Nie ma znaczenia, że pacjenci kłamią

Marek W., Gdańsk
02.12.2009 16:18
A A A
Jak tu leczyć, gdy się uważa, że Lekarz wie lepiej co pacjentowi, prawie jak dziecku, potrzeba? Temu krnąbrnemu, brudnemu, agresywnemu, rozzłoszczonemu, notorycznie kłamiącemu pacjentowi?

Jak potraktowano Ciebie lub Twoich bliskich? ''Po ludzku'' czy raczej jak przedmiot? Czekamy na Wasze listy. Napisz: leczyc@wyborcza.pl

Też jestem lekarzem, choć nie pracuję już w zawodzie od kilku lat. Większą część życia zawodowego spędziłem za granicą.

Jestem zdumiony treścią i wymową listu Lekarki "Winicie nas za wszystko, spójrzcie na siebie" (GW 1.12.2009). Autorka, skarżąc się, że "lekarzy obciąża się winą za wszystko: warunki, limity, absurdalne zarządzenia, a nawet ceny leków!", obciąża z kolei winą pacjentów. Winą za zwykłe ludzkie cechy i zachowania. W pierwszej chwili myślałem nawet, że to nie autentyczny list lekarza, ale "prowokacja" Redakcji, mająca na celu wywołanie dyskusji.

Większość pacjentów, także w krajach o znacznie wyższym poziomie edukacji medycznej społeczeństwa niż w Polsce (w takim kraju pracowałem jako lekarz 14 lat), "nie potrafi odpowiedzieć na najprostsze pytania". A gdy są sfrustrowani (jak z zupełnie zrozumiałych powodów dzieje się tak u nas), to odpowiadają często nie na temat lub niegrzecznie.

Zadaniem lekarza jest pomóc pacjentowi w opanowaniu frustracji, zrozumieniu jej przyczyn i udzieleniu najracjonalniejszych odpowiedzi na pytania. Że to bardzo trudne zadanie? Oczywiście, zawód lekarza na tym właśnie polega: na pokonywaniu niezwykle trudnych zadań.

Lekarz jest w tej sytuacji uprzywilejowany. Pod każdym względem (edukacyjnym, finansowym, często też intelektualnym). Stąd m.in. bierze się jego obowiązek pomocy pacjentowi w kontakcie ze sobą - lekarzem, reprezentantem medycyny i tzw. ochrony czy służby zdrowia.

Pacjenci na całym świecie "zaprzeczają, nie przyznają się, zaklinają się, zmniejszają dawki, przerywają terapię" - jak skarży się autorka listu. I pisze, że "notorycznie kłamią". Cóż to ma za znaczenie? Tylko o tyle, że świadomość i znajomość tych kłamstw może i powinna pomóc lekarzowi w najlepszym wykonywaniu swego zawodu.

Ale nie w używaniu tego epitetu jako wyrazu deprecjacji pacjenta. Bo nie o to chodzi, tylko o zrozumienie, że taka jest natura przeciętnego człowieka, szczególnie kiedy nie jest właściwie wyedukowany, kiedy nie rozumie, kiedy się boi, kiedy ma złe doświadczenia z poprzednich kontaktów z lekarzami, kiedy cierpi i chce temu jakoś zaradzić.

Zadaniem lekarza jest wziąć to pod uwagę podczas zbierania wywiadu od pacjenta, podczas informowania go, proponowania leczenia, podczas uzyskiwania świadomej zgody pacjenta na zaproponowane leczenie, podczas planowania terapii w sposób jak najbardziej sprzyjający zastosowaniu się tegoż pacjenta do wskazań, podczas oceniania przebiegu leczenia, które musi brać pod uwagę te "niedoskonałości" pacjenta (i to leczenie, i ocenianie jego przebiegu).

W kraju, gdzie praktykowałem, lekarze znają nawet procentowe wskaźniki niestosowania się pacjentów do wskazań i szeroko stosują metody testowe, mające pomóc w weryfikacji tego, co mówią pacjenci. Ale nie przypominam sobie, żeby lekarze pisali tam do gazet, że pacjenci "notorycznie kłamią". To w niczym nie posuwa sprawy.

