Nie narzekajcie Polacy, choć to tak lubicie!

Arletta Kubicka, Rzeszów
02.12.2009 13:08
A A A
Doświadczyłam przedmiotowego traktowania, ale również przejawów życzliwości, troski, taktu i współczucia. I tak sobie myślę, że gdybym była skoncentrowana na wyszukiwaniu uchybień, to mogłabym podać wiele przykładów. Więc może to jest tak, że narzekanie na służbę zdrowia w Polsce jest wynikiem naszego zbiorowego stylu bycia?

Jak potraktowano Ciebie lub Twoich bliskich? ''Po ludzku'' czy raczej jak przedmiot? Czekamy na Wasze listy. Napisz: leczyc@wyborcza.pl

Oczywiście zaznałam przedmiotowego traktowania jako pacjent. Ale zaznałam też tego:

1. Kiedy ronię w połowie ciąży swoje drugie dziecko, mój lekarz ginekolog widząc w jakim stanie przyjeżdżam do szpitala (akurat był w niedzielę na dyżurze) mówi do mnie: "tylko proszę się o nic nie obwiniać i nie robić sobie żadnych wyrzutów". Potem, chociaż pracuje w innej części szpitala codziennie mnie odwiedza. Odwiedza też inne swoje pacjentki, nie ma znaczenia czy z gabinetu prywatnego czy z przychodni.

2. Ten sam lekarz, kiedy w połowie kolejnej ciąży wykrywa u mojego dziecka złożoną wadę wrodzoną serca, nie czekając na moje pytania siada na przeciwko mnie i mówi "proszę mnie posłuchać.". Wyjaśnia wszystko, mówi, że co mogę znaleźć w internecie gdy zacznę sama szukać, od razu odnosząc się do tego. Proponuje plan działania, kontaktuje się ze specjalistycznym ośrodkiem. Mam poczucie od momentu usłyszenia diagnozy, że nie jestem sama. Podobnie traktuje inne kobiety, u których dzieci wykryje wadę.

3. Moje dziecko z wadą serca postanawia urodzić się nieco szybciej. Helikopterem docieram na klinikę. Lekarze z oddziału w moim mieście okazują mi przed wylotem wsparcie, a będąc na klinice zawsze mogę zadzwonić do mojego lekarza, kiedy czegoś nie rozumiem z informacji tamtejszych lekarzy.

To wszystko dzieje się w Rzeszowie. Mój ginekolog nazywa się Jacek Śliwa.

4. Moje dziecko po urodzeniu trafia na kardiologię w Matce Polce w Łodzi. Pielęgniarki to "ciocie". W części intensywnego nadzoru kardiologicznego, gdy noworodki i niemowlęta są stale monitorowane rodzic może przebywać na krześle cały dzień, karmić dziecko, przewijać, kąpać, mimo, że dzieci są podłączone do kroplówek, monitorów. Panie pielęgniarki pomagają, jeżeli mamy chcą, jeżeli nie, same się zajmują dziećmi. Można ściągać tam pokarm, panie pielęgniarki podają wtedy pokarm mamy. Udostępniają wysterylizowane butelki na mleko mamy, podobne butelki można pobrać w innej części szpitala.

W nocy jeżeli dziecko płacze albo trzeba je nakarmić dzwonią po mamę, jeżeli ta przebywa w Hotelu Matek na terenie kliniki i sobie tego życzy. Gdyby nie warunki tam panujące i życzliwość pielęgniarek nie udałoby mi się utrzymać laktacji. Jeżeli dzieci są już starsze, kilkumiesięczne i większe matka może przebywać na oddziale cała dobę.

Są róże miejsca do spania dla matek - leżanki, łóżka w izolatkach, materace na podłodze - w zależności od rodzaju sali. Nie ma jednak sytuacji, żeby matka nie mogła być ze swoim dzieckiem. Panie pielęgniarki w większości bardzo miłe dla dzieci, rozumiejące ich lęk i niepokój. Miłe też dla rodziców.

Pani Profesor Moll, zastępca kierownika kliniki codziennie dwa razy ogląda "nasze dzieciaczki", lekarze są gotowi na udzielanie rodzicom wszelkich informacji, jeżeli Ci chcą i wiedzą o co pytać, sami tych rodziców często zaczepiają. Przed zabiegami inwazyjnymi lub operacją każdy rodzic oprócz rozmowy z lekarzem prowadzącym dziecko obowiązkowo idzie do profesora Sysy, kierownika kliniki na rozmowę, w której profesor stara się zestresowanemu rodzicowi wszystko spokojnie wyjaśnić. To moje doświadczenia z trzykrotnego pobytu na tym oddziale, ostatni w listopadzie tego roku.

5. Rzeczone dziecko po jednej z operacji z niewiadomych dla lekarzy powodów postanowiło umrzeć. Lekarz, który je operował zachowywał się po prostu przyzwoicie, mówił, że mu przykro, że nie rozumie co się dzieje, że będą robić wszystko co możliwe. Siedziałam przy moim dziecku trzy tygodnie na intensywnej terapii, w większości spotykając się z ogromną życzliwością personelu: pielęgniarek, lekarzy, a także pań salowych, które również miały dla mnie dobre słowo, widząc w jakim jestem stanie. Również na intensywnej terapii mogłam w takim zakresie jaki był możliwy pielęgnować mojego nieprzytomnego, podpiętego do respiratora synka. Cały czas na moja prośbę podawano mu sondą mój pokarm.

6. Na kardiochirurgii lekarze i ordynator oddziału prof. Jacek Moll są stale do dyspozycji rodziców. Kiedy potrzebowałam z nim rozmawiać, bo niepokoiłam się stanem dziecka, poświęcał krótki czas między operacjami, który był przeznaczony na odpoczynek. Pamiętam, że kiedyś jak weszłam jadł zupę, chciałam wyjść, ale zaprosił mnie do środka i przerwał posiłek, żeby ze mną porozmawiać. Wiele razy widziałam, jak lekarze wychodzili z pracy w okolicach godz. 19.00, bo operacje potrwały dłużej.

Doświadczyłam przedmiotowego traktowania, ale również tego co napisałam i wielu innych przejawów życzliwości, troski, taktu i współczucia. I tak sobie myślę, że gdybym była skoncentrowana na wyszukiwaniu uchybień, przykładów złego traktowania, braku szacunku, to mogłabym podać wiele przykładów. Więc może to jest tak, że narzekanie na służbę zdrowia w Polsce jest wynikiem bardziej naszego zbiorowego stylu bycia? Bo przecież w każdym zawodzie są pracownicy wybitni, przeciętni, źli. Jest mało prawdopodobne (rozkład normalny czyli krzywa Gausa), żeby narzekający Polacy spotykali tylko tych złych.

Zobacz także