Pacjent traktowany jak przedmiot? Nie, jak śmieć

Anna
02.12.2009 13:40
A A A
Przedmioty traktuje się różnie, o te cenne, dba się, szanuje, chucha i dmucha. Pacjent to przedmiot taki jak śmieć. Na pewno takim jest stary człowiek, Choruje, umiera, bo taka jest kolej rzeczy i nie ma co tak histeryzować. Rodzina, czyli dodatek do tego śmiecia, tylko głowę zawraca, to jest szpital - tu się pracuje. Nie ma czasu na udzielanie informacji.

Jak potraktowano Ciebie lub Twoich bliskich? ''Po ludzku'' czy raczej jak przedmiot? Czekamy na Wasze listy. Napisz: leczyc@wyborcza.pl

Ciągle jeszcze, chociaż od śmierci mojej Matki minęły dwa lata, nie mam siły, żeby wracać do tamtych wydarzeń. Nawet mnie ta wasza akcja w jakiś paradoksalny sposób zezłościła, bo czuję, że powinnam zabrać głos, a przez to muszę wrócić do tego, co tak skrzętnie staram się zakopać, ukryć gdzieś na dnie mojej pamięci, żeby móc funkcjonować.

Klinika w dużym mieście, neurochirurgia. Mama miała wylew, jest źle, chyba beznadziejnie. Stoję na korytarzu pod drzwiami pokoju lekarskiego, nie ma gdzie usiąść, cała się trzęsę, jestem zlepkiem strachu, rozpaczy, zagubienia. Też już nie jestem młoda, źle się czuję. Nie mogę się nic od nikogo dowiedzieć, nie ma żadnej kartki, żadnej informacji kiedy, od kogo można uzyskać jakiekolwiek informacje.

Po godzinie, czy dwóch wchodzę do pokoju lekarzy, są zajęci, machają ręką, żebym wyszła - "nie teraz". Czekam, czekam, usiłuję się dowiedzieć, kto jest lekarzem prowadzącym. Nie wiadomo - ten, który był prowadzący wczoraj, rozchorował się. Może coś się dowiem od lekarza dyżurnego. Znam już jego nazwisko, ale nie wiem jak wygląda, nie wiadomo gdzie jest, bo ma dyżur.

Zaczepiam przechodzących lekarzy, na ogół oganiają się ode mnie z niechęcią i niecierpliwością. Dzisiaj nic się nie dowiem, najlepiej zatelefonować wieczorem. Tak, czy podobnie trwa to przez kilka dni.

Usiłuję się dowiedzieć, tego co dla mnie w tym momencie najważniejsze - czy Mama jest przytomna, czy jest z nią jakiś kontakt? "Jest w śpiączce farmakologicznej" - mówi jeden lekarz. "Tak, chwilami jest przytomna, reaguje" - mówi drugi lekarz. Nic nie rozumiem, może jest w tym jakiś sens? Nie wiem?

Leży na sali intensywnej terapii, nie mogę tam wejść. W godzinach odwiedzin, mogę popatrzeć przez szybę, z dyżurki pielęgniarek. Pielęgniarki popijają kawkę, herbatkę, śmieją się, uwodzicielsko zaczepiają młodego lekarza. Stoję w kącie dyżurki, nikogo nie interesuje moja obecność, patrzę na jedno z kilku łóżek, na którym umiera moja Mama.

Na szczęście to trwało tylko kilka dni. Mama umarła, nie pożegnałam się z nią. Już na zawsze zostanę z wyrzutami sumienia, że może mogłam coś zrobić, że to wszystko było tak nieludzkie.

I jeszcze ten lekarz, o którym tak bardzo staram się zapomnieć. Nieśmiało wchodzę do pokoju lekarzy, jest tylko jeden, siedzi przy komputerze. Z irytacją (pewnie zmęczony) obraca się w moją stronę, ale tylko tak "półgębkiem" - "Co znowu?" - pyta. Bąkam nieśmiało kim jestem, o kogo chcę zapytać, "A... pani..., odwraca się do komputera, ręką wykonuje w powietrzu beznadziejny gest i bardziej do stojącego przed nim monitora niż do mnie mówi "z tego, to już nic nie będzie".

Zobacz także