w Radomiu. Jedna z mieszkanek Radomia z przekonaniem twierdziła do kamery, że pielęgniarki w szpitalu to tylko siedzą i kawę popijają. Jak to taka wygodna robota, to przyjdź, kobieto, na jeden nocny dyżur: umyj 20 pacjentów, pozmieniaj pampersy, oklep 5-10 leżących, podaj leki wszystkim, opróżnij worki do cewników i sond, podaj i wynieś 30 basenów, roznieś i zbierz termometry, nakarm czworo staruszków, zrób wieczorny obchód z lekarzem dyżurnym. Raniutko o 5. znów termometry, mycie, zmiana pościeli, pobieranie próbek do analiz, itd. I to wszystko tylko we dwie (dwoje) z koleżanką (kolegą). Gwarantuję, że ta pani szybko zmieniłaby zdanie. Do tej pracy, oprócz dyplomu i wiedzy, trzeba mieć - mówiąc banalnie - powołanie.

Co do moich bliźnich współpacjentów, mogę wesprzeć autorkę listu innymi przykładami. Zmorą personelu szpitalnego są pacjenci nałogowcy. Byłam świadkiem, jak alkoholik (ok. 35 lat) tuż po operacji trzustki wielokrotnie wyłaził z łóżka (był w sali pooperacyjnej) i na głodzie szukał alkoholu w łazience. Potem (to już z relacji zdesperowanych pań pielęgniarek), postraszony unieruchomieniem, zdejmował pampersa i załatwiał się na prześcieradło. Do wszystkich (włącznie z ordynatorem) zwracał się per ty. Odrębną kategorię stanowią palacze zasmradzający łazienki i toalety, potrafią przyprowadzić na dymka odwiedzających ich gości (autentyczne!) Niestety, w regulaminach szpitalnych - a podpisują je wszyscy leczeni - nie ma sankcji za nieprzestrzeganie umowy. Nie można relegować z oddziału pijącego bądź palącego w szpitalu pacjenta. Uważam, że powinny być jasno określone reguły.

Kolejny problem : pory odwiedzin są zazwyczaj określone, ale i tu - jakkolwiek sporadycznie - trafiały się scenki rodzajowe: po 22., sala 3-osobowa, przy stoliku goście młodej pacjentki omawiają głośno swoje rodzinne sprawy, górne oświetlenie włączone, w sąsiednim łóżku 90-letnia staruszka z chusteczką na oczach usiłuje zasnąć. Pomogła grzeczna acz stanowcza interwencja pielęgniarki. Za dwa dni ta sama młoda kobieta o godz. 23 ogląda telewizję i czyta jednocześnie gazetę (znów światło żarówki prosto w oczy!).

Co za ulga, że umieścili mnie w jedynce. Jeśli komuś brakowało empatii, to niestety niektórym pacjentom, choć generalnie w szpitalnych salach (zwłaszcza żeńskich) panowała atmosfera wsparcia i życzliwości.

Na koniec może nie najważniejsza rzecz, ale dobrze ilustrująca naszą mentalność. Część pacjentów po lżejszych zabiegach odmawiała spożywania kleiku i kisielu lub jadła z niechęcią, po wielu namowach pań salowych i pielęgniarek. Oczywiście nie obyło się bez narzekań na posiłki, co mnie, żywioną dożylnie przez blisko dwa tygodnie, nieodparcie śmieszyło: po takiej "diecie" kleik smakował niczym sznycel po wiedeńsku.

I refleksja ostatnia: wydawało mi się, że "mój" szpital laurki nie potrzebuje, ponieważ jego żywa reklama to wyleczeni pacjenci, a lekarze i pielęgniarki wiedzą, jak bardzo jestem im wdzięczna, i moja rodzina i jak bardzo ich polubiłam. Rzadko pisuję do mediów, poczułam się jednak zobligowana na wieść o niepewnym losie szpitala: gdy kilka lat wstecz MON zaprzestał dotowania, przeprowadzono restrukturyzację, udział płac w ogólnych kosztach jest dużo niższy niż w innych placówkach i szpital nie ma długów.

Jednak miasto Poznań nie jest zainteresowane przejęciem 111 Szpitala Wojskowego, bo - cytuję z pamięci wypowiedź poznańskiego radnego dla regionalnej TV - "potrzeby mieszkańców zabezpieczają inne placówki". Te "inne" to dwa duże szpitale w peryferyjnych dzielnicach. Chodzą słuchy o przejęciu 111 SZW przez Uniwersytet Medyczny. Ten szpital powinien zostać na swoim miejscu. Tego życzę wszystkim, którzy tam pracują.

Jak potraktowano Ciebie lub Twoich bliskich? ''Po ludzku'' czy raczej jak przedmiot? Czekamy na Wasze listy. Napisz: leczyc@wyborcza.pl

Zobacz także