Zdobywanie recept na nadużywane leki, "w najbardziej wymyślny sposób", to też problem wszędzie na świecie. Tam, gdzie pracowałem, organizacje zawodowe i samorządowe lekarzy współpracują z agendami ministerstw, zarówno na poziomie federalnym jak i regionalnym, w opracowaniu metod i sposobów ograniczających te nadużycia. Owszem, współpraca ta jest głównie wynikiem zachęt i regulacji prawnych ze strony płatnika, ale i lekarze rozumieją, że leczenie takiego pacjenta jest mało skuteczne.

Irracjonalny lęk, niepunktualność, niegrzeczne zachowanie, brak dbałości o higienę, o czym pisze w swym liście Lekarka - to zachowania i cechy pacjentów, z jakimi borykają się lekarze na całym świecie. Jasne, w pewnych społeczeństwach występują one bardziej nasilone, w innych - mniej. Ale czy dlatego mają stanowić odpowiedź na pytanie, stawiane przez autorkę listu, "Czy w takiej atmosferze, przy takim stosunku wielu pacjentów i ich rodzin do lekarzy można dobrze i skutecznie leczyć?"

Nie można uzależniać jakości swej pracy, czyli leczenia, od spełnienia przez pacjentów zasugerowanych tu warunków. Lekarz może natomiast, i powinien, włączyć w zakres swej pracy cierpliwą edukację pacjenta, zarówno bezpośrednią, jak i przez aktywną współpracę ze swymi organizacjami zawodowymi i agendami publicznymi (np. mediami). Najważniejsza pozostaje jednak edukacja bezpośrednia (dotycząca samego leczenia i wszystkiego, co się z nim wiąże), w formie udzielenia właściwej informacji, umożliwiającej pacjentowi podjęcie świadomej decyzji i wyrażenie świadomej zgody, co jest warunkiem koniecznym dla powodzenia całego procesu (nie wspominając już o wymogu formalno-prawnym).

Nie ma na ten temat ani słowa w liście Lekarki! I nie tylko tam. W tekście na tej samej stronie, "Pierwsze prawo pacjenta", sformułowano je jako prawo "by zostać potraktowanym godnie". Godnie - to nieokreślone sformułowanie, podatne na dowolne, subiektywne interpretacje. Być może, autorka listu Lekarki uważa za "godne" potraktowanie pacjenta w sposób zupełnie inny, niż on by sobie tego życzył.

Tymczasem pierwszym prawem pacjenta jest (a w Polsce ciągle jeszcze powinno być) prawo do leczenia na podstawie świadomej, poinformowanej zgody. Wynikającej z właściwej i właściwie udzielonej informacji. Lekarze w Polsce w zastraszająco wysokim procencie takiej informacji nie udzielają i takiej zgody od pacjenta nie uzyskują. A mimo to leczą. Więc zapytam, słowami autorki listu, "Czy w takiej atmosferze można dobrze i skutecznie leczyć?"

Czy można dobrze i skutecznie leczyć w paternalistycznym społeczeństwie, gdzie lekarz uważa się za kogoś w rodzaju rodzica niepełnoletniego i może nawet niedorozwiniętego dziecka - swego pacjenta. Za którego podejmuje decyzje "dla jego dobra"? Uważając, że sam wie lepiej co jego dziecku - pacjentowi trzeba? Temu krnąbrnemu, brudnemu, agresywnemu, rozzłoszczonemu, notorycznie kłamiącemu dziecku (jak pacjenta charakteryzuje Lekarka)?

Trudno się dziwić, że te ubezwłasnowolnione dzieci - pacjenci "obciążają winą za wszystko" swych rodziców - wszechmocnych decydentów - lekarzy. Jak mówią Anglosasi: "no responsibility without authority" - nie ma odpowiedzialności bez uprawnienia.

Jak potraktowano Ciebie lub Twoich bliskich? ''Po ludzku'' czy raczej jak przedmiot? Czekamy na Wasze listy. Napisz: leczyc@wyborcza.pl

Zobacz także